Lifestyle

Wsi spokojna, wsi wesoła? To spróbuj na wsi zamieszkać. O życiu tych, które porzuciły miasto

Joanna Ćwiek
Joanna Ćwiek
17 września 2016
Fot. iStock/SandraKavas
 

Wiedziałaś, że miasto jest nie dla ciebie.  Ale mieszkałaś w nim wiele lat, bo choć może masz duszę wieśniary, to nie marzyłaś o pracy w polu. W marzeniach widziałaś siebie raczej w leniwe sobotnie przedpołudnia z kawą na tarasie. Wokół ogród. Rzecz jasna zadbany. Ręka ogrodnika nieznana. Pod płot czasem przychodzi sarenka….Słodko, aż mdło. Ale to twoje marzenia, więc kto ci zabroni?

Zaczynasz kombinować, skąd na to wziąć kasę.

Najpierw studia. W dużym mieście, bo na wsi uczelni nie ma. Potem kilka lat orki w korpo – dom jednak kosztuje.

I przychodzi ten dzień. Masz na tyle wysoką pozycję, że możesz pracować w domu, możesz się spóźniać, żyć od projektu do projektu, założyć własną firmę. Jesteś ważną paniusią z korporacji, energiczna bizneswoman, wziętym freelancerem. Kupujesz działkę, stawiasz dom. Przeprowadzasz się i choć masz taras i kawę, to wcale słodko nie jest. Bo nie jesteś wieśniakiem, jesteś zwykłym dziwakiem. Idąc przez wieś do jedynego w okolicy sklepu czujesz się, jakbyś miała trzecią rękę albo co najmniej czułki na głowie.

Oh!me.pl zapytało czytelniczki o pierwsze doświadczenia z życia na wsi. Okazało się, że większość z nich przez pierwsze lata czuło się na wsi nieswojo. Milczenie, wrogość zdumione spojrzenia sąsiadów, czasami złośliwe plotki i bezradność, że się do tego miejsca nie pasuje. Życia na wsi trzeba się nauczyć. Trudno było, cholera…

Pierd*nięty uśmiechnięty

Iwona: pamiętam, że w pierwszych tygodniach mieszkania na wsi bardzo chciałam się z kimś zaprzyjaźnić. Albo przynajmniej poznać. Jestem towarzyska, ale jeżdżenie popołudniami do miasta nie wchodziło w grę. No chyba, że w weekendy. Pracując w domu brakowało mi kontaktu z żywym człowiekiem, bo rozmowy przez net to jednak nie to samo. Chodziłam na spacery po wsi i zagadywałam sąsiadki uśmiechając się przy tym szeroko. Odpowiadały grzecznie, ale patrzyły na mnie jak na idiotkę. Pijana może? Naćpana?

We wsi znają się wszyscy. Oni w przeciwieństwie do mnie nie potrzebowali towarzystwa. Byłam obca.

Nagle, równo po roku od przeprowadzki, mi z tego ni z owego zaczęły do mnie same zagadywać. Zapisały sobie datę mojej przeprowadzki w kalendarzu i wyznaczyły okres kwarantanny?  Sprawdzały czy nie mam czarnej ospy? Dżumy? Schizofrenii? Nie jestem dziwką? Terrorystką?

Bo żyję w syfie

Jagoda: w wyobraźni obok tego przysłowiowego tarasu z kawą zawsze widziałam duży, jasny, przestronny dom. Duży jest to fakt, ale chyba non stop zasyfiony. Sprzątanie to koszmar. Po podłodze mamy ponad 220 metrów. Leniwe poranki? Nie ma szans. Dwie godziny odkurzam, tyle samo myję. Zaczynam sprzątać w piątek wieczorem, w sobotę od szóstej rano już na mopie. Inaczej się nie wyrobię. A jeszcze podwórko trzeba ogarnąć, bo inaczej mieszkam jak w slamsach. Do wypielęgnowanego ogródka sąsiadów daleko mi jak stad do Ameryki.

Koło wtorku w domu znów jest syf. Muszę wybierać – albo sprzątam, albo pracuję. Staram się ogarnąć – znów z półtorej godziny. Jak nie ogarnę, to jestem pewna, że o mnie gadają. Porządek w domu i koło domu to rzecz święta. Nie wyrabiasz – co z ciebie za gospodyni?

Iwona: Pewnie byłoby mi łatwiej, gdybym nie pracowała. Widziałam dziś rano, jak sąsiadka przed siódmą rozwieszała pranie. O której ona wstała? O piątej? Ja ledwo się zwlokłam, ale fakt – do trzeciej kończyłam projekt. Słyszałam plotki, że pewnie co noc siedzę na Fejsie. Ten Fejs to prawdopodobnie wersja dla mnie, bo daje sobie rękę uciąć, że poza plecami mówią, że siedzę na  seks czatach.

Wiadomo, że na seks au natural, to trzeba mieć figurę, a ja albo na szmacie, w samochodzie albo przed kompem. Dupa rośnie. Mam wrażenie, że jestem jedyna, która nie chodzę z kijkami. Co to za dziwna mania?

 Bo się nie maluję

Marta: brakuje mi anonimowości. Marzenia o snuci się w piżamie, niewyszukanym dresie czy bez makijażu szybko zweryfikowała wiejska rzeczywistość. W mieście do spożywczaka po masło leciałam w tym, co aktualnie miałam na sobie. Czasami w płaszczu narzuconym na piżamę. Każdy tak chodził. Tusz na rzęsach? Po co?

Tu też tak chciałam. Spróbowałam dwa razy, wyszło, że popadłam w obłąkanie. Mieszkająca w pobliżu ciotka przybiegła do mnie przerażona, czy wszystko ok.

Przemyślałam sprawę, mają rację. Teraz stara się z rana jakoś lepiej ubrać, umalować, uczesać. Czuję się lepiej. To jednak jest fajne.
  

Bo nie ogarniam podwórka

Marta: życie w bloku koncentruje się z reguły w czterech ścianach. Na podwórku bywa się przy okazji wyjścia lub powrotu. Dostęp do natury zapewnia balkon. Budując dom koniecznie chciałam balkon, by mieć gdzie wietrzyć pościel. Balkony kosztowały dużo i ciągnie od nich po nogach.  Ale ja, idiotka, nie pomyślałam, że można tę kołdrę i poduszki wynieść na podwórko. W ogóle nie umiałam wyjść na podwórko. Bo po co?

Dziś już bardziej oswajam swoją przestrzeń. Tydzień temu robiłam dżem z jabłek. Miałam do obrania całą skrzynkę. Wyszłam na podwórko. Przyjemnie było. Wcale się już nie dziwię, że sąsiadka przez całe lato obiera kartofle na ławce przed domem. Jakbym na to wpadła w maju, to też bym teraz była tak opalona jak ona.

Jagoda: Życie na podwórku to możliwość zdobycia informacji. Na początku wszystko szukałam w necie. Tyle, że tu strony są słabe i rzadko aktualizowane. Żadne źródło wiedzy. Czasami z mężem wspominamy ze śmiechem jak kilka lat temu szukaliśmy w Lesku „Empiku” i „Alkoholi świata”. Wydawało nam się, że muszą być one w każdym mieście. W miasteczku pobliżu naszego domu Empiku nie ma. Szczęśliwie dobrą wódkę kupimy wszędzie – chociaż i tak nam się nie chce jechać do miasta po alko. Jesteśmy mistrzami świata w robieniu nalewek.

Bo kocham zwierzęta

Iwona: Zawsze marzyłam o psie. I mam, suczkę. Podwórkowca. Nie wiedziałam, że jak ma cieczkę, to każdą szpara każdy kurdupel może się do niej wcisnąć i zrobić swoje. Przekonałam się, że może. Urodziło się siedem szczeniąt. Sąsiad od razu skomentował, że trzeba „selekcji naturalnej dokonać.” Znaczy, co drugiego utopić, bo „szkoda suki”. Dokarmiać młode? „Po co, co wy z nimi zrobicie.”

Widziałam ostatnio w necie filmik jak dziewczyna topiła szczeniaki. Na samą myśl o tym robi mi się niedobrze. Miałabym te zwierzaki tak wrzucić do rzeki? Ja nawet pułapkę na myszy kupuję taką, by tej myszy nie zabiło tylko złapało. Wypuszczamy później na pole. Do tego się żadnemu sąsiadowi ni przyznam, choćby mnie przypiekali nad ogniem.

Ale choć pierwsze miesiące po przeprowadzce były trudne, nasze rozmówczynie przyznają zgodnie, że wolą być dziwakami niż mieszkać tam, gdzie im było źle. Zresztą im bardziej się one przyzwyczajają do wsi a wieś do nich, tym bardziej się czują w niej swojsko. – Życia na wsi trzeba się nauczyć. To hermetyczne środowisko, więc nie ma w tym nic dziwnego, że do obcych podchodzi się z dystansem – mówią zgodnym chórem. I dodają, że choć czasami tęsknią za miastem, jego wygodą i anonimowością, to jednak za nic by tam nie wróciły na stałe.


Lifestyle

Makijażowe triki, czyli modelowanie twarzy bez użycia skalpela

Joanna Fizia
Joanna Fizia
17 września 2016
Fot. iStock / xmee
 

Makijaż, zupełnie jak czarodziejska różdżka, jest w stanie zdziałać cuda i zmienić twarz nie do poznania. Z pomocą odpowiednich kolorowych kosmetyków, dosłownie w kilka sekund możesz ukryć swe niedoskonałości, wysmuklić to co za duże, powiększyć to co za małe, złagodzić lub wyostrzyć rysy twarzy oraz sprawić, że będziesz wyglądać młodo i promiennie, nawet po nieprzespanej nocy. 

Niewątpliwą zaletą tej magicznej sztuki makijażu jest to, że metamorfozę możesz wykonać w swoim domowym zaciszu, bez użycia skalpela i strzykawki. A wszystko czego potrzebujesz to kilka pędzli i kosmetyków, lustro i dobre światło.

Sprawdź więc nasze makijażowe triki i dowiedz się jak wyczarować sobie…

Duże usta

Jeśli natura nie obdarzyła cię pełnymi ustami, możesz nieco optycznie je powiększyć stosując kilka sztuczek:

1. Obrysuj usta kredką delikatnie wychodząc poza brzegi warg. Pamiętaj przy tym, by kredka była w tym samym kolorze co szminka i by nie przesadzić z „wyjeżdżaniem” poza kontury ust bo możesz sprawić, że efekt będzie karykaturalny.

Natomiast jeśli nie chcesz malować ust kolorową pomadką, obrysuj je beżową kredką i delikatnie rozetrzyj ją palcem by zatrzeć granice. Następnie podkreśl usta kredką w kolorze warg, a na koniec muśnij je błyszczykiem lub balsamem do ust.

2. Zaznacz cielistą kredką lub delikatnie rozjaśnij rozświetlaczem do twarzy tzw. łuk kupidyna – czyli rynienkę podnosową.

3. Na środek ust nałóż jasny odcień kredki lub pomadki, a resztę pokryj ciemniejszym kolorem. Dla wzmocnienia efektu całość możesz potraktować błyszczykiem.

Duże oczy

Jak podkreślić duże oczy lub optycznie je powiększyć i sprawić by nasze spojrzenie było promienne:

1. Jasną kredką, raczej beżową niż białą, potraktują dolną linię wodną oka. Pędzelkiem typu gąbeczka, delikatnie możesz rozetrzeć granicę kreski by efekt był bardziej naturalny.

2. Skórę pod oczami i często widniejące pod nimi cienie, rozjaśnij korektorem rozświetlającym, delikatnie go wklepując opuszkiem palca, tak by nie zbierał się w zagłębieniach skóry.

3. Jasnym cieniem, kredką lub korektorem rozświetl wewnętrzny kącik oka.

4. Dolną powiekę pomaluj ciemnym, ale niekoniecznie czarnym cieniem czy kredką i koniecznie rozetrzyj granice, tak by linia była bardziej rozmyta.

5. Na powieki używaj jasnych, perłowych cieni, które za sprawą drobinek rozświetlą Twoje spojrzenie i nadadzą mu świeżości.

6. Tuż pod łukiem brwiowym pomaluj skórę jasnym cieniem, kredką lub korektorem rozświetlającym.

7. Mocno podkręć i wytuszuj rzęsy – wywinięte wysoko do góry optycznie otwierają oczy.

Przykładowy makijaż powiększający oczy możecie podejrzeć tutaj:  

By rzęsy były gęstsze można oczywiście przykleić sobie sztuczne kępki lub bawić się z pojedynczymi włoskami. Jeśli jednak nie chcesz doczepiać sobie rzęs i zależy ci na szybkim, tanim oraz naturalnym efekcie, możesz zrobić ciemną kreskę na górnej linii wodnej oka, zwykłym eylinerem bądź kredką do oczu.

Smukła i trójwymiarowa twarz

Konturowanie, czyli rozświetlanie i przyciemnianie twarzy to ostatnio bardzo modny trend w makijażu. Za jego sprawą można zdziałać istne cuda optycznie modelując twarz – wydobywając i ukrywając pewne jej części.

Generalnie w konturowaniu zasada jest taka, że przyciemniamy to co chcemy schować, a rozjaśniamy (rozświetlamy) to co chcemy uwypuklić.

1. Rozświetlanie

Aby nadać cerze zdrowy, promienny, świeży i młody wygląd nałóż rozświetlacz (korektor i/lub puder) na: okolice pod oczami sięgając aż pod skrzydełka nosa, na szczyty kości policzkowych, skronie, wewnętrzny kącik oka, łuk brwiowy, środek czoła i nosa, pod nosem – łuk kupidyna, oraz czubek brody. Jeśli masz bluzkę z dużym dekoltem możesz również delikatnie rozświetlić kości obojczykowe.

2. Przyciemnianie

Aby optycznie wysmuklić twarz i nadać jej efekt trójwymiarowości nałóż bronzer: tuż pod kośćmi policzkowymi, na brzegi nosa, linię żuchwy i czoło – tuż przy włosach oraz na szyję.

Jak poprawnie wymodelować twarz możecie sprawdzić w jednym z wielu dostępnych tutoriali:


Lifestyle

Zołza – to tylko moje drugie imię, czy całej damskiej populacji? No dobra, dzisiaj to ja przeproszę

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
17 września 2016
Fot. iStock/Yuri_Arcurs

Stoję nad patelnią. Zamaszyście zmywam strupy z obiadu, bo nikt nie pomyślał o opłukaniu mojego Tefala. Tyle razy, ile mówię. Ile proszę.  Po pierwsze nie maltretuj pasty do zębów, po drugie zmień mości panie papier toaletowy, kiedy po ścisłym posiedzeniu w ręku zostaje ci już tylko świstek na wzór autobusowego biletu i na Boga – opłucz talerz.

Jakiś był zgrzyt, ewidentnie. Iskry skakały jak po nieoheblowanej desce. Nie bez przyczyny przecież stoję przy zlewie z nosem na kwintę mamrocząc najgorsze litanie. Nie bez przyczyny pogniewałam się na amen. Na zawsze. I bez wycieczki na kolanach do Częstochowy w intencji mojego lepszego samopoczucia odgniewać się nie mam zamiaru. Żeby mężczyzna wiedział, miejsce swoje znał. To jest poważne pogniewanie i nie na żarty powinno się je traktować. Nie na darmo nie odzywam się już od pół godziny, mimo tego, że kot właśnie zaplątał się w plastikowy, mysi ogon. Wyglądał przezabawnie, jak spadał z nim ze stołka, a ja ledwo co opanowałam śmiech. Nie wolno było się zaśmiać. Gniewam się na poważnie, jak zawsze. W pogniewaniu trzeba umieć wytrwać. Wiadomo.

W naszym codziennym rytuale idzie on znowu, na horyzoncie szura nogą powolnie, spod byka brew unosi, widać, że serce mu mięknie, trochę dupa. Azymut poprawnie ustawił na moje napuszone ego, na „idź sobie” odpowiednio długo odbija jak o ścianę stanowczym „przestań”. Od pierwszych kroków czuję wicher ekscytacji, zdobytą górę współzawodnictwa, zwycięstwo, że tak oto mężczyzno ty do mnie, nie ja do ciebie. W pianie jakby mocniej majtam trzepaczką do jajek, a chochlą od pomidorowej jak batutą zawijam. Głową aktorsko zarzucam na lewo, pancerz się łamie, ale mój to trochę ze stali, może być ciężko, to potrwa.

Przepraszaj mnie. Przepraszaj draniu póki się przepraszaniu oddaję, bo później pogniewać się mogę więcej. Pogniewam się mocniej. Zacietrzewię z większym zapałem. Właśnie za to, że się do przepraszania zabrać nie chciał. A trzeba! I kiedy już, pokruszony jak jajeczna skorupka, przekonany o winie swojej największej do mnie doczłapiesz, – Boże, przepraszam! – wykrzyczysz szczere. To ja za cholerę. Nic a nic. Nie będę pamiętać. Za co to ja się właściwie pogniewałam?

Jestem bohater dramatyczny. Przyznać mu się, że nie wiem? Nie ma mowy. Jeszcze sobie trochę pocmokam pod nosem z niezadowolenia. Już w sumie nie muszę, wiem, ale ciężko teraz, na szybko, wymiksować się z operacji „foch”. Tak się zakopałam, że aż sama uwierzyłam. Pomału czuję, że jestem zła do szpiku kości. Po cichu z lekka mi wstyd. Starannie wciągane nosem prawdy od mamy, o roli kobiety i mężczyzny, o otwieraniu drzwi, o noszeniu na rękach, o zdobywaniu, ustępowaniu i wiecznej potrzebie żeńskiej dominacji, tak strasznie zmutowały, że nie jestem w stanie odpuścić niespłukanej patelni. Zołza – to tylko moje drugie imię, czy całej damskiej populacji?

Idę do niego. Dzisiaj ja odpuszczę. Dzisiaj będę przepraszać. Czasem warto.

Stoję nad patelnią. Zamaszyście zmywam strupy z obiadu, bo nikt nie pomyślał o opłukaniu mojego Tefala. Tyle razy, ile mówię. Ile proszę.  Po pierwsze nie maltretuj pasty do zębów, po drugie zmień mości panie papier toaletowy, kiedy po ścisłym posiedzeniu w ręku zostaje ci już tylko świstek na wzór autobusowego biletu i na Boga – opłucz talerz.

Jakiś był zgrzyt, ewidentnie. Iskry skakały jak po nieoheblowanej desce. Nie bez przyczyny przecież stoję przy zlewie z nosem na kwintę mamrocząc najgorsze litanie. Nie bez przyczyny pogniewałam się na amen. Na zawsze. I bez wycieczki na kolanach do Częstochowy w intencji mojego lepszego samopoczucia odgniewać się nie mam zamiaru. Żeby mężczyzna wiedział, miejsce swoje znał. To jest poważne pogniewanie i nie na żarty powinno się je traktować. Nie na darmo nie odzywam się już od pół godziny, mimo tego, że kot właśnie zaplątał się w plastikowy, mysi ogon. Wyglądał przezabawnie, jak spadał z nim ze stołka, a ja ledwo co opanowałam śmiech. Nie wolno było się zaśmiać. Gniewam się na poważnie, jak zawsze. W pogniewaniu trzeba umieć wytrwać. Wiadomo.

W naszym codziennym rytuale idzie on znowu, na horyzoncie szura nogą powolnie, spod byka brew unosi, widać, że serce mu mięknie, trochę dupa. Azymut poprawnie ustawił na moje napuszone ego, na „idź sobie” odpowiednio długo odbija jak o ścianę stanowczym „przestań”. Od pierwszych kroków czuję wicher ekscytacji, zdobytą górę współzawodnictwa, zwycięstwo, że tak oto mężczyzno ty do mnie, nie ja do ciebie. W pianie jakby mocniej majtam trzepaczką do jajek, a chochlą od pomidorowej jak batutą zawijam. Głową aktorsko zarzucam na lewo, pancerz się łamie, ale mój to trochę ze stali, może być ciężko, to potrwa.

Przepraszaj mnie. Przepraszaj draniu póki się przepraszaniu oddaję, bo później pogniewać się mogę więcej. Pogniewam się mocniej. Zacietrzewię z większym zapałem. Właśnie za to, że się do przepraszania zabrać nie chciał. A trzeba! I kiedy już, pokruszony jak jajeczna skorupka, przekonany o winie swojej największej do mnie doczłapiesz, – Boże, przepraszam! – wykrzyczysz szczere. To ja za cholerę. Nic a nic. Nie będę pamiętać. Za co to ja się właściwie pogniewałam?

Jestem bohater dramatyczny. Przyznać mu się, że nie wiem? Nie ma mowy. Jeszcze sobie trochę pocmokam pod nosem z niezadowolenia. Już w sumie nie muszę, wiem, ale ciężko teraz, na szybko, wymiksować się z operacji „foch”. Tak się zakopałam, że aż sama uwierzyłam. Pomału czuję, że jestem zła do szpiku kości. Po cichu z lekka mi wstyd. Starannie wciągane nosem prawdy od mamy, o roli kobiety i mężczyzny, o otwieraniu drzwi, o noszeniu na rękach, o zdobywaniu, ustępowaniu i wiecznej potrzebie żeńskiej dominacji, tak strasznie zmutowały, że nie jestem w stanie odpuścić niespłukanej patelni. Zołza – to tylko moje drugie imię, czy całej damskiej populacji?

Idę do niego. Dzisiaj ja odpuszczę. Dzisiaj będę przepraszać. Czasem warto.


Zobacz także

Regulamin konkursu „Dobre komplementy”

„Mamo, ale ja będę żył, prawda? Bo chciałbym cię przytulić za 20 lat i powiedzieć ci, popatrz, moja córka jest tak samo uparta jak ja. I ty mamo”

O tym, co pogarsza twoją depresję. Czego nie zniesie umęczona dusza