Lifestyle

Polak przed świętami w sklepie spożywczym idzie na łatwiznę. Kupny makowiec zastąpił domową babkę

Redakcja
Redakcja
13 kwietnia 2017
Fot. iStock
 

– Polacy to dziwny naród. Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego tyle kupują przed świętami. Przecież to tylko trzy dni, a oni robią zapasy, jakby zbliżała się wojna – dziwi się moja przyjaciółka pochodząca z Anglii, która od roku mieszka w Polsce. Po jej słowach zaczęłam się zastanawiać, co w świętach jest dla nas ważne. Czy naprawdę musimy biegać po sklepach, wśród tłumu? Czy naprawdę wolimy kupować gotowce? Może lepiej upiec samemu w domu swoją babkę, żeby nasz dom będzie pachniał świętami?

Harmider, krzyk, gwar. To pierwsze, co rzuca mi się w oczy po wejściu do marketu. Od razu pożałowałam, że jednak nie poszłam po zakupy do osiedlowego sklepu.

Po pierwsze – nie było dla mnie koszyka, po drugie – już zostałam potrącona. Czekam na przeprosiny. – HAHAH, dobre – wyśmiałam samą siebie żegnając wzrokiem kobietę, która we mnie wjechała wózkiem. Nie patrzyła na nic, pruła do przodu. Miała konkretny cel i zmierzała do niego po trupach. I to dosłownie.

Bo o wypadek w tym momencie nietrudno. Ludzie dostali gorączki, latali z wózkami, przepychali się. Nie można nawet spokojnie stanąć przed lodówką, żeby zastanowić się, co wybrać. Zaraz dostajesz z łokcia i twoje miejsce zajmuje ktoś inny.

Odsunięta ze swojego miejsca, czekam, aż masywna dama wybierze masło. Z ciekawości zaglądam do stojących obok mnie wózków. Można w nich znaleźć wszystko: jajka, sery, ciasta, makowce, warzywa, pieczywo. Całe mnóstwo produktów, które mogą stanowić zapas na co najmniej tydzień. Te same produkty uśmiechały się do mnie ze stron leżącej na podłodze i podeptanej gazetce, która wielkimi literami zachęcała do korzystania ze świątecznych promocji i wyjątkowych okazji.

– Nienawidzę, kiedy w sklepie pojawiają się promocje. Ludzie tracą wtedy rozum – mówi szczerze Bogna, pracownica jednego z marketów. – Przed świętami jest najgorzej. Ładują do wózka wszystko, co jest tylko oznaczone znaczkiem PROMOCJA. Zachowują się tak, jakby to było jakieś magiczne słowo i oni koniecznie muszą to mieć. I co tam, gdyby kupowali tyle, ile potrzebują! Niektórzy potrafią brać całe kartony – dodaje.

Naszą rozmowę przerywa krzyk. – Spokojnie! Proszę o spokój! – odwracam się. Donieśli bułki. Ludzie rzucili się na nie, jakby to była ostatnia porcja wypieków przed świętami.

Cyrk, po prostu cyrk! Tak to można opisać. Wszyscy biegają wykonując akrobacje i zręcznie lub mniej prowadząc swoje wózki. Jest głośno, tłumnie, tłoczno.

Staję przy kasie i kiedy pani przede mną wypakowuje na taśmę tonę swoich zakupów zastanawiam się, dlaczego idziemy na łatwiznę i zabijamy atmosferę świąt? Czy naprawdę wolimy smak kupnego ciasta od tego, które sami upieczemy? Tłumaczymy się brakiem czasu. Ale mamy go na tyle, żeby godzinami biegać po sklepie.

Przypomniała mi się babcia i jej opowieści o tym, jak kiedyś wyglądały święta. Każdy z rodziny dostał swoje zadanie do wykonania. Zazdrościłam jej tych chwil, kiedy wraz z dziećmi piekła babki, mazurki i sernik. Dziadek przygotowywał wyroby, na stole zawsze podczas świąt musiała być własnej roboty kiełbasa. Do dziś pamiętam smak babcinego żurku…

Poruszona wspomnieniami postanowiłam jeszcze kupić zajączka czekoladowego, z półki wybrałam takiego, który samotnie stał bez głowy.

– To całkowicie normalne, mnie to już nie dziwi – mówi siedząca przy kasie Bogna. – Wypadają ludziom z rąk, rozbijają się. Ale rzadko kiedy ktoś to zgłasza. Lepiej odłożyć na półkę, wziąć inną sztukę i iść dalej. No tak, przecież nie ma czasu na przyznanie się do winy i poniesienie ewentualnych konsekwencji. Bo trzeba przecież szybko wracać do domu i przygotowywać się na święta…

Czas jest bardzo ważnym pojęciem w sklepie. Niby każdemu się spieszy, ale tak naprawdę zakupy przeciągają się nawet do kilku godzin. Niby większość wie, co ma kupić, bo ma ściągawkę na kartce, ale każdy zastanawia się, nim coś wrzuci do wózka.

Przyglądałam się, co ludzie kładą na taśmę. Pakowane wędliny, śledzie w oleju i, obowiązkowo!, alkohol. Polacy nie wyobrażają sobie świąt i uroczystości bez niego. Robią zapas, żeby tylko nie zabrakło. Tak było również w domu mojej babci.

Święta stresują Polaków.  Ale nie zawsze szliśmy na łatwiznę tak, jak dziś. Dawniej rodziny same przygotowywały potrawy, dziś wolimy kupić gotowe. Bo nie mamy czasu, bo nie umiemy, bo wszystko jest w sklepie.

Zanim sięgniemy po kupną babkę, pomyślmy, ile w nas samych jest nastroju zbliżających się świąt…


Lifestyle

Nie potrzebujesz kuchennej wagi na diecie. Poznaj „regułę dłoni”

Redakcja
Redakcja
13 kwietnia 2017
Fot. iStock /jacoblund
 

Jeśli choć raz zastanawiałaś się, czy prawidłowo komponujesz ilość jedzenia na swoim talerzu, mamy dla ciebie dobrą wiadomość. Nie musisz sięgać ani po wagę kuchenną, ani po przeliczniki. Wystarczy, że posłużysz się dłonią, aby określić porcje.

Dla wszystkich, którzy do tej pory mieli problem z odmierzaniem ilości jedzenia, które lądowało na talerzu, a chcieliby trochę schudnąć, takie rozwiązanie jest bardzo proste i szybkie. Wystarczy rzut oka na własną dłoń i wszystko staje się jasne.

Sposób odmierzania posiłku rękoma

„Reguła dłoni”, czyli odmierzanie posiłku rękoma jest bardzo dobrym sposobem na idealne komponowanie dań, zgodnie z potrzebami konkretnego organizmu. Uważa się, że idealną porcję da się obliczyć w zależności od rozmiaru dłoni danej osoby. Zasada jest dziecinnie prosta:

Mięso i produkty białkowe — środek dłoni

Porcja mięsa powinna mieścić się na środku dłoni (bez palców). Zwykle jest to około 100 g. białka o wysokości talii kart. Może wydawać się to niewielką ilością, ale należy pamiętać, że białko jest bardzo sycące i dodaje energii. Ten sam przelicznik stosuje się także w przypadku np. jaj, twarogu.

Fot. iStock / travenian

Fot. iStock / travenian

Warzywa — zaciśnięta pięść

Tyle wystarczy na jednorazową porcję warzyw, a w ciągu dnia należy zjeść około 4, a nawet 5 takich porcji. Dzięki temu nie zabraknie w jadłospisie cennych witamin oraz substancji, które zapewnią zdrowie organizmu oraz szczupłą sylwetkę.

Owoce — otwarte dłonie

Na obu dłoniach zmieści się około 80 g, o ile nie będzie to porcja ułożona w kopiec. W ciągu dnia można spożyć dwie takie porcje owoców, które są witaminową bombą. W przypadku osób będących na diecie warto zwrócić uwagę na rodzaj owoców, ponieważ niektóre, np. winogrona, są bardzo bogate w cukier — fruktozę.

Fot. iStock / Kirbyphoto

Fot. iStock / Kirbyphoto

Orzechy i nasiona — środek dłoni

Ten rodzaj pożywienia jest doskonałym źródłem nienasyconych kwasów tłuszczowych, które potrzebne są dla prawidłowego funkcjonowania organizmu. Mimo że są kaloryczne, dobrze jest włączyć do diety tyle orzechów lub nasion, ile zmieści się na środku dłoni.

Makaron, ryż, kasza, ziemniaki — zaciśnięta pięść

Czyli porcja dających energię węglowodanów odmierzanych przed ugotowaniem, powinna się zmieścić w zaciśniętej pięści. Taka porcja ma około 70 g, czyli jakieś 200 kcal. Węglowodany pochodzące z produktów z pełnego przemiału, będą łaskawsze dla sylwetki i również dostarczą energii do działania.

Tłuszcze — kciuk

Czyli porcja, która mieści się na łyżeczce. Tłuszcze są istotne dla przyswajania witamin w nich rozpuszczalnych, jednak nadmiar oleju, masła czy oliwy, szkodzi zdrowiu.

Słodycze — palec wskazujący

Jeśli nie potrafisz zrezygnować z niezdrowego cukru, postaraj się ograniczyć na diecie ich ilość do tego, co zmieści się na palcu wskazującym (ok. 20 g). Taka porcja może dostarczać ok. 100 pustych kalorii dodatkowo.

„Regułę dłoni” stosuje się także w tzw. diecie garstkowej, którą rozpropagowała polska dietetyczka Anna Lewitt.

źródło: www.aktywnie.radiozet.plkrokdozdrowia.com

 


Lifestyle

„Love drug”, czyli tabletka, która wywoła uczucie miłości. Naukowcy już nad nią pracują

Redakcja
Redakcja
13 kwietnia 2017
Fot. iStock

Zastanawiałaś się kiedyś, jakby to było: przyjmujesz tabletkę i zaczynasz czuć miłość? Brzmi jak bajka. Ale taka bajka, która może stać się rzeczywistością. Naukowcy już nad nią pracują i przewidują jej powstanie w niedalekiej przyszłości.

Naukowcy są zgodni, co do jednego – nieuniknione jest powstanie substancji o działaniu stymulującym procesy biochemiczne, które ludzie nazywają miłością. Wszystko dzięki powodzeniu badań przeprowadzonych na dwóch, blisko spokrewnionych gatunkach norników preriowych. Różnią się one tym, że jedna grupa jest mono, a druga poligamiczna.

Za przyczynę podejścia do kwestii wierności uznano różnicę, która tkwi w systemach wydzielania oksytocyny. To świadczy o tym, jak ważny jest ten hormon, zwany hormonem miłości, w gotowości do pozostania w stałym związku.

Wyniki zostały zestawione z obserwacjami czynności mózgu u ludzi, którzy twierdzą, że są w stanie zakochania. Dzięki technice neuroobrazowania potwierdzono kluczową rolę oksytocyny również u ludzi.

Dr Anders Sandberg, który zajmuje się etycznymi rozważaniami nad praktycznym zastosowaniem informacji i odkryć z dziedziny neurobiologii, przewiduje, że tabletka pojawi się na półkach w ciągu dziesięciu lat. Jednak wiąże z jej wprowadzeniem wiele trudności, wynikających z obaw etycznych. Wiele wątpliwości powoduje to, jak będzie ona oddziaływać na życie człowieka i w jakim celu będzie ona zażywana.

Obawia się przede wszystkim, że „love drug” stanie się – dosłownie – lekarstwem na problemy w związku lub ludzie będą ją zażywać, kiedy rozpadnie się ich związek. Niestety, jego obawy są słuszne. Oksytocyna sprawia, że czujemy się szczęśliwsi. Spożywając ją jako lekarstwo na nieudaną relację rzeczywiście poczujemy się lepiej, jednak nie rozwiążemy problemów.

Jednak pomimo obaw, tabletka może pomóc wielu osobom. Single zyskają szansę na stworzenie związku, a osoby, które nigdy nie były zakochane, poczują, jak to jest kochać.

Ale czy do tego, żeby poczuć miłość, wystarczy jedynie tabletka?


Źródło: fpiec.pl


Zobacz także

A czy ty pozwolisz sobie na wieczór pełen szczerości wśród swoich przyjaciół?

5 psychologicznych czynników, które sprawiają, że dieta nie działa

Czas tylko dla siebie

Czas tylko dla siebie, czyli twarzą w twarz ze sobą!