Lifestyle

„Mówią, że zdrada wybaczona raz, zawsze wróci. Wybaczyłam i nie żałuję”

Seksualnie
Seksualnie
14 stycznia 2017
Fot. iStock/AleksandarNakic
 

Wiesz Ukochany…

Cieszę się dziś, z perspektywy wspólnych lat, że wtedy umiałam ci wybaczyć. I zrozumieć. Pojąć, jak było naprawdę i dlaczego stało się to, co kiedyś było dla mnie piekłem nie do przejścia. Mówią, że zdrada wybaczona raz, zawsze wróci. Jak grzech, który zostawia bruzdę w sercu, gdy sam sobie nie odpuścisz. Dobrze, że ten jeden raz nie posłuchałam głosu rozsądku i wszystkich doradców, bo dziś pewnie zasypiałabym sama. W bólu i tęsknocie, jakiej nie zastąpi nikt ani nic. 

Pamiętam tak wyraźnie, gdy przynosiłeś kwiaty. Gdy prawie siłą, ciągałeś mnie na kolacje i do kina. Gdy nagle podchodziłeś, obejmowałeś mnie wpół i pytałeś, czy z tobą zatańczę. Jak przynosiłeś upominki i nie zapominałeś o żadnej, ważnej dla nas dacie. A mi się to wszystko takie banalne wydawało i głupie. Ciągle myślałam, że praca ważniejsza, że tylko podlotki tak się zachowują. I nie widziałam, jak mi zazdroszczą, bo same miały pospolitych mężów. Tych, którzy zauważają żonę tylko wtedy, gdy skończą się uprasowane koszule i czyste skarpetki. A ja uparcie ci powtarzałam, żebyś przestał się wygłupiać z tym swoim wyznawaniem mi miłości. I  z tym gadaniem o moim niezwykłym pięknie.

I dzień za dniem płynął, kolejny miesiąc, kolejny rok. I nieważne, że do okna pukał gorący sierpniowy świt. Bo w naszym domu, sypialni i w moim sercu hulał lutowy wiatr. I drażniły mnie tylko twoje słowa, że może kurs tańca, że może popływać pójdziemy. I ten dzień, kiedy niczym nie zrażony, nie przeziębiony moim chłodem, wróciłeś do domu z biletami w ręku. A ja jak zwykle zgasiłam twój entuzjazm, że to dziecinne takie, że podróże sentymentalne mnie nie bawią. I miałeś to coś dziwnego w oczach, taki żal jakiś i smutek. Jak dziecko, któremu matka zbyt rzadko mówi, że kocha. Którego prawie nie przytula. I już wtedy to zrobiłam. Tak jak cię pchnęłam w bieg późniejszych wydarzeń. Tych, które pachniały innymi perfumami i których skóra, miała inny smak. Ciągłym niezadowoleniem, ciągłym grymasem, który nie przypominał nawet uśmiechu, zgorzknieniem. Jakby moje serce się zestarzało, jakby już niczego innego nie powinno dostawać, prócz świętego spokoju.

I nawet, gdy coraz częściej zasypiałeś w innym pokoju, to podle cieszyłam się, że nie będę już musiała wykręcać się zmęczeniem i bólem głowy. I, że tych niezręcznych poranków ze śniadaniem do łóżka, już też nie będzie. Bo dałam sama sobie wmówić, że tak poważnej kobiecie jak ja, tak poważnemu małżeństwu na stanowiskach, już nie wypada. Kochać się nie wypada, czułości okazywać, dawać porwać skrywanym namiętnością. I nie zauważałam twoich późniejszych powrotów, Głosu ściszonego, gdy znikałeś gdzieś z odebranym ukradkiem telefonem. Coraz częstszych kolacji sam na sam z drugim krzesłem. I co najdziwniejsze, nie wiedziałam, a byłam pewna. I wcale nie ten potwierdzający to widok mnie tak zabolał, przeszył na wskroś, jakby złamał na pół. Wcale nie to nawet, że  Ona była zjawiskiem nadprzyrodzonym. I nic w tym, że w ciebie wpatrzonym.  Bo ty też, na nią patrzyłeś. Tak bardzo mocno, jak już w ogóle na mnie.

I też nie to było najstraszniejsze, że nawet nie starałeś się wypierać. Nie krzyczałeś, że to moja wina. Nie udawałeś, że o niczym nie wiesz. Ale powiedziałeś jedno: „Wrócę, jeśli tylko kiedyś jeszcze, będziesz mnie chciała. Bo jesteś warta, nawet tego”. I wyprowadziłeś się, bo szalałam. I wcale nie do niej, ani do żadnej innej. A ja wtedy właśnie  to odkryłam. Stojąc w na wpół pustej sypialni, gdzie szafy nieznośnie świeciły pustkami. Przed ogromnym, zimnym lustrem i patrzyłam. Na powód. Na siebie patrzyłam. Na to, jaką byłam mistrzynią, w zachęceniu cię do zdrady, do odejścia. Medal za to, że tyle wytrzymałeś, że tak się starałeś. Której z innych żon, choć raz w tygodniu, mąż kupuje kwiaty z bilecikiem, że bardzo kocha? No którą zabiera na kolacje niespodzianki, zawsze obłędnie trafione. Która zasypia otulona ciepłem, męskością i szacunkiem i budzi się królową?  Która jeszcze jest taką idiotką jak ja?

Długo do tego dochodziłam, godziłam się z tym i znowu sądziłam. Szarpałam ciebie i siebie. Aż odpuściłam. Sobie odpuściłam. Stało się, spie*doliłam po całości. Ale ty  tam gdzieś ewidentnie czekałeś, nadal. A ja czekałam na ciebie, choć jeszcze nie wiedziałam, czy głośno się przyznam. Ale  bardzo tego chciałam. I po prostu stajesz nagle naprzeciwko mnie, w markecie. I to jeszcze na rybnym dziale. Kompletnie nie twój styl. Za to chyba w końcu mój – śmiejemy się oboje. I nic nie mówimy, niczego nie wyjaśniamy. Tego dnia po prostu wracamy już do domu razem. I dziś po 15 latach, patrząc jak ukradkiem przycinasz dla mnie róże w naszym ogrodzie, wiem. Wiem, że nic się nie dzieje z niczego. Coś zawsze rodzi coś drugiego. Uczucie karmi uczucie. A zaniedbanie zdradę. Nie jestem ci za nią wdzięczna, zawsze będzie bolała. Choć z czasem, coraz bladszy jest jej obraz. Wprost niewidzialny. A jak wraca, staje na moment przed lustrem. I się przyznaję. To zawsze pomaga. Patrzenie na siebie. Prosto we własne odbicie w lustrze.

Twoja na zawsze szczęśliwa żona.

 


Lifestyle

Walizka już dawno w progu, gdy za drzwiami czeka ktoś inny. Gdy odchodzisz, żeby już nigdy nie wrócić

Seksualnie
Seksualnie
20 stycznia 2017
Fot. iStock / South_agency
 

Miłość powinna być po prostu. Za nic, tylko za wszystko (na zawsze). Bez wyjątków, brzydszych czy ładniejszych oczu, gorszych czy lepszych dni. Powinna być taka, żebym nie musiała nigdy siedzieć, tak jak teraz i pisać do Ciebie. Żadna z nas nie powinna, a tak często nadal to robi. Piszę list pożegnalny, gdy spakowana walizka już dawno w progu. Gdy za drzwiami, czeka ktoś inny. Gdy odchodzisz, żeby już nigdy nie wrócić. Nie oglądać się za siebie. Bo widzisz mój mężu, w naszym życiu, to właśnie tych nas zabrakło. Tego, że razem i we wspólnym kierunku. A nie na osobnych okrętach. Na ciągłym polu bitwy.

Bo od początku nie taka byłam. Od pierwszych dni, bo kiedy to  stwierdziłeś, że chyba wolisz blondynki? Miesiąc z kawałkiem po ślubie. Tak, ja to pamiętam. Jak każdą inną, która dla mnie była zbyt długą, koszmarną nocą. Zbyt długo pozwalałam Ci wracać. Zbyt długo czekałam, by odejść. 

Zwyczajnie też było. Przecież nie powiem, że mnie krzywdziłeś, że zdobiłeś moje ciało siniakami. Czasem poniżyłeś, raz chyba szarpnąłeś. Nic takiego, Twoją manię wyższości na wystawnych bankietach, zagryzałam oliwką. I zalewałam morzem martini. Potem chociaż mogłeś warczeć, przez pół nocy i trzy kolejne dni, jakiego to wstydu Ci narobiłam. Bo upiłam się do granic i chciałam tańczyć. Nie z przystojnym kelnerem, czy mężem znajomej. Tylko z tobą, bo alkohol mnie rozmiękczył, sprawił, że uwierzyłam. Że mnie widzisz i dostrzegasz, że wiesz, kim jestem, że czujesz, jak nadal Cię kocham.

A przecież widziałam. Jak patrzyłeś na nią, na kolejną inną i lepszą. I wiedziałam, że za chwilę znowu zaczniesz dziwnie znikać i ciągle pilnie wyjeżdżać. W powietrzu już unosiła się woń cudzych perfum. Tych samych, które usiłowałam sprać z kolejnej twojej  koszuli. I wizja samotnych i zimnych jak lód dni i nocy. Kiedy pod przykrywką praca i delegacja, spała ona. Długonoga, młodsza, ładniejsza. Też myślała, że na zawsze, a była jak poprzedniczki. Na chwilę. Intensywną, ale krótką.

Czasem żal mi ich było, bo przecież rozumiałam. Nikt mnie tak nigdy nie oszukał, jak ty. I ich też.

Najgorsze nie było czekanie. Zawsze wracałeś z podkulonym ogonem. Jak pies, co zerwał się ze smyczy i mocno nabroił. Tylko, że ciebie nikt nie więził, nie trzymał.

Nie miałam kiedy, bo szybko zacząłeś. Nie wiem nawet, czy cię znam, czy coś o sobie wiemy. Najgorsze było cię prosić. O choć trochę ciepła i czułości. O zwykły gest, złapanie za dłoń. Przecież dbałam o siebie, nie raz powtarzałeś, że podobam się twoim kolegom. Szkoda, że nie tobie. Dla mnie zawsze byłeś tylko ty.

Miłość jest wtedy, gdy to działa w obie strony. Miłość jest wtedy, gdy jest szacunek i zaufanie. Gdy trochę zazdrości godzi małżonków namiętnym uściskiem. A nie znikaniem, w ramionach obcej osoby.

Miłość nie może żądać i oczekiwać, ale nie może też żebrać. Ciągle czekać, na choć jeden ludzki odruch. Pozwalać się gnoić i niszczyć. Upokarzać i skazywać na cierpienie.

I nie można nią szastać, odchodzić i wracać. Bo wtedy umiera. Tak jak ja zastygłam. I gdy w końcu ruszyłam, złapałam oddech a serce wyrównało rytm, to już nie dla ciebie. I nieważne dla kogo, ważne że nareszcie.

Nie jest mi żal, bo i czego. Tych lat razem a osobno i dni, w których byłam żoną bez męża? Ciebie mi żal, bo już chyba dawno nie patrzyłeś w lustro. Zgorzkniałość maluje twoją zmęczoną twarz, lata zostawiają ślad. Jesteś coraz bardziej żałosny i coraz mniej, przez te inne, pożądany. Chyba, że jednak masz jakieś sumienie i ono ci w oczy spojrzeć nie daje. Dziś  ja jestem tą, która ostatnia zamyka drzwi. I wyrzucam klucz, bo aż tak nie chcę tu wracać.

Chcę tylko iść i ją spotkać. Bo z całych sił wierzę, że istnieje, taka prawdziwa i dobra. Silna i bezpieczna. Ta bez granic, do utraty tchu. I ta, której nie rozdzieli żadna zmarszczka i czas. Ta piękna, której ty, nigdy nie potrafiłeś mi dać.

Ta miłość, taka zwykła.


Lifestyle

O czym myśli kobieta przed snem? Zależy kto obok niej zasypia

Seksualnie
Seksualnie
11 stycznia 2017
Fot. iStock/milos-kreckovic

Kiedy noc zabiera dzień, kiedy gasną nawet neony, a ulice otula jedynie ciepłe światło lampy, kładziesz  się do łóżka i zasypiasz. Tak, zasypiasz i masz piękne sny, a potem cudowny poranek. To początek z nieistniejącej bajki, bo jeśli jesteś samotną kobietą, albo zatroskaną matką, albo żoną, za której plecami leży on, niby bliski, a coraz bardziej obcy człowiek. Albo stęsknioną kochanką, która wie, że już jutro otuli ją jego zapach, to nie śpisz. Tylko walczysz, przeganiasz natrętne myśli, i zaciskasz powieki coraz mocniej. Łapiesz skrawek chłodnej kołdry i mocno do siebie przyciskasz. Kręcisz się i wiercisz, zmieniasz pozycje nawet kilkanaście razy w ciągu kilku minut, liczysz baranki i inne kozy. I nic. Bo każda, każda bez wyjątków kobieta przed snem najpierw przeprowadza dogłębną analizę wydarzeń. Zarówno tych minionych jak i tych, które dopiero mają nadejść. 

Żona mniej lub bardziej szczęśliwa

– No tak, najlepiej się odwrócić i udawać zmęczonego. Jakbym ja do pracy nie chodziła, o gotowaniu i praniu jego gaci nie wspomnę. Dobrze, że chociaż pomyślał o tym, żeby kaloryfery podkręcić, zanim zamarzłam i się rozchorowałam. Oho! Wykonał jakiś ruch, jest szansa, że mnie przytuli. Nareszcie, aż dziw, że się domyślił. Boziu, jak dobrze w tych jego ramionach, jakaś taka coraz mniejsza się robię. Nie jest w sumie taki najgorszy ten mój rycerz. Przecież są kobiety, które zasypiają same i rano nikt im kubka z kawą nie poda. A mój co prawda drażniący bywa najbardziej, gdy tym nosem ciąga ostentacyjnie, jakby pół osiedla chciał wciągnąć, albo siorbie te zupę, jakby mu skóry na zamknięcie ust zabrakło. Ale jest. Chyba go jutro uraczę karkóweczką z zapiekanymi ziemniakami, niech ma, niech widzi, jaki to skarb właśnie tuli. Tylko cholera, będę musiała zaraz po robocie na bazar do pani Marysi skręcić, bo tylko tam dostanę taką przerośniętą trochę, tę, którą on lubi najbardziej. No dobra,  nie jest aż tak źle, żeby się tylko tak nie wpychał na moje miejsce. Ja wiem, że większy jest ale bez przesady, bo zaraz tak mnie wkurzy, że będzie odgrzewaną zupkę u mamuni jadł. Matko, to już przed pierwszą? Ten to ma melodie do spania, tylko się położy, a już chrapie. Niczym się nie przejmuje. Wiadomo, wszystko na mojej biednej głowie…

Dziewczyna ucząca się, czyli na uczelnie biegająca

– No ja p*rdole, ci ludzie z góry, to chyba nigdy nie śpią. O świcie się tłuką, teraz też. Nie wiem, chyba meble przestawiają. Pięknie, a notatek nie oddałam Baśce, już będzie od rana fochami rzucać i te swoje posrane miny robić. Ciekawe, czy wczoraj długo została jeszcze i widziała, gdzie ten Dominik z medycyny poszedł. I z kim, bo to jest istotne. Mam nadzieję, że nie z tą pseudo modelką, co ma tych fot tyle na instagramie. Głupia krowa, co ona sobie myśli, że on na te jej długie nogi poleci? Przecież ona jest wcale nieproporcjonalna, same nogi i kawałek tułowia. Zresztą, jeśli on nie zwraca uwagi na intelekt, którego mi osobiście nigdy nie brakowało, tylko na ładną buzię czy zgrabne cztery litery, to nie wart jest tego, żebym ja teraz tu o nim rozmyślała. Faceci tacy są, nie ma co sobie nimi za bardzo dupy zawracać. Aśka w ubiegłym roku za tym Błażejem latała i co z tego miała? Opuchnięte oczy i mój zasmarkany rękaw. Chociaż nie powiem, teraz akurat dobrze trafiła. Jarek ją prawie na rękach nosi. No ale nie ma co zapeszać i zazdrościć. Tylko od razu ją uprzedzę, że ryczeć niech idzie tym razem do Karoliny. Ja miałam swój dyżur po Błażeju, jak ją oświecił, że dla niego to przelotny romans był. Przelotem to sobie można pomadkę w drogerii kupić, jak jest w promocji. O cholera, już druga?! Ten czas chyba oszalał, przecież ja mam egzamin rano. A ci dalej tam te komody czy ch*j wie co przestawiają. Ani żyć ani spać…

Kochanka stęskniona i uniesień spragniona

– Ciekawe czy przyjedzie od razu do mnie, czy najpierw do córki zajrzy. Swoją drogą to dobrze, że on ojcem jest. Mężem się nie sprawdził, ale za to facet z niego porządny, skoro o dziecku pamięta. Pochwalę go jutro za to. Albo nie, bo znowu pomyśli, ze mu matkuję. Phi, o czym ja w ogóle myślę, przecież jak mnie zobaczy w tej turkusowej, prześwitującej koszulce, to pewnie nawet kolacji nie skończy. A może lepiej te czerwone majtki z tym koronkowym staniczkiem? Nie, podobne miałam gdy był w ubiegłym tygodniu. Ależ to był ogień! Wulkan orgazmów. I  pewnie dlatego Wasiakowa spod piątki, teraz mi się już nie kłania. Zawistna baba, zapomniała jak ten Rysio do niej przychodził i chichrała do północy, jak taki szczyl, podlotek osiedlowy. A potem sapali do rana. Ja też już jutro o tej porze, będę wzdychała i skinieniem paluszka zaproszę go, do sypialni. Chyba, że tak jak ostatnio, nawet do niej nie zajrzymy bo przecież komoda po drodze i stół w jadalni. I ta nowa, duża kabina prysznicowa i pralka. On jest taki twórczy, znowu mnie czymś zaskoczy, znowu sąsiadka będzie kręcić z niedowierzaniem głową na mój widok. A niech zazdroszczą, w końcu mają kogo i czego. Pewnie chodzi im o to, że dzięki niemu wyglądam jak te milion dolarów. I przestałam się starzeć. Z takim kochankiem to i zmarszczki, odchodzą w siną dal. Już po trzeciej, bardzo dobrze. Świt niedługo, a na obiad on już będzie. Ciekawe co skonsumuje najpierw…

Kobieta nie tylko biznesu ale też sukcesu

– Po co ludziom tyle snu? Jakby trzy godzinki nie wystarczyły. Wszyscy tylko – odpocznij, zregeneruj się, sił nabierz. Tyle rzeczy mogłabym zrobić, papierów przejrzeć, kontraktów podpisać. Ruszyłabym się, ale zaraz będzie małżonek jęczał, bo on twierdzi, że noc i spanie, to  rzecz święta. Ciekawe kiedy on się taki święto jebliwy zrobił. Zobaczymy, jak się jutro Holendrzy na spotkaniu popiszą, chyba wiedzą, że tak szybko im nie odpuszczę. Za dużo mam do stracenia, a nie wspomnę ile do zyskania. Żeby tylko podpisali tę umowę. Może wtedy polecę na parę dni do Portugalii, tam podobno mają najkorzystniejsze warunki. I  może ten nowy biznes, by wtedy wypalił? Dwie pieczenie na jednym ogniu by można, bo i tyłek opalić i kasę zarobić. Muszę z samego rana do prezesa zadzwonić, zapytać co on na to. Znając życie, trochę pojęczy i się zgodzi. Już moja w tym głowa, żeby go przekonać. Wiem, że leci na tę Jagodę z księgowości, a ona też o niego dopytuje. Zorganizuję im służbowy wyjazd! Ja to mam łeb nie od parady. Dobrze, że już po drugiej, jeszcze ze trzy godzinki i akurat można się będzie, z łóżka zerwać. I działać. A ten śpi.  Jak można tyle gnić? Pojęcia nie mam…

Matka dzieciom w różnych ilościach

– Żesz ku*wa mać, prania drugi dzień nie wyciągnęłam, będzie smród. Wstałabym, ale obudzę Tomaszka, a za nim jak domino cała reszta w ryk. Co tu znowu jutro, na ten obiad zrobić? Z groszkiem nic, bo Marysia będzie miała wzdęcia. klusek Michał nie lubi, a Tomek ostatnio mięsa jeść nie chce. Jakoś będę musiała ich o jednej godzinie zebrać i hurtem, buty i kurtki kupić. I na trening Tomka zawieść, a Michałowi wyniki odebrać. Oby to tylko ta alergia była. Tylko jak się okaże, że to uczulenie to ciekawe, co ja z kotem zrobię. Matce wywiozę, sama jest, do kota niech chociaż pogada, bo mi codziennie truje, że dzwonię tylko jak czegoś chcę. Cholera jasna, przecież jutro już 10 ty, tydzień do wyjazdu na ferie został, a nic nie załatwione. Może siostrę poproszę, a nie, już poprosiłam. Przecież ona z młodszym swoim w szpitalu, że też akurat teraz go ten wyrostek, wziąć musiał. Dobra, wolny dzień wezmę, odrobię jak już pojadą, czasu może trochę więcej wtedy będzie. Już ta godzina? Kiedy ja odpocznę w końcu. Które to woła? Pewnie Marysia, a tyle razy prosiłam, żebym na noc nie jadła tyle. No tak, znowu biegunka. Żeby tylko nie wirus, bo mi zasrają jak ostatnio, wszystkie komplety pościeli. Rany już po czwartej?! No to pospałam…

Kiedy za oknem skrada się zmrok, a w kamienicy naprzeciwko zaczynają opadać rolety, kładziemy się do łóżek. I zanim w końcu zmorzy nas upragniony sen, zdążymy ugotować jutrzejszy obiad, wywiesić zaległe pranie i kupić dzieciom nowe buty. Udaje nam się zaplanować, kolejne ekscytujące popołudnie z wyczekanym ukochanym i zapłacić rachunek za gaz i prąd. Bo my kobiety, nawet wtedy, nawet nocą, nie przestajemy zwalniać. I zanim wpadamy w końcu w objęcia Morfeusza, mamy już załatwione milion różnych spraw. Tych, które nie potrzebują odpoczynku.