Lifestyle

Poszłam do sklepu, wydałam 150 złotych i ja się pytam: na co, do cholery?!?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
23 sierpnia 2017
Fot. iStock/sergeyryzhov
 

Znacie to, prawda? Siedzisz sobie rano, zastanawiasz się, co na obiad, co dzieci by zjadły, czego w lodówce brakuje, bo tam już niemal same światło. Lodówka wyczyszczona do granic możliwości, więc czas ruszyć tyłek po jakieś zakupy, choć gdzieś w głowie tli się mgliste wspomnienie zakupów sprzed… dwóch dni.

Nie, to przecież niemożliwe, że dwa dni temu byłam na zakupach. Przecież wędlinę, ser kupiłam. Kilka pomidorów i ogórków, sałaty kawałek. No tak sałata jeszcze w lodówce leży, ale po jogurtach, serkach ani widu ani słychu.

Dobra, nie ma co załamywać rąk, trzeba na zakupy jechać. No więc biorę moją ulubioną siatkę w paski, dość sporą, dużo pomieści. Zwijam z półki portfel i pełna werwy, z listą w głowie, jadę.

Przez chwilę się zastanawiam, czy brać duży koszyk, czy mały, ale przecież nie planuję jakiś wielkich zakupów, więc ten mniejszy zdecydowanie wystarczy. Swoją drogą zauważyliście, że już prawie nie ma koszyków „do ręki”? Teraz tylko te na kółkach, do ciągnięcia. A jak wiadomo – jeśli nie wiesz, ile dźwigasz, to też nie wiesz, ile kupiłaś. Proste. Idealny chwyt marketingowy i zachęcający nieświadomych konsumentów do zakupów. W końcu ile razy rezygnowałam z kolejnego kartonu soku, słoika musztardy o nowym smaku tylko dlatego, że było już mi ciężko z koszykiem w ręce. A teraz? Sobie ciągnę i ciężaru nie czuję, więc dokładać mogę, do momentu aż się wysypywać produkty nie zaczną.

No więc wpadam do sklepu. Hmm, na obiad może gulasz, chłopaki dawno nie jedli. A kochają kaszę. Dobra, to kasza. O jaka fajna, nowa z soczewicą… A jak im nie posmakuje, to wezmę jeszcze gryczaną, a jaglana się już kończy, to właściwie też. Przecież kasza niedroga. Nie lubię za długo być w sklepie, więc szybko przemykam między półkami. Kawa, bo się kończy (uf na szczęście w promocji), kawałek sera, jogurty – jest promocja za 0,89 zł. Cena masła nadal przyprawia mnie o zawrót głowy, jak to możliwe, że jeszcze przed urlopem płaciłam za masło 7 złotych, a teraz to samo kosztuje 15?? Dobra, przełknę bardziej cenę, niż coś masłopodobnego do smarowania. Jakiś owoc, sezon na winogrona uważam za rozpoczęty patrząc na ceny! Woda w domu jest, mleko też. To jeszcze wędlina, mięso na obiad, może coś od razu na jutro. Do zupy? Zerkam na wszystkie dodatki marketowe – nowe garnki, klapki, książki, może ten dywanik do łazienki? Niee, po co mi to, przecież kupuję rozsądnie, niczego poza tym, co jest niezbędne.

I już stoję w kolejce do kasy, wykładając na taśmę wszystko, co zdążyłam zebrać. Uśmiecham się do pani w kasie wymieniając uprzejmości i zdanie na temat pogody. Uśmiech znika jednak z mojej twarzy, gdy słyszę: „150 złotych poproszę”. Że co? Jakie 150 złotych? Jakim cudem? Nie będę robić afery, myślę, ale pakuję do torby z zakupami też paragon. Sprawdzę w aucie, jak coś to wrócę. Szybki rzut oka na słupek w końcu niewielu produktów i kurde, no wszystko się niby zgadza. Dobra, nie ma co się łamać, w domu zobaczę.

Tyle tylko, że w domu wypakowuję zakupy, rozkładam i nijak tych 150 złotych nie widzę! Masło, dwa opakowania kaszy, winogrona, mięso, kilka jogurtów (w końcu w promocji), kawa (też w promocji). Nożesz pomyłki na paragonie dostrzec nie mogę, ale zakupów na miarę 150 złotych szczerze też nie widzę!

I przecież to nie były jakieś wielkie zakupy. Nie mówię o wodzie, mleku, płatkach (kuźwa też się kończą), oleju. W końcu to tylko jedzenie. Co z papierem toaletowym, który u nas chyba jest zjadany i co najmniej dychę tygodniowo wydać na niego muszę. Płyn do mycia naczyń? Przestałam się łudzić, że te tańsze są lepsze, tu wolę te dwa zeta więcej zapłacić, ale wiem, że kilka dni dłużej jednak wytrzyma.

Żebym jeszcze wino kupiła, wódkę. Choć patrząc na te zakupy i wyrwę na koncie, żałuję, że tego nie zrobiłam.

Wpada moja mama. „A co ty taka wkurzona” – pyta. No jak mam nie być wku*wiona, jak właśnie wydałam 150 złotych i nie mam pojęcia na co! I to nie wynika z mojej ignorancji. Że niby nie wiem, co ile kosztuje. Po prostu niezmiennie zadziwia mnie wyjście do sklepu, zostawienie stówki, gdy drugą muszę wydać maksymalnie za dwa dni!

Po raz kolejny obiecuję sobie przemyślane wydatki, robienie list, planowanie obiadów na cały tydzień. Ale co, jak mi akurat zabraknie mąki czy cukru, bo myślałam, że jednak jest więcej niż jedna szklanka? A co, gdy moje dzieciaki wpadną na pomysł robienia naleśników na kolację?

Matko, załamać się idzie z tymi cholernymi zakupami. Podziwiam wszystkich, którzy potrafią zapanować nad takimi wydatkami. Znam takich, co robią jedne duże zakupy w tygodniu. Ja właściwie też robię, ale bywa, że czegoś brakuje, że ktoś ma akurat większy apetyt. Znam takich, co kupują mało, ale często. Może to też pomysł, ale ja czasu nie ma na łażenie po sklepach.

Chociaż się nauczyłam, żeby głodnej do sklepu nie wchodzić, żeby nie dawać się nabrać na promocje, zwłaszcza trzy za cenę dwóch, bo na ch*j mi trzy keczupy? Na raz ich nie zjemy. I żeby wiedzieć, czego chcę, ale i tak okazuje się, że w sklepie chcę jednak więcej niż nim do niego weszłam.

Staram się kupować rozsądnie. Ale jak ze 150 złotych zrobić zakupy, które starczą na dłużej niż na półtora dnia? Zwłaszcza, gdy staram się dbać o to, żebyśmy nie jedli śmieci… Eh… najlepiej na wieś się wynieść, ogródek mieć, krowę, świnkę i… maszynkę do robienia pieniędzy. To się wygadałam, tfu – wypisałam, wierząc, że nie jestem w tym moim przemyśleniu osamotniona…


Lifestyle

„Ktoś podpie*dolił mi dzień”. Jak to możliwe, że dajemy się tak wykorzystywać? Ha, znalazłam na to sposób

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
29 sierpnia 2017
Fot. iStock/Milan_Jovic
 

Dzwoni do mnie przyjaciółka: „Ktoś podpie*dolił mi dzień” – wali prosto z mostu. Oho, myślę, jest grubo.

– Co się dzieje? – pytam, choć wiem, że pytanie jest tu zbędne.

– Wstałam, ku*wa z tysiącem planów, co dzisiaj zrobię, dzień wolny. Chciałam jechać po zakupy, dzieciakom rzeczy do szkoły kupić, zeszyty, piórniki – zresztą sama wiesz.

Wiem, sama jeszcze mam te zakupy przed sobą, a czasu jakby… coraz mniej.

– I wiesz – kontynuuje ona. – Myślę sobie, że cały dzień przede mną i już oczami wyobraźni widzę siebie wieczorem – chata wysprzątana, ciasto ze śliwkami upieczone, zupa brokułowa… No i właśnie, co mnie z tą brokułową podkusiło. Że ja też wcześniej nie pomyślałam.

– Ale co mają brokuły do twojego dnia pod tytułem: „Raz na jakiś czas chcę być idealna”? – pytam szczerze zaniepokojona (hehe, może nie aż tak bardzo szczerze, ale to tak brzmi poważnie, prawda?).

– Daj, mi skończyć (ups sorry, jest grubiej niż myślałam). Wyjechałam po zakupy, a tu telefon: „Słuchaj, podrzucę ci mojego Maksa na godzinkę, okej? Bo mam sprawy do załatwienia”.

Znam ten ten ton… I wiem, kto jest mamą Maksa. Więc powoli wku*w zaczynam rozumieć.

– Odmówiłaś? – znowu pytanie retoryczne.

– Ja? Ja i odmówić? Z choinki się urwałaś? Jak ona już z tym Maksem do mnie jechała, to mi się dopiero z dziesięć ciętych ripost włączyło, ale było już za późno. Maks wylądował.

Gwoli wtrącenia – Maks, a raczej jego mama notorycznie wykorzystują fakt, że moja przyjaciółka ma nienormowany czas pracy, dzięki czemu miewa wolne dni w ciągu miesiąca, o czym nie wiedzieć z jakiej sadomasochistycznej przyczyny, informuje wszystkich wokół. I oczywiście są tacy, którzy zręcznie to wykorzystują, jak mama Maksa. Żeby była jasność – to nigdy nie działa w drugą stronę, dzieci przyjaciółki jakoś trudniej podrzucić do Maksa…

Maks oczywiście wylądował nie na godzinę, ale na cztery i pół. – Wyobrażasz sobie? Od jedenastej do wpół do czwartej? To jest godzinka na załatwienie swoich spraw, a co do cholery z moimi?

Już się nie wtrącam, czekam na finał tej opowieści, bo wiem, że musi być ciąg dalszy.

– No i ona wpada po niego, jak gdyby nigdy nic i pyta, co mam na obiad. No to ja, że tę przeklętą zupę brokułową. Jak ta debilka kurtuazyjnie pytam, czy ma ochotę. Oczywiście, że ma! A jakże! Zjada trzy łyżki, chwyta za telefon, a ja wyciągając gary ze zmywarki słyszę: „Maciek, gdzie jesteś? Wpadaj do Jolki, ma świetną zupę!”. Stara, myślałam, że mi krew do oczu najdzie, a para pójdzie uszami. Miałam ochotę wypie*dolić ją z chaty z Maksem i drzwi zatrzasnąć na nosie jej męża.

Oczywiście mężuś przyjechał, zupę zjadł, kawkę jeszcze wypili dziwiąc się, że ciasta nie piekłam i wyszli tuż przed dwudziestą, kiedy musiałam już po dzieci do matki jechać. I tak, stara, ona podpie*doliła mi dzień. Jezuuuu, musiałam się wygadać.

Kurtyna.

No bo jasne, że teraz można gadać, że głupia, że się daje, że brak asertywności, że jak tak można. Ale z drugiej strony – która z nas tak nie ma. W większym, czy mniejszym wymiarze. Dajemy się za przeproszeniem dymać czasowo przez koleżanki z pracy, przez koleżanki z placu zabaw naszych dzieci, rodzinę – tę bliższą i dalszą.

„No co ty, żaden problem, ja to zrobię” – mówimy, choć nasze ciało krzyczy, że to wbrew nam, że wcale tego nie chcemy. Czasami durnie mamy nadzieję, że jak innym pokażemy, że można więcej, to oni pójdą w nasze ślady i zaczną starać się bardziej. Utopia. Chcesz to rób, to się staraj, ale mnie do tego nie mieszaj. Ale my z deficytem asertywności w to brniemy.

Ja naprawdę się zastanawiam, jak to możliwe, że jakiegoś styku w mojej głowie brakuje, tego między ciętą ripostą lub zwykłym „nie” a mózgiem. Jakoś opóźnioną mam reakcję. Podobnie zresztą, jak moja przyjaciółka. Ale jak już wiem, że ona tak ma, a ona, że mam identycznie, to przynajmniej nie wykorzystujemy nawzajem tej swojej słabości. O dzięki ci za tę przyjaźń, w której nie muszę wbrew sobie mówić: „dobra, nie ma sprawy” albo niezręcznie milczeć, żeby czasem „nie” ością w gardle mi stanęło.

Ja pierdzielę. Co takiego jest w nas? Jesteśmy mądre, świadome, fajne, a dajemy się „ruchać” na prawo i lewo, bo boimy się, że jak powiemy „nie”, „nie chcę”, „nie podoba mi się to”, „nie mam ochoty”, „nie pozwolę sobie, żebyś…”, to co? To świat się zawali.

Wiecie, ostatnio wpajam mojemu mózgowi jedną lekcję. Tak mi zależy, żeby się tego nauczył, wyćwiczył, bo to całkiem mądra lekcja. Otóż w sytuacji, gdy jest mi źle, gdy mam problem – jak chociażby z asertywnością (a raczej jej brakiem), mówię sobie: „Jaka jest najgorsza rzecz, która może się przez to wydarzyć”. Wyobraź sobie, co takiego najstraszniejszego się stanie, że tak bardzo boisz się zareagować w zgodzie ze sobą, a wbrew komuś, czyimś opiniom i nie twoim oczekiwaniom?

I wiecie, że to działa. Jak ostatnio znajoma pisze do mnie: „Pożyczysz mi kasę”, a nienawidzę pożyczać pieniędzy znajomym, bo to źle wpływa na relacje, pomyślałam: „co najgorszego się stanie, jak odmówisz”. No ona się obrazi, ale jak się obrazi o kasę, to słabo. To po co mi taka znajoma. I słuchajcie „niestety nie” przeszło mi przez gardło. Bez tłumaczeń, kłamstw, kombinacji. Krótko i na temat. Jeszcze po tej odmowie nie dzwoniła… Cóż.

No więc mówię tej mojej przyjaciółce: – Co najgorszego się stanie, jak jej odmówisz kolejnym razem?

– Przestanie w końcu wydzwaniać robiąc ze mnie niańkę do swojego syna. No i pewnie się obrazi.

– I co?

– I nic. I bardzo dobrze!

Proste? Powiem wam więcej – to działa i dobrze nam robi. Nam i naszej asertywności.


Lifestyle

„Te baby to wstydu nie mają. Takie grube i się zdjęciami jeszcze z wakacji chwalą. Chyba lustra im w domu brak”

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
17 sierpnia 2017
Fot. iStock/Eloi_Omella

„Patrz, jaka gruba”, „Te baby to wstydu nie mają”, „Jakbym tak wyglądała, to bym z domu nie wychodziła”, „I jeszcze wpie*dala te gofry z bitą śmietaną, fuj”.

Wakacje to idealny czas na obserwację naszego cudownego społeczeństwa, gdzie większość sobie nawzajem wilkiem, a gdyby tak jeszcze mogło dodatkową szpilkę wkłuć, byłoby wręcz fantastycznie. I od razu uprzedzam – generalizuję, ale szczerze mówiąc ręce i cycki mi opadają, jak słyszę tego rodzaju komentarze. Leżą dwie takie na plaży, z du*ami najczęściej gołymi, bo nie wiedzieć czemu sobie majtki wkładają do tyłka – jakby sobie stroju ze stringami kupić nie mogły. I komentują – a ta gruba, a ta ma cellulit, a ta blada jak świnia, po co na plażę w ogóle chodzi. Tamta strój ma jakiś dziwny, a jeszcze inna mogłaby się zakryć, bo cielskiem tylko straszy.

Trudno własnym uszom uwierzyć! Bo ja się pytam: w czym kobiety innym kobietom przeszkadzają? Że otyłością? Rozmiarem 44 czy 46, a pal sześć jak nawet 50 noszą? A może żal im te odkryte tyłki ściska, że one wiecznie na diecie, na gofry tylko patrzą przełykając głośno ślinkę i tłumaczą sobie, że to niedobre, fuj i w cycki na pewno nie idzie.

A jak już któraś w rozmiarze XL bądź XXL na horyzoncie się pokaże to hejtuj dusza, piekła nie ma. No nijak tego nie jestem w stanie zrozumieć. Moja mama zawsze powtarzała, że chude to wredne, a grube zawsze wesołe. I pewnie dużo w tym prawdy (znam mnóstwo wyjątków wśród tych chudych!), choć można to uznać za stereotyp, jednak coś w tym jest. W końcu czy znacie taką sytuację, kiedy to szczupła dziewczyna wrzuca swoje zdjęcie w stroju kąpielowym, a kobiety w rozmiarze XXL zaczynają ją hejtować? Pisać, że jak ona może tak się pokazywać, jak wygląda, że wstydu nie ma taka roznegliżowana. Pomijając wpadkę Magdy Gessler z Anja Rubik nie przypominam sobie takich akcji.

Ale niech tylko ta wychodząca poza wagową średnią odważy się pokazać na plaży? O kochane, przyznajmy same – docinkom, wrednym komentarzom i dołującym opiniom nie ma końca! A co najgorsze, jeszcze nikt tego w twarz nie powie, tylko gada za plecami: „Ty widziałaś, jak ta się roztyła? No przecież zdjęcie na Fejsie ma”, „Ta Anka to lustra w domu chyba nie ma, może ktoś jej powie, żeby publicznie się nie pokazywała”. Kto odważniejszy to anonimowo skomentuje to, co widzi, a co nie wiedzieć czemu tak bardzo go drażni.

Bo mnie osobiście to wku*wia. Komentowanie tego, kto jak wygląda. I to w dwie strony. Mam koleżankę, która do szczupłych nie należy, a która zawsze musi rzucić po imprezie: „Widziałaś, a ta znowu na diecie, nic nie je, sztywniara, jak można być całe życie na diecie”. Nożesz to jej sprawa przecież. Skoro żal ci, że ona na diecie i szczuplejsza, sama też idź, nikt cię palcem wytykać nie będzie.

I odwrotnie. Jak jakaś utyta przyjdzie, to już komentarze za plecami idą: że „jak mogła do tego dopuścić”, „a widziałaś, ile ona zjadła?”.

A weźmy się raz na zawsze opierdzielmy od innych i dla odmiany przyjrzyjmy się sobie. Która ma odwagę stanąć nago przed lustrem i spojrzeć na siebie bezkrytycznie? Wiecie, ja zawsze podziwiam te dziewczyny w krótkich szortach, w obcisłych spodniach i bluzkach, które bez kompleksów pokazują swoje fałdki, czasami też fałdy. Podziwiam je za odwagę, za akceptację własnego ciała. Uważam to za ogromną dojrzałość – takie branie siebie jaką jestem. I nie przejmowanie się tym, co inni gadać będą. Bo co to zmieni? Kompletnie nic – nam ulży, że nabruździliśmy jakieś nieznajomej kobiecie za plecami sami poprawiając sobie humor, a ona? Ma to w dupie i nie od naszego gadania ten tyłek ma większy od tego, do którego przyzwyczajają nas media. A raczej ten tyłek, to jej budowa, może problem z hormonami, może chora. A może po prostu lubi jeść. I dopóki jest zdrowa – smacznego!

To nie moja sprawa. Ani twoja, ani nikogo innego, jaki rozmiar kto nosi i w jakiej majtki się wciska. Chyba, że tak jak paniom z rzeczonej plaży tyłek ściska, że one nad swoją sylwetką pracują cały rok, żeby latem na plaży się pokazać i nadal leżą same, a ta z cyckami, tyłkiem i cellulitem na udach fajnego ma męża, co to z dziećmi buduje zamek z piasku.