Lifestyle

Pewnego dnia okazuje się, że to zawsze, nie jest na zawsze… Mama

Poli Ann
Poli Ann
5 lutego 2021
Fot. iStock
 

Masz pięć lat i myślisz sobie, że mama jest czarodziejką i że będzie na zawsze. Da plasterek na zbite kolanko. Podmucha, gdy zupa za gorąca. Przytuli, gdy zgubisz zabawkę.

Masz piętnaście lat i myślisz sobie jak ta mama mnie wkurza, ale wiesz, że w razie czego jest. Zawsze. Co prawda nic nie kuma, na pewno celowo czegoś Ci zabrania, ale jak odwalisz jakiś numer to pierwsza wybawi Cię z opresji.

Masz dwadzieścia pięć lat i myślisz sobie, jak dobrze, że ta mama jest i czasem sobie pomyślisz, co by było gdyby jej zabrakło. Pomoże Ci przy dziecku, da obiad po niedzielnym spotkaniu, pomoże dobrą radą.

Masz trzydzieści pięć lat i myślisz sobie, że mama nieźle się trzyma, ale powinna się badać, dbać o siebie, żeby jak najpóźniej jej zabrakło. Mimo to sądzisz, że mama będzie zawsze. Przecież jest niezniszczalna.

Zawsze będzie ugotować Ci krupnik, piec udka, cerować rajstopy, zrobić kanapki. Nawet prasowanie Ci zrobi, gdy Ty jesteś zalatana.

I pewnego dnia okazuje się, że to zawsze nie jest na zawsze. Że mama nie jest robotem, jest człowiekiem, silnym i słabym jednocześnie. Że nie wiesz kiedy baterie jej się wyczerpią.

Uświadamiasz sobie, że to czas najwyższy, by o nią zadbać, a nie pozwalać opiekować się Tobą. I gdy to pojmiesz, nie liczy się kasa, awanse, nowe ciuchy czy podróże. W dupie masz, czy choinka jest ubrana, pierogi zrobione i mak ukręcony. Czy są prezenty, biały obrus i świąteczna zastawa stołowa. Nie widzisz tego. Rzeczy materialne przestają się liczyć. Liczy się tylko to, by przedłużyć to zawsze o ile się da.


Lifestyle

Zanim znów napiszesz test za swoje dziecko, zastanów się, czy jego oszukana szóstka, to tak naprawdę nie Twoja prawdziwa jedynka

Poli Ann
Poli Ann
17 marca 2021
Fot. iStock
 

Jestem mamą od dziesięciu lat, kochającą swoje dziecko ponad wszystko. Jestem nauczycielką, od hmm… można powiedzieć nawet i piętnastu lat, bardzo lubiącą swoją pracę.

Dlaczego o tym piszę? Bo w trwającej już ponad roku sytuacji pandemicznej doskonale rozumiem rozterki jednej i drugiej strony. Wiem, co to znaczy siedzieć po kilkanaście godzin przy komputerze, jako belfer i po kilka jako rodzic.

Początki były trudne, dla wszystkich bez wyjątku. Czy dziś jest lepiej? Nie wiem, nie mnie oceniać. Na pewno jestem zmęczona w każdej roli, i jako matki, i jako nauczyciela. I zapewne jak zdecydowana większość z Was marzę o powrocie do normalności. Do kontaktów z ludźmi bez obaw zarażenia, do swobodnego przemieszczania się, robienia zakupów, wyjazdów. Tego potrzebuję jako człowiek.

Jako belferka tęsknię za rozmowami z moimi uczniami twarzą w twarz, o szkole bez obostrzeń, które i tak bardzo trudno wprowadzić w życie pracując z dziećmi. Tęsknię za tradycyjnym nauczaniem, bo widzę, że to które uprawiam teraz z przyswajaniem wiedzy często nie ma nic wspólnego. I wiecie co? Jestem świadoma swoich ograniczeń i być może niedoskonałych metod pracy. Niemniej jednak ręce mi opadają, gdy orientuję się, że prace uczniów nie są samodzielnie. I nie mówię tu o ściąganiu. Dzieciaki mają możliwość to sobie radzą, czasem w życiu trzeba pójść na skróty. Czy warto? To już ono im pokaże. W tej kwestii jestem w stanie uczniów zrozumieć. Pewnie też bym ściągała (z fizyki i chemii szczególnie:)

Co mnie jednak dobija?  To postawa rodziców. Nie wszystkich oczywiście. Mówię tu o wyjątkach, niechlubnych niestety. Na litość boską, przecież znam swoich uczniów (nie tylko wychowanków), głupia nie jestem i w mig się orientuję, że sprawdzian na przykład był pisany przez dzieciaka ze wspomaganiem. I to takim turbo! I to nie co któryś test (bo a nuż, widelec dziecko naprawdę pojęło coś trudnego), lecz każdy! Szóstka goni szóstkę, błędów nie ma żadnych. Nic a nic, a to samo dziecko wzięte do odpowiedzi (nie na ocenę, podkreślam) nie jest w stanie powiedzieć mi najprostszej rzeczy nawet mając podręcznik przed nosem. I wiem, że taki uczeń potrzebuje nakierowania, podpowiedzi i owszem musi mieć szansę na sukces. I prawidłowo, każdy dzieciak powinien ją mieć i sukces ów odnosić. Ale do cholery jasnej, pracując samodzielnie, a nie z rodzicem u boku, który zadanka rozwiąże za swoją latorośl zapewniając mu same celujące. I kto tu jest głupkiem ja się pytam? No przecież nie uczeń. I pozwalam sobie użyć mocnego przymiotnika o nacechowaniu wysoce pejoratywnym (wszak głupek brzmi małostkowo).

Drogi Rodzicu, czy Ty naprawdę myślisz, że pomagasz swojej latorośli? Że w ten sposób wyposażasz ją w odpowiednią wiedzę? Że sprytnie omijasz system?

A czy pomyślałeś co się stanie z Twoim dzieckiem, które wróci do ławki szkolnej i bez Twojej pomocy samo nie napisze nic? Rozważałeś jego samoocenę, która drastycznie spadnie, gdy wcześniejsze szóstki zastąpią dwóje? Czy w życiu nie chodzi o to, by doświadczać i sukcesów, i porażek (przecież z tych ostatnich wyciągamy naukę)? Czy nie po to mamy pisklaka, by samodzielnie wyfrunął z gwiazda i poleciał w wielki świat? I sobie w nim poradził bez Twoich skrzydeł? Ja wiem, że nauczanie zdalne wywołuje w nas-rodzicach silny instynkt opiekuńczy. Najchętniej sami byśmy usiedli do kompa i zrobili wszystko za dzieciaka. Oj kusi, kusi. Jak cholera! Ja na dodatek dysponuję testami, które pisać będzie moje dziecko i jakoś nie pokazuję jej ich przed sprawdzianem. Wyrodna matka, nie? No Ludzie Drodzy, przecież dzieciak w szkole do tej pory jakoś funkcjonował bez Waszej pomocy!!! Pisał te testy i kartkówki. I zapewne jeszcze je tradycyjnie pisać będzie. Takie życie.

Moja dziesięcioletnia córka wygania mnie z pokoju, gdy ma lekcje. Ledwo herbaty mogę sobie zrobić. Nawet gdybym chciała ją wyręczyć to ona na szczęście mi nie pozwoli.

Jakoś żyjemy tak od roku, ona i ja. Uczennica i córka. Nauczycielka i matka.

Idealnym rodzicem nie jestem. Wciąż uczę się, jak być dość dobrą mamą. Jedno wiem, chcę na świat wypuścić jednak samodzielne pisklę, które poradzi sobie beze mnie, a gdy będzie w potrzebie przylecę, by mu pomóc, a nie będę holować lub trzymać w gnieździe, aby zły świat go nie daj Boże nie skrzywdził. Nie tędy droga Kochani! Więc Drogi Rodzicu zanim kolejny raz usiądziesz do komputera, by z dzieckiem lub co gorsza za dzieciaka napisać test, zastanów się, czy jego oszukana szóstka to tak naprawdę nie Twoja prawdziwa jedynka. I jak dotarło?

 


Lifestyle

„Oto jest Kasia. Bohaterka swojego życia”

Poli Ann
Poli Ann
5 lutego 2021
Fot. iStock

Oto jest Kasia. Bohaterka swojego życia. Dwadzieścia kilka lat, szalenie ciepły głos, spokój i wysoka kultura osobista. Skromna, zbyt mało przebojowa ginie w tłumie rozwrzeszczanych młodych kobiet. Mogłaby wiele tylko, no widzisz, ale od początku ma trochę trudniej. Za dzieciaka szczęśliwa, z misiem pod ręką, uwielbiająca lody. Dziś, w rozkwicie życia, powinna szaleć, kochać, płakać ze śmiechu, poznawać, czuć, doświadczać. Jakoś nie idzie. Powiesz – no widzisz życie. A ja odpowiem – no widzę, szkoda dziewczyny. I pobiegnę dalej.

A Kasia z tym swoim anielskim głosem i dobrym sercem będzie sobie żyć gdzieś obok. No widzisz. Widzę, cholera widzę. Dosłownie. Mam to cholerne szczęście, że wzrok mój może nieidealny działa. Pozwala mi funkcjonować, robić, co chcę. Oczywiście, że narzekam, że chciała bym to i tamto, ale czasu brak. Albo kasy. Ale nie wzroku! Zamknęłam oczy, chciałam iść do łazienki i tylko z szacunku do Kasi powiem delikatnie, że zaliczyłam ścianę. W sumie to ona mnie. Dobrze, że mam niezły fluid to przykryje.

Z Kaśka studiowałam. Lubiła z nami rozmawiać, ożywiała się na przerwach. Na zajęcia przygotowana, nie zawsze walczyła o siebie, by domagać się materiałów z powiększoną czcionką. Bo nadmienić muszę, że Kasia niewidoma nie jest. Widzi zarys budynków, kontury postaci, odróżnia jasność od ciemności. Ale do innej sali sama nie dojdzie, bo nie zna budynku. Do łazienki lub bary chodziła z nami. Studiów nie skończyła ze względu na problemy zdrowotne. Krąg znajomych jest wąski, wszyscy gdzieś zalatani. W szkole podstawowej zaopiekowana, w gimnazjum wyszydzana, a w liceum samotna, bo daleko od domu.
Pandemia zamknęła ją na dobre w czterech ścianach. Rehabilitację, szkolenia, warsztaty odwołano. Pewnie, że można czytać i oglądać filmy z audiodeskrypcją, ale przecież na Boga nie cały czas. Kasia założyła bloga, pisze posty nie o tym jaka jest biedna. Po prostu informuje o różnych nowościach technicznych dla osób słabowidzących i niewidomych. Namawiam ją na pisanie w różnych grupach na Facebooku. Sama jej historię piszę u siebie. Z litości? Raczej nie. Chodzi mi o wsparcie dziewczyny, poszukanie lub znalezienie jej ciekawego zajęcia. Kasia nie pracuje, a bardzo by chciała.
No widzisz, szczęściara nie? Siedzi se w domu. Wiesz, że ona ma dość i wcale z tego powodu nie jest szczęśliwa? Czasem chciałaby jak i Ty być zabiegana, nie mieć kiedy zjeść, robić kilka rzeczy na raz. Powiesz – szybko by się jej odwidziało. Ano niekoniecznie, bo u Kasi z tym widzeniem nie jest najlepiej. Jednak z chęciami już tak. Więc spójrz, może widzisz dla takiej dziewczyny jakąś drogę? Zauważysz w niej więcej niż tylko niedowidzenie? Mam nadzieję że nie powiesz – no widzisz życie. Lecz – no widzisz, pomyślę, spróbuję, widzę jakaś możliwość. I napiszesz do niej hej Kasiu, zobacz mam taki pomysł…