Lifestyle

„Samotne matki w moim pięknym kraju nic nie są warte, tylko z nimi problem. I nikogo nie obchodzi, że mają coraz mniej sił…”

Anika Zadylak
Anika Zadylak
6 października 2016
"Samotne matki w moim pięknym kraju nic nie są warte, tylko z nimi problem. I nikogo nie obchodzi, że mają coraz mniej sił..."
Fot. iStock / sapozhnik
 

Mój ukochany kraju mlekiem i miodem płynący!

Taka jestem ci wdzięczna, za tę biedę jaką przyszło mi klepać. Za obrazki codzienne ze sklepu osiedlowego, gdzie matka trójki dzieci odkłada na półkę butelkę z mlekiem, bo jeśli dziś je kupi, to jutro nie będzie miała na chleb. Za to, że codziennie stoję przed dylematem czy zapłacić rachunki, czy kupić leki umierającemu synowi. Dziękuję ci za każdy telefon od komornika, który coraz bardziej zaciska pętle wokół mej szyj, bo choćbym się zesrała, dwoiła i troiła, nie wyrabiam finansowo. Dziękuje ci za brak spokoju, za poniżanie do granic możliwości, gdy wychodzę z MOPS-u z kwitkiem, bo słyszę, że przekraczam kryterium dochodowe. I za te bezsenne noce ci dziękuję, gdy po raz setny liczę wydatki i nijak nie chcę mi wyjść nawet na równo. Tylko zawsze na minus i zawsze na coś zabraknie. Bo samotne matki w moim pięknym kraju nic nie są warte, tylko z nimi problem. I nikogo nie obchodzi, że mają coraz mniej sił i same nie wiedzą, ile jeszcze zdołają wytrzymać.

Mój kraj debatuje nad tym, kto zasadził brzozę i wydając grube miliony szuka teorii spiskowych. Mój kraj, całymi dniami siedzi w sejmie i zajmuje bzdetami, i pojęcia nie ma, że tacy ludzie jak my, w ogóle istnieją. Że za jedną dietę szanownego pana posła mogłabym kupić węgiel na całą zimę, dach trochę połatać, dzieciom buty kupić. On o tym nie wie, bo w restauracji daje kelnerowi 50 zł napiwku, za które ja mogłabym zrobić dwa obiady, dla całej rodziny. Jakim cudem? Bo mój kraj mnie tych cudów nauczył, by z dziećmi przeżyć za 30 zł dziennie. Ale oni, nie mają o tym zielonego pojęcia,  bo już dawno zepchnęli nas na margines społeczny. Do slamsów, gdzie ktoś sprayem napisał: – Chciałaś mieć suko bachory, to sobie radź.  Mój kraj łaskawy każe mi stawiać się z dzieckiem na Komisje Orzekania o Niepełnosprawności i walczyć. Walczyć jak lwica udowadniając, że moje nieuleczalnie chore dziecko potrzebuje tych pieniędzy, które mój ukochany kraj oferuje. I poniżam się, błagam i kajam przed szanowną komisją, żeby przyznała nam te całe 480 zł renty. I słyszę przy wyjściu, że za rok mam tu przyjść ponownie, bo może akurat mój syn cudownie ozdrowieje i nie będzie już potrzebował tego ogromu pieniędzy.

I rzygać mi się chce, i płakać jednocześnie, gdy słyszę od znajomych, że  mój kraj w pizdu zostawili, wyjechali, i teraz w końcu żyją jak ludzie. Nie zastanawiają się w markecie, czy jeśli dziś zrobią na obiad mięso, to jutro będą mieli chociaż na cienką zupę. Nie kupują swoim dzieciom jogurtów dwa razy w tygodniu i to najtańszych, bo na codzienny taki  rarytas ich nie stać. I na wymioty mnie zbiera, gdy czytam komentarze, że wszystkie kobiety, które wyszły niedawno na ulice, powinno się spalić na stosie. Bo zamiast rodzić, to się buntują, chcą wyboru wedle własnego sumienia. A mój kraj ma sumienie dawać matkom z niepełnosprawnym dzieckiem 80 zł na rehabilitacje? Czy mój kraj z Wiejskiej adoptował choć jedno zdeformowane i siłą urodzone dziecko. Gdzie przy porodzie za wszelką świętość, obarczona grzechem niewybaczalnym, że pomyślała o aborcji, umiera matka na stole operacyjnym. Pytam, gdzie leczycie swoje dzieci, panie posłanki? Bo na pewno nie w obskurnym, zadłużonym szpitalu, który nie posiada na stanie nawet respiratora, gdzie 15-letnia Ola, umierała w męczarniach. Dusiła się kilka godzin i błagała resztkami sił o śmierć. A na wakacje gdzie jeździcie? Bo dla nas wakacje to blady strach, gdy zdajemy sobie sprawę, że trzeba będzie kupić książki do szkoły, co roku nowe, bo tak sobie ktoś tam mądrze wymyślił. Żeby nabić kasę drukarniom i całej reszcie wyciągając bez skrupułów z mojego, obdartego portfela.

Mój kraj ukochany mówi mi: masz dwie ręce, to pracuj. Zarabiaj na utrzymanie dzieci, które przecież są twoje. I po latach poszukiwań, tułaczki i zasiłkach z urzędu, daje ci robotę. Całe trzy czwarte etatu, ze śmieciową umową i całym 1200 zł na konto. Z czego połowę zabierze ci firma windykacyjna, bo się zadłużyłaś, gdy dzieci chorowały, a do gara nie było co włożyć. I wegetujesz, zastanawiając się każdego dnia czym jeszcze obdaruje cię twój kraj ukochany. I nie czekasz długo, bo słyszysz, że zamknęli kolejny oddział w klinice onkologii, bo nie było na remont. Za to wybudowali piękny, nowoczesny budynek, z wysokim standardem, marmurowa podłogą, żeby Trynkiewicz miał gdzie, godnie spędzić resztę życia. I patrzysz, jak powstają, rosną jak grzyby po deszczu, nowe kościoły i pomniki pamięci, i myślisz, czy to ty masz coś z głową, czy to świat oszalał. I wstydzisz się przyznać, że z tego kraju jesteś, bo nie ma miejsca, gdzie nie wytykano by nas palcami i kiwano z niedowierzaniem głową, że to co u nas, dzieje się w cywilizowanym państwie. Bo nie umiem wytłumaczyć, jak to się stało, że matka koleżanki po kilkudziesięciu latach ciężkiej harówy dostała parę stówek renty. Za mało by przeżyć, za dużo żeby zdechnąć. Tak, w tym kraju tacy jak my, zdychają w samotności, obdarci ze złudzeń, pokonani przez bezsilność.

I myślę mój kraju cudowny, gdzie zmiany dobre i żyje się lepiej, że ch*j na mnie kładziesz i tylko czekasz, aż pozbędziesz się balastu, jakim jestem. Bo przecież są ważniejsze sprawy, kolejną tablicę pamięci trzeba gdzieś przymocować i modlić się pod nią. Gdybym nie przestała już dawno wierzyć, też bym się pomodliła. O dar umiejętności transplantacji mózgów, bo gdy się temu wszystkiemu przyglądam, czytam ustawy i przepisy,  to czasem myślę, że w niektórych głowach hula tylko wiatr. I jeszcze może o pełną lodówkę bym się pomodliła i nowe buty na zimę. I  o biurka, żeby dzieci miały miejsce do odrabiania lekcji. I może jeszcze o choć jedną przespaną w tygodniu noc. Bo tylko we śnie, mogę oddychać spokojnie wyobrażając sobie, że żyję w normalnym miejscu. Gdzie w aptece starsza pani nie musi  rezygnować z połowy leków. Bo jest ciężko chora, ale gdy wszystkie kupi, wyrzucą ją z mieszkania, bo nie starczy na czynsz. Dziękuje ci więc mój święty kraju za to, że każdego dnia, dajesz mi wybór. Wegetuj albo się powieś.


Lifestyle

Powinnaś się wstydzić! Serio? Co robi z nami wstyd

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
6 października 2016
Fot. iStock / Petar Chernaev
 

Nie lubimy tego uczucia. Gdy się pojawia, płoną policzki, nie potrafimy skleić poprawnie sensownego zdania. Niezależnie od przyczyny, wstyd wpędza nas w zakłopotanie, czasem w poczucie winy. Sprawia, że nie łatwo jest przejść spokojnie obok sytuacji, która go wywołała. 

Uczucie zawstydzenia jest jednym z najgorzej przez nas tolerowanym. Odkrywa nasze słabe strony, nieumiejętność wybrnięcia z trudnej sytuacji.

Przyczyn zawstydzenia może być wiele. Począwszy od kłamstwa, na którym ktoś nas złapał w prywatnej rozmowie, skończywszy na publicznej kompromitacji, gdy dociera do naszej świadomości, że to, co zrobiliśmy/powiedzieliśmy, nie spotkało się z powszechnym zrozumieniem. Wstyd jest reakcją obronną na zagrożenie dla poczucia godności, ale trudno myśleć o nim inaczej, niż ze ściskiem w sercu, nie chcąc nigdy więcej wracać do upokarzającej chwili.

Reakcje na zawstydzające sytuacje 

Każda z nas, przynajmniej raz w życiu, była w tej mało komfortowej sytuacji. Reakcje na wstyd są różne. Możemy chcieć zapaść się pod ziemię, zmienić temat, a nawet unikamy miejsc i osób, które kojarzą się nam z przykrą sytuacją. A już najbardziej, chcielibyśmy o tym zapomnieć i nie ma w tym nic dziwnego.

Nie przyznajesz się do błędu

Trudno jest przyznać się do błędu głośno, a jeszcze trudniej zrobić to na forum publicznym, i powiedzieć — sorry, przepraszam, to moja wina. Mało komu „przepraszam” przechodzi przez gardło spokojnie, tym bardziej że wiąże się to z pewnym wycofaniem ze swoich słów, czynów, a taki krok do tyłu nie jest łatwy. Trochę brakuje nam krytycyzmu wobec siebie i zamiast spojrzeć chłodnym okiem, szukamy winnych wokół, choćbyśmy mieli wskazać, że za wszystko odpowiada np. złośliwość rzeczy martwych. „Coś” się zepsuło, rozlało, przez „coś” nie zostało wykonane zadanie. Wycofujemy się ze strachu, by nie narazić na szwank zagrożonego honoru. Widmo porażki tak nas przeraża, że wolimy iść w zaparte i ryzykować relacją z innymi, byleby nam samym włos z głowy nie spadł. W końcu, co złego, to nie my. Osoby pewne siebie nie mają tego problemu — potrafią przeprosić, bo pozwala im na to wewnętrzna siła.

Odkładasz konfrontację na później

Szczególnie dzieje się tak, gdy czeka cię zadanie, na którym kiedyś zdążyłaś się rozczarować, któremu nie podołałaś. Popełniać błędy jest rzeczą ludzką, ale niechęć przed ponownym odczuwaniem wstydu powoduje, że wolisz nie dotykać znów tego samego tematu, nie narażając dumy na szwank. Twoje samopoczucie jest ważniejsze od potrzeby stawienia czoła wyzwaniu, co pozwala czuć się bezpiecznie, ale bardzo ogranicza. Owszem, poczucie ulgi, że nie trzeba z czymś się mierzyć jest kojące, ale chwilowe, a odkładanie rzeczy na przyszłość potrafi całkowicie odebrać motywację do działania.

Nie pozwalasz sobie na kolejny błąd

Dążysz uparcie do ideału, próbując kontrolować wiele spraw profilaktycznie. Niestety, trudno jest przewidzieć wszystko, co może cię spotkać, a dążenie do perfekcji i odmawianie sobie prawa do pomyłek a tym samym chwili zawstydzenia, wykańcza i pozbawia sił. Trwając cały czas w sztywnych ramach i pilnując się na każdym kroku, zapominasz o jednym — sama siebie ograniczasz, choć nie można być na tyle idealnym, by nikt cię nie skrytykował i zawstydził.


źródło: psychocentral.comcharaktery.eu


Lifestyle

5 rzeczy, które powinnaś sobie uświadomić, jeśli wychowywałaś się bez ojca

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
6 października 2016
Fot. iStock/Zoran Zeremski

Rośnie liczba dzieci wychowujących się bez stałej obecności swoich biologicznych ojców. A nawet jeśli ojcowie mieszkają z dziećmi, są bardzo często nieobecni „duchem” z powodu różnych osobistych problemów i  zawodowych komplikacji. W tej sytuacji matki, ojczymowie, dziadkowie i inne, dorosłe osoby starają się zapełnić tę lukę. Chwała im za to, jednak naukowcy odkryli, że niezależnie od wsparcia, jakie otrzymały w dzieciństwie córki wychowujące się bez ojców, są one obarczone w dorosłym życiu ryzykiem wielu negatywnych konsekwencji, zwłaszcza w relacjach z mężczyznami.

5 rzeczy, które powinnaś sobie uświadomić, jeśli wychowywałaś się bez ojca

1. Nie jesteś sama, ani „inna” niż twoje rówieśniczki

Historii takich jak twoja, jest naprawdę bardzo dużo. Warto otworzyć się na inne kobiety i zobaczyć, jak one radzą sobie z tym problemem

2. Powinnaś iść stale do przodu, a nie ciągle odwracać się ku przeszłości

Zbawienne jest dążenie do rozwoju, bo ono zakłada planowanie, nierozłącznie związane z przyszłością i nowymi perspektywami..

3. Twój ból jest czymś naturalnym

Mimo, że minęło już tyle lat, ty nadal cierpisz, nie potrafisz „ułożyć sobie życia”. To nie jest „dziwne”. Normalne są też sprzeczne emocje, takie jak gniew i zagubienie.

4. Naucz się żyć „poza tym”

Jedną z najlepszych rzeczy, jaką możesz dla siebie zrobić,  to nadać sens swojemu cierpieniu i zaangażować się w coś, co pozwoli ci mniej skupiać się na sobie, a bardziej na życiu, które toczy się wokół.

5. Pomyśl, że życie ze świadomością JEGO braku jest jak podróż

To, w jaki sposób zdeterminuje twój los i dokąd cię zaprowadzi, zależy tylko od ciebie… Bądź cierpliwa dla siebie i swoich emocji. I nie wypatruj na siłę kamieni milowych w twojej sytuacji.


Źródło: Woman’s Day Magazine


Zobacz także

Wybrano najlepsze Położne w ramach kampanii społecznej „Położna na medal”

9 skutecznych sposobów radzenia sobie z negatywnymi ludźmi. Czas na dobrą energię!

Jaki poranek, taki cały dzień. 13 prostych sposobów na pozbycie się uczucia permanentnego zmęczenia