Zdrowie

Rezonans magnetyczny piersi – co to za badanie?

Redakcja
Redakcja
28 października 2019
Fot. Materiały prasowe

Profilaktyka chorób kobiecych to niezwykle ważna kwestia. Regularne badania i stała obserwacja własnego ciała umożliwiają zapobieganie rozwojowi wielu schorzeń, a także szybkie i skuteczne wdrożenie odpowiednio dobranego leczenia. Szeroki wachlarz zalecanych kobietom badań obejmuje także rezonans magnetyczny piersi. Na czym polega i dlaczego warto się nim zainteresować?

Zachorowalność na raka piersi rośnie z wiekiem, a według danych zgromadzonych w Krajowym Rejestrze Nowotworów tylko w 2008 roku raka piersi zdiagnozowano u 330 000 kobiet zamieszkujących kraje członkowskie Unii Europejskiej. Specjaliści podkreślają, że najbardziej narażona na tę przypadłość grupa wiekowa obejmuje przede wszystkim osoby po 50. roku życia. Warto jednak nadmienić, że nigdy nie jest za wcześnie na profilaktykę, dlatego pierwszy rezonans magnetyczny można wykonać już dużo wcześniej.

Czym jest rezonans magnetyczny?

Z biegiem czasu na temat rezonansu magnetycznego narosło wiele mitów, tymczasem badanie znane również jako MRI (ang. Magnetic Resonance Imaging) to jedna z najbezpieczniejszych form diagnostyki. Wykorzystywana przez specjalistów aparatura bazuje bowiem wyłącznie na działaniu fal radiowych i pola magnetycznego (a nie promieniowania rentgenowskiego), zatem badanie może być wykonywane wielokrotnie bez niepożądanych skutków ubocznych. Wiele osób żyje również w przeświadczeniu, że diagnostyka wiąże się z bólem – nic bardziej mylnego. Jest ona całkowicie bezbolesna, a dyskomfort może wywoływać jedynie konieczność „zastygnięcia” w jednej, ustalonej przez technika pozycji. Niepokoju pacjenta nie powinny wzbudzić także towarzyszące badaniu dźwięki i hałasy. Wynikają one ze specyfiki pracy urządzenia, a odpowiedzialne za nie są wcześniej wymienione fale dźwiękowe, działające na atomy tkanek organizmu. Zaletą rezonansu magnetycznego jest także niezwykła dokładność (nawet do 97%), za którą stoi m.in. doskonała rozdzielczość, umożliwiająca wykrycie nawet najmniejszych zaburzeń i nieprawidłowości w strukturze piersi.

Jak przygotować się do badania?

Aby uzyskany wynik stanowił wiarygodną informację zarówno dla opiekującego się pacjentem specjalisty, jak i samego badanego, należy przestrzegać kilku reguł dotyczących przygotowania do badania. Przed diagnostyką pacjent powinien m.in.:

  • Pozostać na czczo na 3 godziny przed badaniem.
  • Zabrać ze sobą dokumentację medyczną, uwzględniając wyniki tomografii komputerowej, USG czy RTG.
  • Przynieść wynik poziomu kreatyniny (wykonany w ciągu ostatnich 30 dni lub – w przypadku chorób nerek – 7 dni).
  • Przyjść do gabinetu ok. 15 minut wcześniej, aby dopełnić wszystkich niezbędnych formalności.
  • Zdjąć biżuterię i ozdoby, a także odzież zawierającą metalowe elementy.

Umawiając się na badanie piersi rezonansem magnetycznym, trzeba pamiętać o tym, że powinno ono zostać wykonane w odpowiedniej fazie cyklu – między 6. a 14 dniem. Warto również ustalić wcześniej ze specjalistą szczegóły dotyczące antykoncepcji hormonalnej – w przypadku kobiet stosujących te środki, konieczne może być odstawienie ich co najmniej miesiąc przed planowanym terminem rezonansu magnetycznego.

Jak przebiega rezonans magnetyczny piersi?

Rezonans magnetyczny piersi to dość czasochłonne badanie. Diagnostyka za pomocą aparatury wykorzystującej fale radiowe i pole magnetyczne trwa zazwyczaj około 45 minut – w tym czasie pacjentka lub pacjent (badanie zalecane jest także mężczyznom) leży na brzuchu, a piersi spoczywają w specjalnej cewce, która umożliwia dokładne zbadanie konkretnego miejsca. Warto również podkreślić, że podczas badania lekarz nie przebywa z pacjentem w jednym pomieszczeniu. Nadzoruje on badanie w osobnym pomieszczeniu i, w razie potrzeby, zaleca technikowi wykonanie dodatkowych sekwencji dla lepszego zobrazowania badanego obszaru ciała. Czas oczekiwania na opisane wyniki badania wynosi zazwyczaj od 1 do 7 dni, ale okres może wydłużyć się ze względu na specyfikę danej placówki, a także dostępność radiologów.

Czy istnieją przeciwwskazania do wykonania badania?

Mimo że rezonans magnetyczny to jedno z najdokładniejszych i najbezpieczniejszych badań istnieją pewne przeciwwskazania do diagnozowania za pomocą tej aparatury. Wśród nich wyróżnić można bezwzględne, takie jak m.in.: ciała obce wykonane z metalu w organizmie (np. płytki ortopedyczne, wewnątrzczaszkowe klipsy), wszczepione pompy insulinowe, implanty wewnątrzuszne, I trymestr ciąży. Istnieje także szereg względnych przeciwwskazań, wymagających konsultacji ze specjalistą, do którego należy podjęcie decyzji o możliwości bezpiecznego przeprowadzenia MRI. Które czynniki można do nich zaliczyć? Zajmujące dużą powierzchnię skóry tatuaże, II i III trymestr ciąży, rozległe szwy czy klaustrofobia.


Artykuł sponsorowany


Zdrowie

Do końca nie wiemy, co to znaczy zdrowo się odżywiać i mieć zdrowy styl życia. Kasia Gendis – health coach, podpowiada, co zrobić, by jeść i żyć lepiej

Redakcja
Redakcja
28 października 2019
Arch. prywatne

Czy jesteśmy w stanie wprowadzić dobre nawyki do naszego życia na stałe? Wielu próbowało, niewielu się udało – taka prawda. Katarzyna Gendis jest health coachem i pomaga utrwalić w naszym życiu zmiany w diecie, które mają poprawić nie tylko jakość naszego zdrowia, ale także codzienności. Chcecie być bardziej eko, jeść zdrowiej? Przeczytajcie koniecznie, bo zmiana stylu życia jest zmianą na całe życie, ale jak mówi Kasia, musi być przede wszystkim przyjemnością. 

Nie masz wrażenia, że sformułowanie „zmiana nawyków żywieniowych i stylu życia” robi się trochę wyświechtane? Niby wszyscy wiedzą, że powinni takie zmiany wprowadzić w swoim życiu, ale tak naprawdę niewiele osób to robi?

Katarzyna Gendis: Uważam, że to jest dopiero początek, w końcu na te tematy rozmawiamy, zaczynamy mieć świadomość, że to jak dziś żyjemy i jemy nie do końca jest dla nas korzystne. W ramach health coachingu kształciłam się w Stanach Zjednoczonych, gdzie ten trend jest zdecydowanie bardziej zaawansowany. Sama pozycja health coacha jest bardzo popularna, czego u nas jeszcze brakuje. Od pięciu lat mieszkam w Polsce i muszę powiedzieć, że naprawdę wiele zaczyna się też tu zmieniać.

Czyli jest nadzieja, że zaczniemy bardziej dbać o siebie?

Oczywiście, wszyscy chcemy być zdrowi, problem polega na tym, że do końca nie wiemy, co to znaczy zdrowo się odżywiać i mieć zdrowy styl życia, gubimy się w natłoku sprzecznych informacji napływających ze wszystkich stron. Moi klienci i nawet znajomi mówią często z przekonaniem, że jedzą zdrowo, wprowadzają zmiany, ale wciąż nie czują się dobrze. Dopiero, kiedy proszę, by przez tydzień notowali wszystko, co jedzą, okazuje się, że nie mieli świadomości jak ich dieta naprawdę wygląda. Dopiero patrząc na spisane na papierze zestawienie, zaczynają zauważać, co tak naprawdę powinni zmienić. Istotne jest, że kiedy budzi się świadomość, sami znajdujemy rozwiązania, ja tylko podpowiadam i „prowadzę za rękę”.

Druga istotna rzecz – nie ma czegoś takiego jak zdrowo dla wszystkich. Nie mogę stanąć przed setką ludzi i powiedzieć, co powinni jeść. To, co dla jednego jest zdrowe, nie musi być takie dla drugiego. Bioindywidualność jest tutaj niezwykle istotna. To jest podstawowa zasada w mojej pracy.

Obecnie panuje moda na odstawianie glutenu, rezygnację z laktozy, przejście na weganizm, czy warto się tymi modami kierować?

Jeśli chodzi o nasze zdrowie, nie możemy ślepo podążać za modą. Oczywiście, jeśli ktoś ma stwierdzoną badaniami nietolerancję glutenu, a tym bardziej celiakię, powinien go odstawić. Ja jestem ogromną zwolenniczką robienia detoksów raz na rok, czy nawet raz na pół roku. W czasie detoksu odstawiamy produkty, które mogą nas uwrażliwiać oraz te, które są ciężkostrawne. Jemy warzywa, owoce, nasiona. Robiąc to odciążamy system trawienny. Nasz organizm stworzony jest naturalnie do tego, żeby nas oczyszczać, ale przy dzisiejszym odżywianiu nie nadąża tego robić. Dzięki detoksowi ułatwiamy mu to, przy czym najważniejszym momentem detoksu jest wprowadzenie poszczególnych grup żywieniowych z powrotem do naszej diety. To ten moment, kiedy możemy obserwować, jak nasz organizm odbiera poszczególne produkty, na co mamy uczulenie, wrażliwość, po czym czujemy się dobrze, a co nam nie służy. Właśnie dlatego po zakończonym detoksie zalecam wprowadzenie nowej grupy produktów, na przykład zawierających gluten, czy nabiał, pojedynczo, każdy z nich innego dnia lub nawet raz na kilka dni, by zobaczyć, jak się czujemy. To najlepszy sposób na poznawanie siebie, byśmy wiedzieli, jak nasz organizm reaguje na każdy produkt i mogli stworzyć swoją indywidualną dietę, która będzie dobra tylko dla nas.

Czyli zdrowe odżywianie to samoświadomość swojego organizmu? Można tak powiedzieć?

Zgadza się. Oczywiście jest kilka ogólnych zasad, korzystnych dla wszystkich, które możemy wprowadzić w swoje życie. Pierwsza to unikanie produktów przetworzonych, powinniśmy je wyciąć lub bardzo ograniczyć w swojej diecie. Zawsze powtarzam, że nie jemy tego, czego nasza babcia nie znała. Skupmy się na tym, co jest najbardziej naturalne – owoce warzywa, ziarna, nasiona, zdrowe tłuszcze. Pożywienie w najprostszej postaci jest zawsze bezpieczne. Jeśli wybieramy na przykład gluten, którego ogólnie nie jestem przeciwniczką, sięgnijmy po ten, który będzie najmniej przetworzony.

Mówimy o podstawowych rzeczach, które jednak bywają trudne do wprowadzenia na dłuższy czas.

Tak, bo mamy swoje nawyki, przyzwyczajenia. Zorganizowanie życia wokół jedzenia, które znamy, jest dla nas proste. Kupujemy to samo, gotujemy to, co zwykle. Jakiekolwiek zmiany stają się od razu problemem.

Jak długo pracujesz, żeby zmienić nawyki żywieniowe swojego klienta?

Moja praca najczęściej trwa pół roku, bo zdaję sobie sprawę, że nie da się ot tak wyrzucić wszystkich złych nawyków, jednocześnie wprowadzając tylko nowe i tym samym wywrócić wszystkiego do góry nogami. Często ludzie próbują jednak tak robić, porywając się tym samym z motyką na słońce. Takie działanie w większości przypadków z góry skazane jest na niepowodzenie, bo rzadko kiedy ktoś ma tak silną wolę, żeby jednorazowo wprowadzić tyle zmian i to utrzymać. Udowodniono, że potrzeba co najmniej trzech tygodni, by w naszym życiu osadziły się jakiekolwiek nowe nawyki, w tym także żywieniowe. W moim programie korzystamy właśnie z zasady utrwalania zdrowych nawyków sukcesywnie. Jeżeli zaczynamy stopniowo, to mamy szansę na sukces dotyczący zmian.

Od czego zacząć?

Od wprowadzenia większej ilości warzyw chociażby. To brzmi jak banał, ale nadal mamy ich za mało w naszej diecie. Jedna sałatka raz dziennie nie wystarczy. Trzeba jeść różne warzywa, które powinny stanowić połowę każdego naszego posiłku. Druga rzecz – Polacy jedzą za dużo mięsa, jemy mięso na śniadanie, obiad i kolację, a wystarczyłoby dwa razy w tygodniu czerwone mięso plus kurczak i ryba, jeżeli już decydujemy się na te produkty. Obok mięsa najbardziej niekorzystną dla nas rzeczą jest cukier – dziś obecny w większości produktów, także tych, które wydają się zdrowe. Właśnie dlatego powtarzam swoim klientom: czytajcie, co jest w składzie produktu, który chcecie kupić, tylko tak dowiemy się, co jemy. Musimy się edukować, to jest najważniejsze. W zmianie nawyków nie chodzi o to, by się męczyć, to ma być przyjemność, mamy jeść tylko to, co lubimy.

Tu też nie chodzi o to, żeby jeździć na wieś po świeże mięso, jajka i warzywa.

To raczej trudne, ale można znaleźć takie źródła niedaleko siebie.Nie da się też kupić wszystkiego eko. Poza tym wszystko co eko nie znaczy od razu zdrowe. Najważniejsze, to zacząć wprowadzać i utrwalać dobre nawyki, które z czasem wyprą te złe. Wtedy właściwie będzie się nam wydawać, że robimy to bez naszego większego wysiłku. Powinniśmy jednak pamiętać, że nie da się żyć w stu procentach zdrowo, zwłaszcza gdy mówimy o diecie na całe życie. Uważam, że tymczasowe diety, poza uzasadnionymi medycznie, przy schorzeniach zdrowotnych, nie są skuteczne. Jednak przy diecie na całe życie, trudno jest zakładać, że już zawsze będziemy odżywiać się idealnie i nigdy nie zjemy przysłowiowej kiełbaski z ogniska, pączka, czy nie wypijemy lampki wina. Dlatego kolejną zasadą, jaką przekazuję klientom, to stosowanie diety 80/20 lub nawet dla niektórych 90/10. Oznacza to, że odżywiamy się w 80 czy 90 procentach zdrowo, ale zostawiamy sobie te 10, czy 20 procent na pokusy. Jeśli jej ulegniemy, nie porzucamy zdrowych nawyków, tylko nadal przy nich trwamy. Działa to dobrze na naszą psychikę, bo teoretycznie niczego sobie nie odmawiamy, ale nie jemy tego za dużo. Czasami zdrowiej jest coś zjeść niż się od tego na siłę powstrzymywać, a jak już jemy to się tym cieszyć. Tak ustalona proporcja pozwala nam utrzymywać zdrowy styl życia na długi czas.

Co jest kluczem do sukcesu?

Danie sobie czasu. Z moimi klientami spotykam się co dwa tygodnie przez pół roku. Przy okazji każdego spotkania podaję maksymalnie dwa do trzech zaleceń i po dwóch tygodniach sprawdzamy, czy udało się je wprowadzić w życie, czy odpowiadały, czy może trzeba coś zmienić. W ten sposób poznajemy siebie i wybieramy wśród wielu zdrowych zaleceń, to co nam najbardziej nam pasuje.

Jakie to są zalecenia?

Choćby tak najprostsze, jak picie wody, bo cały czas o tym zapominamy. Zastanawiamy się, dlaczego źle się czujemy, nie zdając sobie sprawy, że mamy za mało wody w naszej codziennej diecie. Innym z zaleceń jest jedzenie większej ilości warzyw, najczęściej określonego rodzaju. Pracuję nie tylko z nawykami żywieniowymi, ale ogólnie z całym trybem życia. Żywność jest często drugoplanowa, skupiamy się także na równoważeniu innych sfer: praca, aktywność fizyczna, relacje z ludźmi, czy nawet duchowość. Często mam klientów skarżących się na nadmierny stres, demotywację, brak energii do działania, czy nawet entuzjazmu do życia. Pracuję z nimi wtedy korzystając z technik oddychania i innych podstawowych technik medytacyjnych, zaczerpniętych z jogi, (gdyż od 20 lat zajmuję się także jogą, praktykuję i prowadzę zajęcia). Wszystko zależy od tego z jakim człowiekiem się spotykam, bo nie każdy wie od razu, czego potrzebuje. Są osoby uzależnione od cukru, więc zaczynamy go wycinać, wprowadzać powoli zamienniki.

Widzę, że moi klienci w czasie naszej pracy obserwują i poznają siebie, biorą odpowiedzialność za swoją dietę i swoje życie, budują świadomość tego co jest dla nich dobre i edukują się na temat dostępnej na rynku żywności, a świadomość i edukacja, jeśli chodzi o zmianę nawyków żywieniowych i życiowych, są najważniejsze.

Kasia Gendis – holistyczny coach zdrowia, wspiera, uświadamia i edukuje w zakresie zdrowego żywienia (secondary foods), jednocześnie pomaga usprawnić takie sfery życia jak kariera, relacje
międzyludzkie, duchowość, czy aktywność fizyczna (primary foods), jako że zdrowie fizyczne jest nierozłącznie związane z naszym samopoczuciem i stanem ducha.
Holistyczny Coach Zdrowia jest mentorem i przewodnikiem, który pomaga klientowi osiągnąć wyznaczone dla niego cele zdrowotne, poprzez sukcesywne wprowadzanie pozytywnych i trwałych zmian w stylu życia. Kasia ukończyła Szkołę Zintegrowanego Odżywiana w Nowym Jorku.

e-mail: kassiagendis@gmail.com

www.facebook.com/boostbykasiagendis

Instagram: @boost_by_kasiagendis

Kasia prowadzi:warsztaty zdrowego gotowania, wykłady i kursy na temat odpowiedniej diety uzależnionej od bio-indywidualności każdej osoby, grupowe i indywidualne detoksy, 6-cio miesięczne programy indywidualne, które polegają na wspieraniu i wdrażaniu zmian w żywieniu i stylu życia, prowadzących do poprawy poziomu życia w sferze zdrowia fizycznego, ale także mentalnego i duchowego.

Kasia jest również certyfikowanym nauczycielem Manasa Jogi. Swoją podróż z jogą zaczęła w 2001 roku w Malezji, gdzie przez 3 lata uczyła się pod okiem swojego guru Manoja Kaimala, założyciela

Manasa Jogi w Kuala Lumpur. Następnie zdobytą tam wiedzę przekazywała dalej uczniom w Malezji, Indonezji, Kenii, Nigerii i teraz również w Warszawie.

www.facebook.com/manasayogabykasia


Zdrowie

On i jego… mama. Skąd miałaś wiedzieć, że ich relacja jest silniejsza niż to, co was połączyło

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
28 października 2019
Fot. iStock / KatarzynaBialasiewicz

Spotykasz go na przykład u znajomych. Dowiadujesz się, że jest singlem, że od dawna samodzielny, ma dobrą pracę i robi dobre wrażenie, ma jakeś hobby, jakieś plany na przyszłość. Wydaje ci się „poukładany”, interesujący. Dużo rozmawiacie – to was zbliża. Proponuje kawę w jakiejś przytulnej kafejce. Zaczynacie się spotykać i czujesz, że chcesz zainwestować w tę znajomość więcej energii, czasu, że chcesz go lepiej poznać. Poza tym – pociąga cię fizycznie, to mężczyzna w „twoim typie”. Tak to powinno wyglądać, prawda? I wszystko wygląda naprawdę świetnie, dopóki na horyzoncie nie pojawia się… jego matka.

Na początku jeszcze nie panikujesz. Kiedy okazuje się, że z nią mieszka (w wersji „soft” mieszka nieopodal, tak, żeby mogła wpaść z obiadem), mówisz sobie „Może to chwilowe? Może odkłada na własne mieszkanie?”. Nie znacie się przecież jeszcze dobrze, każde z was ma swoją historię, inne doświadczenia. Polubiłaś go na tyle, że zaczynasz go usprawiedliwiać. 32 lata to w końcu wcale nie tak dużo. Utrzymanie mieszkania w dużym mieście kosztuje. Pewnie czeka na jakiś rozsądny kredyt. Dużo podróżuje, częściej nie ma go w domu niż jest.

Potem jednak zaczynasz zauważać, że telefony od „M” zdarzają się zdecydowanie częściej niż te z pracy, czy od znajomych. Widzisz, że to go trochę krępuje, że stara się nie odpowiadać, kiedy jesteście razem. Chcesz go ośmielić, więc mimochodem rzucasz kilka zdań o swojej rodzinie, o swoich relacjach z matką. Niby przypadkiem zadajesz jakieś pytanie. Na przykład, co robią jego rodzice. Chcąc nie chcąc opowiada. Widzisz, że „mama” jest dla niego ważna, że jest między nimi silna więź.

Odkrywa się przed tobą, zaczyna mówić o matce. Mówi ciepło, z miłością. Podoba ci się to, cieszysz się, że ten facet nie boi się uczuć. Angażujesz się coraz mocniej i kiedy na serio stajecie się częścią swoich żyć, zaczynają się kłopoty w raju. Bo okazuje się, że ona jest dosłownie wszędzie. Dzwoni kilka razy dziennie, spytać, czy już zjadł i co robi, o której wróci, jak było w pracy i żeby nie zapomniał o pieczywie. Kiedy on nocuje u ciebie, romantyczne tete-a-tete przerywają jej SMS-y. Wiadomości, które bardziej wyglądają na wyrzuty zazdrosnej żony niż informacje, które dorosła osoba wymienia z rodzicami.

Czytasz ukradkiem, przez ramię. I robi ci się niedobrze. Dowiadujesz się, że jesteś „tą lafiryndą” albo chociaż „tą kobietą”. Że powinien robić „coś poważnego” a nie mizdrzyć się z kochanką. Jesteś kochanką? Serio?

Próbujesz ratować sytuację, przekonujesz go, żeby poznał cię ze swoimi rodzicami. Kupujesz kwiaty, ciastka w wykwintnej cukierni i mimo wewnętrznego oporu próbujesz nie wyglądać na lafiryndę. Ona wita cię uśmiechem i obiadem i kiedy już zaczynasz się rozluźniać, zdaje pierwszy cios. „A, to nie jesteś z Warszawy? No tak, teraz już rodowitych Warszawiaków to tutaj nie ma. Nazjeżdżali się sami karierowicze”… Próbujesz ratować sytuację mówiąc, że w Warszawie spędziłaś już całe dziesięć lat, że tu studiowałaś, że masz przyjaciół, a Gdynia to przecież wcale nie taka „dziura”, ale to na nic. Następuje seria strzałów. Dziecko, praca, kariera. Stabilizacja. Mężczyzna. Jemu trzeba dogodzić.

Wydaje ci się, że masz déjà vu, że ten film z Jane Fondą i Jennifer Lopez to teraz twoje życie. Wiesz już, że nie będzie łatwo.

Z nadzieją zerkasz na niego, ale na próżno. Wydaje się teraz o głowę niższy, o wiele mniej umięśniony. Trochę jak mały chłopiec z niepewną miną. „Co jest grane?”- myślisz. Ale jeszcze się nie poddajesz.

To jedno popołudnie to taki przedsmak waszego dalszego życia w związku. Ona – kontroluje, ty starasz się uniknąć tej ciągłej kontroli. Kiedy w końcu on wprowadza się do ciebie, masz ją na głowie dosłownie non stop. Bo przecież nie możesz obrazić się za to, że „przyniosłam Wam obiad, bo oboje tyle pracujecie”, „daj ja tu trochę odkurzę, bo Paweł jest przecież alergikiem”, „te meble takie ciemne, Paweł depresji dostanie, pomyśl, żeby tu wprowadzić trochę światła, dla waszego dobra”. Czujesz się jak w pułapce.

Próbujesz rozmawiać. Najpierw z nim, bo chcesz znaleźć sojusznika. Na próżno. Czas mija, a ty widzisz coraz wyraźniej, że

a) jemu jest tak dobrze

b) jeśli miałby wybierać, wybierze spokój, czyli powrót do rodzinnego domu.

Jeszcze ostatkiem sił przypominasz sobie początek waszej znajomości i teraz już widzisz, że przy mamusi to zupełnie inny facet. Jeszcze próbujesz negocjować – z nią. Prosisz, żeby nie wpadała bez zapowiedzi, tłumaczysz, że cię to krępuje. Przez kilka dni masz spokój, bo ona jest obrażona. A potem skarży się synowi i w twoim domu nastają „ciche dni”.

Na koniec odchodzisz. Zrezygnowana, poobijana emocjonalnie. Zdajesz sobie sprawę z tego, że nie musisz „wygrywać”, bo przecież nigdy nie chciałaś uczestniczyć w żadnej grze. Choć cierpisz, czujesz się wolna i bogatsza o nowe doświadczenie – związek z mężczyzną, dla którego najważniejsza będzie zawsze matka. I zarzekasz się, że jeśli kiedykolwiek będziesz miała syna, to nie zostaniesz taką teściową…


Zobacz także

Filipek urodził się 6 listopada 2015 r. z wrodzoną, złożoną wadą serca. Już kilka miesięcy przed jego urodzeniem rodzice wiedzieli, że ich dziecko czeka wiele.

Nie wiesz jak bardzo można się bać. Ja czekałam na najgorsze, na narodziny mojego, chorego synka

Mięśnie brzucha po ciąży – jak o nie dbać

Choroba Hashimoto. Wykonaj krótki test i sprawdź, czy występuje u ciebie