Lifestyle Psychologia

Mówisz: „wybaczam”, ale czy naprawdę tego chcesz, czy potrafisz?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
31 lipca 2016
Fot. iStock/Anna Rise
 

Mówisz: „wybaczam”, ale twoje myśli krążą wokół osoby, sytuacji i krzywdy, która cię spotkała. Mówisz: „wybaczam”, ale nie czujesz ulgi. Wybaczasz, przynajmniej tak ci się wydaje, bo tak bardzo masz już dość życia z bólem, z roztrząsaniem, analizowaniem.

Wiesz, że przebaczenie daje wolność? Że naprawdę warto wybaczyć, bo to niesie za sobą spokój, to pożegnanie się z tym, co było i pozwala ruszyć w końcu do przodu.

I choć czasami wydaje ci się, że ktoś na twoje wybaczenie nie zasłużył, to przebacz dla siebie. Dlaczego?

Bo przebaczenie pozwala lepiej zrozumieć

Może dziś to jest ostatnia rzecz, jaką chcesz zrobić, ale pierwszy krok do przebaczania, to wczucie się w sytuację osoby, która cię skrzywdziła. Pochodź przez chwilę w jej butach, spróbuj zrozumieć intencje, spójrz z jej punktu widzenia. Tu nie chodzi o to, że masz się pogodzić z tym, co ci zrobiła, ale zrozumieć dlaczego tak się stało. To pozwoli ci lepiej rozumieć uczucia innych. I łatwiej wybaczyć.

Bo przebaczenie zamyka jedne drzwi

Kiedy przebaczysz, zamkniesz jedne z drzwi przeszłości. Już nie będzie cię dotykać ból, smutek, nie będziesz nieustannie rozdrapywać ran, wracać do tego co było. Takie zamknięcie pewnego rozdziały poprzez przebaczenie uwalania twoje emocje i umysł od ciężaru tego wszystkiego co doświadczyłaś.

Bo przebaczanie uspakaja

Nie tylko emocje, ale też twoje ciało. Noszenie w sobie gniewu, żalu może doprowadzić nawet do przewlekłych chorób. Tymczasem przebaczenie to mniej lęku, stresu i wrogości. To także niższe ciśnienie krwi, mniej objawów depresji i silniejszy układ odpornościowy. Kto by pomyślał? Prawda?

Bo przebaczenie daje ci siłę

Jeśli potrafisz przebaczyć komuś, kto cię skrzywdził to daje ci to ogromną siłę. Bo przebaczanie to siła charakteru, dzięki której możemy zrozumieć, że ludzie mają swoje wady, i że my sami nie jesteśmy wolni od słabości. Ale właśnie poprzez znajomość swoich słabych stron możemy rozwijać poczucie własnej wartości i stawiania siebie na równi z innymi. Przebaczanie daje ci jeszcze coś – tolerancję dla każdego, bez oceniania, że ktoś jest inny, że myśli inaczej. Daje wolność od oceniania innych. Mahatma Gandhi mówił, że słaby nigdy nie przebaczy, że przebaczanie jest atrybutem silnych.

Bo przebaczenie pozwala pójść do przodu

Zostawić za sobą to, co dotychczas trzymało cię w przeszłości, do czego wracałaś, zamiast zrobić krok do przodu. Przebaczysz i ruszysz z podwójną siłą i energia i wiarą we własne możliwości.

Bo przebaczenie to prawo do szczęścia

I ty przebaczając to prawo sobie dajesz. Przestajesz się pogrążać w złych emocjach, nie tracisz energii na sytuacje, które już się zadziały, na które już nie masz wpływu. Otwierasz sobie drzwi do szczęścia, do spojrzenia w przyszłość z nadzieją, że wiele dobrych rzeczy ciebie spotka. Przebaczenie przekłada się na zdolność do podejmowania wyzwań i radzenia sobie z trudnościami, które zawsze na naszej drodze się pojawiają.

Boisz się, że jeśli przebaczysz, to zapomnisz, to staniesz się na nowo czyjąś ofiarą, pozwolisz, by ktoś inny cię skrzywdził? Gdybyś zapominała wyrządzone ci krzywdy, nie musiałabyś przebaczać. Wiesz dlaczego wybaczenie to wolność? Bo pozwala pamiętać, ale nie determinuje w żaden sposób twoich zachowań, wspomnienia nie sprawiają ci już bólu. To jest prawdziwe przebaczenie.


Lifestyle Psychologia

Życie w ciasnej szufladzie, to takie niby życie. Niby kochasz, niby pracujesz, niby oddychasz, niby jesteś…

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
31 lipca 2016
Fot. iStock/orbandomonkos
 

„Czytasz w moich myślach – pomyślałam słuchając Papieża Franciszka. Zaraz zawstydziły mnie moje myśli, jak mogę myśleć, że papież cytuje mnie. A ja tylko bardzo mocno zgadzałam się z jego słowami o tym, że gubi nas dziś niewiara. W Boga, ale przede wszystkim w samego siebie. Skrępowanie, którego doświadczamy, gdy spotykamy kogoś „lepszego“. Biorę to w cudzysłów, bo czasami ten lepszy znaczy tylko inny, mający inne umiejętności, cele, podejmujący inne decyzje niż nasze.

Powiedziałam kiedyś komuś mądremu, że brak mi autorytetów w moim otoczeniu, mam wrażenie, że wiem najlepiej, intuicyjnie sama uznaję swoje wybory za najlepsze. – To fatalnie – skomentował – najwyższy czas, by zmienić towarzystwo. Oburzyłam się, że „jak to, nie rozumiem, ludzie wokół mnie są świetni“, a on ciągnął dalej – Gdy nie ma wokół ciebie nikogo, od kogo mogłabyś czerpać inspiracje, to znaczy, że źle wybierasz. A może boisz się mieć takich ludzi wokół? – dodał. Długo o tym myślałam. Jak często „lepszy“ budzi w nas strach, sprawia, że czujemy się gorsi, a nawet jak kompletne zero, jak budzi się w nas poczucie niższości, jak nas spala.

„Lepszych“ spotykamy w pracy, w przyjaźniach, a także w miłości. Czasami „lepsze“ stają się nasze dzieci. Zaszywamy się we własnych słabościach i usuwamy na dalszy plan. Lub walczymy, podważamy ich kompetencje, na wszelki sposób dewaluujemy. Bo w naszym błędnym postrzeganiu, ktoś kto jest lepszy oznacza, że ja jestem gorszy.

Spotykam wiele mądrych ludzi. Czasami ich wiedza zwala mnie z nóg, myślę wtedy, dlaczego tego nie wiem, gdzie byłam, gdy o tym mówiono, wciąż za mało czytam, za mało interesuję się tym, co ważne. Zamykam się jak wielu spośród nas w za ciasnej szufladzie – jak mówił Papież Franciszek.

Ciasne szuflady są niewygodne, krępują nasze ruchy, miażdżą kości, niszczą marzenia, a jednak trudno z nich wyjść, bo w swej marnocie są jednocześnie bardzo bezpieczne. Nazywam to „strefą komfortu“. W strefie komfortu siedzą ludzie bez pasji, o nadmiernej pokorze, frustraci i hipokryci. Oraz wszyscy ci, którzy boją się bardziej niż chcą.

Niektórzy z moich znajomych wybierają szufladę „nieudane małżeństwo“. Już dawno nie razem, często w podwójnych życiach, utyskujący, jak jest źle, a jednak w wakacje z grymasem na twarzy dmuchający kolorowy ponton. Bo kredyty, bo dzieci, bo podobno gdzieś indziej nie jest lepiej. Niektórzy marudzą, że zarabiają za mało, że nienawidzą swojej pracy, że mają za daleko albo szef to palant. I jeszcze gorzej. Zamiast szukać szczęścia gdzie indziej, rozkładają cudze szczęście na kawałki. „Tej załatwił mąż, tamtej ojciec, a ta się z kimś na pewno przespała“. Za sukcesami innych stoją zawsze czynniki zewnętrzne. Słynne prawo atrybucji z psychologii społecznej pasuje jak ulał.

Niektórzy siedzą w ciasnych szufladach macierzyństwa. Moje dziecko będzie lepsze za mnie. Będzie znało trzy języki, uprawiało sporty na poziomie mistrzowskim i przynosiło tak zwane czerwone paski. Mi się nie udało (mam trzydzieści pięć lat i już nic nie mogę), ale jemu się uda. Nie patrząc na jego możliwości, talenty i naturalne zainteresowania – będzie realizować w stu procentach narzucony scenariusz lepszego życia. Czy będzie szczęśliwe? Wątpię.

Wielu ludzi nie wierzy w siebie. Z różnych powodów. Mieli ciężkie życia, trudne dzieciństwo, autorytarnego ojca lub pasmo traum. Albo konstelację cech, która nie sprzyja sukcesowi we współczesnym świecie. Myli nam się wysoka samoocena z tak pojętym sukcesem życiowym. Znam takich, co mają milion na koncie, a boją się, że wszyscy odkryją, że są idiotami, a także takich, których nie stać na wakacje zagranicą, żaden tytuł nie stoi przed ich nazwiskiem, ale są dla siebie sprawiedliwi i lubią to, kim są.

Zawsze można więcej i lepiej. Wokół nas coraz więcej tych „lepszych“. Młodzież, cokolwiek się o niej nie mówi, jest odważna, włada biegle językami, świetnie się czuje w świecie nowych technologii, zawstydza nas swoimi umiejętnościami. Ale prawda o tym, że świat jest oparty na międzypokoleniowym przekazie jest stała i aktualna. Młodzi uczą starych, starzy uczą młodych. „Lepsi“ są tylko inni, a więc inność powinna być wymianą.

Od pewnego czasu szukam wokół siebie mądrzejszych. Słucham z pokorą. Nie wypowiadam się na tematy, na których się nie znam, czytam i uczę się. A w drugą stronę oddaję im swoją wdzięczność. Uczę się też akceptacji w miłości. Tego, że ktoś wie lepiej, że potrafi to, czego ja nie umiem, że czasami obnaża moją ignorancję. Nie uciekam jak dawniej, przełykam głośno ślinę i dalej słucham. Bo miłość to sumie spotkanie z własnymi słabościami.

Możemy więc wybrać ciasną szufladę, zamykając się na piękno życia, które jest jedno i oferuje nam naprawdę dużo, albo też możemy opuścić swoją strefę komfortu i na początek rozejrzeć się spokojnie wokół i zacząć patrzeć na świat z innej perspektywy. Ciekawości, a nie własnej małości. Jak Zacheusz, który okazał się być bardziej ciekawy niż zawstydzony.

Papież ma rację: „”Tajemnica radości to angażować się w życie tak, aby nie było zamknięte w szufladzie”. Na końcu prawie zawsze okazuje się, że jedną z tajemnic, którą odkrywamy poza szufladą jest to, że naprawdę nie jesteśmy gorsi. Tylko strach przed tym odkryciem zamyka nas w szufladzie niewiary.

Życie w ciasnej szufladzie, to takie niby życie. Niby kochasz, niby pracujesz, niby oddychasz, niby jesteś. Kładziesz się obok obcego człowieka, kłamiesz przed snem „ja też cię kocham”, przytulasz się prawdziwie tylko do psa? Wstajesz o szóstej, zakładasz białą koszulę, odpalasz komputer i myślisz, że nic lepszego mnie już nie czeka? Doskonała Nibylandia. Jeśli ktoś z was jadł jajecznicę z proszku to wie, jak ona smakuje. To jest właśnie strefa komfortu. A prawdziwe życie, to najprawdziwsza jajecznica na maśle ze szczypiorkiem, taka, którą robiła nam mama, gdy byliśmy mali.

Bądź odważny. Zacznij ŻYĆ.


Lifestyle Psychologia

Dieta gorsetowa. Czy może istnieć gorszy sposób na odchudzenie talii?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
31 lipca 2016
Fot. iStock/draganab

Moda na różne sposoby wpływania na kształt sylwetki cały czas ulega modyfikacji. Wiele osób próbowało zarówno restrykcyjnych głodówek, dziwnych pomysłów na diety np. jajeczną, oraz dla odmiany wypracowania nawyków zdrowego żywienia na co dzień. Pojawiała się moda na różne sporty i ćwiczenia, suplementy, które mają na celu przyspieszenie spalania niechcianego tłuszczu.

Pomysłowość ludzka jednak nie zna granic i ponownie sięgnięto po pomoc w kształtowaniu sylwetki, o której kobiety przez dziesiątki lat starały się zapomnieć.

Krótka historia gorsetu

Ta znienawidzona przez nasze poprzedniczki część garderoby, z ulgą została zdjęta z ciał i wrzucona w czeluście przepastnych szaf naszych praprababek. Historia gorsetu wcale nie powinna nas cieszyć, ponieważ dla wielu kobiet był on nie tylko wymogiem mody i wabikiem dla męskiego oka, ale przede wszystkim narzędziem katuszy skrępowanego i przyduszonego ciała.

Już w czasach antycznych kobiety przewiązywały się w biuście pasmem materiału, by sylwetka uzyskała cylindryczny kształt. W średniowieczu szyto gorsety z krochmalonego płótna lub ze skóry, z czasem wzbogacono je o drewniane i metalowe wstawki, mające na celu lepsze utrzymanie kształtu sylwetki. Hiszpanki wprowadziły w XVI wieku modę na gorsety zachodzące na spódnice, a następnie moda zmieniała się wraz z upływem czasu. Niezmiennie jednak te niewygodne atrybuty kobiecej garderoby były powszechnie przez kobiety znienawidzone. Co prawda nadawały wymarzony kształt sylwetce, jednak zazwyczaj kosztem wygody, możliwości swobodnego oddychania, dobrego samopoczucia i zdrowia kobiety. Samo wiązanie gorsetu wymagało pomocy innej kobiety i zajmowało nie mało czasu. Nic dziwnego, że kobiety w drugiej połowie XIX wieku, tak chętnie odchodziły od sztywnej ramy gorsetu.

Fot. iStock/Deni83

Fot. iStock/Deni83

Co się stało, że znów sięgamy po to „narzędzie katuszy”?

Moda na gorsety wróciła. Ostatnio jednak nie jako seksowna kobieca bielizna, w której każda z nas może poczuć się niezwykle atrakcyjnie, ale jako sposób na formowanie sylwetki. I kobiety sięgają po ciasno sznurowane gorsety coraz chętniej, wiele obiecując sobie po tym, co widzą wśród zagranicznych gwiazd. Wystarczy dodać, że jednymi z propagatorek tego rodzaju „odchudzania” są niesamowicie popularne siostry Kardashian, czy Jessica Alba.

Za jeden z niewielu pozytywów można uznać fakt, że kobiety skrępowane gorsetem poruszają się bardziej elegancko, ze względu na wyprostowane plecy, uniesienie brody, ułożeniu szyi. Zyskuje na tym wyprostowana sylwetka, a przez to kręgosłup, który najczęściej zaniedbujemy poprzez utrzymywanie niewłaściwej postawy ciała. Mimo pochwał i obietnic względem noszenia gorsetów, zalet dla zdrowia nie znajdziemy w tym przypadku wcale.

”Dieta gorsetowa” w natarciu

Owszem, gorsetu nie da się zjeść, ale da się za jego pomocą inaczej odchudzać ciało. Wystarczy zakładać uciskający gorset przez kilka godzin dziennie (od 2 do 6 godzin) przez 5 dni w tygodniu. Ścisk związany z ciasnym gorsetem może spowodować, że będziemy mniej jeść. Co więcej, kolejna warstwa ubrania sprawia, że bardziej się pocimy, więc gubimy kilogramy i zmniejszamy obwód talii. Brzmi z pozoru niewinnie, ale ten sposób może wybitnie negatywnie odbić się na zdrowiu. Począwszy od dyskomfortu psychicznego wynikającego z nadmiernym skrępowaniem, skończywszy na problemach związanych z pojawieniem się zgagi i niewydolności oddechowej, podrażnienia skóry, powstawania siniaków i opuchlizny. Stałe noszenie gorsetu może wpłynąć na deformację żeber i kręgosłupa oraz organów wewnętrznych, takich jak wątroba, śledziona i nerki oraz płuca, co z kolei powoduje ich niewydolność. Znane są przypadki kobiet, które nie rozstawały się z gorsetem przez całą dobę. Po wielu latach obwiązywania się zanikały mięśnie pleców odpowiadające za utrzymanie prawidłowej postawy ciała. Również panie tuż po urodzeniu dziecka nie powinny sięgać po tę kontrowersyjną metodę, ponieważ zamiast oczekiwanego efektu, otrzymają jedynie pogorszenie się stanu mięśni i ich zwiotczenie.

Gorset nie jest najlepszą metodą na odchudzanie talii. Zamiast wciskać się w zbyt małą bieliznę tego typu, lepiej ćwiczyć w domu lub iść na siłownie oraz zmienić nawyki żywieniowe. Przy takich zmianach kilogramy pójdą w dół, a gorset pójdzie w ruch jedynie jako seksowny dodatek dla kobiecej sylwetki, a nie narzędzie katorgi.

 

źródło: weranda.plwww.gorsety-pl.plwww.ofeminin.pl


Zobacz także

Regulamin konkursu „Zainspiruj się wiosną”

„Bo z dziewczynami…”

wigilijne gotowanie z Gosią Ohme

Doskonały barszcz i sałatka ze śledzia, czyli wigilijne gotowanie z Gosią Ohme