Lifestyle

Napisał list do byłego partnera swojej ukochanej, żeby mu… podziękować. „Będę facetem, którym tobie nie udało się zostać”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
25 listopada 2017
Fot. istock/stock-eye
 

To chyba nie zdarza się często. Z różnych względów, wchodząc w związek z nowym partnerem, rzadko kontaktujemy się z „byłym”, a jeszcze rzadziej nawiązany zostaje kontak między obydwoma panami… Ten mężczyzna postanowił podziękować byłemu chłopakowi swojej ukochanej za to, że ten ją zostawił. Dopisał jeszcze kilka, ważnych słów, od serca. Warto przeczytać.

Do mężczyzny, który ją zostawił

Dziękuję Ci. Dziękuję, że odszedłeś z jej życia, że ​​ją zostawiłeś. Dziękuję za to, że mogę ją kochać, robić dla niej rzeczy, które sprawiają jej radość, które ją przy mnie trzymają. Dziękuję, że ją skrzywdziłeś. Gdybyś tego nie zrobił, nie nauczyłaby się czegoś wartościowego o sobie. Zrobię co w mojej mocy, by nigdy nie sprawić jej przykrości, bo boli mnie, gdy widzę jej łzy. Zrobię wszystko to, czego ty nie zrobiłeś dla niej, kiedy byliście razem. Nie będzie czuła się samotna, będzie czuła, że jest dla mnie priorytetem, a nie „opcją”.  (…) Daję jej mój czas i uczucie, nawet gdy o to nie prosi.

Zaopiekuję się dziewczyną, której nie doceniłeś. Będę kochać dziewczynę, której uczucia wziąłeś „za pewnik”. Zrobię wszystko, żeby ją zatrzymać i sprawić, by ze mną została. Będę ją kochał za to kim jest i będzie ją wspierać w dążeniu do tego, kim chce być. Będę partnerem, którym tobie nie udało ci się dla niej zostać. Będę człowiekiem, który nigdy nie popełni tego samego błędu, co ty. Nigdy nie pozwolę jej odejść.

Nie za ostro?


Na podstawie: firstforwomen.com


Lifestyle

„Ciebie można tylko zostawić, nic dziwnego, że tata cię zdradza”. Kiedy dziecko jest katem

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
25 listopada 2017
Fot. istock/wundervisuals
 

Ewa jest lekarzem z blisko trzydziestoletnim stażem. Pracuje w przychodni, w dużym mieście. Swoich pacjentów zna od kilkunastu lat, zna również ich historie, przeżywa je razem z nimi. A oni do swojej pani doktor mają zaufanie. Wiedzą, że się rozwiodła, że ma dorosłego syna, wysokiego, przystojnego studenta Politechniki. Ale nie podejrzewają, że jej życie przypomina koszmar, a ukochane, jedyne dziecko jest dla matki katem.

Zaczęło się tuż po rozwodzie. Paweł mocno przeżywał rozłąkę z ojcem, mimo, że mąż Ewy nigdy nie dorósł do tej roli, że nigdy nie nawiązał z nim prawdziwej, mocnej, silnej więzi. Ewa twierdzi, że obraz ojca, jaki Paweł ma w głowie, to obraz wymyślony, wymarzony. Że on żył tym wyobrażeniem o ojcu, którego tak naprawdę nigdy nie miał. Krzysztof żonę zdradzał od momentu, w którym zaszła w ciążę, ale zdecydował jej się o tym powiedzieć w przeddzień dwunastych urodzin syna.

Ewa twierdzi, że nie wiedziała, że przez myśl jej nie przeszło, że Krzysztof mógł kogoś mieć. Jasne miał swoje wady – był niesłowny, potrafił wyjść z domu do przyjaciela i wrócić po kilku dniach (z tym, że do przyjaciela nie trafił), ale jej zdaniem nie był typem „babiarza”, „czarusia”. Myliła się. Krzysztof prowadził podwójne życie, przegrywał pieniądze na giełdzie i wiązał się w romanse z kobietami, które stać było na sponsorowanie jego hazardowej żyłki. I jakoś tak mniej więcej po dwunastu latach stwierdził, że chce zmienić swoje życie, więc zaczął od zrujnowania go Ewie. Jednego dnia wyznał jej, że przez prawie całe małżeństwo była dla niego nikim, że narobił jej długów i że nie zamierza się wyprowadzić. Na szczęście przynajmniej to ostatnie okazało się nieprawdą. Krzysztof odszedł już oficjalnie do nowej partnerki, Ewa złożyła pozew o rozwód, bez orzeczenia o winie. Nie miała na to siły. Dziś twierdzi, że to był błąd, bo Krzysztof, nawet regularnymi spotkaniami z synem, „zepsuł go”.

Paweł wszedł wtedy w trudny okres dojrzewania. Zmienił się, w ciągu zaledwie kilku tygodni stał się inny. Zaczął reagować gwałtownie, opryskliwie. Tłumaczyła to hormonami, do momentu, kiedy syn stał się wobec niej jawnie okrutny. Najpierw znęcał się nad nią emocjonalnie. Wbijał w nią jak ciosy zdania, którymi chciał ją zniszczyć. „Ciebie można tylko zostawić, nic dziwnego, że tata cię zdradzał” – słyszała. „Jesteś beznadziejna, nudna, popatrz na siebie, zobacz, jak ty wyglądasz.” Potem doszły do tego wulgaryzmy. Płakała, krzyczała, groziła. Trudno było jej go karać, w szkole nie sprawiał żadnych problemów – był świetnym uczniem, koleżeńskim, pomocnym. W domu zamieniał się w kata – zimnego, wyrachowanego.

W wakacje wysyłała go na obozy, a kiedy wyjeżdżał starała się opracować nowy plan wychowawczy. Nic nie przynosiło skutku. Z roku na rok było coraz gorzej.

Chodziła do psychologa. Mówił, że syn skumulował w sobie złość związaną z odejściem ojca, że trzeba mu okazać wiele empatii, zrozumienia, miłości. Źle to zrozumiała, zacisnęła zęby, postanowiła „przeczekać”. A czekając – być najlepszą matką.

Pierwszy raz uderzył ją, gdy był już w liceum. Poprosił ją o pieniądze na wymarzoną gitarę. Powiedziała, że tyle nie może dać, że może coś dorzucić, żeby zaczął oszczędzać (o teściów Ewy, którzy czuli się winni wobec niej i wnuka, dostawał regularne, spore kieszonkowe) i uzbierał potrzebną kwotę. Ledwo skończyła wypowiadać zdanie, poczuła ostry ból. Cios padł w okolice otrzewnej. Skuliła się, prawie upadła. W jej oczach błysnęły łzy. „Synku” – wyszeptała tylko. Spojrzała na niego, widziała, że się przestraszył. Ale po tym razie, przyszły następne. Wyżywał się na niej za każde nieporozumienie z dziewczyną, za gorszą ocenę, za stres przed maturą, za przegraną w meczu. Za złą pogodę w dniu wyjazdu. Zadawał cios i wychodził.

Jeśli jej nie uderzył, wyzywał ją, upokarzał. Ale nigdy przy świadkach. Nigdy nie zdarzyło mu się stracić kontroli przy innych. I to boli Ewę jeszcze mocniej, bo rozumie, że jego zachowanie jest perfidne, wyrachowane.

Paweł jest wysoki, bardzo przystojny. Jeszcze bardziej niż jego ojciec. Świetnie się uczy, ma kilku przyjaciół. Jest pracowity i chorobliwie ambitny. To perfekcjonista, który wymaga od siebie, a jeszcze więcej od innych. Skupiony, zdecydowany. Precyzyjny. Koleżanki Ewy z pracy i lekarki stażystki są nim oczarowane. „Musisz być z niego dumna” – mówią. Ona milczy.

Ewa idzie do pracy. Ubiera się, robi makijaż. Podkład rozprowadza także na ramionach, żeby nie było widać fioletowych śladów. Paweł ciągnął ją wczoraj za ręce przez cały przedpokój, bo zapytała go, jak poszło mu kolokwium.

Chciałaby poprosić o pomoc, ale nie wie jak. Taki paradoks. Przez lata pomagała swoim pacjentom, kiedy widziała siniaki na ich ciałach. Dawała numery do miejsc, gdzie ofiary przemocy mogą uzyskać pomoc. Dziś wie, że to nie takie proste. Dziś rozumie, że jeśli się kocha, w grę wchodzi zależność emocjonalna, silniejsza niż racjonalne argumenty, niż rozum, niż lęk o samą siebie. Ale pierwszy krok już zrobiła. Wczoraj bardzo długo rozmawiała z sąsiadką, która mieszka piętro niżej. Ona wie, co kryje się za uprzejmym uśmiechem Pawła.


Lifestyle

Nie ma większej samotności niż związek z kimś, kto nie traktuje cię tak, jak na to zasługujesz. Dajcie spokój singielkom

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
25 listopada 2017
Fot. iStock/Martin Dimitrov

„Nie zadzieraj nosa, bo nigdy nikogo nie znajdziesz”. „Nie bądź taka dumna”. Słyszałyście to kiedyś? Zawsze zastanawiało mnie jak łatwo definiuje się naszą wartość w zależności od tego czy jesteśmy w związku, czy nie. I jak łatwo rezygnujemy z siebie, ze swoich marzeń i dążeń, kiedy już „mamy” związek. Skąd ten błąd? I dlaczego częściej dotyczy nas, kobiet?

List „singielki”

Może to prawda, że nasze pokolenie, pokolenie trzydziestolaktów ma obsesję na punkcie wszystkiego, co można mieć szybko i łatwo. Wydaje nam się, że miłość też można zdobyć szybko i łatwo. Nazwij mnie „nudną”, staroświecką,  ale ja nie chcę miłości krótkoterminowo, nie chcę związku „tymczasowo”.

Nie chcę gierek i płytkich rozmów. Nie chcę ekscytujących poranków, jeśli następny dzień przyniesie ból. Nie chcę być w związku z kimś tylko dlatego, że jest to wygodne.

Wolę być sama przez długi czas, niż poświęcić siebie na tyle,  być z kimś, kto nie podziela tych samych wartości, co ja. Dobrze sobie radzę bez mężczyzny „u boku”.

Nie mam nic przeciwko jedzeniu w pojedynkę, przy stole dla dwojga. Nie mam nic przeciwko temu, że nie dostaję czekoladek w Walentynki.

Miłość jest czymś więcej niż to, co materialne, miłość widzi ponad to, co może zaoferować ci druga osoba. Miłość nie jest wymyślnymi randkami i uroczymi zdjęciami z podróży, które umieszczasz na Instagramie. Miłość to nie pierścionek z brylantem. To o wiele więcej.

Przez długi czas mówiono mi, że moje standardy są zbyt wysokie, że nigdy nie znajdę nikogo, jeśli nie „spuszczę z tonu”.

Czy nie chcesz się zakochać?” Słyszałam to tyle razy, że straciłam już rachubę. Oczywiście, że tak – chcę się zakochać. Miłość jest piękna, ale jeśli oznacza utratę samego siebie w pogoni za partnerem, to ja dziękuję.

Nie ma większej samotności niż ta, kiedy tkwisz uwięziona w związku z osobą, która nie która traktuje cię tak, jak na to zasługujesz.

Chcę być zakochana w kimś, kogo mogę nazwać miłością na całe życie. Chcę miłości, która zostanie ze mną, gdy będę trudna do zniesienia i gdy będę słaba i niezdolna do działania; miłości, która poprze moje marzenia i miłości, która nie zmieni się z dnia na dzień. Wbrew wszystkiemu.

Nie mów mi, że „nigdy nie znajdę”, bo zadzieram nosa. Miłość mnie znajdzie, bo jestem sobą.


Zobacz także

Hej, odpuść dziś sobie. Pomyśl, co chciałabyś zrobić? Co sprawiłoby ci prawdziwą przyjemność?

Wakacje? Jakie wakacje? Dopiero po nich odpocznę. Dekalog urlopowicza

8 sygnałów, że cierpisz na depresję, choć o tym nie wiesz