Lifestyle

Myślą o nas stereotypami, że menele, że ćpuny. A nas tylko nie stać na mieszkanie, pomimo tego, że pracujemy

Anika Zadylak
Anika Zadylak
21 września 2016
Fot. iStock / andrearoad
 

– Mówią, że jesteśmy narkomanami albo nierobami, którzy szukają gdzie by tu za darmo dupę wcisnąć i mieszkać. Że żerujemy na cudzym mieniu, że strzykawki się po kątach walają, że ogniska wewnątrz domu palimy, że dewastujemy. A tu nawet czasem ludzie ze swoimi dziećmi mieszkali, wiesz przejściowo, póki sobie życia trochę nie ułożyli. Bo tu na squacie żyją zwykli ludzie, najczęściej wypluci przez system, żadna patologia. Nie tylko anarchiści, bezdomni czy tacy, którzy się nie umieją dostosować do tzw. normalności. Rozejrzyj się po tych wnętrzach, widzisz tu coś odbiegającego od normy? I pamiętaj, że nie mamy zbyt wiele czasu na rozmowę, bo ja pracuję i się uczę. Jak każdy inny człowiek ze stałym adresem zameldowania.

Squating w Polsce od kilkunastu lat ma się coraz lepiej.  Już nie tylko w dużych miastach można znaleźć miejsce, w którym obecnie jestem i rozmawiam z jego mieszkańcami. Jest zadziwiająco ciepło, z kranu leci woda, czysto i schludnie. Nie ukrywam zaskoczenia, robi mi się zwyczajnie głupio, bo zdarzało mi się myśleć stereotypowo, że to zazwyczaj brudne, zamieszkane nielegalnie menelownie.

– Mają nas za oszustów i złodziei, a wiesz że płacimy rachunki? Dogadaliśmy się z ludźmi którzy mają prawo do tego budynku, ogrzewanie zrobiliśmy sami, mamy potrzebne atesty. Nie chcesz zobaczyć? Wiesz, zarzuca nam się tyle absurdalnych rzeczy, że wolę pokazać, że to nie tylko słowa bez pokrycia. Nie mogę odpowiadać za wszystkie squaty w tym kraju, bo na pewno różnie to wygląda i zdaję sobie z tego sprawę. Sam mieszkałem na takim, z którego się wyniosłem po miesiącu. Nikt tam nie przestrzegał ustalonych zasad, nawet ci co je sami stworzyli. Syf, ciągle policja, awantury. A przecież to ma być dom, do którego wracasz po pracy, po szkole. Nas jest tu obecnie 10 osób, trzymamy się razem, wspieramy, ale też pilnujemy, żeby było tak, jak ustaliliśmy wspólnie. Chociażby w kwestii utrzymywania porządku czy ciszy nocnej. Ci, którzy usiłują się wyłamać, szaleć ze skrajnie anarchistycznymi poglądami, są najczęściej przez nas żegnani. My chcemy spokoju, chcemy mieszkać i żyć zwyczajnie, jak każdy inny. Zresztą zapytaj Jolkę, chyba właśnie wróciła z roboty.

Przechodzę do dużej,  jasnej kuchni, gdzie tak jak u każdego stoi lodówka, kuchenka, na której gotuje się aromatyczna zupa, stół z wazonem, w którym są kwiaty. Około 30-letnia dziewczyna zaprasza mnie przyjaznym gestem i proponuje obiad. – Mieszkam tu już trzeci rok, bo tak się złożyło. Mam niedaleko rodziców, kiszą się w mikroskopijnej kawalerce z moim niepełnosprawnym bratem. Do pracy i na uczelnię trzeba było dojeżdżać, kasę na wynajem nie bardzo miałam. A że znałam Bartka, z którym gadałaś przed chwilą, zaproponował mi zamieszkanie z nimi. Przyszłam na chwilę, na próbę bo myślałam, że nie dam rady tak żyć. Okazało się, że miałam jakieś kosmiczne wyobrażenie na temat miejsc takich jak to. A to zwyczajny dom jest, każdy tu ma swoje zajęcia, swoje życie, tylko mieszkamy razem. Ja wiem, co się o nas mówi i myśli, a okazuje się,  że my nie przeszkadzamy ludziom, tylko władzom miasta. Że jesteśmy cwaniakami? To nie my, cwaniak to ten co wykupuje kamienice, podnosi czynsze do horrendalnych kwot i wyrzuca ludzi na bruk. Wiesz, ile jest takich pustostanów? Tysiące. Tysiące niszczejących mieszkań, które mogłyby dać komuś schronienie, tak jak ta kamienica nam. Wszystko co tu widzisz, czyli ocieplenie, malowanie, remont łazienki, naprawa podłóg, instalacje, to wszystko nasza praca i pieniądze. Dbamy o to, nie pozwalamy na wyniszczenia, dogadujemy się z sąsiadami. Nawet dla pobliskiej szkoły wywalczyliśmy wraz z mieszkańcami utrzymanie stołówki dla dzieciaków. Zapytaj ludzi, którzy żyją obok nas, czy mają z nami problem. Gwarantuję ci, że nie znajdziesz nikogo takiego. Był czas, że starsze małżeństwo mieszkające obok, podrzucało nam drewno i węgiel na opał, żebyśmy nie marzli, bo kasa poszła na odnowienie i przystosowanie kuchni do użytku. Więc chyba nie jesteśmy tacy straszni.

Faktycznie, gdy rozmawiam z sąsiadami Joli, Bartka i kilku innych osób, słyszę, że bali się tylko na początku. Myśleli, że będzie głośno, że to ludzie z marginesu, z nałogami, problemowi, nieodpowiedzialni a nawet groźni. – Dziś się z siebie śmieje, że tak jak bardzo stara już jestem, tak samo i głupia. Przecież dzięki nim, to cały czas stoi, jest zadbane, ogrzane. I chętni są do pomocy, i do pracy chodzą.  W ubiegłym roku nawet nas na kolację zaprosili, bo Asia, jedna z dziewczyn, która tam mieszka, świętowała magisterkę. Cieszyliśmy się, jakby o naszą wnuczkę chodziło. Władze się rzucają? Niech się lepiej zajmą prawdziwą krzywdą ludzką, na którą najczęściej przymykają oczy. Na tych lokatorów, co to się ich na ulice wyrzuca bezprawnie i zostawia na pastwę losu. Gdzie wtedy są ci wszyscy politycy, co tak szumią, że squaty to przechowalnia dla ćpunów? Ich niech zostawią w spokoju i lepiej pomyślą, co zrobić, żeby ci młodzi ludzie nie musieli się kryć po takich miejscach jak to. Co pani myśli, że im tak fajnie tułać się i wysłuchiwać obelg na swój temat? Nie stać ich na wynajem, bo z pracą u nas krucho, a jak jest to za psie pieniądze. Kredyt na mieszkanie wezmą? A kto im da taki duży, a zresztą, kto w tym chorym państwie zagwarantuje im, że będą go mieli z czego spłacać, jak co chwile zamykają kolejne fabryki i pozbawiają ludzi pracy.

Wracam jeszcze na chwilę do domu zamieszkiwanego przez moich bohaterów. Pytam Bartka o przyszłość. – Rząd krzyczy od lat, że mamy sobie radzić sami, to sobie radzimy, jak możemy. Niczego złego nie robimy, zresztą powiem ci coś. Mieszkałem już w kilku takich miejscach, za granicą też, jak wyjeżdżałem za chlebem, bo tu nie było już gdzie uczciwie zarobić. I każde z takich miejsc, zostawiałem w lepszym stanie, niż zastałem. I  ten dom, jak przyjdzie mi się nareszcie  wyprowadzić  „na swoje” też takim pozostawię. Dla tych co przyjdą po mnie, bo też, tak jak my, są ofiarami polityki i władz.


Lifestyle

Dlaczego chcesz udowadniać, że jesteś ode mnie lepsza? Pomyśl, nim zaczniesz flirtować z moim mężem

Listy do redakcji
Listy do redakcji
21 września 2016
Fot. iStock/ferrantraite
 

Pewnie ktoś pomyśli, że to słabe. Pomyśli o mnie, że jestem kobietą nie znającą swojej wartości, że z kompleksów się powinnam leczyć i o męża lepiej zadbać.

A może pomyślisz tak o mnie ty – kobieto flirtująca z moim mężem? Tak, ten list jest do ciebie. Do każdej, która flirtuje z mężem innej kobiety.

Kiedy pisze mu SMS-y: „Jak ci się spało”, „Dobrej nocy”. Kiedy zaczepia go na Facebooku czy jakimkolwiek innym czacie pytając, co robi, czy się nie nudzi? Czy może miałby ochotę na chwilę rozmowy. Kiedy pyta, jaką kawę lubi i w ogóle co lubi najbardziej. Kiedy przed wejściem do jego biura maluje usta, poprawia dekolt.

Tak wiem, każda powie: „Daj spokój, to tylko niewinny flirt”. Nie przesadzaj, nie wyolbrzymiaj, w końcu jak ciebie kocha, to z inną nie pójdzie, choćby ta na rzęsach stawała.

Tyle tylko, że tu nie chodzi o udowadnianie jego miłości i oddania, tu nie chodzi o sprawdzenie wzajemnego zaufania w związku. Tu w końcu nie chodzi o potwierdzenie, czy on aby naprawdę potrafi być wierny i nie zajrzy pod spódnicę tej, która nagle obdarzy go uśmiechem, skomplementuje jego koszulę, czy krawat, albo poświęci 10 minut na rozmowę w cztery oczy – obojętnie te realne czy wirtualne.

Tu nie chodzi o tego faceta, tylko o ciebie, kobieto, która na taki flirt sobie pozwalasz, która pod nic nie znaczącym kokietowaniem jednak próbujesz tego czyjegoś męża uwieść, sprawić, by to on spojrzał na ciebie z podziwem, z zainteresowaniem i ciekawością.

I wiesz, gdybyśmy miały zacząć tę rozmowę od tego, kto tu jest zakompleksiony? Ja? W ten sposób wyrażająca swoje obawy kierowane niskim poczuciem własnej wartości, czy ty zakompleksiona, bo szukająca akceptacji i potwierdzenia swojej atrakcyjności w oczach mężczyzny. Źle ci samej ze sobą? Co czujesz patrząc w lustro? Że piękna z ciebie kobieta? Ale może sama w to nie wierzysz, sama nie jesteś pewna tego, kim jesteś i jaka jesteś, dopóki nie potwierdzi tego inny mężczyzna? Kto tu bardziej się boi? Ja, że mężczyzna, którego kocham odejdzie do innej? To ile warta byłaby ta miłość. Uwierz, jestem w stanie się po tym podnieść, przejść tę żałobę i przeżyć tę stratę. A może ty boisz się bardziej, że pewnego dnia twój uśmiech nie zadziała, twoja spódniczka nie zrobi na żadnym facecie wrażenia, a twoja rzekoma uważność i szczerość zostanie rozszyfrowana?

Zobacz, gdzie w tym wszystkim jest każda z nas? Co jest słabsze? Zaczepianie czyichś mężów, partnerów? Czy mówienie o tym, żebyś tego nie robiła i to nie ze względu na to, że możesz okazać się lepsza od żony, partnerki, że ciekawość i tajemniczość romansu odbierze innej kobiecie faceta. To mówienie tobie, kim jesteś w moich oczach, jak ja ciebie widzę?

Bo widzę niepogodzoną ze sobą i nieakceptująca siebie kobietę, która nie potrafi być szczęśliwą własnym szczęściem, która szuka go zawsze w ramionach innego faceta, obojętnie kim by nie był. Której brak empatii i wrażliwości, bo jak można w ten sposób ranić inną  kobietę.

Postaw się choć na chwilę na moim miejscu. Wyobraź sobie, że jesteś w związku z mężczyzną, którego kochasz, który rano robi ci kawę, zjadacie wspólnie śniadanie, on odprowadza dzieci do przedszkola, ty jedziesz do pracy, a wieczorem, gdy jesteście już znowu razem w domu, zupełnie przypadkiem widzisz u niego w telefonie SMS-a: „Jak ci minął dzień? Myślałam o tej twojej konferencji dzisiaj”. I to nie jest SMS od ciebie, tylko od innej kobiety. Dla niego być może nic nie znaczący, nie będący powodem do kłótni, ba nawet to żadnych obaw. Ot koleżanka z pracy, miło, że się interesuje. I wierzysz, że on tak właśnie myśli, bo znasz go, bo mu ufasz, bo wierzysz, że dla niego to tylko koleżanka z pracy. Tyle tylko, że wiesz, że ona nie chce nią być. Że potrzebuje jego uwagi, jego komplementów, jego spojrzenia. Wiesz, że nie odpuści, że będzie drążyć tak długo, aż się jej to nie znudzi i nie znajdzie innego obiektu swojego flirtu? Kogoś, kto potwierdzi jej wartość kto naładuje jej pewność siebie swoją energią.

Zamknij oczy i wyobraź sobie, jak ty będąc na moim miejscu wyglądasz w oczach te flirtującej z twoim mężczyzną kobiety? Tak, dla niej na pierwszy rzut oka liczy się tylko on. Nie myśli, czy ma żonę, dziewczynę, kim jest ta, do której wraca, z którą wieczorem kładzie się do łóżka. Nie zna jej, ale uzurpuje sobie prawo do bycia lepszą od niej. Do poczucie, że tak – ona jest lepsza, bo on choć kładąc się nie z nią, to jednak o niej myśli. A przynajmniej ona sprawi, żeby tak było.

Flirtując z moim mężem stajesz w szranki ze mną. Chociaż mnie nie znasz, walczysz ze mną o jego uwagę, o jego względy, o jego uśmiech. Kto dał ci prawo do tego, żeby próbować odsuwać mnie na bok, zepchnąć na margines, byś ty mogła choć na jakiś czas przejąć kontrolę nad emocjami i myślami mojego faceta? Ja nie potrzebuję walczyć, ja ciebie też nie znam, bywa, że nie jestem świadoma twojej obecności w naszym życiu, co ty skrzętnie wykorzystujesz. Bo nie pytasz go o mnie, o dzieci, to nie ten etap.  A kiedy on zaczyna o nas mówić, święcisz swój pierwszy tryumf, bo tobie zaufał, bo zdobył się na szczerość… I jeśli wtedy się nie wycofasz, to kim jesteś? Kobietą, która pogardza inną kobietą, która doprowadza do jej upokorzenia, poniżenia. Kobietą, która myśli, że bycie lepszą od tej pierwszej daje jej fakt, że nie jest nudną żoną, która sprząta, gotuje i pierze. Że jesteś ponad to? I nie rozumiesz, jak można spędzić wieczór nad deską do prasowania mając obok siebie tak fantastycznego mężczyznę? Bo to, że jest fantastyczny powtarzasz mu coraz częściej…

Kim jesteś kobieto flirtująca z moim mężem? Ty o mnie nie myślisz, ale ja dzisiaj pomyślałam o tobie. O tym, jak mi ciebie żal, jak bardzo pomimo tego co robisz, zasługujesz na litość i współczucie. Jak bardzo krzywdzisz siebie nie zdobywając się na odwagę budowania szczerej i prawdziwej relacji z facetem. Jak źle o sobie myślisz bojąc się, że gdy staniesz nad tą niech będzie symboliczną deską do prasowania, on będzie SMS-ował z inną, ciekawszą (w twoim mniemaniu) kobietą…

Pomyśl dziś o mnie. I o sobie. Która z nas jest dziś w szczęśliwszym,  lepszym miejscu?


Lifestyle

Eko-afery, czyli fakty i mity o ekologicznej żywności

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
21 września 2016
Eko-afery, czyli fakty i mity o ekologicznej żywności
Fot. iStock / Redrockschool

W poszukiwaniu alternatywy dla konwencjonalnej żywności sięgamy coraz chętniej i bardziej świadomie po produkty z etykietką „eko”. Zależy nam, by żywność była pozbawiona chemii, aby czerpać z niej naturalne dobro. Trzeba tu uważać, ponieważ popularne hasło ekologicznej żywności, często bywa nadużywane. Bo ile tak naprawdę wiemy o ekologicznych produktach i czy nie dajemy nabijać się w butelkę szukając zdrowych (a przez to droższych) rozwiązań?

O co chodzi z tym „eko”?

Ekologiczna żywność z założenia pochodzi z upraw i hodowli prowadzonych zgodnie z prawami natury. Jest zdrowa, bo pozbawiona pestycydów, substancji przyspieszających wzrost, metali ciężkich i innych szkodliwych substancji. Warzywa, aby były naturalne, muszą spełnić szersze kryteria, niż tylko zostać wyciągnięte z wiejskiej ziemi. Ale wokół tego zdaje się prostego i naturalnego założenia, narosły mity. Czy to, co kupujemy za większe pieniądze, rzeczywiście jest takie zdrowe?

Fakty i mity na temat ekologicznej żywności

1. Ekologiczne uprawy chronią przyrodę

Tak nam się wydaje i oczywiście jest w tym racja. Rolnicy uprawiający tym systemem rośliny, nie używają  pestycydów i herbicydów, dlatego nie wywierają szkodliwego wpływu na glebę i przyrodę. Jedynym cieniem, który się kładzie na eko rolnictwo, to fakt, że potrzebuje ono dużo ziemi by uprawa była rentowna. A ta wolna, nieskażona ziemia jest rzadkością, więc niekiedy trzeba odebrać dzikim zwierzętom siedliska, by powiększyć uprawy.

2. Nie zawiera pestycydów i innej chemii 

Zdrowe produkty nie powinny zawierać chemicznych wspomagaczy wzrostu i środków ochrony roślin przed szkodnikami. Normy narzucane gospodarstwom ekologicznym określając dokładnie, w jaki sposób można dbać o rośliny. Ale trzeba wiedzieć, że np. w USA odpowiednie organy dopuściły 20 substancji chemicznych, które są wykorzystywane przez cały czas w produkcji żywności ekologicznej. Może okazać się, że żywność ekologiczna zawiera więcej substancji chemicznych niż jest to naprawdę konieczne, goniąc tym samym rolnictwo konwencjonalne.

Faktem jest natomiast, że produkty rzeczywiście ekologiczne zawierają prawie o połowę mniej rakotwórczego kadmu oraz czterokrotnie mniej pestycydów. Odznaczają się również niższym stężeniem azotu, azotanu  i azotynu niż te konwencjonalne. Ponadto zawierają od 18 do 69 proc. więcej antyoksydantów – w tym najsilniejszego z nich, czyli resweratrolu (wyniki badań ukazały się w czasopiśmie „British Journal of Nutrition”).

3. Ekologiczna żywność ma gorszy smak, ale więcej wartości odżywczych

Jeśli ktoś przywykł do smaku podkręconego przez sztuczne substancje i modyfikowanie genetyczne warzyw i owoców, naturalne produkty mogą wydawać się rzeczywiście „inne”. Za to zazwyczaj eko żywność zawiera więcej składników odżywczych, choć i tak wiele zależy od sposobu ich przechowywania. Gdy będą leżały zbyt długo lub zostaną przechowane w nieodpowiednich warunkach, przestają być wartościowe.

Eko-afery, czyli fakty i mity o ekologicznej żywności

Fot. iStock / SilviaJansen

4. Ekologiczne produkty muszą kosztować więcej

Żywność ekologiczna jest i zapewne jeszcze długo będzie droższa od żywności konwencjonalnej. Jest to skutek zastosowania metod upraw ekologicznych dających o ok. 20% niższe plony. Podobnie wygląda kwestia wydajności produkcji zwierzęcej, w szczególności mięsa i mleka. Wyższą cenę żywności ekologicznej rekompensuje lepsza jakość, smak i wpływ na zdrowie.

5. Etykieta „eko” lub „bio” to gwarancja jakości

Nie warto wierzyć producentowi na słowo, ponieważ papier przyjmie wszystko. To, że sałata na opakowaniu ma napis „ekologiczna” nie oznacza, że z takiej uprawy na pewno pochodzi. Trudno takie informacje zweryfikować. Dlatego kupując eko-warzywa czy owoce, szukajcie znaków instytucji które poświadczą ich pochodzenie: Ekogwarancja PTRE, PNG, Cobico, Bioekspert, BioCert Małopolska, Polskie Centrum badań i Certyfikacji, Biuro ds. badań i Certyfikacji Oddział w Pile, Agro Bio test. Tylko powyższe daje gwarancję ekologicznych zakupów. Podobnie z mięsem – zwróćcie uwagę na certyfikaty QAFP, PQS, QMP, one dają gwarancję zakupu zdrowej żywności.

6. Organiczna żywność jest rygorystycznie kontrolowana

Tak, ponieważ stoją za nią ostre przepisy, bez których nie żywność ekologiczna nie mogłaby nosić tego miana. Gospodarstwa ekologiczne, ich personel, środki transportu są poddane stałej kontroli, w wyniku której towary są certyfikowane. Producenci, którzy próbują obejść te przepisy, podlegają wysokim karom oraz ryzykują utratą możliwości dysponowania hasłem „ekologiczna” dla swojej żywności.

Biorąc pod uwagę wartość odżywczą produktów eko w stosunku do tego, co oferuje żywność bogato podsypywana chemią, jest ona o wiele lepszą alternatywą. Do nas należy decyzja, po które z produktów sięgniemy.


źródło: www.lifehack.orgwww.ppr.plblog.journals.cambridge.org


Zobacz także

Zima w środku lata

17 faktów, które warto wiedzieć o kofeinie. Dlaczego i czy w ogóle powinniśmy ograniczyć jej spożywanie?

#CzarnyProtest

Kobiety na całym świecie wspierają #CzarnyProtest!