Uroda

„Natura obficie obdarowała nas wszystkim, czego potrzebujemy dla naszego zdrowia”. Esencje do kąpieli na odprężenie i dobre samopoczucie

Redakcja
Redakcja
26 marca 2018
esencje do kąpieli KNEIPP
Fot. istock / Kajdi Szabolcs
 

„Natura obficie  obdarowała nas wszystkim, czego potrzebujemy dla naszego zdrowia” – Sebastian Kneipp

„Na zimną porę roku” z olejkami eterycznymi z eukaliptusa i kamfory oraz „Lawendowe sny” z lawendowym olejkiem eterycznymi, to nowe esencje do kąpieli Kneipp®.

Kneipp® wie jaką moc mają rośliny. Różnorodność i siła natury pomaga nam wspierać i wzmacniać dobre samopoczucie. W kosmetykach Kneipp® stosowane są rozmaite olejki eteryczne dla uzyskania konkretnych efektów.

Do tej pory sympatycy kosmetyków  Kneipp® mogli  rozkoszować się kąpielą z dodatkiem esencji „Totalny relaks” Melisa oraz „Głęboki odpoczynek” Paczula i Drzewo sandałowe. Teraz mogą rozgrzać się i lepiej poczuć dzięki kąpieli z dobroczynnymi olejkami eterycznymi z eukaliptusa, mięty i lawendy. Esencja „Na zimną porę roku” zalecana jest nie tylko w sezonie jesienno-zimowym, ale także doskonale sprawdza się w chłodniejsze dni wiosenno-letnie, jak tylko poczujemy się zziębnięci. Doskonale rozgrzewa i inhaluje. Kąpiel z Esencją „Lawendowe sny” pomaga się odprężyć. Uspokajający zapach prawdziwego eterycznego olejku lawendowego wycisza niepokój i napięcie w łagodny sposób.

Wystarczy 10 ml esencji, by poczuć moc działania i oddać się jej dobroczynnemu wpływowi. W połączeniu z kojącym działaniem ciepłej wody, olejki eteryczne roztaczają swój naturalny aromat  ofiarując lawendowe sny lub pomagają rozgrzać się i lepiej poczuć dzięki eukaliptusowi i kamforze.

15 minut tylko dla Siebie w domowym SPA (łac. sanitas per aquam, czyli zdrowie dzięki wodzie) z nowymi esencjami do kąpieli Kneipp®. Jak kto lubi – cisza lub relaksująca muzyka, łagodne światło świec i esencje Kneipp® o urzekających kolorach i zapachach. Te niespieszne rytuały odprężających kąpieli pomagają odzyskać wewnętrzną harmonię oraz lepsze samopoczucie.

Nasz przepis na dobrostan: zapomnij o dniu powszednim, zanurz się w kąpieli i rozpieszczaj swoje zmysły esencjami do kąpieli Kneipp®.

Kneipp® Esencja do kąpieli Na zimną porę roku Eukaliptus

Kneipp esencja eukaliptusPojemność: 100 ml, sugerowana cena detaliczna: 19,99 zł.

Dostępność w drogeriach: Hebe

Kneipp® Esencja do Na zimną porę roku Eukaliptus z intensywnym aromatem olejków eterycznych z eukaliptusa  oraz kamfory daje dobroczynne ciepło i pozwala pozbyć się uczucia chłodu. Dobre samopoczucie wzmocnimy kładąc się po kąpieli do łóżka. W połączeniu z kojącym działaniem ciepłej wody olejki eteryczne roztaczają swój naturalny aromat. Dodatkowo indywidualnie dopasowana intensywna zielona barwa esencji do kąpieli, uzyskana z barwników spożywczych, wspiera działanie olejków eterycznych.

Zalety produktu:

  • działa dobroczynnie zimną porą roku
  • zawiera naturalne olejki eteryczne
  • nie zawiera olejów mineralnych, silikonowych i parafinowych
  • roślinne czynniki pielęgnacyjne
  • bez substancji konserwujących*

* Zgodnie z rozporządzeniem (WE) dot. produktów kosmetycznych

Kneipp® Esencja do kąpieli Lawendowe sny Lawenda

Pojemność: 100 ml, sugerowana cena detaliczna: 19,99 zł.

Dostępność w drogeriach: Hebe

Kneipp esencja lawendaKneipp® Esencja do kąpieli Prowansalskie sny lawendowe z naturalnym eterycznym olejkiem lawendowym pozwala oddalić się od codziennych trudów i odetchnąć. Śródziemnomorski zapach lawendy zabiera w podróż do czarujących krajobrazów Prowansji i ofiaruje intensywny odpoczynek. W połączeniu z kojącym działaniem ciepłej wody olejki eteryczne roztaczają swój naturalny aromat. Dodatkowo indywidualnie dopasowana intensywna niebieska barwa esencji do kąpieli, uzyskana z barwników spożywczych, wspiera działanie olejków eterycznych.

Zalety produktu:

  • potwala oddalić się od codziennych trudów i odetchnąć
  • zawiera naturalne olejki eteryczne
  • nie zawiera olejów mineralnych, silikonowych i parafinowych
  • roślinne czynniki pielęgnacyjne
  • bez sub­stancji konserwujących*

* Zgodnie z rozporządzeniem (WE) dot. produktów kosmetycznych

Sposób użycia: Na pełną wannę wody – napełnić 1 nakrętkę do oznaczenia ok. 10 ml. Esencję do kąpieli wlać pod strumień bieżącej wody (temperatura 36-38°C) i rozkoszować się kąpielą przez 15-20 minut. 100 ml esencji = 10 kąpieli.

Kosmetyki posiadają znak „Ekspert w dziedzinie natury” potwierdzający jakość i skuteczność działania.

Wskazówka: aby zapobiec zafarbowaniom, esencje do kąpieli wlewać po strumień bieżącej wody, a produkt nierozcieńczony przy bezpośrednim kontakcie z przedmiotami lub skórą natychmiast spłukać wodą.

Więcej informacji na: www.kneipp.pl, blog: http://swiatkneippa.com/


Artykuł powstał we współpracy z Kneipp


Uroda

Dezodorant, który nie podrażnia, a jednocześnie chroni przed przykrym zapachem? Znalazłyśmy!

Redakcja
Redakcja
26 marca 2018
Fot. iStock/GeorgeRudy
 

Już wiosna! W końcu będzie można pożegnać zimowe kurtki, grube swetry, długie spodnie i ocieplane kamasze. Witajcie letnie, zwiewne sukienki, bluzeczki na ramiączkach, kostiumy kąpielowe i japonki! Pozostaje tylko jeden problem, który co roku wraca jak bumerang. A w zasadzie dwa – depilacja i zapach potu. A jedno z drugim w zasadzie idzie w parze, bo kto choć raz tuż po ogoleniu pach użył zwykłego antyperspirantu, ten doskonale wie, jakie to uczucie. Można zwariować od tego szczypania i pieczenia. 

Zauważyłyście, że w tych wszystkich reklamach dezodorantów kobiety zawsze mają super zadbaną skórę pod pachami? Idealnie gładką, bez zaczerwienień, podrażnień, wrastających włosków. Mniemam, że aktorki zaliczyły już wcześniej depilację laserową. Ok, to może tłumaczyć tę gładkość bez charakterystycznych „czarnych punkcików”. Ale jak uchronić się przed przesuszeniami skóry, które powoduje większość popularnych i ogólnodostępnych dezodorantów? To już nie jest takie proste.

Wiadomo – nikt z nas nie lubi zapachu potu. Latem wydzielamy go jeszcze więcej. Nie trzeba przebiec maratonu, żeby dosłownie lało się z nas. Kto musi codziennie dojeżdżać do pracy komunikacją miejską, ten wie, jaki komfort daje dobry antyperspirant. Tak więcej kupujemy te wszystkie super skuteczne blokery potu i inne dezodoranty, bo producent obiecuje, że będą chronić przed przykrym zapachem 24, 48, 72, 73532 godzin. Nie trudno się domyślić, że w składzie musi znajdować się jakaś PETARDA. I znajduje się. Najczęściej – sole aluminium.

Jak to działa i dlaczego szkodzi?

Sole aluminium są tak skuteczne, ponieważ blokują ujścia gruczołów potowych, a ograniczając ich działanie hamują rozmnażanie bakterii. Właśnie dlatego wytwarzanie potu w okolicy pach jest jest zmniejszone, a przykry zapach zneutralizowany. Niestety, są też minusy. Skoro sole aluminium zatykają pory w skórze, blokują przenikanie potu na powierzchnię ciała. Logiczne, prawda? Oznacza to, że zostaje zahamowane naturalne zjawisko pocenia się, a wraz z nim cała nasza umiejętność termoregulacji. Pocimy się bowiem „po coś”.

Niestety, wraz z potem blokowane są również toksyny, które nie mogą się wydostać z organizmu. Efekt? Zapalenie gruczołów łojowych i potowych. To właśnie te charakterystyczne zgrubienia i guzki pod pachami. Jeśli jeszcze dorzucić do tego częste podrażnienia naskórka w wyniku regularnego golenia, zamiast pięknych, gładkich i pachnących pach mamy zaciskanie zębów przez cały dzień i uczucie pieczenia, które nie pozwala normalnie funkcjonować.

Nie ma co się łudzić, że sole aluminium pozostają tylko na powierzchni skóry. Jeśli stosujemy je regularnie, będą przenikać przez skórę i gromadzić się w organizmie. Podejrzewa się, że mogą one sprzyjać występowaniu raka piersi czy choroby Alzheimera. Generalnie – lepiej odstawić.

Jak chronić się przed potem?

Pewnie myślisz sobie teraz: „Czyli co, mam się zaprzyjaźnić z zapachem potu?!”. A skąd! Też jesteśmy kobietami i jeszcze nie upadłyśmy na głowę. Idealną alternatywą jest pewien minerał górski. Jest nim naturalnie występujący w przyrodzie ałun potasowy, który może pełnić funkcję naturalnego antyperspirantu i dezodorantu do stóp, dłoni i pach. Hamuje on namnażanie i rozwój bakterii, które odpowiedzialne są za wytwarzanie przykrego zapachu potu. Wykazuje działanie ściągające, antyseptyczne i dezynfekujące. Zapewnia długotrwałą świeżość, nawet do 24 godzin. Ale to nie wszystkie jego zalety. Ałun potasowy tworzy cienką warstwę na powierzchni skóry, dzięki czemu zapewnia długotrwałą ochronę przed powstawaniem nieprzyjemnego zapachu potu, jednocześnie nie zatykając gruczołów potowych i łojowych. Pozwala skórze naturalne oddychać i umożliwia przezskórne usuwanie toksyn.

W przeciwieństwie do popularnych dezodorantów, kosmetyki z ałunem pielęgnują skórę i redukują podrażnienia. Przyspieszają gojenie się ran, a także zmniejszają dolegliwości po depilacji czy ukąszeniach owadów. Są idealne dla skóry normalnej, wrażliwej, a także dla alergików. Nie zawierają SLES, SLS, parabenów, ani sztucznych substancji zapachowych.

Który z nich wybierzesz?

W asortymencie sklepu Maroko znajdziemy dezodoranty z ałunem potasowanym w formie, która najbardziej nam odpowiada. Wiadomo – jedne z nas wolą kosmetyki w postaci pudru, inne w sztyfcie. Te pierwsze idealnie sprawdzą się w przypadku osób, które zmagają się z potliwością całego ciała. Jak go używać? 2 łyżeczki ałunu rozpuszczamy w misce wody. Moczymy stopy i dłonie przez ok. 10 minut, a następnie płuczemy i osuszamy ciało. Pudrem posypać można także inne potliwe miejsca na ciele. Rewelacja.

Innym, ciekawym produktem jest też antyperspirant w sztyfcie. Jego powierzchnię należy zwilżyć wodą, a następnie posmarować umytą uprzednio skórę pod pachami. Po użyciu sztyft wystarczy opłukać i pozostawić do wyschnięcia.

W ofercie sklepu znajdują się także dezodoranty typu roll-on z dodatkiem olejów zapachowych. Każda z nas znajdzie coś dla siebie:

– Naturalne, tłoczone na zimno oleje roślinne, które nawilżają, regenerują i odżywiają skórę tj. arganowy, z nasion opuncji figowej, kokosowy i masło shea.

– Wyciąg z szałwii, który odświeża, oczyszcza, tonizuje i dezynfekuje. Poza tym działa przeciwzapalnie, łagodzi i nadaje przyjemny zapach.

– Ekstrakt z kwiatów werbeny, który daje uczucie świeżości.

Nie zabrakło także klasycznych dezodorantów w spray’u. W ich składzie, oprócz ałunu potasowego znajdziemy także dwie dobroczynne substancje: hydrolat z kwiatów róży damasceńskiej i pantelon. Pierwsza regeneruje, koi oraz nawilża wrażliwą i podrażnioną skórę, a także wzmacnia naczynia krwionośne. Poza tym woda różana nadaje świeży, kwiatowy i subtelny zapach. Druga natomiast poprawia nawilżenie skóry. Działa przeciwzapalnie oraz kojąco zmniejszając podrażnienia i zaczerwienienia. Pielęgnuje, stymuluje procesy regeneracji, a także pomaga leczyć drobne rany, otarcia i zadrapania.

Powitaj lato bez podrażnień pod pachami i przykrego zapachu. Jak widać – to naprawdę możliwe.


 

Artykuł powstał we współpracy ze sklepem Maroko


Uroda

A gdyby tak rzucić wszystko i wyjechać na drugi koniec świata? Historie Polek, które odważyły się żyć inaczej. Wyjechały

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
25 marca 2018
Arch. prywatne/ Joanna Wieczorek-Dieng/Senegal

Spakować plecak, pozamykać wszystkie swoje sprawy i… wyjechać. Czasami za miłością aż do Kolumbii, czasami do Egiptu, żeby tam spędzić czas na emeryturze. Zostać w Australii lub w Nepalu, bo właśnie tam spotkało się człowieka, z którym chce się spędzić resztę życia. Emigracja jawi nam się często jako lepszy świat, słuchamy takich historii za zapartym tchem. A jaka jest prawda? Jak wygląda życie Polek na emigracji? Nim zdecydujecie się rzucić wszystko i wyjechać, zapraszam do lektury książki „Rzuć to i jedź”.

Ewa Raczyńska: „Rzuć to i jedź” – nie dość, że to tytuł Twojej książki, to też często myśl, która pojawia się w naszych głowach, bo przecież wszędzie dobrze tam, gdzie nas nie ma.

Magdalena Żelazowska: Faktycznie, z pewnością każdy z nas nie raz myślał o wyjeździe na drugi koniec świata jako o rozwiązaniu wszystkich problemów, z którymi borykamy się na co dzień.

Jeśli taka myśl się pojawia, to może warto zdecydować się na taki krok i wyprowadzić się za granicę?

Ja sama nigdy się na to nie zdobyłam, bo też wiem, z jakimi kosztami taka decyzja jest związana. Moja książka i przeprowadzone z dziewczynami rozmowy pozwoliły mi zobaczyć, jak jest w rzeczywistości z tą całą emigracją i zdobyć informacje z pierwszej ręki.

Faktycznie, to nie są historie mówiące tylko o tym, jak to jest cudownie i pięknie żyć na emigracji…

Zgadza się, przecież nie ma co udawać, każdy wyjazd okupiony jest pewnymi trudnościami. Decydując się na życie za granicą ponosi się koszty – pojawia się chociażby tęsknota, przymus rozstania ze starzejącymi się rodzicami. Poza tym różne problemy spotyka się także na miejscu. Jest zderzenie z lokalną kulturą, która najpierw zachwyca, ale po pewnym czasie może męczyć. Nie jest łatwo przeskoczyć nawyków, które wyniosło się z domu, zwłaszcza, gdy wychowaliśmy się w zupełnie innej kulturze. Dlatego coś, co na początku jest ekscytujące, po paru miesiącach może zwyczajnie irytować, a czasami doprowadza do decyzji o powrocie.

Myślę, że warto sobie zadać pytanie, czy to, co mamy teraz wokół siebie, chcemy zmienić na coś zupełnie innego i czy jest to dobry pomysł. Czasami okazuje się, że tak, czasami zupełnie odwrotnie.

Nigdy myślałaś o emigracji?

Gdy dorastałam w moim rodzinnym mieście – Tomaszowie Mazowieckim, miałam głęboką potrzebę, żeby coś w swoim życiu zmienić. Chciałam, żeby więcej się działo, żebym miała możliwość spotykania ciekawszych ludzi, którzy mają energię do robienia fajnych rzeczy.

Po maturze wyjechałam na studia. W pewien sposób więc wyemigrowałam, w skali lokalnej.

Okazało się, że po przeprowadzce do Warszawy zyskałam dostęp do dalekich, egzotycznych podróży. Było to prostsze, chociażby z tego względu, że w Warszawie na wymarzone podróże mogłam sobie zarobić. Poza tym łatwiej było je zorganizować , bo poznałam ludzi, którzy chcieli ze mną podróżować, miałam dostęp do organizacji studenckich. Rzeczywiście, świat się przede mną otworzył. Tyle tylko, że wówczas ważniejsze było dla mnie poznawanie różnych miejsc, niż decydowanie się na zamieszkanie w jednym konkretnym.

I myślę, że chyba ta ciekawość świata we mnie została. Nie umiałabym zdecydować, gdzie chciałabym mieszkać i to nie z powodu, że żadne miejsce szczególnie mnie nie urzekło, ja po prostu nie lubię wracać tam, gdzie już byłam. Cały czas uważam, że nadal zobaczyłam za mało, że jeszcze jest coś ciekawszego albo innego. Ta różnorodność świata była dla mnie z jednej strony zachwycająca, a z drugiej przytłaczająca, bo jak się zdecydować na jeden kraj?

Z czasem doszłam do wniosku, że właściwie fajnie jest mieszkać w Polsce i móc podróżować i że ja wcale nie potrzebuję przeprowadzki. Mieszkając pół roku w Niemczech uświadomiłam sobie, że jestem szczęśliwa w Polsce, formuła kilkutygodniowych wyjazdów jest dla mnie wystarczająca.

Później założyłam rodzinę, poszłam do normalnej pełnoetatowej pracy i tak zostało. Choć nie zaklinam, że nie zdecyduję się na emigrację. Być może przyjdzie taki moment, bo historie opisane w książce pokazują, że decyzja o przeprowadzce w zupełnie inną niż dotychczas część świata zapada na bardzo różnych etapach naszego życia.

Często wydaje nam się, że prawo do podejmowania decyzji o emigracji mają tylko młodzi ludzie…

To stereotyp, że na taką przeprowadzkę są w stanie zdecydować się tylko młode osoby, najlepiej mające bogatych rodziców, dzięki czemu stać ich na podróżowanie po całym świecie.

I rzeczywiście młodość może pewne rzeczy ułatwiać, bo nie czujemy się przywiązane do rzeczy, które już sobie wypracowałyśmy. Jeśli ktoś zdobył doświadczenie zawodowe, założył firmę, kupił mieszkanie, to trudniej mu z tej małej stabilizacji się wyrwać. Bywa jednak, że w wieku 30 paru lat czy 40-tu, a nawet 60 – ciu – jak bohaterka z Egiptu, dochodzimy do wniosku, że właśnie teraz jest ten właściwy moment, żeby coś zmienić. Powody mogą być różne. Bo nie udało się nam małżeństwo, jak w przypadku Joanny, która wyjechała do Toskanii, albo nie osiągnęłyśmy wszystkiego w znaczeniu osobistego szczęścia, jak druga Joanna, która mieszka dzisiaj w Senegalu. Ona rachunek sumienia zrobiła tuż przed 40-tymi urodzinami. Pracowała w korporacji, świetnie zarabiała, ale zrozumiała, że nie o to jej w życiu chodzi. Jest jeszcze pani Barbara, która przeprowadzając się do Egiptu wypełnia pustkę, jaka pojawiła się w jej życiu po przejściu na emeryturę.

Ja na razie nie mam takiego impulsu, który by mnie wypchnął gdzieś z Polski, ale niewykluczone, że może się kiedyś pojawi.

Jak widać różne mogą być motywacje skłaniające do wyjazdów, jednak nierzadko ich tłem jest miłość.

Przeprowadzki z powodu miłości można podzielić na dwa rodzaje. Jeden – kiedy miłość wypędza nas z domu, każe się pakować, jak w przypadku Ewy, która leciała do Kolumbii, bo była po uszy zakochana w chłopaku, którego znała tylko przez internet.

Drugi przypadek to kiedy dziewczyny zdecydowały się nie wrócić z podróży, w którą wyjechały nie mając zamiaru w kimkolwiek się zakochiwać. Przykładem jest tu Joanna z Senegalu czy Julia z Australii.

Zaobserwowałam, , że to kobiety są bardziej skłonne się poświęcić i zamieszkać w kraju ukochanego niż odwrotnie. Znam sporo historii, gdy to dziewczyna – Polka, wyjeżdża, bo uważa, że tak będzie łatwiej, bardziej w porządku. One często znają języki, lepiej odnajdują się w nowej rzeczywistości. Jest jednak druga strona medalu – na początku nie myślą o konsekwencjach takich decyzji. Kiedy jest się zakochanym, nie planuje się, co będzie z dziećmi, z pracą, co z tęsknotą za rodzicami. To w efekcie często okazuje się być bardzo dużym obciążeniem dla związku i wystawia go na poważną próbę. Dlatego trzeba samemu odpowiedzieć sobie na pytanie, czy było warto, chyba, że czas przyniesie taką odpowiedź.

Jest jeszcze jedna ważna rzecz, jeśli chodzi o emigrację z miłością w tle, co widać także wśród moich bohaterek. Kilkukrotnie okazało się, że najpierw robimy krok, żeby w ogóle wyjechać z domu, opuścić bezpieczny świat, wyruszyć  w podróż. Dopiero potem miłość się nam zdarza, przychodzi jako naturalna konsekwencja naszych decyzji. Stopniowo stajemy się na tę miłość gotowe. Bo przecież statystycznie, dziewczyny mieszkając w Polsce, też mogły kogoś spotkać, ale tak się nie stało, więc może podróż najpierw musiała je zmienić, może dowiedziały się czegoś o sobie i otworzyły na uczucie. Może te spotkania, to wcale nie taki zupełny przypadek? Kasia, która mieszka w Nepalu, mówi, że w Polsce nie spotkała faceta, który by myślał tak, jak ona, miał ten sam system wartości, kto nadaje bardziej na jej falach. Takiego człowieka poznała na drugiej półkuli…

I w zupełnie innej kulturze…

Dziś płacą za to sporą cenę. Są w wiecznym rozkroku. Kasi nadal nie udaje się znaleźć w Nepalu sensownej pracy . Przyjeżdża do Polski pracować nad krótkoterminowymi projektami, żeby zgromadzić trochę oszczędności i wraca. Jest im ciężko. Niewykluczone, że w ogóle zmienią miejsce zamieszkania na inny kraj, chociaż jestem bardzo ciekawa, czy mąż Kasi będzie gotowy zrobić to dla niej.

Z jednej strony na emigracji jest ciężko, ale z drugiej – wszystkie twoje bohaterki sobie poradziły. Znalazły pracę, pootwierały własne biznesy… Okazuje się, że można?

Celowo wybrałam takie, a nie inne bohaterki, bo chciałam, żeby to były zwykłe dziewczyny, nie żadne celebrytki ani żony bogatych mężów, których nie interesuje kultura, w której żyją. Chciałam pokazać kobiety, które musiały same sobie poradzić. Musiały iść do pracy, zarobić na siebie, ogarnąć mieszkanie czy, jak Barbara w Egipcie – wybudować swój dom. Dzięki temu miały szansę naprawdę poznać miejsce, gdzie zdecydowały się żyć i stać się jego częścią.

Później przychodzi bardzo ciekawy moment, kiedy nagle przestaje być już oczywiste, które miejsce jest twoim domem – czy to pozostawione w Polsce czy to nowe z własnego wyboru. Okazuje się, że jest różnie. Niektóre  dziewczyny uważają, że znalazły swoje miejsce na ziemi – jak Kasia z Gwadelupy. Ona już po pierwszym wyjeździe wiedziała, że chce tam zamieszkać, to była miłość od pierwszego wejrzenia. Innym razem nowe miejsce staje się drugim domem dopiero w wyniku świadomej decyzji, jak Australia dla Julii. Ona w końcu doszła do wniosku, że nie może nieustannie żyć w rozkroku, że musi się na coś zdecydować.

Jest jeszcze Kanada…

Właśnie, a bywa też tak, jak w przypadku Kasi mieszkającej w Kanadzie, że że tęsknota bierze górę. Kasia, jak sama o sobie mówi, po prostu nie jest typem emigrantki. Wyjazd do Kanady to była dla niej fajna przygoda, doświadczenie, ale ona chce wracać. I wiem, że wiosną będą już z rodziną w Polsce. To postanowione.

Na pewno niejedna osoba spyta, ale po co wracać? Tutaj? Do Polski?

Też zapytałam czy nie boją się powrotu po kilku latach mieszkania w Kanadzie. Zwłaszcza, że dla nich to były lata kluczowe – tam urodziły się ich dzieci, mąż Kasi zrobił karierę naukową, a ona sama przyznała, że miała bardziej pasjonującą pracę w Kanadzie niż w Polsce. Chce jednak wracać,  nie może już dłużej tak tęsknić, a wie, że z każdym rokiem, byłoby coraz trudniej. Jest gotowa przełknąć wszystko to, co związane jest z powrotem…

Z drugiej strony myślę sobie o tym, co mówiła Kasia z Gwadelupy: każde miejsce ma swoje plusy i minusy. To banał, ale od nas zależy, w jakim stopniu jesteśmy w stanie zaakceptować niedogodności, czy możemy je udźwignąć i z nimi żyć na emigracji, czy też nie.

Dlatego tak ważne jest, jeszcze przed podjęciem decyzji, odpowiedzenie sobie na pytanie: czego ja właściwie potrzebuję. I tu pojawia się problem, bo ludzie najczęściej tego nie wiedzą. Wydaje im się, że wyjazd jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmieni ich życie na lepsze i rozwiąże wszystkie problemy.  A to tak nie działa. Kiedy nie wie się, czego się chce, to przeprowadzka na koniec świata nie ma sensu, to strata czasu i pieniędzy.

Z chęcią poznajemy takie historie, kiedy ktoś odważył się wyjechać, myślimy, co by było, gdybym to ja się zdecydowała. Z drugiej strony w naszej kulturze silnie zakorzeniona jest potrzeba posiadania domu, mieszkania, miejsca, z którego trudno nam później zrezygnować.

Pamiętam, jak na własnej skórze odczułam, w jaki sposób zostałam wychowana. Bardzo długo frustrowało mnie, że nie mam swojego mieszkania, bo przecież każdy powinien mieć. Dziś moje spojrzenie na tę kwestię się zmieniło, fajnie, że mam mieszkanie, ale ono pewnie teraz utrudniałoby mi decyzję o wyjeździe. I faktycznie, jest w nas, w większości Polaków, nawyk kurczowego trzymania się najbliższej okolicy, najbliższych znajomych, rodziny. Mamy silną potrzebę poczucia stałości i stabilizacji, która być może wynika z faktu, że długo byliśmy biednym narodem. Emigrację kojarzymy raczej z przymusem, ucieczką, przesiedleniem. Może to pamięć minionych pokoleń podświadomie każe nam siedzieć  na miejscu i z niepokojem patrzeć na zmiany?

Myślę, że także dzisiaj, mimo coraz częstszych i dalszych podróży, mamy dość małą otwartość na świat, na możliwości, na mieszkanie w innym miejscu. . A jednocześnie bardzo lubimy słuchać o ludziach, którzy wyjechali, którym się udało. Siedzimy na tej swojej kanapie pod kocem i sprawdzamy, jak im się żyje, ale my nie, my nie będziemy tego próbować. A właściwie czemu nie?

3D_rzucto

 


Zobacz także

peeling z aspiryny

Jak przygotować maseczkę i peeling z aspiryny

Klęk podparty dla wzmocnienia mięśni grzbietu

Siad równoważny z piłką lekarską