Lifestyle

Obudzić się pewnego dnia i żałować, że już z nim nie jesteś… Dlaczego rezygnujemy z miłości

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
18 stycznia 2018
Fot. iStock/anyaberkut
 

Zdarzyło się wam usłyszeć od kogoś: „wiem, co to znaczy zrezygnować z miłości”? Zastanawiające słowa. Co takiego musi się stać, byśmy byli skłonni zakończyć związek, choć wciąż kochamy? Czasem taką decyzję podejmuje się wspólnie z partnerem, czasem jest ona „jednostronna”. 

Ale mija trochę czasu i zaczynamy żałować. Bywa, że żal nosimy w sobie przez długie lata, wtedy, kiedy już nic nie da się zmienić, bo były ukochany ułożył sobie życie z kimś innym. Zastanawiamy się, jak potoczyłoby się ono u naszego boku, porównujemy pozostałe znajomości do tej „jedynej”. Dlaczego tak się dzieje?

Jakie są najczęstsze powody, dla których rezygnujemy z miłości?

 Strach przed zobowiązaniem

Obawa przed przedwczesnym zaangażowaniem i strach, że wszystko dzieje się „zbyt szybko” to jedne z najczęstszych powodów, dla których ludzie decydują się zakończyć nawet dobrze rokujący związek. Tacy partnerzy mają trudności ze zrozumieniem różnicy między zaangażowaniem a „byciem uwięzionym” w relacji. Często czują presję, by składać obietnice, których mogą nie być w stanie dotrzymać, zwłaszcza gdy są z kimś, kto jest gotowy na długotrwały związek. Postrzegają wówczas tę gotowość jako potencjalną pułapkę.

Brak gotowości do bycia w długotrwałym związku

Coraz więcej osób czuje się niezdolnych do stworzenia stałego związku. Uważamy, że nie jesteśmy wystarczająco mądrzy i doświadczeni, aby obiecać ukochanej osobie przyszłość, o jakiej ona marzy. Że nie znamy się wystarczająco dobrze, by „to się udało”. O ile w bardzo młodym wieku ta niezdolność jest czymś naturalnym, to w miarę upływu lat uniemożliwia nam stworzenie dobrego związku. Stale będziemy szukać czegoś nowego, stale upewniać, ale nigdy nie zdobędziemy pewności…

Wybór tego, co jest łatwiejsze

Nie wszystkie historie miłosne są proste i „bezproblemowe” od samego początku. Wiele z nich zaczyna się w skomplikowanych okolicznościach. Taka miłość „ z przeszkodami” wymaga jeszcze więcej zaangażowania, czasem cierpliwości, a czasem zdecydowanych działań i decyzji, które mogą kogoś zranić. Zdarza nam się zrezygnować z miłości aby nie komplikować życia – sobie, ukochanej osobie i innym – byłemu/obecnemu partnerowi, dzieciom… Czas pokaże, jakie są emocjonalne koszty takiej decyzji.

Inne, poważne przeszkody

Tych może być bez liku. Ciężka choroba naszego partnera, z którą nie umiemy sobie poradzić („czy jest to wtedy prawdziwa miłość?”- zapytają niektórzy), jego uzależnienie, nasze uzależnienie lub inne, poważne problemy, którymi nie chcemy go obciążać, przeszłość, której się wstydzimy, a która nagle nas dogania… Wszystko to może stać się powodem naszego odejścia.

Każda historia miłosna jest inna, każdy związek inny, nie można tu oceniać, ani krytykować. Warto jedynie pamiętać o wynikach badań, które mówią o tym, że umierajac, najczęściej żałujemy, że z kogoś kiedyś zrezygnowaliśmy…

 


Lifestyle

Jak przestać być ofiarą? Droga nie jest łatwa, ale do pokonania. Wystarczy spróbować, naprawdę

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
18 stycznia 2018
Fot. iStock/kieferpix
 

Spotykam się ze znajomą, pytam, co słychać, ale po chwili żałuję, że w ogóle się odezwałam. Wylewa się morze żalu i pretensji do całego świata.

„A wiesz, masakra. Padam na twarz, nie mam na nic czasu, siły. Dzieciaki mi wiecznie chorują, Rafał non stop w pracy, czekam, kiedy mnie wyrzucą, bo ja na zwolnieniach lekarskich”. Próbuję zmienić temat, więc podpytuję o pracę. Znowu zły trop: „Mam dość, czuję się wykorzystywana. Pracuję w domu, jak dzieciaki chore, odrabiam w weekendy zaległości. A obowiązki i zadania wciąż się mnożą”. Jednak okazuje się, że nie praca stanowi jej największy problem, najgorsze jest to, co dzieje się w domu. Bo wszystko jest na jej głowie, bo nie ma pamięta, kiedy ostatni raz wypiła ciepłą kawę, bo na męża nie może liczyć, a pani w szkole skarży się na jej starszego syna i ona nie wie, jak sobie z nim poradzić. Do tego walczy z bólami głowy, nie ma kiedy iść do lekarza…

Brrrr. Jestem zmęczona tym spotkaniem, rozmową i mam wrażenie deja vu. Za każdym razem, kiedy się widzimy, słyszę, że nic jej w życiu nie wyszło, że wszystko jest do d*py. Kiedyś jeszcze próbowałam jej tłumaczyć, że od niej zależy, czy ta sytuacja się zmieni, że może coś zrobić, postawić się, nie chcieć tak żyć. Bez skutku.

Wiele znam takich osób. Sąsiadka narzeka od lat na swojego męża. Że ogranicza ją finansowo, że musi się go prosić o pieniądze, że on sobie kupuje nowe rzeczy, a jej głupio kupić dla siebie buty. Kiedy mówię o zmianie pracy, na lepiej płatną, obrusza się. Bo gdzie i jak ona coś znajdzie. Nigdy nawet nie spróbowała, nigdy też nie porozmawiała z mężem, bo „nie będę go denerwować”.

Koleżanka mieszka z teściową. Wszystko w ich domu dzieje się pod dyktando matki jej męża. Ona właściwie nie ma nic do powiedzenia. Teściowa dyktuje w co się mają ubrać dzieci, co ona ma zrobić na obiad, jakie firanki powiesić, kiedy umyć okna. Nie raz płakała ze złości, że o niczym nie może decydować, że czuje się osaczona i bezsilna. Kiedy inni jej radzili, żeby porozmawiała z mężem, z teściową, twierdziła, że to nic nie da. Gdy była mowa o przeprowadzce, kupnie mieszkania (oboje dobrze zarabiają) dla nich lub teściowej, żeby rozwiązać tę sytuację, ona tylko się jeżyła, choć brakowało jej solidnych argumentów. Bo dlaczego nie?

Są ludzie, którzy przez całe swoje życie stawiają się w roli ofiary. I nie mówię tu celowo o ofiarach przemocy fizycznej. Bo ofiara to też mentalność tych, którzy są prześladowani we własnym umyśle, skupiają się na wyrządzanej im krzywdzie, tak naprawdę odmawiają pomocy, zmuszają się do robienia czegoś, na co nie mają ochoty. A przecież nie są zniewoleni. To dorośli ludzie, którzy mają wybór. Albo decydujesz się na obecne życie i przestajesz na nie narzekać albo robisz coś, żeby je zmienić i żyć lepiej. To jednak nie zawsze jest takie proste. Bo przecież rola ofiary, to jedna jaką znają, która daje im poczucie bezpieczeństwa, bo wiedzą, jak się zachować. Przez litość innych, zainteresowanie, narzekanie, budują poczucie własnej wartości. Rola ofiary to negatywny narcyzm. To wiara, że wszechświat (i zachowania innych ludzi) krążą wokół tej osoby, że wszystko się dzieje przeciw niej (głównie przeciw) i w stosunku do niej. To poczucie, że wszyscy wokół chcą ja za coś ukarać.

Ofiary obawiają się tego, co się stanie, gdy zrezygnują ze swojej roli, gdy w ich życiu wszystko zacznie się układać, czym zainteresują otoczenie, innych ludzi, kto na nie zwróci uwagę?

Rola ofiary, to błędne koło, z którego bardzo trudno się wydostać. Ale przecież nie ma rzeczy niemożliwych. Zawsze mówię, że najpierw trzeba zdać sobie sprawę z sytuacji, w której się znajduję, nazwać ją, popatrzeć trochę z boku. Następnie zadecydować, czy chcę to zmienić. Jeśli chcę, szukam narzędzi, które mi w tym pomogą i… zaczynam działać. Uwierz – za rogiem czeka na ciebie dobre życie.

Chcesz uwolnić się od mentalności ofiary lub pomóc komuś bliskiemu to zrobić?

Należy zacząć od wzięcia odpowiedzialności za własne potrzeby. Najważniejsze to w końcu być ze sobą szczerym i określić, czego się chce, co jest dla ciebie ważne. Być może odpowiada ci to, jak żyjesz, nie chcesz się z bycia ofiarą wyplątywać? Ale jeśli chcesz, to nie marnuj czasu na obwinianie innych za swoją sytuację, na złość na tych, którzy nie chcą i nie potrzebują tego, co ty chcesz. Nie czekaj aż ktoś ci pomoże. Zajmij się sama tym, na czym ci zależy.

Drugą ważną rzeczą jest nauczenie się mówić „nie”. Jeśli nie chcesz robić czegoś, na co nie masz ochoty – nie musisz, naprawdę. Możesz powiedzieć „nie” i wierz mi – najtrudniejszy jest ten pierwszy raz. Pamiętaj, że masz prawo mieć swoje potrzeby, tak jak inni ludzie. Tego nikt nie powinien ci odbierać. Tak samo, jak ty nie powinnaś wszystkich obwiniać za swoja sytuację – męża, teściową, szefa, koleżanki, niesforne dzieci, którym brakuje męskiej dyscypliny. Hej – obudź się. Za to, w jakim miejscu jesteś, ty odpowiadasz. Jeśli masz w kimś szukać winy, to niestety tylko w sobie. Co ty zrobiłaś, żeby zmienić swoją sytuację? Zanim zaczniesz po raz kolejny opowiadać o tym, że ktoś odbiera ci energię, kradnie siły, zwróć uwagę na towarzyszące tym słowom poczucie bezsilności, które cię ogarnia, stań się jej świadoma. Czy to ktoś odbiera ci możliwość działania, czy ty sama jej sobie nie dajesz?

Bywa, że jednym z najlepszych sposobów na walkę z mentalnością ofiary, jest pomaganie innym. Naprawdę. Poszukaj kogoś, kto potrzebuje pomocy, zaangażuj się w jakiś wolontariat. Może brzmi to dla ciebie idiotycznie, ale dlaczego nie spróbować? Życzliwość wobec innych jest jak antidotum na „ja mam najgorzej”. I zacznij być wdzięczna za to, co masz. Przestań skupiać się na swoim cierpieniu, na tym, co ci przeszkadza, czego nie masz. Przenieś swoją uwagę na to, co masz, a nie na to, co tracisz. Zacznij każdego wieczoru wymieniać pięć rzeczy, za które w tym dniu jesteś wdzięczna. Może się okazać, że twoja sytuacja wcale nie jest taka beznadziejna, jakby ci się wydawało.

A gdyby tak zrobić sobie listę tego, co można zrobić, by zmienić swoją sytuację? Spisać wszystko, co przyszłoby ci do głowy? Kiedy jesteś ofiarą uważasz, że nic nie można zmienić, co prawie nigdy nie jest prawdą. Więc może czas odczarować swoje myślenie, skupić się na rozwiązaniu, a nie na samym problemie?

I wybaczaj. Kiedy decydujesz się na bycie ofiarą, jednocześnie zatrzymujesz w sobie gorycz, złość i pewność, że zostałaś skrzywdzona, często nie biorąc pod uwagę intencji drugiej osoby. Zamiast zatruwać się negatywnymi emocjami zacznij współczuć, próbuj zrozumieć drugiego człowieka, przestań skupiać się tylko na sobie i na swojej własnej krzywdzie.

Nie ma smutniejszego życia od życia z mentalnością ofiary, naprawdę. Ale to nie jest wyrok, z tego można wyjść, potrzeba tylko pracy nad zmianą nawyków. Życie z dobrocią i wdzięcznością jest piękniejsze od tego w urazach i goryczy. Każdy z nas ma wybór, po której stronie chce stanąć, jak żyć. Pierwszy krokiem jest odpowiedź na pytanie, czy jesteś gotowa przestać być ofiarą. Jesteś gotowa?


Lifestyle

Koszmar 12-latki. Była „niewolnicą seksualną” swoich rodziców

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
18 stycznia 2018
Fot. iStock/kati1313

Poziom zwyrodnienia nigdy nie przestanie mnie szokować. Brak mi słów, kiedy słyszę, jak okrutnych czynów dopuszczają się ludzie, nie jestem w stanie w ogóle wydusić z siebie słowa, gdy słyszę, jak rodzice potrafią krzywdzić własne dzieci.

Rodzice – których dziecko kocha nad życie, którzy choć są tyranami, dla dziecka i tak zostają bohaterami. Płaczę mając przed oczami obraz dziecka, dla którego miłość to jedynie ból i cierpienie. 12-latkę gwałcili rodzice, ojciec podobno co drugi dzień, a matka używała sztucznego penisa. Koszmar miał miejsce w Rosji. Rodziców zatrzymano, grozi im 20 lat pozbawieni wolności – ojcu za gwałt, matce za seksualne torturowanie. Matka dziewczynki miała powiedzieć: „Lepiej, że nam dawała, niż jakiemuś maniakowi”, sama przyznała się na policji, że została zgwałcona, gdy miała 13 lat, a w przypadku jej córki ona i jej mąż zgodzili się wcześniej wyszkolić dziewczynkę do dorosłego życia.

Przerażająca sytuacja dziewczynki wyszła na jaw, gdy poszła do lekarza z problemami dotyczącymi miesiączki. Lekarz odkrył, że 12-latka nie była dziewicą, po przeprowadzonym wywiadzie powiedziała, że jest wykorzystywana seksualnie przez rodziców.

Rodzice podobno przyznali się do zarzucanych im czynów. Uważali, że lepiej, jak ich córka straci dziewictwo z własnym ojcem, niż z kimś obcym. Dziewczynka zmuszana była do spania z rodzicami i uczestniczenia w seksualnym trójkącie.

Babcia i prababka dziewczyny mieszkały w tym samym mieszkaniu, ale nie miały pojęcia o molestowaniu seksualnym, wyjaśnia policja.

Brak słów… Brak.


źródło: dailymail.uk.co

 


Zobacz także

Życie z cichym złośnikiem. Kim jest bierno-agresywny parter?

Baletmistrzem, kucharzem, piosenkarzem… Chłopcy też mogą być kim chcą! #aboycantoo

Często powstrzymujesz się przed kichaniem? Nie wiesz, jak bardzo sobie szkodzisz