Lifestyle Psychologia

Pesymista to ma jednak klawe życie, prawda?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
7 kwietnia 2016
Pesymista to ma jednak klawe życie, prawda?
Fot. Gratisography/RYAN MCGUIRE / CC0 Public Domain
 

Było dwóch braci – optymista i pesymista. Mama martwiąc się tak różnym podejściem do życia, postanowiła wyrównać im szanse i pod choinkę dać im dwa zupełnie różne prezenty. I tak pesymiście kupiła piękną kolejkę elektryczną, a optymiście zapakowała końskie odchody. Przyszedł dzień rozpakowywania prezentów. Pesymista otworzył swój i zaczął narzekać, że kolejka pewnie nie działa, a nawet jak działa, to się pewnie zaraz zepsuje, albo tory się zepsują… Optymista otworzył swój prezent: „Co dostałeś synku?”, spytała mama. „Konika tylko chyba gdzieś uciekł”…

Z tymi prezentami może drastycznie, ale to chyba jeden z lepszych dowcipów o optymiście i pesymiście, jaki słyszałam (i zapamiętałam).

Jak to jest, że pesymiści choć czasami tak bardzo by chcieli cieszyć się z życia, z tego, co ich spotyka, tkwią w tym swoim czarnowidztwie, pogrążają się w najgorszych wizjach swojego życia. Zawsze oczywiście widzą szklankę do połowy pustą, nigdy nie wierzą w siebie i uważają optymistów za dość naiwnych ludzi, którzy muszą mieć twardy tyłek, jak już w końcu spadną na ziemię.

Bycie pesymistą jak dla mnie jest raczej mało przyjemne. Znam wielu pesymistów, którzy swoim brakiem wiary w siebie i innych potrafią naprawdę doprowadzić optymistę do szału. Znam tez pesymistów, którzy chcieliby zmienić swoje nastawienie do życia, ale tylko o tym mówią, raczej nie wykazując chęci do działania.

Jakie są korzyści z bycia pesymistą? Bo przecież jakieś muszą być, skoro w takim spojrzeniu na świat tkwią.

Pesymistom żyje się łatwiej

Oni o nic nie muszą się starać. Bo przecież i tak nic im się nie uda. Mogą zawsze wykręcić się z każdej propozycji stwierdzeniem: „Ale jaki to ma sens. Co to zmieni?”. Pesymista może się wygodnie rozsiąść w fotelu i utwierdzać wszystkich w przekonaniu, że on nic nie musi, bo jakiekolwiek jego starania i tak nie przyniosą specjalnego rezultatu, a nawet jak przyniosą, to pewnie krótkotrwały, albo niemal niezauważalny, więc po co w ogóle robić cokolwiek.

Pesymiści żyją lepiej

Bo choć mniej się śmieją, ich życie jest mniej stresujące z powodu ich nastawienia do życia, rzadziej zapadają na różnego rodzaju choroby. Ale żadnemu pesymiście ten argument nie poprawia nastroju, bo zawsze ma gotową odpowiedź: „Na coś w końcu trzeba umrzeć” podkreślając tym samym wyższość patrzenia na życie z jego perspektywy, aniżeli z perspektywy optymisty, który chce czerpać z życia garściami i wykorzystać wszystkie szanse, jakie daje mu życie.

Pesymisty nic nie zaskoczy

Bo on zawsze jest przygotowany na najgorsze. Nigdy na nikim nie polega, bo zawsze ktoś może go zawieźć, sobie nie stawia zbyt wysoko poprzeczki, a jeśli nawet to i tak raczej jest pewien, że i tak mu się nie uda. Umawia się na randki bez przekonania, że cokolwiek z tego wyjdzie. Nie gra w totka, bo i po co, a jak gra, to żeby móc powiedzieć: „A nie mówiłem”. A jeśli nawet coś mu wyjdzie, coś pozytywnego się zdarzy to (co to to nie) nie liczcie, że nagle zmieni zdanie. Wręcz przeciwnie powie, że to był fuks, że głupi to ma szczęście, że to tylko przypadek, który czasami chodzi po ludziach, a w ogóle to trafiło się jak ślepej kurze ziarno.

Pesymista czuje się dobrze ze samym sobą

Bo stać go na tyle, ile sam od siebie wymaga. A jak coś mu nie wyjdzie, to winni są wszyscy, tylko nie on. „Mówiłem, że ona tego nie doceni”, „Wiedziałam, że on stwierdzi, że do siebie nie pasujemy”. Przecież to takie oczywiste, że świat i ludzie są źli, mściwi, zazdrośni i zawistni. Jak żyć, jak się przebić. Lepiej nic nie robić, a jeśli nawet na coś pesymista się zdecyduje i mu się nie uda – to zawsze można na kogoś lub na coś (pogodę, klimat, miejsce) zwalić winę.

Pesymista niczego nie musi zmieniać

Podczas gdy inni chcą się rozwijać, doświadczać nowych rzeczy, ryzykować, pesymista nic nie musi, bo pesymista wie, że to wszystko „nie ma absolutnie najmniejszego sensu”, bo przecież wiadomo:

  1. że po co tak się męczyć, skoro nie mamy żadnej pewności że nasze działania skończą się sukcesem
  2. że lepiej nic nie zaczynać, niż się później boleśnie rozczarować
  3. że nikt tego nie doceni
  4. że i tak wszyscy umrzemy

Pesymista niczego nie musi się bać

Bo jego życie do granic możliwości jest przewidywalne. On nie wyjdzie przed szereg, nie pójdzie za nowym pomysłem, nie zdecyduje się na spełnianie marzeń, bo w końcu to tylko marzenia i one z naturą nie dają się spełnić, a jak się spełnią, to co dalej? Tak to chociaż marzenia ma i sobie pomarzyć może, ale już biletu na Karaiby nie kupi, bo jak samolot się rozbije, jak linia lotnicza zbankrutuje, albo zachoruje, będzie mieć wypadek i jednak nie poleci… Pesymista niczego się nie boi, bo nie stwarza sobie najmniejszym ruchem powodów do lęku, niepewności, wątpliwości. On wie, że i tak się nie uda. Więc po co zakładać, że może się uda i bać się, co się stanie, gdyby jednak nie.

Wygląda na to, że życie pesymisty to klawe życie. Prawda?

P.S. I tak bym się nie zamieniła 😉 Nawet za kolejkę elektryczną.


Lifestyle Psychologia

Ofiara, ratownik czy prześladowca, kim jesteś? Jak przestać w życiu grać i być silną psychicznie

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
7 kwietnia 2016
Kat, ofiara czy ratownik, kim jesteś? Jak przestać w życiu grać i być silną psychicznie
Fot. Unsplash / Noah Baslé / CC0 Public Domain
 

„O Boże, jestem taka biedna” jęczysz w duchu. Praca nie taka, on nie taki. Życie nie takie. Zło. Koszmar. Z podziwem (zazdrością) patrzysz na kobiety waleczne, które prędzej umrą niż powiedzą: „Jest mi źle, poddaję się”. Albo inaczej. Jesteś ostra, pryncypialna, ucinająca. Nienawidzisz słabości, niszczysz wrogów. Nazywasz to siłą, choć to siła raczej żadna. Nawet nie wiesz, że twoje życie to też mały teatr. Teatr wojowniczki.

Trudne życiowe sytuacje sprawiają, że najczęściej wchodzimy w jedną z trzech życiowych ról. Eric Berne, twórca analizy transakcyjnej twierdził, że to w jaką rolę wchodzimy w dużej mierze zależy od naszego dzieciństwa. To wtedy „opracowaliśmy” własny scenariusz reagowania na konflikty i ich rozwiązywania.

Co ciekawe, w różnych relacjach możemy wchodzić w różne role. Ważne jest przede wszystkim to, że żadna z nich nie pozwala na świadome i dojrzałe budowanie relacji i przeżywanie życia. Jest słabością, a nie mocą.

Rozpoznanie

OFIARA

Najczęściej mówi (bądź myśli): „To się nie uda”, „Tak musi już być”, „Nic mi nie wychodzi”, „Inni mają lepiej”, „Nie dam rady, nie warto się starać”, „Mam tyle do zrobienia, że to mnie przytłacza. Lepiej nie będę robić nic”.

Jej przekonanie o sobie: jestem słaba, bezsilna, ułomna. Nie jestem sprawcza. Moje życie zależy od innych (czyt. dziecka, szefa, mężczyzny, rodziców).

Zachowanie w kryzysowej sytuacji: wycofanie, poddanie, odpuszczenie. Ofiara często robi to pod przykrywką bycia dobrej i niekonfliktowej. „Agresja jest zła”, „Szkoda czasu na złość”, „Nie zależy mi na karierze, nie będę otwarcie walczyć. To słabe”. Nie widzi, że to bycie ofiarą jest właśnie słabe, co więcej sprawia, że nie zmienia swojego życia, bo po prostu nie ma na nie wpływu.

Jak rozpoznać ofiarę w kimś? Podsuwasz mu (jej) gotowe rozwiązania, słyszysz: „To się nie uda, bo….”. Cokolwiek byś nie zaproponowała: opór. Masz poczucie, że to osoba, którą nieustannie trzeba się opiekować. Jest taka bezradna. Zanim wejdziesz w rolę ratownika – odpuść. Szkoda energii. Ofiara sama musi zrozumieć, że jej życie jest tylko jej decyzją.

Zła wiadomość:  Niektórzy nie zmieniają się nigdy. Jeśli to ty nią jesteś, na pewno tego chcesz?

Jak to się kończy? Ofiara w pewnym momencie ma dość bycia tą słabą, szuka sposobu na wyrównanie rachunków. Wchodzi więc w rolę Prześladowcy (albo w tej samej relacji albo w innej).

RATOWNIK

Najczęściej miał autorytarną matkę, która tłamsiła, kontrolowała i manipulowała ( zdarza się też, że w tę rolę wchodzą córki bardzo silnych, despotycznych ojców. Jego potrzeby były zaniedbywane, więc w ogóle zapomniał, że je ma. Za to świetnie pamięta o potrzebach innych.

Najczęściej mówi (bądź myśli): „W życiu trzeba być dobrym, nawet ci, którzy mnie ranią potrzebują mojej opieki”, „Innych trzeba ratować, pomagać im”, „Potrafię się poświęcić dla kogoś”.

Jego przekonanie o sobie: To przede wszystkim ode mnie zależy jak będzie wygadała relacja, która buduję. Wystarczy, że się odpowiednio postaram. Dużo zrobię, zapracuję. Idealizuje siebie (jestem lepszy, bo tak mało egocentryczny), a tak naprawdę zależy mu tylko na sobie. Ratuje, żeby poczuć się ważny i potrzebny.

Jak rozpoznać ratownika w kimś? Często jest w związkach, gdzie nie ma równowagi. To żony egoistycznych typów, partnerki alkoholików, pracoholików i facetów, którzy latami zmagają się z problemami i nic z nimi nie robią (nie muszą, ratownik przecież wszystko ogarnie).

Zła wiadomość: Ratownik często przechodzi w rolę ofiary. „Tyle dla niej/niego zrobiłem, a on nic”, „Tak się poświęcałem dla tej pracy, a oni mi się tak odpłacają”.

Nie rozumie, że dopóki nie przestanie się poświęcać ( a w rezultacie przestanie być ciągle sfrustrowany, że tyleeee robi) nic się w jego życiu nie zmieni.

Jak to się kończy? Ratownik najbardziej w życiu boi się samotności, żyje w myśl przekonania: „Dopóki mnie potrzebują jestem coś warty”. To pogłębia jego frustrację i poczucie nieszczęścia.

PRZEŚLADOWCA

Często dziecko przemocowego rodzica. W dzieciństwie doświadczał nadużyć. Czasem bardzo wysoko stawiano mu poprzeczkę. „Do przodu, walcz, nie patrz na innych”, „Osiągaj cele” słyszał.

Najczęściej mówi (bądź myśli): „Przetrwają tylko najsilniejsi”, „Jestem lepszy od innych”, „Mam prawo wymagać, oceniać, egzekwować”.

Jego przekonanie o sobie: W głębi duszy skrywa lęk i przekonanie, że jest do niczego. Często doświadcza stanów bezsilności dlatego stara się dominować – to mu daje poczucie kontroli.

Jak rozpoznać prześladowcę w kimś? Najczęściej zdystansowany, pozornie bardzo silny, mocny. Autorytarny.

Zła wiadomość: Rzadko kiedy bierze odpowiedzialność za to, że krzywdzi innych. On po prostu uważa, że jest sprawiedliwy. Dlatego tak ciężko z nim żyć, bo ze wszystkich typów najtrudniej się zmienia. Po prostu uważa, że nie musi. Niech zmieniają się inni.

Jak to się kończy? Udaje mu się w miarę dobrze egzystować jeśli w jego otoczeniu są ludzie słabsi i jego zdaniem gorsi. Wtedy na ich tle czuje się lepszy i mocniejszy, a przez to spokojny. Spotkanie osoby naprawdę silnej i stabilnej budzi w nim niepokój i strach. Często ucieka z takich relacji, bo pokazują mu jak sam jest w gruncie rzeczy słaby.

Niezależnie od tego w którą rolę wchodzimy czujemy się:

– nieszczęśliwi

– niespełnieni

– żyjący pod dyktando oczekiwań

Siła psychiczna to wzięcie odpowiedzialności za swoje życie. Uświadomienie sobie, że to my w 100 procentach decydujemy o tym, jak wygląda nasza sytuacja. To skonfrontowanie się z negatywnymi (ukrytymi) częściami naszego charakteru. Zrozumienie, że my też czujemy zazdrość, żal, złość, czasem zawiść, życzymy komuś źle, chcemy mieć lepiej. Zawodzimy, rozczarowujemy. Siebie i innych. To akceptacja tego kim naprawdę jesteśmy.

Wtedy dopiero możemy budować zdrowe relacje, bez wchodzenia w żadną z ról.

linia 2px

Na podstawie książki: „W co grają ludzie” Erica Berne.


Lifestyle Psychologia

„W imieniu dzieci skazanych na życie”. List Agaty Komorowskiej

Redakcja
Redakcja
7 kwietnia 2016
"W imieniu dzieci skazanych na życie". List Agaty Komorowskiej
Fot. Archiwum prywatne | Blog www.agatakomorowska.pl

Jestem matką trojga dzieci. Jedno zdrowe, grzecznie wyprodukowane i urodzone po ślubie. Drugie, no cóż, klasyfikowało się do aborcji, bo ma zespół Downa. Trzecie, to efekt czyjejś decyzji o nieaborcji, czyli zaadoptowane jako niemowlę. Nigdy aborcji nie miałam, ale z racji niezwykłych dzieci, które mam, co nieco o sprawach okołoaborcyjnych wiem. Mam też inne doświadczenie, które upoważnia mnie do wypowiedzi w tej sprawie: 11 lat temu, razem z Papieżem Janem Pawłem II umierało moje nienarodzone dziecko.

Świadomie izoluję się od mediów. Nie nasiąkam żadną propagandą. Nie słucham, nie oglądam i nie wypowiadam się w sprawach politycznych. Jedyne co odbieram to Facebooka, którego też porządnie okroiłam ze znajomych, którzy lubują się w aferach państwowych i innych negatywnych przekazach. Ale tym razem polityka weszła mi tam, gdzie nie powinna. Tego co się dzieje teraz nie mogę pozostawić bez odpowiedzi, bo czuję się patriotką, a patrioci jednak walczą, gdy kraj okrywa hańba. A ta hańba dotyczy nie tylko Polek, ale całego nowego pokolenia małych, niechcianych, okaleczonych, upośledzonych i porzuconych Polaków. I to w ich imieniu przemawiam, bo kobiety potrafią same o siebie zawalczyć. Dzieci nie.

Szanowni Duchowni i Politycy,

Szanuję Wasze poglądy, Wasze prawo do wolnej wypowiedzi, zgodnej z Waszym sumieniem. Szanuję Was jako ludzi. Wierzę, że nie chcecie źle. Więcej, wierzę, że chcecie dobrze, bo w głębi duszy jesteście dobrymi ludźmi. Dlatego chciałam Wam opowiedzieć o kilku sprawach, które pomogą Wam podejmować dobre decyzje.

11 lat temu, razem z naszym ukochanym Janem Pawłem II umierało moje II-gie dziecko. Ciąża była młoda, zaledwie kilka tygodni. Czekałam na nią (albo jego) 4 lata. W tym czasie wykupiłam cały krajowy zapas testów owulacyjnych i ciążowych. W kwietniu 2005 roku leżałam przed telewizorem z nogami zawiązanymi na supeł. Skurcze przeszywały moje podbrzusze. W internecie rozpaczliwie szukałam uzasadnienia tego co przeżywam. Czytałam o „układaniu się” płodu, co może powodować krwawienie i skurcze. Mój płód jednak nie żył. Nigdy żadne USG nie odnotowało bicia jego serca, choć obecność zarodka, owszem tak. Za to ja odnotowałam bicie mojego serca dla dziecka w moim brzuchu. Za każdym razem, kiedy szłam do toalety i zmieniałam przesiąkniętą krwią podpaskę, miałam nadzieję, że jakimś cudem moje dziecko przeżyje, że będzie dane mi je urodzić. Niestety Bóg chciał inaczej. Poroniłam. Moje dziecko miałoby dzisiaj lat 10. Nie ma, bo go nie ma. Jego strata była dla mnie niewyobrażalnym bólem, przy którym bóle porodowe, to czysta przyjemność. I teraz, w obliczu takiej straty i takiego cierpienia mogłabym zostać oskarżona o umyślne spowodowanie śmierci mojego nienarodzonego dziecka, o umyślne wywołanie poronienia. Moja sprawa byłaby badana, a ja w mojej żałobie poddana serii podchwytliwych pytań. Motyw do domniemanej aborcji znajdzie się zawsze: może nie miałam czasu na kolejne dziecko, bo firma właśnie odnosiła sukcesy, może uznałam że jedno dziecko wystarczy, może nie chciałam rozciągniętego brzucha i wyciągniętych cycków. Pewnie mogłabym tak długo, bo wyprodukować absurd nie jest trudno. Trudno natomiast żyć ze świadomością, że moje dziecko ze mnie wypłynęło, a ja nawet nie byłam pewna kiedy. Takiej kobiecie należy się wsparcie, nie przesłuchanie.

Niecałe dwa lata później urodził się Krystian. Pół godziny po porodzie dowiedziałam się, że ma zespół Downa. Gdybym dowiedziała się kilka miesięcy wcześniej miałabym prawo do aborcji. Nie wiem co bym zrobiła. Szczerze mówię, że nie wiem. Ale Bóg (nie kościół, ani żaden polityk) chciał, żebym urodziła, bo tej informacji nie miałam. Dzisiaj dziękuję Bogu za tę niewiedzę, bo wchodzenie w jego kompetencje byłoby ponad moje siły. Krystian żyje, kocham go i jestem wdzięczna za wszystko czego z nim doświadczam, ale życie z nim nie jest łatwe. Nie każdy chce, nie każdy się zdecyduje, nie każdy zaakceptuje. I tu nasuwa się bardzo ważna kwestia. Zmuszanie kobiety do donoszenia chorego dziecka… Szanowni Państwo, pomyślcie przez chwilę o dziecku, które tak bardzo pragniecie ratować! Takie dziecko potrzebuje podwójnej dawki miłości, 100% więcej cierpliwości, a 500 zł miesięcznie nie starczy nawet na waciki. Dzieci chore i upośledzone potrzebują czułości, miłości, akceptacji i ogromnej ilości środków finansowych. Wyobraź sobie szanowny Panie Pośle, że ktoś Cię zmusza do adopcji takiego dziecka. Po prostu nakaz Prezesa. Popierasz partię, przyjmujesz upośledzone dziecko pod dach. Musisz. Nikt Cię nie pyta. Księże Proboszczu, Pan również. Już jutro maleńka dziewczynka z wodogłowiem i rozszczepem kręgosłupa wyląduje u Księdza na plebanii. Nie ma, że nie chcę, nie mogę, nie umiem. I co teraz? Czy sądzicie, że będziecie kochać, troszczyć się i walczyć o lepszy byt tego maleństwa, czy zaczniecie się modlić, tak modlić, żeby umarło. Będziesz, kochany Pośle z obrzydzeniem zmieniał pieluchy i to dopiero wtedy, gdy kupa będzie się wylewała. Zaraz, jakie pieluchy, o czym ja mówię. Worki na odchody, bo to dziecko się nie wypróżnia. Ma dziury w swoim ciele w odpowiednich miejscach i przytwierdzone worki, które trzeba regularnie wymieniać. I tak już na zawsze, aż do śmierci Twojej lub Jego. Coś o tym wiem, bo kilkakrotnie z Krystianem w szpitalu przebywałam podczas, gdy jego dziura w brzuchu była najpierw robiona, a dwa lata później zaszywana. Widziałam dzieci, które wyglądały świetnie od szyi w górę, ale pod kocykiem krył się prawdziwy koszmar. No więc? Jak się żyje z takim nakazem, z takim wyrokiem? Zakaz aborcji, to taki właśnie wyrok.

Kochani Panowie, wielu z Was ma córeczki. Takie najukochańsze, najcudowniejsze córusie tatusia. Gdy córeczka ma 12 lat wysyłacie ją na obóz językowy, a tam, koledzy ze starszej grupy przemycili alkohol, wypili, zaszumiało, weszli do pokoju Waszej Księżniczki i brutalnie zgwałcili. Córeczka w szoku i … w ciąży. Musi donosić, bo usunąć NIE WOLNO. Rodzi, zabieracie do domu i każdego dnia obserwujecie to nasienie gwałciciela. Czy to dziecko jest winne? Nie. Ale czy zgwałcone dziecko będzie w stanie kochać, troszczyć się i całować z czułością owoc gwałtu. Nie sądzę. Podejrzewam, że cała Wasza rodzina będzie odnosiła się do tego dziecka z nienawiścią, pogardą i wrogością. I co to uratowane przez Waszą ustawę, niewinne dziecko będzie czuło? Na jakiego człowieka wyrośnie?

No tak, ale można oddać do adopcji i jak to któryś mądry polityk stwierdził, kolejki po takie dzieci już zapewne stoją. Po pierwsze większość nie odda, bo nasze społeczeństwo potępia matki, które zrzekają się swoich dzieci. Kobieta, która pozostawia dziecko w szpitalu nie ma wytatuowane na czole, że owo dziecko jest dzieckiem oprawcy. Jest z góry traktowana jak wyrodna i wredna matka, potwór, dewiantka, bo nie chce swojego dziecka. No więc nie odda, a jeśli nawet zbierze w sobie wystarczająco dużo siły by się zrzec przy porodzie, to takie dziecko ma marne szanse na adopcję. Procedura adopcyjna mojej córki trwała dwa lata. W tym czasie trochę się dowiedziałam, trochę widziałam, trochę słyszałam. Ośrodek adopcyjny musi poinformować potencjalnych rodziców o wszystkim co sam wie na temat dziecka. No i jak myślicie, ile osób będzie chciało owoc gwałciciela-pedofila, albo szpetnie zniekształcone i głęboko upośledzone maleństwo? A może Pan Panie Pośle? Nie? No to komu?

Jeśli wszystkie te dzieci, które urodzić się nie miały zostaną jednak urodzone, nasz kraj stanie przed problemem przeładowanych Domów Dziecka, pełnych upośledzonych, chorych, zdeformowanych i okaleczonych dzieci. Czekają nas pełne ośrodki wychowawcze, w których skończą wszystkie te niekochane, znienawidzone i odrzucone dzieci, bo jak Wam się zdaje, na jakich ludzi zaczną wyrastać. Czy będzie miał kto prowadzić ich za rękę przez okres dojrzewania, czy ich rodzice będą mieli cierpliwość do ich wybryków? Ty byś miał drogi Pośle do dojrzewającego syna Twojej zgwałconej córki?

Nie pozostanie nic innego jak zmienić plebanie i klasztory w domy dziecka, a kościoły w ośrodki wychowawcze i wprowadzić przymus adopcyjny dla zwolenników partyjnych. Bo ktoś, gdzieś tymi szczęśliwie ocalonymi i tym samym skrzywdzonymi dziećmi będzie musiał się zaopiekować.

Osobiście nie jestem zainteresowana aborcją, więc wątek pozostawienia sobie drogi do usuwania możemy pominąć. Mój okres rozrodczy niebawem się skończy, a na ten czas dobrze się zabezpieczyłam. Kocham wszystkie moje dzieci, żadnego bym nie oddała, ani nie zabiła, ale w moim przypadku faktycznie to Bóg zdecydował. Żaden z Was drodzy Panowie, tylko sam Bóg. Dlatego mnie było łatwo. Nie musiałam decydować. Uważam jednak, że w pewnych przypadkach, to kobieta, rodzice, powinni podjąć tą trudną decyzję. Dlatego na swoim blogu piszę o wszystkim, tym co ładne i o tym co brzydkie. Piszę też o tym jak cieszyć się życiem z dzieckiem niepełnosprawnym, ale uważam, że jeśli ktoś tego dziecka nie chce, to powinien mieć prawo go nie rodzić. Bo nie ma nic gorszego niż być zmuszanym do miłości. To też jest gwałt, tyle że na duszy. A dla dziecka, które potrzebuje specjalnej troski, być zmuszonym do życia bez miłości, to jest gwałt na nieletnich, bezbronnych duszyczkach.

Człowiek zmuszany gwałtem do czegokolwiek będzie się bronił na wszystkie możliwe sposoby, nawet wieszakiem. Bóg zaufał człowiekowi dając nam wolną wolę. Dlaczego Panowie nie potraficie tego uszanować pozostawiąc wolny wybór?

Szanowni Panowie, w razie wątpliwości jestem do dyspozycji. Chętnie odpowiem na Wasze pytania, jeśli któregoś z Was interesują szczegóły wychowywania niepełnosprawnego dziecka, adopcji, czy poronień. Macie tu 3 w 1, więc pytajcie: kontakt@agatakomorowska.pl

Z wyrazami szacunku dla każdego życia,
Agata Komorowska

linia 2px

List Agaty Komorowskiej pochodzi z bloga autorki i został opublikowany za jej zgodą.

agata komorowska awatar2Agata Komorowska
Prowadzi bloga z wielkiej miłości – do siebie, swoich dzieci i do Ciebie. Pisze szczerze o życiu. O dzieciach, adopcji, zespole Downa, depresji, rozwodzie i o miłości. O wszystkim czego sama doświadczyła. Pisze, bo kocha życie i kocha o tym pisać. A czy to co robi jest wielkie? Dla jednych tak, dla innych pewnie nie. I to dla niej jest zupełnie OK:-)

„Im więcej doświadczam tym bardziej wierzę w to, że wszystkie doświadczenia, bez względu na to jak wiele bólu nam sprawiają, są dobre. Mam wielką nadzieję, że moje doświadczenia pomogą tym, którzy znajdą się w podobnych sytuacjach. To egoistyczne pragnienie, bo istnienie nie tylko dla siebie, ale dla innych, sprawia mi ogromną przyjemność. Po to tu jestem:-)”

www.agatakomorowska.pl


Zobacz także

„Nie rozumiesz, że cię kocham i chcę mieć ciebie tylko dla siebie?”. Życie z zazdrością

„Nie rozumiesz, że cię kocham i chcę mieć ciebie tylko dla siebie?”. Życie z zazdrością

10 kroków do wzmocnienia swojej siły psychicznej

Konkurs „Małe, zdrowe rytuały”