Lifestyle Związek

Za dużo miłości cię zabije. Jak zbyt bliska i zbyt intensywna relacja może Cię zniszczyć

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
22 lutego 2021
Fot. iStock
 

Wydaje się, że każdy z nas trafił w swoim życiu na osobę, która zbliżyła się do nas tak mocno, że choć początkowo było to dla nas cudownie zniewalające uczucie, szybko przerodziło się w poczucie zagrożenia, duszenia się w złotej klatce, zagubienia. Prócz tego, pojawiły się wyrzuty sumienia. Jak to możliwe, że czuję się z tym zle? Przecież on mnie tak kocha… Tymczasem zbyt intensywna (z jednej strony) relacja jest szalenie wyczerpująca emocjonalnie i niszczy nas. Jak w piosence Queen: „Za dużo miłości zabije cię”.

Poznałam ich u znajomych. Ona, niepozorna blondynka, uśmiechnięta, zawsze opanowana, jakby zbyt mocno wyciszona. On, przystojny wysoki brunet, odgadujący każde życzenie swojej żony. Szybko okazało się, że mają dziecko w tym samym przedszkolu, co i ja mojego syna, że są otwarci, że fajnie się z nimi gada, że wracamy do domu w tym samym kierunku. Spędziliśmy razem uroczy wieczór, umawiając się na kolejny i obiecując sobie częste spacery z dzieciakami, w pobliskim parku z oczkiem wodnym. Cud- miód!

I pewnie byłabym dalej zachwycona nowo poznanymi przyjaciółmi, gdyby nie pewne uczucie niepokoju związanego z jego zachowaniem wobec żony. Dopiero w domu, leżąc wieczorem w łóżku i wspominając owo spotkanie, dotarło do mnie, że ja właściwie nie rozmawiałam z Elą. Rozmawiałam z jej mężem, bo to on odpowiadał na każde zadane przeze mnie pytanie, rzucając jedynie od czasu do czasu: Prawda, kochanie?

Było tak, jakby bał się oddać jej głos. Gdy udało jej się wypowiedzieć jakieś zdanie, wpatrywał się w nią z napięciem, jakby czekając, czy aby na pewno sobie poradzi. To natężenie było widoczne równie mocno, co jej zmęczenie jego zachowaniem. Mimo wszystko, dawała na to swoje przyzwolenie. A może się bała?

Kiedy przypadkowo wpadłyśmy na siebie kilka dni pózniej w przedszkolnej szatni, wyglądała na o wiele bardziej swobodną. Żartowała, śmiała się na głos  i okazała się przemiłą, zabawną rozmówczynią. Pomyślałam więc, że może owego feralnego wieczora po prostu słabiej się czuła, a on otoczył ją nieco nadopiekuńczym ramieniem.

Jednak następne spotkanie, w którym uczestniczyli razem, przekonało mnie, że to przy nim Ela tak gasła w oczach. Wystarczyło, że na kilka chwil znalazła się poza jego zasięgiem, a odżywała. Gdy wracał, na jej twarzy pojawiało się na nowo blade napięcie. Ta sytuacja mocno mnie zaniepokoiła. Rozmowa ze wspólną przyjaciółką nie uspokoiła mnie. Tak, wiem, ale oni tak maja od lat. Tak, wiem, że to nie jest normalne, ale nie mogę wchodzić z butami w ich życie. Nie, na pewno nie ma tam przemocy. On tylko zbyt mocno ją kontroluje.

Ale czy przemoc jest zawsze żółto-brązowym cieniem pod okiem? Czy trzeba kogoś uderzyć, żeby odebrać mu godność? Przemoc to również odbieranie drugiej osobie przestrzeni, to próba zawłaszczenia sobie człowieka jakby był rzeczą, a nie odrębnym, myślącym i czującym bytem. Przemoc to próba zlania kogoś w całość ze sobą i odarcie go z własnych myśli, potrzeb i pragnień. Przemoc do wpędzanie ukochanej osoby w wyrzuty sumienia, które nie mają racji bytu.

Od słowa do słowa, czasem urywkami zdań, Ela malowała mi obraz relacji z mężem, kiedy wracałyśmy z dziećmi z przedszkola. Był zaborczy, kontrolujący, bombardujący miłością, która bardziej szukała potwierdzenia własnej wartości, niż była okazaniem żonie troski i uczucia. Ela właściwie nie spotykała się z nikim sama, nie miała samodzielnego konta bankowego, ani konta w mediach społecznościowych. Nie wychodziła sama do kina, ani na wystawy. Do pracy zawoził ją mąż. W poniedziałki i czwartki wracała do domu sama, autobusem i odbierała dziecko z przedszkola. W pozostałe dni to znowu mąż odwoził ich do domu.

Miała wszystko, prócz wolności podejmowania wyborów. Bo zawsze on wiedział lepiej. Zawsze dla jej dobra.

Mówiąc o tym wszystkim, dojrzewała do zmian. Uderzało ją, że mogła pozwolić partnerowi na całkowite zawłaszczenie swojego życia. Ale proces odchodzenia z takiej relacji nie jest krótki i ona o tym wiedziała. Pierwsze wątpliwości pojawiły się kilka lat temu. Ale dopiero od kilku miesięcy czuła się na tyle silna, by z nim o nich porozmawiać. Bezskutecznie. Obraził się tylko, że ona nie docenia jego wysiłków.

W grudniu Ela wyprowadziła się z synem z domu. Chwilowo pomieszkuje u rodziców, ale mówi, że chce szybko stanąć na nogi. Do Piotra nie wróci, nie chce zrobić kroku w tył. Powiedziała mi, że odzyskała siebie, że na nowo nauczyła się mówić: nie. Bo przy nim zapomniała, że może jej się nie podobać, że ktoś ją tak mocno kocha, że to uczucie zniewala. Zniewala dosłownie.


Lifestyle Związek

„Kochajcie się mamo i tato” to hasło, które robi więcej krzywdy niż dobra

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
21 marca 2021
Fot. Instagram
 

Jest pierwszy cieplejszy dzień. W powietrzu czuć wiosnę. Otwieram oczy i myślę sobie: to będziemy miły poranek, dobre popołudnie. Słyszę, że w pokoju obok mój siedmioletni syn już wstał. Dziś nie ma szkoły online, jest sobota, więc i budzenie się przychodzi łatwiej, z większą przyjemnością. Razem przygotowujemy jajecznicę, razem myjemy zęby. Szkoda tracić czasu, wybiegamy na dwór. I tak, spacerując ręką w rękę, nucimy sobie pod nosem ”Bohemian Rapsody”. Oboje kochamy Queen. ”Kochajcie się mamo i tato ”- czyta nagle, sylabizując, mój syn. I natychmiast zerka na mnie z uśmiechem, który ma odcień cichego smutku.

Odpowiadam mu tym samym uśmiechem. Znów czuję jego dłoń, która chwyta mnie mocno, mocniej niż zwykle. Już nie śpiewamy. Zalega cisza. Wiem, że to nie jest moment na rozmowę, że trzeba mu dać chwilę na przetrawienie tego, co zobaczył. Wielki, prostokątny plakat z hasłem wypisanym szkolnym, dziecięcym pismem, na czerwono. Pod spodem symbol: dwie głowy, między nimi krzyż. Postacie tworzą serce. Spoglądam na syna, widzę jego spuszczoną głowę i zaciśnięte wargi. Chce mi się wyć. Jestem wściekła. Jakim prawem te plakaty pojawiły się w moim mieście?

Jak bardzo trzeba nie mieć wyobrazni, taktu, zrozumienia, by wpaść na taki bezduszny pomysł? Pomysł równy mentalnie tym, które pokazywały zdjęcia fragmentów ludzkich płodów. Nie sądzę, by tamte billboardy w jakikolwiek sposób przyczyniły się do spadku liczny aborcji. Czyżby autorzy plakatu o kochających się rodzicach chcieli wpłynąć na liczbę rozwodów? Stało się coś zupełnie innego. Uderzyliście w dzieci, a nie w sumienie rodziców.

Ja również jestem po rozwodzie, mój były mąż ma nową rodzinę. Ja również układam sobie życie. Ale nasze rozstanie nie było łatwe, dla żadnego z nas, z naszej trójki: dla naszego syna, dla jego ojca i dla mnie. Bo czujemy, bo mamy emocje. Jednak zdecydowaliśmy o tym, co okazało się dla KAŻDEGO z nas najlepszym rozwiązaniem. I długo pracowaliśmy nad tym, by na nowo ułożyć sobie jak najlepsze relacje. Ale dziecięca psychika jest delikatna, wrażliwa. Ile dzieci, tak jak mój syn, widząc plakat, poczuje się zawiedzionych, smutnych? Ile zabliźnionych ran się otworzy?

Co z dziećmi, których rodzice już się nie kochają, ale starają się mimo wszystko, by dzieci cierpiały jak najmniej, by miały dobre i jasne dzieciństwo, by czuły się kochane przez rodziców? Znam dużo takich rodzin, rodzin patchworkowych, które choć startowały z ogromnymi trudnościami, dziś funkcjonują naprawdę świetnie. Nie trzeba się kochać, by wspólnie jak najlepiej dbać o dziecko.

Jak można pominąć fakt, że choć rozwód rodziców jest dla dziecka wydarzeniem bardzo trudnym, to tkwienie w związku, który każdego dnia przynosi systematyczne cierpienie emocjonalne, a czasem również fizycznie jest o wiele gorszym piętnem, które odbije się na całym życiu? Jak można nawoływać do miłości na siłę, albo do jej udawania, gdy już wygasła?

Czasem rodzice przestają się kochać. Rozstają się i jest to najlepsza możliwa decyzja. Bywa, że po rozstaniu ich relacje układają się o niebo lepiej, niż wtedy, gdy byli w związku. I dzieci to widzą, doceniają to. A przede wszystkim, wychowują się w końcu w zdrowej, szczerej atmosferze. Jeśli ich rodzice są w nowych związkach, są szczęśliwi, kochani, szanowani przez nowych partnerów, to dzieje się to również z korzyścią dla dziecka, które wreszcie ma stabilne warunki rozwoju. I spokój.

Nieludzka, okrutna akcja. Wchodzenie z butami w ludzkie serca, grzebanie w poczuciu winy, w życiach i umysłach dzieci, które z pewnością cierpiały z powodu rozstania rodziców. Ale wiele z nich przebyło długą drogę, by sobie z tym rozstaniem poradzić.

Wracamy do domu, przygotowujemy obiad. Trochę grymasimy przy marchewce z groszkiem, ale poza tym, nam smakuje. Po obiedzie wracamy do swoich zajęć – on buduje stację kosmiczną z LEGO, a ja siadam z kawą do komputera i zaczynam poszukiwania. Hasło „Kochajcie się mamo i tato” nie jest trudne do odnalezienia. Okazuje się, że olbrzymie billboardy wykupiła Wspólnota Trudnych Małżeństw. Piszę długiego maila, w nadziei, że ktoś potraktuje mnie ze zrozumieniem. Ale w głębi serca w to wątpię.

Mamo i tato, nie musicie się kochać. Kochajcie wasze dzieci. Trzymam za Was wszystkich kciuki.

 

 

 

 


Lifestyle Związek

Być z kimś, a dzielić z nim życie to dwie różne rzeczy. Bądź dla ukochanej osoby pewnością, że nie znikniesz, gdy będzie cię potrzebować

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
19 lutego 2021
Fot. iStock/iTref

Znacie to uczucie, kiedy spotykając kogoś zaczynacie myśleć, że tym razem jest inaczej, że teraz się uda, że razem stworzycie coś trwałego? Radość, szczęście, podekscytowanie mieszają się z lękim. Na serio, pierwszy raz boicie się, że ukochana osoba zniknie z waszego życia. Że jej miłość się skończy, wypali. Że jeśli pozna nas lepiej, rozczaruje się i odejdzie. Że nie zechce dzielić z nami naszego życia…

Żeby stworzyć z kimś głęboki związek, żeby mieć do siebie pełne zaufanie, być prawdziwym wobec siebie, musimy przeżyć razem coś głębszego. Znam pary, które ze sobą bywają – na weekendy, na urlopy, na wyjścia do znajomych i do kina… Ale kiedy jedno choruje, ma spotkanie rodzinne lub inne zobowiązania, rozdzielają się, wracając do swoich światów. Czy to jest relacja trwała? Wiem, bywa, że takie związki trwają latami. Są ludzie, którzy kochając się całe życie, nigdy ze sobą nie zamieszkali na stałe, nie związali się wzajemną obietnicą, zobowiązaniem, dochowując jednak sobie wierności. Nie powiedzieli sobie: jesteśmy ze sobą w dobrych i złych chwilach, nie wzięli za siebie i swoją relację pełnej odpowiedzialności. Nigdy nie zdecydowali się na to, by być ze sobą w szczęściu i smutku, w zdrowiu i w chorobie.

I wcale nie mówimy tu o ślubie, o konieczności zalegalizowania związku. Małżeństwo nie gwarantuje nam przecież trwałości relacji. Ono z całą pewnością rozwiązuję całą masę spraw organizacyjnych. Ale naprawdę nie jest gwarancją miłości po grób. Tę gwarancję, tę chęć i wolę musimy mieć w sobie. Tylko wspólne życie, dzień po dniu pokazuje nam siłę i wartość uczucia.

Decydując się na dzielenie ze sobą życia, zdejmujemy maski. Wspólna codzienność odziera nas z aury tajemniczości, niedostępności. Pokazuje nie tylko siłę i piękno, ale i słabość. Widzimy siebie takimi, jakimi jesteśmy naprawdę. Czasem bywamy zmęczeni, zdenerwowani, reagujemy bezmyślnie, impulsywnie. Choroba, choćby chwilowa niedołężność, pot, brudne włosy… Nie zawsze jesteśmy atrakcyjni i pociągający, prawda? Trudne momenty obnażają prawdę o naszej miłości. Czy jest ona wygodna, łatwa, powierzchowna? Czy starczy jej cierpliwości i determinacji, gdy będzie ciężko? Czy wybaczy, jeśli zdarzy się nam zbłądzić?…

Może boimy się tej prawdy o naszej miłości. Boimy się przekonać, że ona nie jest niczym więcej jak chwilowym zauroczeniem.