Lifestyle Psychologia

Przepis na dobry dzień? Bardzo prosty. Wystarczy odpowiedzieć sobie na 6 pytań

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
12 lutego 2016
Fot. iStock / Leonardo Patrizi
 

Teorii o tym, jak dobrze zacząć dzień są tysiące. Można od jogi, od ćwiczeń, od kawy, dobrego śniadania, albo budzika, który zadzwonił za wcześnie, dzięki czemu możemy jeszcze chwilę spędzić w łóżku.

Każdy ma swój sposób na dobry poranek. Ale poranek, to tylko część całego dnia. Może warto pomyśleć, co zrobić, by nasz cały dzień był dobrym. A kto wie, może bliski ideału.

Spróbujemy? Na dobry dzień wystarczy odpowiedzieć sobie – czy to przy kawie, czy jeszcze leżąc w łóżku na sześć pytań:

1. Na co mam dziś ochotę?

Pomyśl o tym, co dzisiaj chciałabyś zrobić. Może wypad z dzieciakami do kina? A może kawa na stacji benzynowej? Na co masz ochotę? Może sprawić przyjemność swojej rodzinie i ugotować coś pysznego. Albo obejrzeć rodzinnie film? A może zadzwonić do znajomych, żeby wpadli pograć w kości? Pewnie ile z nas, tyle pomysłów.

Ja dzisiaj mam ochotę na lody z Mc’D z moimi synami i zamierzam to zrealizować.

2. Co nowego dzisiaj zamierzam zrobić?

Kiedy robimy coś nowego, rozwijamy się. Małymi kroczkami przełamujemy w sobie ograniczenia. Warto zaplanować sobie w ciągu dnia rzecz, którą zrobimy po raz pierwszy. Może w pracy skorzystanie z nowego oprogramowania, a może czymś nowym będzie poproszenie o pomoc współpracownika. Coś nowego to może być wypicie przegotowane wody z cytryną przed poranną kawą dbając o swoje dobre samopoczucie. A może zjesz coś, czego nigdy wcześniej nie smakowałaś?

Ja dzisiaj pobiegnę trasą, której poznanie zawsze odkładałam, bo nie wiem, ile ma kilometrów.

3. Co mogę sobie odpuścić?

Spuść trochę presji z siebie już na początku dnia. Pomyśl, czego nie musisz dzisiaj zrobić i po prostu tego nie rób. Może gotowanie obiadu(bo może masz ochotę na jedzenie na mieście)? Albo sprzątanie łazienki? A może w pracy jest coś, co możesz właśnie dzisiaj odpuścić i nikomu krzywda się nie stanie. Może rozmowę, która nie jest pilna, a wiesz, że zabierze ci dużo czasu? Odpuść sobie coś dzisiaj.

Ja dzisiaj sobie odpuszczę z trzy telefony, które i powinnam wykonać, ale mogę to też zrobić w poniedziałek.

4. Komu dzisiaj pomogę?

Pomaganie innym sprawia, że czujemy się lepszymi ludźmi. To taki zdrowy egoizm, który w nas jest i nic w tym złego, jeśli zachce się nam go podsycać. To komu dziś pomożesz? Koleżance w pracy, bo wiesz, że jest zawaloną robotą (a ty w końcu coś sobie odpuściłaś 😉 ). A może mamie, sąsiadce? Dzieciom? Albo zawieziesz do domu samotnej matki kurtki, z których wyrosły twoje dzieci? Wpłacisz drobną kwotę dla kogoś potrzebującego? Możliwości jest wiele.

Ja zawiozę książki – czekają od dwóch tygodni, dla dzieci z domów przemocowych. W końcu się zbiorę.

5. Co dziś zrobię dla siebie?

Oprócz tego, że coś odpuścisz, i że zrobisz coś, na co masz ochotę, zaplanuj, co zrobisz tylko dla siebie? Kąpiel wieczorna? Drzemka po południu? A może w końcu umówisz się na masaż, który planujesz od dawna? Bądź dobra dla siebie – wypij bez pośpiechu kawę – to już będzie coś.

Ja kupię sobie dziś książkę, podobno wciąga na trzy dni. Oby tak było.

6. Czy o niczym nie zapomniałam?

Hahaha. To ważne pytanie. Bo każdy dzień to jakiś plan, jakieś rzeczy do zrobienia, obowiązki, zadania. Nim wyjdziesz z domu upewnij się, że o wszystkim, co dziś powinnaś zrobić – pamiętasz. Unikniesz stresu, w porę coś odkręcisz. Dzień będzie dzięki temu spokojniejszy.

Dziś piątek. Zaraz początek weekendu. Niech ten dzień będzie dobrym wstępem do odpoczynku.


Lifestyle Psychologia

Był ciepły, październikowy wieczór, piękne miasto, światło latarni. Od początku wiedziałam, że to związek z określoną z góry datą końcową

Listy do redakcji
Listy do redakcji
12 lutego 2016
Fot. Pixabay / YankoPeyankov / CC0 Public Domain
 

Pierwszą prawdziwą, wielką Miłość (i to pisaną przez duże M) poznałam dopiero po studiach –wcześniej były to tylko krótkie zauroczenia. W ostatni weekend września poszłam razem z koleżankami na imprezę – odstrzelona jak gwiazda Hollywood, w czerwonej sukience (na samo wspomnienie pojawia mi się uśmiech na twarzy :)).

I w klubie był ON – znaliśmy się przelotem od końca maja, on też utrzymywał kontakt z jedną z moich znajomych. W końcu podszedł do mnie, porwał do tańca i wszystko dookoła się już nie liczyło – nikt nigdy mnie tak nie prowadził jak on, nikt wcześniej nie sprawił, że po prostu poczułam się tak w centrum uwagi.

Wymieniliśmy się Facebookami, spotkaliśmy – tydzień później, po jego powrocie z delegacji. Poszliśmy na spacer – był ciepły, październikowy wieczór, piękne miasto, światło latarni. Śmieszne było samo przywitanie – zdradzę tylko, że inna kultura dała o sobie znać i chciał przywitać się ze mną jak ze swoim partnerem biznesowym – poprzez uścisk ręki. Ja, jak to ja, chlapnęłam, że jesteśmy na randce, a nie negocjujemy kontrakt. Tak! Jedno z większych faux pas, jak się później dowiedziałam na jakimś szkoleniu z różnic kulturowych! Wracając do rzeczy – chodziliśmy kameralnymi uliczkami, aż w końcu chwycił mnie za rękę i pocałował tak, że już nic się dla mnie wtedy nie liczyło.

Potem długo rozmawialiśmy – szczerze, nie ukrywał niczego, w tym tego, że niedługo wyjedzie z Polski i to ja miałam postawić granice naszej relacji. To był początek najlepszych 4 miesięcy w moim życiu – T. zafascynował mnie swoim krajem, rozbudził chęć rozwoju, oboje się „docieraliśmy”, spędziliśmy ze sobą wiele niezapomnianych wieczorów, w tym pamiętnego sylwestra 🙂 Zmienił moje podejście do życia, pokazał, że można wiele rzeczy zrobić w inny sposób. Jego spokój, opanowanie, wsparcie, mądrość życiowa – tak, żaden mężczyzna mi tego nigdy nie dał. Ja z kolei rozbudziłam w nim drugą młodość (była między nami różnica wieku), dałam to, czego nigdy nie miał – taką piękną, bezgraniczną, spontaniczną relację, zaszczepiłam miłość do polskiej kultury, wałkowałam, czym są andrzejki, co się je w Boże Narodzenie – on wcześniej nie był tym zainteresowany.

Aż w końcu przyszedł czas pożegnania, od początku wiedziałam, że to związek z, określoną z góry, datą końcową. Z racji tego, że w przypadku uczuć nie jestem zbyt wylewna, napisałam mu list, na końcu którego dodałam „dziękuję Ci za to, że byłeś, zawsze będziesz miał szczególne miejsce w moim sercu”. Wtedy myślałam, że umrę z tęsknoty – ale jak widać, piszę do Was, drogie czytelniczki 🙂

I rzeczywiście – od tamtego pożegnania minął rok, ja zdążyłam się już z niego „wyleczyć”, nie płaczę, nie omijam ulicy, na której znajduje się jego poprzednie mieszkanie. Nie mniej jednak kochać go będę zawsze. Bo przy nim byłam po prostu szczęśliwa, spokojna, bezpieczna. Sprawił, że poczułam się kobietą, która jest kochana. Ktoś by pomyślał, że nie ma większego sensu angażować się w takie relacje, ale ja wiem jedno – warto było, dla tego jednego dotknięcia ręką, objęcia, pocałunku w czoło.

Dla wspólnych wieczorów, długich rozmów, odgarniania włosów, z karku i jednej rzeczy, którą mi dał i którą wciąż trzymam w szufladzie. Dla pięknej dedykacji w pracy magisterskiej. I dla tej nutki szaleństwa – bo gdyby powiedział, żebym z nim jechała, rzuciłabym wszystko – pracę, drugie studia. I wiem, że byłoby warto. Jutro Walentynki, święto zakochanych – mam nadzieję, że jest szczęśliwy, bo tak niesamowici ludzie na to szczęście zasługują. Może i mnie się uda – i za rok spędzę ten dzień z kimś, dla kogo będę całym światem, takim, jak Moja Pierwsza Miłość była dla mnie.

Agata Jamróz


Akcja „Moja pierwsza miłość”

Pierwsza miłość jest wyjątkowa, to zauroczenie, motyle w brzuchu, ta szeptana na ucho przyjaciółki tajemnica. Niepewność, ciekawość i radość. Zakochując się po raz pierwszy mamy wrażenie, że unosimy się nad ziemią.

Luty to taki czas, kiedy na chwilę przystajemy w naszej miłości. Może dlatego, że nie obchodzimy Walentynek, a może właśnie dlatego, że je obchodzimy. Jedno jest pewne. W tym zimowy miesiącu o miłości myślimy bardziej niż zwykle. Dlatego  chciałybyśmy was zachęcić do wspomnienia waszej pierwszej miłości. Zakochania, zauroczenia. Odkurzenie w pamięci tych wyjątkowych chwil. To z pewnością są piękne historie.

Zapraszamy – włączcie się do naszej akcji „Pierwsza miłość”. Napiszcie do nas opisując swoją pierwszą miłość. My najciekawsze listy nagrodzimy i opublikujemy. Powspominajcie z nami <3

i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą
ks. Jan Twardowski


 WEŹ UDZIAŁ W ZABAWIE TUTAJ (klik)

 


Lifestyle Psychologia

„Głupia terapeutka – co ona wie o piciu, o współuzależnieniu”. A ja wiem – mój mąż pił 18 lat. Przeszłam przez to piekło

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
11 lutego 2016
Fot. iStock / logoboom

Miesiąc po ślubie błagałam męża, by nie wychodził. Pijany powiedział: „Uklęknij. Uklęknij i proś”. I klęknęłam. A on mnie uderzył: „Ty szmato, zobacz jak się potrafisz zeszmacić” i wyszedł. Wtedy przestałam istnieć. Zniknęłam. Na wiele lat.

kasiaMKatarzyna Menakiewicz, dziś terapeutka uzależnień i współuzależnienia. Jej mąż pił 18 lat. Gdy go poznała studiowała matematykę stosowaną, nie skończyła jej…, po swojej terapii ukończyła studia psychopedagogiczne i cały czas kształci się w dziedzinie uzależnień. Ma jeden cel – pomagać kobietom współuzależnionym. Sama przeszła przez to piekło.

Ewa Raczyńska: Dziś nie jesteś współuzależniona?

Katarzyna Menakiewicz: Gdyby do mojego domu wszedł psychoterapeuta, rozejrzałby się, porozmawiał ze mną 15 minut, to by wiedział, że do końca nie wyszłam na prostą. Te bibeloty, które trzymam w domu, te o dwa numery za małe sukienki w szafie. Nie potrafię się rozstawać z rzeczami. Niektóre decyzje powinnam podjąć dawno temu, a nie teraz, po 33 latach małżeństwa.

Twój mąż pije nadal?

Nie, jest abstynentem od 15-tu lat.

Co mówią kobiety, które zgłaszają się do ciebie na terapię?

Przychodzą przeważnie po wielu latach życia z alkoholikiem. Kiedy pytam, czego oczekują po terapii, wiesz, co zawsze słyszę? „Żeby mój mąż przestał pić”. „A jak pani chce to zrobić” – pytam i wiem, co odpowiedzą: „Będę go kontrolowała, patrzyła czy pije, wylewała alkohol, gdy wypije za dużo, przeszukam kieszenie, miejsca, gdzie chowa butelki”.  A to jest działanie zupełnie pozbawione sensu. Wiem, bo sama taka byłam – kontrolująca. Jesteśmy przekonane, że mamy wpływ na to, czy nasz mąż będzie pił. Guzik prawda. Terapia nie sprawi, że on przestanie pić.

A one myślą: „Głupia terapeutka, co ona tam wie”.

Pewnie tak i pewnie dlatego często na jednej wizycie kończą. Bo przecież on może pić, ale niech pije dwa drinki w tygodniu albo trzy piwa.

Wiesz, kiedy twój mąż zaczął pić?

Dzisiaj, z perspektywy czasu i wiedzy, którą posiadam, wiem, że uzależnił się na moich oczach. Jeszcze przed ślubem – ale ja nie chciałam tego widzieć. Byliśmy na imprezie u mojego wujka – trzeźwego alkoholika. Mój wtedy przyszły mąż wpadł w szał, kiedy wujek schował alkohol mówiąc, że mamy już dosyć. „Kaśka ty się zastanów, poczekaj, przełóż datę ślubu” – usłyszałam wtedy od wujka. Pamiętam też sytuację, kiedy mąż pił, wymiotował i pił dalej. Wtedy myślałam: „Jak można się tak truć”. Instynkt podpowiadał mi, żebym uciekała. Noc przed ślubem nie mogłam spać. Moja mama mówiła, że każda kobieta przed ślubem ma wątpliwości. Ale ja czułam lęk. Bałam się. Ale z drugiej strony znałam go i kochałam jak diabli.

Po ilu latach zgłosiłaś się o pomoc?

Po 15-tu.

Długo…

Kiedy zdajesz sobie sprawę, że twój mąż pije, to następuje pomieszanie różnych negatywnych uczuć. Pierwszy jest wstyd. Mi się wydawało, że tylko mnie to spotkało. Nie widziałam, że inni też mają kłopoty. Myślałam: „Co ja robię nie tak, że nie mam takiej cudownej rodziny. Przecież tak bardzo chciałam ją mieć”. Kryjesz wasz problem przed całym światem. Kryjesz jego. On coś psuje, a ty wyrzucasz sobie, że nie jesteś w stanie tego naprawić.

Współuzależnionym można przypisać jakieś wspólne cechy?

O współuzależnieniu można mówić, kiedy ktoś tkwi w takim destrukcyjnym związku wiele lat i ponosi rzeczywiste koszty trwania w takim układzie, im bardziej ta osoba chce „naprawiać” związek, tym bardziej wikła się w patologiczny układ.

Jedni uważają, że współuzależnienie do choroba, inni, że zaburzenie osobowości. Są tacy, którzy mówią, że to destrukcyjny sposób przystosowania się do aktualnej sytuacji. A ja bym to wszystko połączyła. Przychodzą do mnie tak różne kobiety, które rzadko można zaszufladkować w konkretny opis. One wszystkie mają jeden mianownik – wchodzą w tę sytuację jak w masło, ładują się w to bagno bez żadnej kontroli i świadomości tego, co się dzieje. Jeżeli partner jest zaborczy, autorytarny, dominujący, a kobieta nie daj Bóg bardzo go kocha – bardziej niż on ją, to w przypadku jego alkoholizmu, czy stosowania wobec niej przemocy (bo mechanizmy są podobne), jest duże prawdopodobieństwo, że zostanie współuzależnioną. I gdy do tego ona jest zależna finansowo i nie ma wsparcia w najbliższym otoczeniu to pewne „jak amen w pacierzu”.

A co z DDA?

Często osoby współuzależnione to dorosłe dzieci alkoholików, ale nie tylko. Bardziej przychylam się, że są to kobiety DDD – czyli z rodzin dysfunkcyjnych.

Jakie to dysfunkcje?

To może być przemoc, rozwód, ale też brak partnerstwa w związku rodziców. Poniżanie kobiety, sprowadzanie jej do roli sprzątaczki i kucharki. Niesiemy balast naszych rodziców, mówimy „Nie będę jak moja matka”, a jestem dokładnie taka, jak ona.

Twój ojciec pił?

Nie, moi rodzice rozwiedli się, gdy miałam sześć lat. I ja tak bardzo chciałam mieć normalną rodzinę. Moja matka zawsze mówiła: „Ciesz się, nie jest tak źle, mogłaś trafić gorzej”. Miałam poczucie iluzorycznej dumy: moja mama sobie nie poradziła, mąż od niej odszedł, to ja udowodnię, że jestem od niej lepsza i utrzymam ten związek. Poza tym nie chciałam fundować swoim dzieciom rozbitej rodziny, sama się w takiej wychowałam. Paradoks polegał na tym, że moi synowie, kiedy mieli po naście lat powiedzieli: „Mamo, dlaczego ty się wcześniej z ojcem nie rozwiodłaś?”. Poczułam się, jakbym dostała w twarz, bo ja przecież dla nich się poświęciłam.

To częste tłumaczenie: „Nie odejdę, bo dzieci muszą mieć ojca”.

W takich związkach najwięcej tracą dzieci. Kobieta koncentruje cała swoją uwagę na piciu męża, a dzieci idą w odstawkę.

Następuje izolacja całej rodziny. Dzieci są stłamszone, zamknięte, w poczuciu wyobcowania. W rodzinie z problemem alkoholowym obowiązuje tak zwana zasada „Trzy N”: „Nie mów. Nie ufaj. Nie czuj”. To ona uczy dzieci, że życie jest cierpieniem, ludzie są wrogami, nie można nikogo prosić o pomoc. Te dzieciaki nie zawiązują głębszych przyjaźni, boją się bliskości, bo tak zostały wychowane. Matka nie ufała ojcu, dzieci mu nie ufały, nie ufały także matce.

Życie w rodzinie z problemem alkoholowym, to straszna trauma dla dzieci. Moi synowie są DDA. Każdy z nich przeszedł terapię.

Mówienie: dla dzieci będę się męczyć z tym facetem, to świństwo wobec tych dzieci. Bo kobieta tym samym kładzie im na ramionach wielką odpowiedzialność. Takie dziecko myśli: „Przez to, że ja się urodziłem, moja mama musiała trwać w tym związku. Kim ja jestem? To ja unieszczęśliwiłem własną matkę”. A to przecież nieprawda, ją unieszczęśliwił mąż. To ona nie miała odwagi odejść, bała się biedy, tego, że sobie nie poradzi, myślała, co ludzie powiedzą, jak rodzina będzie na mnie patrzeć. A przecież współuzależnione kobiety świetnie dają sobie radę, bo one cały czas ciągną ten wózek. Zajmują się domem, dziećmi, często spłacają długi męża, czy zaciągnięte przez niego pożyczki. Płacą za izbę wytrzeźwień, wożą do pracy, bo on jeszcze jest wczorajszy. Nie pozwalają tym facetom ponosić konsekwencji picia. A same uważają się za święte.

Mocne słowa.

Terapia współuzależnienia jest bardzo trudna i ciężka. Pamiętam, jak na mojej grupie terapeutka zapytała: „Jakie czerpiecie korzyści z tego, że wasz mąż pije?”. Byłyśmy oburzone. A ona tłumaczyła: „Nikt, kto jest normalny nie tkwiłby w takim układzie. Gdyby wróg podniósł na ciebie rękę – uciekłabyś? To dlaczego jesteś z facetem, który pije, który leje cię przynajmniej raz w tygodniu, poniża i krzywdzi?”.

Bo czujesz się potrzebna?

No właśnie. Te wszystkie żony myślą o sobie: „Jaka jestem wspaniała, przecież to wytrzymuję, jestem Matką Polką – tak się poświęcam. Wszyscy mnie podziwiają”. Ale ci „wszyscy” kompletne nie znają tego problemu i tylko utrwalają schemat mówiąc: „Ty to jesteś święta. Ja bym już dawno od niego odeszła”.

Poza tym my, żony alkoholików, możemy obarczyć ich wszystkimi naszymi życiowymi niepowodzeniami, zawsze możemy powiedzieć, że to przez niego. Nie zmieniłam pracy? Przecież nie mogę, bo on pije, kto zajmie się dziećmi. A tak naprawdę bałam się podjąć wyzwanie, miałam idealne usprawiedliwienie.

To właśnie na tym etapie skonfrontowania się z samą sobą,  kobiety często rezygnują z terapii. Alkoholik łatwiej to przechodzi, bo on i tak źle o sobie myśli. A współuzależnione uważając się za święte wchodzą w taki opór, że zrywają terapię, niestety niewiele ją kończy.

Dlaczego?

U współuzależnionych kobiet (mówię cały czas kobiet, bo mężczyźni są w mniejszości) poziom lęku jest bardzo wysoki, a do dziś nie został stworzony program, który pozwalałby ten lęk oswoić, złagodzić go do takiego stanu, żeby one nie bały się pójść dalej w terapii. Bo terapia to otwieranie kolejnych drzwi do cierpienia, to jak posypywanie otwartej rany solą.  Gdy do tego dodamy „antyrodzinne” regulacje prawne obowiązujące w wielu krajach, to zamykamy drzwi do uniezależniania się kobiet.

U alkoholików jest zupełnie inaczej, bo oni dążą do czegoś innego,  szybciej widzą profity ze swojego nie picia. Poza tym mają duże wsparcie społeczne.

Wiesz, co mówisz, sama przez to przeszłaś.

Tak, dlatego, kiedy kobieta na terapii się rozkręca, to mówię: „Hola, spokojnie”, a ona mi wtedy rzuca: „Pani nie wie, jak to jest”. A ja wiem: „Może nie jestem w twojej skórze, może nie przeszłam dokładnie tego co ty, może mój mąż nie lał mnie aż tak, jak ciebie. Ale wiem, co czujesz”. I one wtedy przestają się użalać. To, co trzyma je ciągle w tym samym miejscu, to poczucie, że one już nic nie mogą, że nie mają siły i wsparcia. Zapominają o jednym – że one dla siebie są największym wsparciem.

Za takie podejście winię tych, którzy nas wychowali, bo przecież poczucie sprawstwa jest w nas kodowane, kiedy jesteśmy dziećmi. Gdy matka mówi: „Nie dotykaj, pobrudzisz się. Uważaj, bo się poparzysz, nie poradzisz sobie sama”. A ojciec wtóruje: „Nie złość się, dziewczynki się nie złoszczą”, to wszystko zostaje w nas bardzo głęboko i dlatego zachowujemy się tak, jak się zachowujemy.

Kobiety współuzależnione potrzebują akceptacji, cały czas zabiegają o uwagę, sympatię ze strony innych ludzi, będą się starać, by ich zadowolić. Dla nich partner jest ważniejszy niż ona sama. Uważają, że on musi się przy nich czuć dobrze i bezpiecznie, zrobią wszystko, żeby on mnie polubił, szanował, a najlepiej jeszcze pokochał. Takie kobiety potrafią przede wszystkim dawać, nie potrafią brać.

I kiedy kobiety kochają bardzo, kiedy myślą, że siła ich miłości go zmieni, to na tym bazują przez ładnych parę lat. W zależności od tego, jak szybko u alkoholika pogłębia się destrukcja.

Alkoholicy to mistrzowie manipulacji.

Tak, alkoholik wmówi żonie, że to jej wina, że on pije i ona w to uwierzy. Kobiety cierpią, bo balansują między poczuciem winy a poczuciem krzywdy. Alkoholik zawsze chroni siebie, on ma świetny instynkt samozachowawczy. Kiedy wyczuje, że balansuje już na cienkiej linie i że ona może odejść – wszystko odkręca. Mówi, że sobie nie poradzi, że ona jest całym światem.

Ona czasami odchodzi, by go nastraszyć?

Zawsze powtarzam tym moim kobietom: nigdy nie obiecuj czegoś, czego nie jesteś w stanie spełnić. Chcesz odejść, to nie wracaj po miesiącu, bo to woda na młyn dla alkoholika. Jeśli ty tylko grozisz i nie dotrzymujesz słowa, pokazujesz mu, że jesteś słaba i on nadal może bezkarnie z tobą igrać.

Jakie jest inne wyjście?

Wyjściem jest postawienie na siebie. Celem terapii jest, by kobieta uwierzyła,  że jest godna szacunku, godna miłości, że musi się spełniać, żeby być szczęśliwą i przede wszystkim ma prawo do szczęścia. Dzięki terapii ona przekłada swoją koncentrację z męża alkoholika na siebie. Ewentualnie jakąś część dla dzieci.

Jest obawa, że jak postawi na siebie, to on odjedzie.

A gdzie instynkt samozachowawczy kobiet? Czy on musi przyłożyć jej nóż do gardła, żeby zaczęła się bronić? Przecież alkoholik zabija ją każdego dnia. Skutki współuzależnienia są tragiczne. Te kobiety chorują na raka, wszystkie mają choroby psychosomatyczne: nadciśnienie, nerwicę żołądka, depresję. Często wchodzą w inne uzależnienia – zakupoholizm (jak kupię sobie nową sukienkę, to lepiej się poczuję), w uzależnienie od internetu, od leków, które przepisują im psychiatrzy. Same mogą stać się alkoholiczkami. Uciekają od życia, stwarzają sobie iluzję świata, w którym jest im lepiej, ale to tylko iluzja.

Jak ci się udało?

Postawiłam na terapię. Jest dużo lepiej niż było. Każda współuzależniona powinna pamiętać: jeśli chcesz, żeby twój mąż przestał pić, zacznij terapię od siebie. Naucz się, jak postępować z takim człowiekiem, naucz się dbać o siebie. Tylko tak jesteś w stanie zatrzymać jego picie. A jeśli on twojej zmiany nie uniesie – odejdzie.

To trudna lekcja.

Dlatego tak ciężka jest to terapia. Często terapia kończy się rozwodem, którego jestem przeciwniczką. Ale w niektórych sytuacjach nie ma innego wyjścia, by wyrwać się ze współuzależnienia. Jestem dumna z tych dziewczyn, które ukończyły terapię, bo wiem, jak wielką pracę wykonały. Dużo większą niż alkoholik, który trzeźwieje, bo on wie, że robi coś dobrego dla siebie, a kobieta nie ma takiej wizji.

Zostaje lęk?

W moim przypadku szybko sobie z lękiem poradziłam. Po roku nie bałam się, że pije, kiedy spóźniał się z pracy. Najtrudniejsze tak naprawdę są zmiany schematów zachowań z obu stron. Kiedy poszłam na terapię, mój mąż widział, że to już nie przelewki, że ja już nie dam się nabrać na to jego: „dzisiaj ostatni kieliszek, od jutra nie piję”. Kiedy wymieniłam zamki w drzwiach, kiedy zaczęłam wzywać policję reagując na przemoc w domu, to on stracił komfort picia.

Bo współuzależnione podtrzymują komfort picia. Jest nawet taka teoria o koalkoholiczkach  – one przykładają rękę do picia poprzez swoje zachowanie. To jest jak z dzieckiem, które tupie i krzyczy w sklepie, że chce batonik i mu kupuję. Pokazuję, że gdy krzyczy ma z tego korzyści. I tak samo jest ze współuzależnionym. Jeśli ja na drugi dzień gotuję rosołek, żeby on się lepiej poczuł, usprawiedliwiam przed szefem, lecę do apteki, to niby czemu on ma przestać pić? Żona utwierdza go w przekonaniu, że jemu picie się opłaca.

Twój mąż przeszedł terapię?

Tak. W ogóle uważam, że wraz z terapią alkoholika powinna iść terapia małżeństwa. Często jest tak, że alkoholik wychodzi na prostą, a żona nieświadomie ściąga go z powrotem do nałogu.

Utrzymywanie abstynencji nie jest trzeźwieniem. Trzeźwienie to coś więcej, to nieustanny rozwój osobisty alkoholika, to zmiana komunikacji w domu, zmiana zachowań. To okazywanie szacunku drugiej osobie. Alkoholicy pijący nie szanują innych, bo siebie nie szanują. Alkoholicy nie kochają innych. Ci już niepijący mówią, że odczuwanie miłości i uczuć wyższych przez czynnego alkoholika, to jak lizanie loda przez szybę, jest przytłumione. Kobieta w związku z pijącym alkoholikiem nigdy nie będzie czuć się kochana. On myśli, że kocha, jest nawet o tym przekonany, ale nie umie. Dopiero kiedy zaczyna trzeźwieć – uczy się szacunku do siebie i innych, wybaczania i miłości.

Jest jeszcze układ, gdy alkoholik nawet po terapii, nic nie zmienił oprócz odstawienia alkoholu. Jego pozycja w domu, funkcjonowanie pozostają z czasów picia, więc tak naprawdę problem się nie kończy. Znam niestety, wiele takich rodzin. I dla takich kobiet  też jest terapia, bo przecież one nadal tkwią w dysfunkcjonalnym związku!

Takie związki mają szansę przetrwać?

Bardzo często po roku – dwóch trzeźwienia mężczyźni odchodzą, gdy ona – współuzależniona nie decyduje się na terapię. On idzie do przodu, a ona tkwi w latach, kiedy mąż pił. I mężczyźni tego nie wytrzymują. Tworzą nowe związki. A ta pozostawiona kobieta czuje się jeszcze bardziej skrzywdzona. Bo przecież dzięki mnie on przestał pić, a na koniec mnie zostawił.

Poza tym ja jestem ostatnią, która potępi alkoholików, a wywyższy współuzależnionych. Zawsze powtarzam moim uzależnionym pacjentom: „Ty alkoholiku nie jesteś nic winny swojej żonie, jeżeli jesteś – to swoim dzieciom. Ona mogła odejść. To, że została, to był jej wybór. Jedyne, co możesz zrobić dla ratowania swojej rodziny, to pomóż żonie przejść tę samą drogę, jaką ty pokonałeś – terapię, tym razem dla współuzależnionych”.


Zobacz także

Zacznij opłakiwać matkę, której nigdy nie miałeś. 5 strategii, które pomogą ci zarządzać relacją z toksyczną matką

Meble, ciuchy i muzyka. Czego możemy nauczyć się od Skandynawek?

mózg brzuszny

Nadmiernie się pocisz? Możesz mieć problemy z układem pokarmowym. Zobacz, jakie jeszcze sygnały wysyłają ci jelita