Lifestyle

Niepokonana

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
20 czerwca 2016
 

– CO robisz, jak cię boli?
– Hmm, no raczej płaczę. A ty?
– Czasem płaczę. Ale rzadko. Bo wiem, że to moja supermoc wychodzi?
– Supermoc?
– Noooo! Wiesz, jak ten zielony Hulk – jak go bolało, to znaczy tego człowieka, to był znak, że pojawia się Hulk. I wychodził Hulk, i miał taką wielką moc, taki niesamowicie silny był, nikt go nie mógł pokonać, nawet Godzilla! Więc jak mnie boli, to myślę, że taka siła ze mnie wychodzi, że jestem superbohaterem!

Tak oto dziewięciolatek na oddziale neurochirurgii nauczył mnie więcej o raku niż kilkunastu lekarzy, których do tej pory widziałam. To oczywiste – wychodzi ze mnie supermoc! Uzgodniliśmy z dziewięciolatkiem, że jesteśmy niepokonani i tej wersji zamierzam się trzymać. Wolałabym jednak, żeby ze mnie nie wychodził żaden Hulk, tylko coś mniej… zielonego. Coś, co mogę przykryć ubraniem, jak tatuaż. Żeby ludzi na ulicy moją mocą nie porażać. Mam supermoc! Oponiak i demielinizacja to mój kryptonit, ale wiemy wszyscy, że nawet Supermana na długo nie powstrzymał, a co dopiero Superwoman!

Mój ulubiony pan doktor poinformował, że kolejne badania pokażą, jak długie życie może mi wróżyć, rokowania są gdzieś między 3 miesiące a 30 lat. Poprosiłam grzecznie, czy mógłby wydłużyć do 41 lat oraz dwóch miesięcy, bo już jako dziecko obiecałam sobie, że dożyję 77 lat, i bardzo chciałabym słowa danego samej sobie dotrzymać.
– Pani to ma wymagania… – jęknął doktor. Co uznałam za znak, że są szanse.

W oczekiwaniu na kolejną porcję badań, umówiłam się z moją ukochaną panią Kasią, właścicielką współpracującej ze mną firmy cateringowej, na Piguła Party. Instytucję tę wynalazła moja babcia, która niegdyś raz na kilka miesięcy spotykała się ze swoją siostrą, w celu towarzyskim oczywiście, ale przede wszystkim, by wymienić się medykamentami. Obie przywoziły całe reklamówki leków, zapisanych na schorzenia różne, prawdziwe i wyimaginowane, i się wymieniały>
– A na co to jest?
– A to coś nowego na wątrobę pan lekarz mi dał.
– To daj mi! Nie próbowałam tego! A ja ci dam to, o to, na cukrzycę…

I tak dalej.
Z Panią Kasią postanowiłyśmy spotkać się na stopie prywatnej i porównać nasze zapasy medyczne. Dziennie biorę dokładnie 24 tabletki różne, piję ok. 50 ml rozmaitych kropli i syropów, do tego dzbany pełne ziół. Jest co wymieniać.

Zioła niby na wzmocnienie i oczyszczenie organizmu. Mieszanka zawiera gatunki, o których nigdy wcześniej nie słyszałam, dostrzegam więc również edukacyjną wartość raka – poznaję tyle nowego! Poza tym wyrabiam w sobie coraz większe zdolności przewidywania, ponieważ mieszanka okazuje sie być jakimś kocim wabikiem i moje domowe futrzaki prześcigają się w pomysłach, jak tu się do niej dobrać i wytarzać bezceremonialnie. Więc muszę przewidzieć, co wymyślą i odpowiednio kuchnię zabezpieczyć. Zioła z kocim futrem nie mają aż takich walorów smakowych.

Ponadto postanowiłam umrzeć zdrowa, czym nieopatrznie podzieliłam się z moim trenerem. Ten się ucieszył i dołożył mi jeden trening w tygodniu. Sadysta jeden. Wyszło na to, że uważanie na słowa nie jest moją supermocą, niestety…

Poza tym – w końcu czuję, że już nic nie muszę. Tak zwana wolność przewróci mi w głowie, niechybnie.


Lifestyle

Jaka miłość taka śmierć

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
25 czerwca 2016
 

To podobno normalne, że chcemy zrozumieć: siebie, świat, ludzi, los. Przeważnie się nie udaje. Bierzemy, co nam świat daje, z pełnym dobrodziejstwem inwentarza, albo się spalamy, walcząc z tym, co przychodzi. Im mocniej walczymy, im bardziej się szarpiemy, tym mocniej boli – niczym zwierzę złapane we wnyki, które próbuje się wyswobodzić o własnych siłach. Tak naprawdę niewiele możemy zrobić. Możemy sobie powtarzać, po buddyjsku, że „to wszystko przeminie”, czy po chrześcijańsku, że „co Bóg dał, Bóg mógł odebrać”.
Od jakiegoś czasu patrzę, jak u mnie wszystko mija. Kawałek po kawałku, tracę: samochód, mieszkanie, firmę, przyjaciół, pieniądze, zdrowie, miłość… Wszystko, na czym mi zależy, nagle znika. Koty się gubią, psa muszę oddać, zmysły wariują, uczucia płowieją i znikają, niszcząc wcześniej wszystko, co się z nimi zetknęło. Guz zabiera mi kontrolę nad samą sobą, kawałek po kawałku. Serce się buntuje.

Utkwiło mi w pamięci zdanie, napisane przez Tomasza Jastruna chyba, że gdy miłość płonie, my z nią płoniemy, a gdy gaśnie, my gaśniemy z nią. Następuje koniec, który zwykle jest brutalny, niesprawiedliwy i rani głęboko. Podobno potem przychodzi nowy początek i nie rozumiemy, jak mogliśmy wcześniej tak szaleć i dawać się tak kaleczyć – ale tego jeszcze nie wiem, na razie obserwuję same końce, bez nowych początków.

Skala uczuć wokół wszystkiego, co się dzieje, przerasta mnie. Choroba mi nie pomaga w opanowaniu emocji i wytłumaczeniu sobie, że to minie – moje uczucia z powodów medyczno-fizjologicznych są trudne do ogarnięcia. Staram sobie wszystko tłumaczyć, oswajać – ale co jeden temat rozgryzę i pogodzę się z nim, dzieje się coś nowego, i praca musi być wykonywana od nowa. Z tego błędnego koła nie ma wyjścia w zasadzie. No może się wydawać, że jest, ale tak naprawdę to żadna opcja. Jakiś czas temu czytałam wywiad z Urszulą Dudziak, w którym opowiadała o tym, jak jej się świat walił – w krótkim czasie straciła męża, pracę, pieniądze, perspektywy. Zostały jej małe dzieci, choroby i ogrom goryczy. Musiała usiąść, ogarnąć się i pomyśleć, jak tu nie palnąć sobie w łeb. Po przeczytaniu tego napisałam do niej z krótkim pytaniem: „Pani Urszulo – to niech Pani zdradzi, jak sobie nie palnąć w ten łeb??”. Ku memu zdziwieniu dostałam odpowiedź, składającą się w zasadzie z jednego zdania: „Po prostu: nie”.

Doświadczenia ostatnich miesięcy sprawiły, że rzeczy proste cenię sobie potrójnie i najmocniej do mnie przemawiają, zapewne dlatego te trzy słowa stały się moim mottem. Czasami nie da się na poczekaniu znaleźć sensu w życiu, a żyć trzeba dalej. Mój życiowy cel nagle skurczył się do tego: przeżyć. Wbrew wszystkiemu. Czy wierzę w lepsze jutro? Nie. Nie myślę o tym, co będzie, bo ostatnio za każdym zakrętem widzę po prostu kolejny zakręt. Tracę wszystko, jedno po drugim, i nie wiem jeszcze, co – i czy w ogóle – dostanę coś w zamian. Czasami łez już nie mieszczę. Czasami śmiech mnie obezwładnia. „Jaka róża, taki cierń – nie dziwi nic. Jaki kamień, taki cios – nie dziwi nic…”

Co do miłości, to jawi mi się w czarnych barwach wyłącznie. Skopała i rozorała mnie tak bardzo, że nie wyobrażam sobie powtórki z rozrywki. Nie wierzę, że MI się może udać. Miała mi dodać skrzydeł, a poprzestawiała, co się dało. Wyrwała cały zapas słów, cały spokój. Nauczyłam się, z trudem, polegać na kimś jeszcze poza sobą, by się przekonać, że to jakaś fatamorgana była. I trzeba się uczyć na nowo wszystkiego.

Nie znam się na tym, ale jeśli założyć, że siła zniszczenia PO jest równa sile uczucia W TRAKCIE, to jakieś tornado mi się trafiło.

A kiedy się coś takiego kończy, a obok tego w gruzach znajdzie się kilka innych spraw, które dotąd budowały Ci życie, to logiczne, racjonalne myślenie oraz powściągliwość uczuć są niezwykle trudne do osiągnięcia.

Zakochałam się w tej rzeźbie z obrazka, oddychając z ulgą na myśl, że sztuka tak cudownie podsumowuje wydarzenia i reprezentuje życie – dwoje dorosłych siedzi do siebie plecami, skłóconych, poranionych, zbyt dumnych, by wyciągnąć rękę na zgodę – a ich małe, wewnętrzne dzieci pragną jedynie, żeby ktoś ich przytulił.

Moje małe, wewnętrzne dziecko nie pamięta, kiedy się przytulało, bo mój duży, wewnętrzny dorosły skupił się mocno na obrażeniu się na świat. Dziecko jest poranione, ale nadal ufne, a ja staram się ze wszelkich sił wybić mu z głowy tą potrzebę bliskości, wiarę w człowieka i w to, że będzie dobrze. Walczymy ze sobą, ja i moje drugie ja.

Podobno potrzeba minimum 4 przytuleń dziennie, żeby przeżyć, 8 – żeby być zdrowym, 12 – żeby się rozwijać.
Trwamy, oczekując…


Lifestyle

Socjopata, moja miłość

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
18 czerwca 2016

Trafił mi się. Mój własny, prywatny zabójca idealistycznej wersji miłości, morderca tego, co dobre i piękne we mnie. Emocjonalny socjopata. Nie mylić z psychopatą, bo on nikogo fizycznie ze skóry nie obdziera. Po prostu bierze, co chce, a potem, jak się posypie, przekonuje, że to nie jego wina.
Podobno w pierwszej fazie znajomości to najbardziej fascynujący typ ze wszystkich mężczyzn. Potrafi być elokwentny i zabawny, ma wdzięk i charyzmę. Wie, co i kiedy powiedzieć, sprawia wrażenie niezwykle tobą zainteresowanego, przez moment jesteś jego królową i boginią. W wersji podstawowej, szuka obiektów spragnionych miłości i uznania, tzw. łatwe cele. Kobiety poranione. Takie, które marzą o księciu z bajki (niech będzie, że naiwne), bo takim rycerzem na białym koniu potrafi być dobrym. Wedle literatury fachowej, mile łechce swoje ego, i tak już rozdmuchane, kiedy to białogłowa wpatruje się w niego cielęcym wzrokiem. Kobieta silna się na niego nie złapie, więc takie omija szerokim łukiem, rzucając w ich kierunku pogardliwe „Bo ty to taka WYZWOLONA/FEMINISTKA jesteś…”, wszelkie przejawy niezależności kobiety traktowane są jak zagrożenie.

Emocjonalny socjopata to ktoś z gatunku Doktor Jekyll i Mister Hyde – w jednej chwili cię kocha, w drugiej nienawidzi, nigdy nie wiesz, na czym stoisz. Coś obiecuje, coś deklaruje – a tu nagle wielkie nic. Daje słowo, ale po trzech tygodniach już mu się odwidziało. Zabawa z nim przednia, jak na karuzeli lub rollercoasterze. Dajesz się wciągnąć w takie wesołe miasteczko uczuć, sama zmieniasz się trochę w maniaczkę, usiłując nadążyć, sprostać i jednocześnie nie stracić.

Ten typ z lubością obwinia innych („To Ty mnie do tego zmusiłaś”, „To ona założyła na mnie sidła”) i gra na uczuciach. Rolę biednego misia ma opanowaną do perfekcji. Żona w ślub wmanipulowała, a w ogóle to się w jędzę zmieniła po latach, partnerki zawsze zdradzały, koledzy oszukiwali, szefowie nie doceniali.

Zadajesz pytanie, a odpowiedzi brak lub jest odpowiedź mętna. Jasna deklaracja to nie w jego stylu. Jeszcze by taka kobieta wiedziała, na czym stoi i dopiero by było!
Socjopata w związku niewiele się uczy, jeśli już, to tylko jak doskonalić technikę. Będzie zaprzeczał, póki się nie złapie za rękę, a potem zastanowi się nie nad tym, co zrobił źle, tylko dlaczego wpadł. Dla mojego męża problemem nie było to, że mnie zdradzał, tylko że przeczytałam jego prywatnego SMS-a, z którego wychodziło, że mnie zdradza.

Ten typ często przejawia też rys narcystyczny – jest zajęty sobą i swoimi potrzebami zajęty tak bardzo, że nie starcza miejsca i czasu na innych. Bywa to akcja w stylu „bo ja taki zły jestem”, będący w rzeczywistości także obsesyjnym wręcz zainteresowaniem się sobą samym. Tutaj każdy jest wrogiem – narcyzm nadwrażliwy zakłada, że inni wiecznie chcą go wyśmiać, oszukać, zmanipulować.
Socjopata to jednocześnie tchórz – konfrontacji unika jak ognia, niczym struś stara się włożyć głowę w piasek tak głęboko, że prawie cały się schowa nim dopuści do siebie jakiekolwiek słowa krytyki i zareaguje. Opcjonalnie może zareagować agresją, jak już kobieta bezczelnie zaatakuje i będzie się domagać wyjaśnień.

Długo nie dopuszczałam do siebie informacji, że mój ukochany nie jest zdolny do miłości. To choroba. Jakichś klocków w środku brakuje i tyle. Nawet po wyprowadzce, gdy zaczęła na jaw wychodzić moja poważna choroba, wierzyłam w jego pomoc i wsparcie. Szybko jednak wróciłam do formy i stwierdziłam, że odbijanie się od pustych obietnic, niepewności i nieprzewidywalności – to już zabawa nie dla mnie. Ja potrzebuję jasnych, logicznych podstaw w moim chwilowo postawionym na głowie (dosłownie) świecie. Mój Miś nadal jest obok wyłącznie na własnych warunkach. Nadal z chęcią przerzuca piłeczkę na moją połowę boiska, zrzucając na mnie ciężar działań.

O socjopacie w związku czytałam już parę lat temu – paradoksalnie, dosyć szybko dostrzegłam niebezpieczne cechy u mojego partnera. Potrafiłam to nazwać, oswoiłam, zrozumiałam podstawy. Tylko nie wiem, jak ja to robiłam – ale w żadnej z mądrych publikacji i opracowań, nie widziałam jednego zdania, które obecne było WE WSZYSTKICH – że socjopata się NIE ZMIENI. Że nie ma szans, proszę pani, proszę czasu nie tracić. Ja naprawdę tego nie widziałam! Nie słyszałam, gdy mówili to inni, dużo mądrzejsi ode mnie! Do samego końca dałabym się pokroić za mojego partnera i broniłabym jak lwica mojej opinii, że to jest dobry facet, który się otrząśnie! On zrozumie, no na pewno, to jakieś chwilowe zaćmienie. Ja się bardziej postaram, on na terapię pójdzie i będzie dobrze!

Ha ha!

Mój kolega terapeuta nazywa to tak: „pacjent ma emocjonalną jaźń zakopaną tak głęboko, że dokopanie się do niej może oznaczać przekopanie się na drugi koniec Ziemi”. Żeby się zmienić, trzeba czuć się źle z tym, że się kogoś rani. A jak można kogoś zranić, skoro to ten ktoś jest winny, nie ja?
Byłam partnerką w oszustwie wystarczająco długo. Pomagałam mojemu partnerowi oszukiwać samą siebie, w imię wyimaginowanej bliskości i ratowania związku

Mam wiadomość: związku w pojedynkę się nie uratuje.