Lifestyle

Portret Prawie Romansu

Poli Ann
Poli Ann
16 sierpnia 2019
Fot. iStock
 

Tak łatwo jest zacząć romans. Dorota spojrzała na telefon i uśmiechnęła się. Rozbawił ją. On, nie telefon. Kilka lat młodszy, z niedbałym zarostem i dużą pewnością siebie. Żonaty od roku. Szczęśliwie.

Poznała go na imprezie. Znany klub i one. Kilka przyjaciółek, spośród których jedna wychodzi za mąż. Wszystkie prócz Moniki – panny młodej i Beaty są mężatkami. Beata rozwiodła się niedawno i w sumie ma ochotę na dobrą zabawę. Z naciskiem na „dobrą”. Reszta dziewczyn chce tylko potańczyć do upadłego i pośmiać się do rozpuku.

Na parkiecie podchodzi do nich grupka młodych mężczyzn. Z kawalerskiego. Chcą się dołączyć i po prostu potańczyć, a że większość dziewczyn zaobrączkowana, oni zresztą też, to będzie miło i grzecznie. I tak faktycznie jest. Dziewczyny nawet drinki kupują same sobie. Nie chcą kusić losu. Chłopaki są uśmiechnięci i ręce trzymają przy sobie. Impreza idealna.

Z Dorotą tańczy on. Mateusz. Świetnie prowadzi. W jej typie. Dżinsy, trampki i koszula, którą nosi tak nonszalancko. Koloru jego oczu nie pamięta. Nie patrzy w nie.

Na parkiecie rozumieją się bez słów. W ich tańcu nie ma krzty erotyzmu. Bawią się na stopie kumpelskiej i może dlatego jest tak dobrze. Przy stoliku też doskonale się rozumieją. Tym razem używając słów, a nie dopasowując kroki. Nie mogą się nagadać. Opowiadają sobie życie w dużym skrócie. Nikt niczego nie ukrywa. Obrączki lśnią na ich palcach, które spotykają się tylko w tańcu.

W sumie to trudno powiedzieć, co sprawia im większą radość. Wspólne pląsy czy rozmowa. Bawią się wyśmienicie. Cała ekipa. Nikt nie pije za dużo, nikt nikogo nie podrywa, tylko Dorocie z tym Mateuszem jakoś tak fajnie się gada.

Klub opuszczają wszyscy nad ranem. Grzeczne pożegnania, podanie ręki, co najwyżej przyjacielski cmok w policzek.

Dorota chce jeszcze sobie zrobić selfie z dziewczynami wieńczące tę noc. Mateusz proponuje pomoc i robi coś, czego nikt się nie spodziewa. Zanim wykona zdjęcie sam dzwoni do siebie z telefonu Doroty. Ona nie zdąży mu wyrwać komórki. Czemu to robi? Potem napisze, że nie wie. To był impuls. Chciał mieć jej numer po prostu. Wiedział, że by mu go nie dała. To nie ten typ kobiety. Dorota nie wie, czy jest bardziej zaskoczona czy oburzona. Żegna go z uśmiechem przekonana, że Mateusz zrobił sobie żart.

Nie zrobił. Napisał nazajutrz. Po przyjacielsku pytając, jak jej stopy po tylu godzinach szaleństw na parkiecie. Odpisała też zadając pytanie. I tak SMS za SMS-em. Piszą często, ale nie codziennie. Niezobowiązująco, nie mówiąc o tym swoim drugim połówkom. Niby nic złego się nie dzieje. Nie flirtują nawet. To po prostu luźne rozmowy. Żarty, że następnym razem rozniosą parkiet.

Pewnego dnia on pyta w końcu o to, o co każde z nich powinno. Czy nie skasują swoich numerów, bo to chyba się rozkręca. Dorota bez wahania przyznaje mu rację. Wyprzedził ją tym pytaniem. Myślała o tym wiele razy, tylko nie mogła znaleźć powodu. No bo dlaczego? Bo rozmawiają o pracy, pogodzie i czasie wolnym? Nie chciała chyba widzieć, że ten kontakt może faktycznie się rozkręcić.

Życzyli sobie miłego życia. I powiedzieli do zobaczenia przypadkiem.

Czy Dorocie żal? Chyba nie. Odczuła ulgę. Bała się podświadomie chyba, że wejdzie w tę relację za bardzo. Z drugiej strony nic złego przecież nie robiła. Tak się jej przynajmniej zdawało.

Usunęła numer od razu. Obiecała. Nie wiedziała jak Mateusz się nazywa, gdzie dokładnie pracuje i mieszka. Nie szukała go. Nie wiedzieć czemu po kilku tygodniach dostała SMS od kogoś nieznanego, oficjalnie informujący, że oto zmieniłem numer i jestem dostępny pod… Tu padło imię i nazwisko. Sprawdziła na fejsie. To był on. Nie skasował numeru. Może zapomniał, może nie chciał. Kilka dni biła się z myślami, czy do niego napisać.

Nie napisała. Bała się, że może ją wyśmieje. A może, że to wszystko wróci ze zdwojoną siłą. Do dziś się zastanawia, czemu nie dotrzymał słowa i wie, że gdyby napisała to może coś by wybuchło. Coś może niewinnego, a może nieprzewidywalnego. To takie przecież proste. Kilka SMS-ów, jakieś rozmowy, gdy nikt nie słyszy. Nie musieliby się spotykać. Romans mógłby rozkwitać i bez tego. Nieważne, że obrączki lśnią na palcu i że ich związki wcale nie chylą się ku upadkowi. Wystarczyło nie kasować numeru albo przekonać go, że jego usuwanie nie ma sensu, bo przecież tylko niewinnie piszą i rozmawiają.

Dorota tego nie zrobiła. Mateusz nie pisze. Może faktycznie zapomniał. Może czekał na jej inicjatywę. Nie wiadomo. Nie widują się. Najwyraźniej nie są sobie pisani. I dobrze. Żyją swoim prawdziwym życiem.

Dorocie nasuwa się jednak pytanie, co by było gdyby? Pytanie, ile osób na ich miejscu zachowałoby się tak samo? Ile faktycznie usunęłoby numer i miało odwagę powiedzieć stop? A ile weszłoby w niewinny z pozoru układ, bo przecież to tylko SMS…?


Lifestyle

„Widzieli śmierć czyhającą na każdym kroku. Radość mieszaną z desperacją. W powstaniu zostawili cząstkę siebie”. Dziewczyna z warkoczami

Poli Ann
Poli Ann
19 sierpnia 2019
Fot. iStock / Konoplytska
 

Krystyna ma długie włosy. Plecie je w dwa warkocze. Sięgają jej do pasa. Wygląda w nich bardzo dziewczęco. Dziecinnie wręcz. Wolałaby poważniej, ale idzie do przedostatniej klasy dopiero. Matura za rok. Potem studia na tajnych kompletach. Jest świetna z biologii. Pan Profesor mówi, że ma szansę dostać się na medycynę. Poleci ją najlepszym wykładowcom, którzy uczą tylko tych najlepszych. Ale to dopiero za dwa lata. Po maturze, którą musi zdać.

Krysia jeszcze nie wie, że prawdziwy egzamin dojrzałości przyjdzie jej zdawać za kilka godzin.

Dzień jest upalny. Całe podziemie w stanie najwyższej gotowości. Powstanie planowane od dawna. Krysia jest taka dumna, że brat wprowadził ją w końcu do konspiracji. Przydzielono jej ważne zadanie. Będzie sanitariuszką. To dobra praktyka przed maturą i studiami. Da radę. Przecież są świetnie przygotowani. Wygrają. Raz dwa przepędzą Niemców, odzyskają Warszawę, a potem cały kraj. I ta wojna się skończy. Są młodzi i silni. Mają broń, młodzież szkolą najlepsi dowódcy. Każdy chce do powstania. Nawet tata, wujek, kuzyni i co niektórzy sąsiedzi. Ci wtajemniczeni, którzy dostąpili zaszczytu wejścia w podziemie.

Dziś jest taki piękny dzień. Żar leje się z nieba. Mieszkańcy łapią słoneczne chwile. Wystawiają twarz do słońca. Gdzieś słychać czyjś śmiech. Gdy się zamknie oczy, nie myśli o jedzeniu to może i nawet przez moment uda się zapomnieć o koszmarze okupacji. Tylko podziemie nie jest spokojne. Zdenerwowane też nie. W powietrzu unosi się ekscytacja, radość i chęć walki. Każdy z nich oddycha lekko, jest zmobilizowany do walki z wrogiem o wolność. Są już gotowi. Przywódcy potwierdzają położenie niewidzialnymi łącznikami. Te warszawskie dzieciaki są takie szybkie i rezolutne. Niezbędne i niezastąpione.
Krysia patrzy na zegarek. Niedługo wybije godzina „W”. Tata już wyszedł. Mamie nic nie powiedział. Ucałował ją w polik jak zwykle i przytulił troszkę dłużej. Może wiedział, że do domu już nie wróci. Tadek zniknął godzinę po nim. Powiedział, że umówił sie z Hanią na spacer. Mama kazała mu nałożyć tę białą koszulę na długi rękaw, kamizelkę i marynarkę. Bo do dziewczyny elegancko trzeba iść. Tadek pieklił się okrutnie, ale matki posłuchał. Nie wiedział jeszcze, że za kilka godzin leżąc gdzieś ranny na ulicy będzie jej dziękował w myślach za takie, a nie inne odzienie. Dzięki marynarce będzie mu cieplej, a koszulę odda szybko Krysi na opaski uciskowe dla rannych, bo brakować będzie wszystkiego, a krew będzie się lała strumieniami. Mama jest jedyną w domu, która nic nie wie o powstaniu. Po co ją martwić? Jest taka nerwowa. Na pewno by ich odwodziła od tego pomysłu. Nie dlatego, że nie była patriotką. Bo była i owszem, ale za nic na świecie nikogo ze swoich najbliższych stracić nie chciała. Zbyt dobrze pamiętała, choć była dzieckiem, co się działo w osiemnastym roku.

Krysia wyszła po trzeciej. Oficjalnie na spotkanie z Zosią. W sumie nawet była to prawda. Zośka szła do powstania razem z nią. Też jako sanitariuszka. Miały iść niby nad Wisłę i tu znów czujne oko mamy kazało córce zmieniać buty. Bo Krysia chciała w sandałkach. Było przecież tak gorąco. Ale mama zarządziła te skórzane trzewiki. Wygodne i na kamienie lepsze. Krysia jak i brat też będzie jej wdzięczna za tę troskę, choć w pierwszej chwili złość ją ogarnęła. Ale że spieszyła się na zbiórkę to kłócić się nie chciała i szybko zdjęła sandałki.

Potem wszystko poleciało jak burza. O piątej zaczęło się piekło, którego nikt się nie spodziewał. Tadek, tegoroczny maturzysta strzelał ze łzami w oczach do niemieckich żołnierzy. Niektórzy byli niewiele starsi od niego. Inni w wieku ojca. Nie było czasu na wyrzuty sumienia. Chwila zawahania kosztowała życie. Jerzyk, chłopak z którym się wychowywał na jednym podwórku, zbyt wolno zmieniał amunicję i nie zdążył. Kula trafiła w szyję. Tadek zobaczył strach w oczach przyjaciela. Widział to tego dnia i w kolejnych jeszcze wiele razy. Każda kula, każdy granat, który nie trafił w niego, mógł być mu przeznaczony. Miał po prostu szczęście. I sprawność. Zawsze był szybki i zwinny. Trochę za chudy. Tylko dzięki temu przeżył, bo był lekki i miał kondycję. Trafiony w ramię mógł iść, a że ważył niewiele to nietrudno było go prowadzić w kanałach, gdy opadał z sił. Strzelał wiele razy. To już nie była zabawa. Albo i była, tylko że na śmierć i życie. Raz, dwa, trzy. Przeżyjesz ty.

Krysia dzięki butom była w stanie pomagać rannym dostać się do punktu sanitarnego. Przeszła wcześniej szkolenie, nie miała czasu na strach. Ręce były pełne roboty. Mnóstwo rannych, krwi, bolu, brudu, zapachu popalonych ciał. Zapomniała o głodzie i pragnieniu. Adrenalina tańczyła w żyłach. Kryśka ocierała pot z czoła, odrzucała warkocze na plecy i pomagała jak umiała. Dziewczyny w sandałkach miały poranione stopy, krew z nich ciekła ciurkiem. Cienkie sukienki całe brudne i poplamione nie przypominały dawnych siebie. Gdyby matki zobaczyły własne córki, płakałyby z przerażenia. Tak jak i same dziewczyny widząc koszmar powstania. Krysia pierwszy raz łkała do utraty tchu, gdy w ramionach trzymała Zośkę. Swoją Zośkę, z którą razem miała iść na studia, planowała przyszłość po wojnie, gdy obie znajdą sobie mężów, porodzą dzieci i będą dla siebie jak siostry. Pierwszy sierpnia 44 położył kres tej przyjaźni. Zosia umierała ciężko ranna w ramionach najlepszej przyjaciółki i prosiła, by ta walczyła dalej. Krysia poszła za kotarę, popłakała się. Wnętrze całe ją paliło. A gdy rannych przybywało poszła do przyjaciółki, nakryła ją i nadal całą noc opatrywała tych, którzy zdrowie poświęcili ojczyźnie. Płakała widząc małe dzieci. Dziesięcioletnich łączników, jedenastoletnie sanitariuszki. Poranione drobne ciałka, ale zacięte spojrzenia, bo przecież walczyć trzeba do ostatniej krwi.

Krysię w kanałach uratowały buty. Solidne, skórzane, choć mokre chroniły stopy. Może dzięki temu wycieńczona była nadal w stanie iść. Brat też. Prowadzony przez Andrzeja, kompana od walki. Ich matka miała szczęście. Rodzeństwo przeżyło. Ramię Tadka goiło się kilka tygodni, ale było to niczym w porównaniu z ranami serca, jakie ponieśli powstańcy. W jedną noc i potem każdego kolejnego dnia zdawali najtrudniejszy egzamin w życiu. Poświęcili marzenia, pożegnali przyjaciół i pierwsze miłości, które ginęły obok, bo zabrakło im szczęścia. Poczuli co to zwierzęcy strach i głód. Widzieli śmierć czyhającą na każdym kroku. Radość mieszaną z desperacją. W powstaniu zostawili cząstkę siebie. Choć przegrani, to z dumą i honorem patrzyli w swoje odbicia w lustrze, wierząc, że ich ofiara nie została poniesiona na marne.

Lifestyle

Portret uzależnionej od Niego

Poli Ann
Poli Ann
15 sierpnia 2019
Fot. Unsplash / Milada Vigerova / CC0 Public Domain

Przyszedł mail. Od Niego. Czarny wytłuszczony temat wiadomości re: re: re:. Nie wiadomo, co krył. Mógł zawierać wszystko. Przeprosiny, pretensje, obelgi, wyznanie miłości, oświadczyny, opis dnia, plany na jutro, propozycję spotkania, zerwanie lub link do śmiesznych zdjęć na Demotywatorach. Bała się kliknąć. Czuła przypływ gorąca. Drżała. W tym mailu mogło być tyle słów gorzkich co i słodkich, a ona była już zmęczona tymi huśtawkami, i niepewnością tego, co zobaczy. Kochała bardzo, On ją też.

Czuła to aż po końcówki włosów, jednak Ich relacja, tak namiętna była zarazem szalenie wyczerpująca. Istny rollercoaster. Góra, dół, góra, dół. I tak w kółko. Albo constans. Cisza nagle, bo On musi odpocząć, dusi się, ma dość odpowiedzialności za Nią i chce zastanowić się nad życiem. Tydzień, dwa potrafi się nie odzywać. Zapada się pod ziemię, by odezwać się pewnego ranka jak gdyby nigdy nic. By zaprosić na spacer czy do kina, przytulić się, całować Ją łapczywie i rysować Ich wspólną przyszłość. Opowiadać jak to będą razem na kanapie oglądać filmy, kochać się przed pracą, wspólnie gotować. Będą razem po prostu żyć na przekór wszystkim i wszystkiemu.

Kiedyś maile od niego otwierała z rumieńcami na polikach. To od nich wszystko się zaczęło. Najpierw służbowo. Per Pani i Pan, choć on nalegał, by mówiła mu na ty, bo przecież był młodszy o dziesięć lat. Do tego wolny, skryty, trochę tajemniczy i taki niedostępny. Męski, z lekkim zarostem i lodowatym spojrzeniem, które tylko Ona umiała roztapiać.

Ona, na szczęście nie jego przełożona, w trakcie rozstania, w pracy wesoła, energiczna i do bólu profesjonalna. W życiu trochę smutna, na zakręcie, zraniona i spragniona miłości.

Romans w pracy wykluczyła od razu. No bo jak? To wbrew jej zasadom. Regułom w ogólne. Maile z Nim służbowe, z czasem trochę prywaty, jakieś luźne rozmowy w kuchni. Szło powoli. Relacja kumpelska, potem przyjacielska. Nawet na imprezach integracyjnych było poprawnie. Płynnie przeszli na tematy osobiste. Mail za mailem, mail za mailem. Rozmowy po pracy. Spacery po kryjomu, by nikt ich nie zobaczył. Sms za smsem. Był młody. Tłumaczyła sobie i Jemu milion razy, że to nie ma szans, że jest starsza, że ją rzuci i znów łzy poleją się ciurkiem. On tłumaczył, że jest piękna, zasługuje na miłość, że tylko oni dla siebie są ograniczeniem. Mogą odejść z pracy, wychowają jej syna, może spłodzą drugie dziecko. Śliczną dziewczynkę, podobną do niej koniecznie, bo jest piękną kobietą.

To Ona Go uczyła kobiecego ciała, które On znał tylko pobieżnie. Tłumaczyła świat i jego absurdy, bo On był marzycielem. To On wielbił jej ciało i intelekt. I wyśmiewał męża, który Ją zostawił. Na całe szczęście, bo teraz Ona była Jego. Należała do Niego każdą cząstką, myślą, mrugnięciem powieki i oddechem. Po raz drugi pokochała całym sercem. On po raz pierwszy. Najmocniej jak można.

Był obok, gdy Go potrzebowała. Wspierał, nosił na rękach. Sam wyznał miłość, nie czekając na Jej słowa, które nadeszły potem. I pisał. Mail za mailem, mail za mailem. Problemy? Były oczywiście. W pracy, u Niego w domu, bo ojciec był surowy. U Niej, bo synek miewał chroniczne bóle brzuszka, a i były mąż odchodząc nie zachował klasy. Życie. Szare, które sami sobie kolorowali. Potrafili rozmawiać do rana i kochać się namiętnie. Śmiać się z tego samego i jeździć na rowerze. Spacerować godzinami i jeść lody. Chodzić do kina i na pizzę. Zawsze sami, bo przecież się ukrywali. Ta różnica wieku, ta sama firma. Rozwódka i młody asystent. Ludzie mieliby o czym plotkować. Czasem się kłócili, by potem przepraszać się gorąco. Było dobrze.

Pierwszy dziwny mail przyszedł w niedzielę wieczorem, choć przed chwilą się widzieli i kochali u Niej na kanapie. On potrzebuje czasu do zastanowienia. Chce wszystko przemyśleć. Bierze urlop. Znika. Ona ufa, że to chwilowa niedojrzałość. On wraca po tygodniu mówiąc, że w dupie ma konwenanse, że jest starsza i że będą gadać. Ma ochotę stanąć na rynku i krzyczeć, że ją kocha.

Wszystko wraca do normy. Ona czuje się bezpiecznie.

Za jakiś czas sms w ciągu dnia, że przemyślał i nie chce brać za nią odpowiedzialności. Poczuła ucisk w dołku. Jak to? Tyle miesięcy razem, rozmów, Jego deklaracji. Zdenerwowana napisała, żeby się określił, bo zabawa w chowanego jej nie bawi. Sms za smsem. Na ekranie słowa ostre jak brzytwa. Pokłócili się. Zamilkł. Ona cała się trzęsła, ale zagryzła zęby i wytrzymała. Nie odezwała się, choć nocami nie zmrużyła oka. Pojawił się po tygodniu. Chciał z nią być, bo kocha i nie potrafi bez niej. Tego wieczora wysłał długiego maila. Pełnego emocji, z jakimi się zmagał. Uległa i dała szansę, choć już nie taka spokojna.
Swoje odejścia miewał raz na miesiąc, może dwa. Czasem milczał, czasem pisał długie maile pełne wyrzutów, oskarżeń. Poddawał wątpliwość jej uczucia, stawiał warunki. Zaczął dominować, a Ona zakochana, co z tego, że dorosła i wykształcona, tańczyła do melodii, jaką akurat jej zagra. Wiele razy traciła rytm, potykała się o własne nogi, chcąc nadążyć. Czasem płakała z bezsilności. Pisała, że odejdzie, że ma dość. A wtedy On wyrastał spod ziemi i zasypywał ją pocałunkami. Znów czuła ten spokój, którego tak cholernie jej brakowało. Traciła go, gdy On znikał, stroił fochy, zmieniał decyzje, odwoływał spotkania. Bawił się nią jak szmacianą lalką. Im bardziej mu ulegała, tym mocniej rzucał nią o ściany.
Dlatego Ona tak bardzo boi się otworzyć teraz tego maila. Znów czuje ten ucisk. Serce bije mocno, a Ona nie może się skupić. Wie, że za kilka chwil może płakać ze szczęścia lub rozpaczy w zależności od tego, co napisał.

Dziś ma gest, prosi o spotkanie. Niedługo Dzień Kobiet. Chce z nią spędzić czas. Ona niemal skacze z radości. Uff, wszystko dobrze. Będzie dobrze.

Na dwie godziny przed kolacją, On przez sms odwołuje spotkanie. Nie podaje przyczyny. Wysyła potem tylko maila pt. Wszystkiego najlepszego, a w treści suchy komentarz: jak w temacie, który sieka ją ma tysiące małych kawałków.

W poniedziałek dowiaduje się, że się zwolnił. Zniknął bez słowa. Nawet z ekipą się nie pożegnał. Jej brakuje tchu. Drży. Pisze do Niego sms za smsem. Abonent niedostępny. W pracy ledwo skupiona wegetuje do końca dnia. Co chwilę zerka na telefon. Czuje się tak, jakby ktoś jej wnętrze wciągnął odkurzaczem. Ma wrażenie, że bez Niego się dusi. Że znika. Synek pyta, czy jest chora. Jest. Z miłości. Ale tego mu nie powie. Co najwyżej, że mamusię serduszko boli. Wie doskonale, że ten związek był toksyczny, intensywny. Pędzili obijając się o namiętność, zazdrość, niedojrzałość, złość, radość i niepewność. Był Jej uzależnieniem. Z nim był haj i bolesne upadki w rzeczywistość. Smutek i uśmiech. Krzyk i cisza. Sprzeczność goniła sprzeczność.

Jeszcze wiele miesięcy czuła ucisk i brak tchu. Dopiero po dwóch latach komuś o tym powiedziała. Po czterech przestała Go idealizować. Uspokoiła się. Dziś oddycha równomiernie. Czuje się bezpiecznie. Nie szuka Go nigdzie, choć wie, gdzie jest. Schowała Go głęboko i nie chce Go wyciągać. Spokój kosztował ją wiele lat. Czasem tylko On przychodzi we śnie i czeka na nią za drzwiami. A ona wciąż nie może się zdecydować, czy je otworzyć czy wyjść drugim wyjściem…