Lifestyle

Jestem nauczycielem w czasach zarazy, tym samym, który miał czelność strajkować rok temu

Poli Ann
Poli Ann
2 maja 2020
Fot. iStock / mapodile
 

Jestem nauczycielem, tym samym który rok temu miał czelność strajkować i wyciągnąć rękę po więcej.

Jestem nauczycielem, który ma wakacje, kiedy Ty musisz pracować. Co za darmozjad, nie?

Jestem nauczycielem, który czasem wychodzi ze szkoły o 12.30 i ma już cały dzień dla siebie, bo przecież na pewno nie robi już nic.

Jestem nauczycielem, który uwziął się na Twoje dziecko i na pewno celowo postawił mu jedynkę.

Jestem nauczycielem, który będąc na kwarantannie, nudząc się zapewne śmiertelnie, postanowił  uprzykrzyć Ci życie i co i rusz zadaje Twojemu dziecku jakieś zadania. Co za bezczelność! Mało tego, ma śmiałość Ciebie jeszcze w to angażować. To już bezczelność do kwadratu!

Jestem nauczycielem, który przecież nic nie robi, wyśle kilka zadań i leży na kwarantannie brzuchem do góry podczas gdy Ty wypruwasz sobie żyły.

Jestem nauczycielem…tak mnie widzisz prawda? A próbowałeś spojrzeć na mnie z innej strony? Zajmę Ci chwilę i pokażę Ci bycie nauczycielem z mojej perspektywy. I nie będę narzekać jaka to jestem biedna, ojojoj. Ten tekst to nie licytacja kto ma gorzej. Porzuciłam pracę w korpo, bo po prostu lubię uczyć. Co więcej, jestem w tym dobra. Nawet bardzo. Mam kilka sukcesów na swoim koncie i uczniów, na których życie wpłynęłam na tyle, że wybrali te same studia co ja i do dnia dzisiejszego wysyłają życzenia z okazji moich imienin.

Jestem nauczycielem, który przed rokiem wyraził swoje niezadowolenie. Jestem wykształcona, kształtuję młodego człowieka, spędzam z nim czas, uczę go, chcąc nie chcąc wychowuję. Jestem psychologiem, pedagogiem, mediatorem, wychowawcą, opiekunem, pielęgniarką w jednym. Dlaczego nie mogę cieszyć się Twoim szacunkiem i dostawać za moją pracę godziwej zapłaty?

Jestem nauczycielem i owszem mam wakacje, ale kiedy Ty myślisz, że w czerwcowy piątek wychodzę z pracy na osiem tygodni to się grubo mylisz. Pracuję nad dokumentacją, siedzę na radach lub w komisjach rekrutacyjnych. Jestem pod telefonem, a w sierpniu przygotowuję egzaminy poprawkowe, jestem członkiem komisji maturalnych, przygotowuję salę, tworzę kolejne dokumenty i szkolę się, by jak najlepiej opiekować się Twoim dzieckiem.

Jestem nauczycielem, który czasem, jeśli plan pozwoli, szybciej kończy lekcje. Wtedy ma czas, by przygotować kolejne materiały, sprawdzić zeszyty, wypracowania, ćwiczenia, testy, kartkówki, opracować tematy na lekcję wychowawczą i sporządzić obowiązkową dokumentację. Szybsze wychodzenie z pracy odrabiam na radach i wywiadówkach, siedząc w szkole do późnego wieczora.

Jestem nauczycielem, który uczy kilkadziesiąt dzieci. Może i ponad setkę. Pamiętam ich imiona, charakter pisma, znam ich problemy o których Ty jako rodzic czasem nie masz pojęcia. I nie mam zwyczaju na nikogo się uwziąć. Zastanów się dlaczego Twoje dziecko tak mówi? Może się boi Twojej reakcji albo broni, bo po prostu czegoś nie rozumie? Może podczas lekcji rozrabiało i wstyd mu się do tego przyznać? A może Tobie tak najłatwiej rozwiązać problem zrzucając odpowiedzialność na mnie? Mam pod swoimi skrzydłami całą klasę, około trzydziestu wspaniałych dzieciaków, których muszę czegoś nauczyć, podczas gdy one rozmawiają, są zadumane, może głodne lub zmęczone. Albo zmartwione, bo właśnie bierzecie rozwód.

Jestem nauczycielem, który tak samo jak i Ty przebywa w domu na kwarantannie. Ma rodzinę, obowiązki służbowe i swoje problemy. Nikt nie zapytał to, czy ma odpowiedni sprzęt, dostęp do Internetu i kwalifikacje do prowadzenia zdalnych zajęć. Przecież nauczyciel ma to umieć, już, natychmiast. Pierwsze dwa tygodnie kwarantanny instalowałam programy (często płatne), ściągałam multibooki, brałam udział w wielu webinarach, szkoleniach online i konferencjach z dyrekcją, by zapewnić Twojemu dziecku jak najlepszą jakość nauczania biorąc pod uwagę Twoje, a nie moje ograniczenia. Mam jeden laptop, którym dzielę się z dzieckiem i każdego dnia się modlę, by nie padł po dwunastu godzinach pracy. Moje koleżanki mieszkające na wsi dopłacają do szybszego Internetu. Inne mają małe dzieci i nie uciekają na zwolnienie lekarskie lub opiekę, choć tak byłoby najłatwiej. Są odpowiedzialne i chcą nadal uczyć Twoje dziecko samemu się tego ucząc. Ja zdalnie przygotowuję do egzaminu ósmoklasisty niemal pięćdziesięcioro uczniów. Sprawdzam ich prace pisemne, wysyłam testy i martwię nie mniej niż oni. Sam zapis maili od moich podopiecznych lub ich rodziców (tylko z klas ósmych) zajmuje mi około dwóch godzin. Nie każdy ma Worda, dostaję więc pracę w pdf, rtc lub po prostu zdjęcia. Na nieedytowalnych plikach nie naniosę poprawek. Piszę je w innym dokumencie, co przy takiej ilości uczniów zajmuje ogrom czasu. A mam przecież jeszcze inne, młodsze klasy, których za nic w świecie nie chcę traktować z mniejszym zaangażowaniem.

Pracuję więc sporo. Więcej niż dotychczas. Może jak i Ty.

Jestem nauczycielem i mamą, i z własną pociechą też odrabiam lekcje. Obserwuję jak się rozwija, myśli, łączy fakty, głowi nad rozwiązaniem.

Jestem nauczycielem i być może Twoją sąsiadką. Nie musisz wypisywać na forach, że oto widziałeś mnie w sklepie, do którego poszłam, o litości, z własnym dzieckiem (które boi sie zostać samo w domu). Uszanuj moją prywatność! Czemu nie piszesz o innych, na przykład biegających namiętnie wbrew zaleceniom? Nie życzę sobie, byś komentował moje zachowanie, jeśli nie narusza ono w rażący sposób norm etycznych, których ja jako urzędznik państwowy  szczególnie muszę przestrzegać. O ile mi wiadomo, wyjście do osiedlowego sklepu (bo tylko do takich od ponad miesiąca chodzę, najrzadziej jak się da) do takich czynów nie należy.

Jestem nauczycielem i żoną. Mam życie osobiste i swoje problemy, podobnie jak Ty. Uczę, bo to moja praca. Takie mam obowiązki. I jako rodzic też pracuję ze swoim dzieckiem. I widzę ile rzeczy muszę robić z nim sama, a czym do tej pory zajmowała się szkoła, wyręczając nas – rodziców w wielu aspektach. To szkoła zapewniała edukację, zabawę, rozrywkę, wspomaganie i terapię. I opiekę często od świtu do późnego popołudnia.

Wiem, że czujesz się sfrustrowany. Może nawet już sobie nie radzisz w tej nowej rzeczywistości. Pamiętaj nauczyciel to też człowiek, często rodzic i doskonale wie, z czym zmagasz się każdego dnia. Nie jestem workiem treningowym, w który możesz walić bez opamiętania tylko po to, by sobie ulżyć.

Zanim więc wystosujesz do mnie maila pełnego złości strasząc dyrekcją, kuratorium czy ministrem edukacji, weź głęboki oddech, odłóż rękawice i przeczytaj ten tekst, a potem spójrz na swoje dziecko. Oboje chcemy jego dobra, Ty je kochasz, ja je uczę. Ja wykonuję moją pracę, w której Ty też możesz odnieść sukces, pomagając mi albo chociaż nie przeszkadzając i nie grożąc. Spójrz w lustro, zastanów się jak Ty możesz wpomóc swoje dziecko w tym przejściowym okresie, gdy mnie przy nim nie ma. I spróbuj docenić moją pracę, jeśli nie tą, którą wykonuję obecnie to chociaż tą sprzed kwarantanny, do której przecież kiedyś wrócimy. I nie narzekaj na obowiązek spędzania czasu z własnym dzieckiem. Przecież to nie kara! To Twoja latorośl. Kwarantannę potraktuj  jako kolejne doświadczenie. I nie zapomnij, że po drugiej stronie ekranu też jest człowiek.


Lifestyle

Tylko kobiety są w stanie walczyć do utraty tchu… Współczesne gladiatorki

Poli Ann
Poli Ann
3 maja 2020
Fot. iStock/bee32
 
Ursa musiała stoczyć wiele walk, by zasłużyć sobie na takie miano. I je stoczyła okupując to bólem, łzami i krwią. Tak naprawdę robi to wciąż. Nadal walczy i tak będzie już do końca jej dni, bo życie Ursy to ciągła arena, a los co chwila podtyka jej przeciwników. Groźnych, walecznych i bezwzględnych. Ona sama zaś dzielnie stawia im czoła, choć nie zawsze wygrywa. 

Gdyby żyła w starożytności należałaby do niewielkiej grupy gladiatorek, bo kobiet na arenach gladiatorskich nie było wiele. Nie zawsze mogły wystąpić. Wprowadzono nawet zakaz dla płci pięknej, a jeśli już tam stanęły jej przedstawicielki, było to nielegalne. 

Ursa o żadne pozwolenie nikogo się nie pytała ani nie prosiła. Walkę zaczęła sama. Nieuzbrojona, drobnej bardzo postury, urody nieprzeciętnej, o przenikliwym spojrzeniu piwnych oczu. Z zacięciem w ich wnętrzu, zaciśniętymi wargami i pięściami, choć w środku drżała ze strachu.

Kompletna zbroja gladiatorki nie pasowałaby na kobietę z wagą młodziutkiej dziewczyny. Może w hełmie byłoby jej do twarzy z rozwianymi aż do pasa blond włosami. Może nawet by nie uniosła miecza, włóczni, kolczugi ani tarczy. Ale do walki szła dumnie, prosto, zdecydowanie. Bez żadnych wątpliwości. Bez nagolennic, sztyletu i skórzanego płaszcza. Nie była też specjalnie wyszkolona, jak to działo się z prawdziwymi gladiatorami. Szła do walki, nie dla rozrywki. To los z niej zadrwił. Dla niej nieważna była publiczność, która wzniesionym lub opuszczonym kciukiem decydowała o czymś być albo nie być. Ona sama musiała wybrać i wygrać. Jej walka toczyła się o życie. Życie jej samej i jej najbliższych. 

Walka pierwsza 

Pierwszą areną była prywatna klinika. Piękna, nowoczesna, w centrum miasta, tak inna od dostojnego i klasycznego Koloseum. To tu Ursa zaczęła toczyć pierwsze boje. Robiła badania, chodziła na konsultacje, zmieniła tryb życia i dietę stosując się do wskazówek wybitnego profesora.

Chciała tylko zostać matką. Tylko i aż. Pragnęła doświadczyć tego, co było wpisane w jej naturę. Podążała za instynktem. Los jednak wykpił to marzenie. Potraktował jak barbarzyńcę i bez żadnych pytań wystawił na arenę, by przypadkowa publiczność obserwowała, jak się miota, pada i podnosi walcząc o utraconą kobiecość.

Z areny schodziła cała, pokłuta, słaba i poraniona. Czasem mdlała, ale zawsze do kliniki wracała dumnie, uparcie wierząc w wygraną. W końcu po wielu małych i bolesnych bojach los wskazał kciuk ku górze. Miała żyć i Ursa, i mała istota, o którą tak walczyła. 

Walka druga 

W starożytności kobiety walczyły do pierwszej krwi. Ursy walka zaczęła się dopiero, gdy ta krew się pojawiła. Wtedy to wzorem gladiatorów obiecała, że nie będzie się w tym boju oszczędzać.

Znów przypadkowa publiczność, tym razem zgromadzona na arenie szpitalnej, kiedy w kałuży krwi wieziono ją na patologię ciąży. Los skierował kciuk w dół. Ona cudem przeżyła, ale dziecko straciła, a sama miała walczyć o siebie przez wiele tygodni. 

Walka trzecia 

Ponownie klinika. Zamiast włóczni, tarcz, mieczy i sztyletów, strzykawki, wzierniki, szpatułki, igły, nożyczki, wenflony. Zamiast hełmu i nagolennic, niebieska włókninowa sukienka do połowy ud.

Areną łóżko, publiką personel szpitalny, który wspiera Ursę w walce. Codziennie pokazuje jej kciuk podniesiony do góry, zagrzewa do boju przez dziewięć długich miesięcy, a ona stacza każdego dnia mniejsze lub większe bitwy o utrzymanie ciąży. I w każdy kolejny wygrany tydzień triumfuje, choć po drodze przytrafiają się i krew, i łzy. I strach, że ponownie przegra. 

Zwycięstwo odnosi pewnego ranka o wschodzie słońca, gdy w końcu zmęczona do granic możliwości trzyma w ramionach małą, bezbronną istotkę. Ociera pot z czoła i już wie, że na kolejnej arenie, gdziekolwiek ona będzie, będzie dalej dzielnie walczyć o siebie, i małą aż do utraty tchu. 

Walka czwarta 

Ursa klęczy. Z jej piersi wydobywa się wycie. Nieludzki wręcz skowyt. Gdyby żyła w starożytności, taka poza oznaczałaby poddanie się losowi i gotowość na śmierć. Ursa cierpi tak bardzo, że chciałaby zniknąć i żeby ktoś ukrócił to cierpienie wbijając jej sztylet w serce, które już i tak rozpada się na milion kawałków. 

Grudki ziemi ściska w pięściach. Twarz mokra od łez, pasma włosów przylegają do twarzy. Płacz rozmywa makijaż tworząc czarne smugi na polikach niczym barwy wojenne. Ursa z trudem nabiera powietrza. Boli ją całe ciało, choć krwi tym razem dookoła nie ma. Boli tak jakby ktoś jej przebił serce na wskroś albo wyrwał je brutalnie z jej wątłej piersi. Areną jest cmentarz, tak dobrze jej znany.

Publika stojąca niczym czarna masa milczy przerażona tym, co widzi i słyszy. Jej krzykiem, rozpaczą i nagłą śmiercią niewinnego dziecka. Nie skanduje, nie zagrzewa do walki. Przygląda się Ursie gładzącej białą malutką trumienkę i powtarzającej imię córki. Nie podnosi ani nie opuszcza kciuków. Przedstawienie się kończy, gdy publika powoli odchodzi w ciszy, a Ursa zostaje sama. Na wpół przytomną podnosi ją z ziemi jej mężczyzna, wiedząc, że to tak naprawdę początek kolejnej walki. 

Walka piąta 

Słaba, zdruzgotana, nie poddaje się nadal. Ponownie sama dumnie wkracza na znaną już sobie arenę. W klinice publiczność znów dopinguje. Gdy Ursa pada na kolana, ta ją podnosi, skandując zagrzewające do walki hasła. Gladiatorka wstaje więc sama lub z pomocą.

Ponownie poddaje się badaniom. Egzystencję dostosowuje do walki, byleby wygrać. Po drodze zalicza kilka upadków, ale dzielnie walczy z losem nie zgadzając się na jego wyroki. Pół roku trwa to widowisko. Kończy się spektakularnym zwycięstwem i łzami, tym razem ze szczęścia. 

Walka szósta 

Ursa przez jakiś czas nie walczy. Skupia się na swoim triumfie, który rozwija się w jej łonie od kilku miesięcy. W końcu przez moment odczuwa wszechobecny spokój.

Arena wzywa ją w nocy. Od razu polała się krew. W oczy ponownie zajrzał strach, ale tym razem większy, bo już wiadomo jaką może przybrać postać. Ursa zaciska pięści. Choć słaba jest gotowa do boju o tę małą cząstkę siebie tak starannie wypielęgnowaną. Nie może trzymać jej w ramionach.

Pocięta nie jest w stanie do niej nawet wstać ani jej nakarmić. Powoli zbiera siły, które odtąd będą jej potrzebne. Dziecko jest słabe, bardzo chore. Ma małe szanse na przeżycie. Zwykłe choroby, które przechodzi zdrowy noworodek, są dla małej bardzo groźne. A źle wykształcona wątroba cały czas stawia jej życie na szali. 

Walka siódma 

Ursa wciąż jest na arenie. Każdego dnia i każdej nocy. Toczy bój o życie swojego skarbu, który pojawił się na świecie zbyt wcześnie. Gdy płuca odmawiają posłuszeństwa, maszyny wyrywają małą z objęć śmierci. Dziewczynka nieświadomie na arenie walczy razem z matką. Podłączona do miliona rurek, odżywiana przez sondę, co i rusz wkładana do inkubatora. Gdy stan się pogarsza, Ursa decyduje się nie tylko oddać córce krew, ale i część swojej wątroby. Gdyby trzeba by było, bez wahania oddałaby i serce. Przecież prawdziwy gladiator winien nie oszczędzać się w walce.

Ursa więc się nie oszczędza. Walczy o każdy samodzielny oddech małej, odruch ssania. Walczy wspólnie z nią i o nią nie zważając na trudy, ból i blizny. Publika skanduje i zagrzewa ją do boju. Kciuki uniesione ku górze. Mała Wiktoria występuje z Ursą na tej arenie długie miesiące. Jest wiele momentów osłabienia. Czasem Ursa jest bardzo zmęczona, szczególnie, gdy zwycięstwo jest w zasięgu ręki, a zwykła infekcja znów ciągnie Wiktorię na drugą stronę. Nigdy nie traci jednak nadziei. Znika z areny na chwilę, by dumnie pojawić się na niej ponownie. 

Walka ósma, dziewiąta itd. 

Całe dotychczasowe życie Ursy to pasmo bojów, bitew i walk mniejszych i większych. Areny się zmieniają. Szpital, przychodnia, SOR, Centrum Wczesnego Wspomagania Rozwoju, gabinet okulistyczny, hepatologiczny, sala terapii. Każdy dzień przynosi nowe wyzwania. Najpierw, by opuścić szpital i do niego nie wracać. By jeść normalnie, a nie przez sondę. By wypróżniać się jak inne dzieci. By unosić główkę, wodzić wzrokiem za przedmiotem, reagować na bodźce, nie spinać mięśni i niwelować tiki. By zacząć siadać, potem raczkować i postawić pierwszy krok. By umieć wyartykułować pierwsze sylaby i wyrazy. By nabrać odporności na choroby. Ursa poświęca się całkowicie.

Każdego dnia jest z Wiktorią u innego specjalisty, na innej terapii i zajęciach. Nie pracuje. Swój dzień podporządkowuje rytmowi dnia córki i jej potrzebom. O sobie samej przypomina sobie kilka miesięcy temu. Korzystając z pomocy najbliższych idzie biegać do lasu. Tu wypaca stres, złe emocje i smutek. Choć zmęczona, wraca naładowania energią na kolejny dzień walki o normalność Wiktorii. 

Ursa jest współczesną gladiatorką, ale równie dobrze mogłaby przenieść się do starożytności i tam toczyć boje. Ma z tamtym wojowniczkami mnóstwo wspólnego, różnią je jedynie broń i strój. Cała reszta mimo tak odległych czasoprzestrzeni jest taka sama.

Ursa walczy o życie swoje i dziecka dla rozrywki losu, który bawi się jej kosztem i wystawia ją na próbę. Ale jak na prawdziwą gladiatorkę przystało nie oszczędza sił, walczy śmiało i dumnie, raz po raz upadając na kolana, ale wciąż idąc do zwycięstwo. 


Lifestyle

Janek 1939/Janek 2019/Janek marzec 2020

Poli Ann
Poli Ann
10 kwietnia 2020
Fot. iStock

Janek 1939

Janek ma jasne włosy, duże niebieskie oczy i kilka piegów na nosie. Regularne rysy. Bardzo ładną buzię. Jako niemowlę zachwycał wszystkie ciotki i sąsiadki, aż mama do wózka przyczepiła mu czerwoną wstążkę, żeby jej dzieciaka nikt zauroczył.

Dziś Jaś ma 10 lat. Zaraz kończą się wakacje i trzeba będzie wrócić do szkoły. To będzie już czwarty oddział. Poważna sprawa. Janek jest jednym z najwyższych chłopców w klasie. Koledzy się go słuchają. Jest ich hersztem. Zwinny, szybki, silny i bystry. Warszawiak z dziada pradziada. Nawet cieszy się na powrót do ławy szkolnej. Uczy się bardzo dobrze, jest zdolny. Czuje radość pomieszaną z niepokojem. Tatuś ostatnio późnym wieczorem z innymi panami tylko o wybuchu wojny mówi. Twierdzi, że to kwestia czasu i że tak naprawdę stanie się to lada dzień. Jedni panowie mu wtórują, inni zaprzeczają twierdząc, że Hitlera Polska nie interesuje.

Janek natomiast ufa tacie i bardzo się obawia, czy tatko ma rację. Wieczorami myśli, jakby to było, gdyby wojna faktycznie wybuchła. Dziadek opowiadał, że ta pierwsza światowa była czymś okrutnym i że drugi raz nie chciałby tego przeżywać, choć wyjścia by nie miał jako żołnierz, patriota i prawy obywatel. Janek jest dumny, że takich ma mężczyzn dookoła. Odważnych, mądrych i walecznych. Już niedługo się przekona, czy odziedziczył po nich geny. Nie zasiądzie w szkolnej ławce. Szybko skończy mu się beztroskie dzieciństwo. Nie będzie już kopał z chłopakami w gałę, bo najlepsi kumple z podwórka okażą się wrogami. Nie będzie już zajadał leguminy z konfiturą wiśniową według receptury prababci Marianny ani nie będzie zasypiał spokojnie. Gdy rozpęta się piekło nauczy się spać w trybie czuwania, gotowy do obrony i ucieczki. Nauczy się tłumić głód i uśmiechać na zawołanie, by nie martwić mamy. Nauczy się kraść, by zaspokoić ssanie w żołądku i przynieść cokolwiek do domu. Dowie się jak pachnie proch strzelniczy, jak ciężka jest broń i jak wielki jest strach, gdy na ulicach szaleje łapanka. Pozna smak śmierci, gdy koledzy będą ginąć od zabłąkanych kul, gdy przyjaciół rodziny wezmą na Pawiak. Pozna jak dalece jest odważny jako łącznik powstania, jak szybki, gdy będzie uciekać przed Niemcami, jak posłuszny, gdy dostanie rozkazy i jak odporny, gdy będzie chować się wśród ciał. Wojna nauczy go wielu rzeczy. Pokierszowany fizycznie i psychicznie przeżyje, by rozpocząć nowe życie. Doceni to, co ma i będzie umiał cieszyć się każdym dniem. Zbyt wiele widział przedwczesnych śmierci i zawsze będzie powtarzał, że ma szczęście.

Janek 2019

Janek ma jasne, pofarbowane na błękit włosy, duże niebieskie oczy i kilka piegów na nosie. Regularne rysy. Bardzo ładną buzię. Jako niemowlę zachwycał na fejsie wszystkie mamy koleżanki, które zostawiały pod jego fotkami mnóstwo lajków.

Dziś ma 10 lat. Zaraz kończą się wakacje i trzeba będzie wrócić do szkoły. Nie chce mu się. To będzie już czwarta klasa. Pponoć poważna sprawa, ale Janek o tym nie myśli. Woli zdobywać kolejne poziomy w nowej grze na tablecie.

Janek jest jednym z najwyższych chłopców w klasie. Koledzy się go słuchają. Jest ich szefem. Sam założył im grupę na Messengerze, żeby mogli do siebie pisać i umawiać się na granie. Jest zwinny, szybki, silny i bystry. Warszawiak z dziada pradziada. Uczy się nieźle, jest zdolny. Mógłby jednak lepiej. Chodzi na tyle zajęć dodatkowych. Szermierka, basen, angielski, gitara, robotyka i karate. Bywa zmęczony.

Czuje radość pomieszaną z niepokojem. Tatuś ostatnio późnym wieczorem dużo się kłóci z mamą. Rozmawiają o rozwodzie. W sumie to wykrzykują i odgrażają sobie, z kim Janek będzie mieszkał.

Janek ufa i mamie, i tacie i tak bardzo się obawia, czy rodzice naprawdę się rozstaną. Wieczorem myśli, jak by to było, gdyby to się stało. Wojtek, jego najlepszy przyjaciel opowiadał, że rozwód to masakra i że drugi raz nie chciałby tego przeżywać, choć dziś przyjemniej dostaje po dwa prezenty i jak zrobi smutną minę to wszyscy mu ulegają. Janek kocha swoich rodziców, nie chce by się rozstali.

Już niedługo się przekona, że rozwód rodziców stanie się faktem. Skończy mu się beztroskie dzieciństwo. Będzie piłką jaką rodzice będą odbijać walcząc zaciekle. Nie będzie już wspólnych wakacji, bo mama i tata okażą się wrogami. Nie będzie już miał bardzo dobrego zachowania ani nie będzie zasypiał spokojnie. Gdy rozpęta się piekło rozprawy sądowej nauczy się tłumić złość, której nie raz da upust na długiej przerwie. Nauczy się uśmiechać na zawołanie, by nie martwić mamy. Nauczy się wykorzystywać swoją sytuację, by uniknąć kary. Szybko dowie się jak smakuje papieros i piwo, jak łatwo można komuś zniszczyć życie publikując coś na fejsie i jak wielki jest strach, gdy wyjdzie na jaw, kto wrzucił oszczerczy post. Pozna smak wstydu, gdy się okaże, że brał w tym udział. Pozna jak okrutny bywa świat wirtualny, gdy to on padnie ofiarą hejtu, jak szybko traci się kumpli dla kilku lajków, jak trudno znaleźć prawdziwą przyjaźń i miłość. Nauczy się wielu rzeczy. Pokierszowany przede wszystkim psychicznie upadnie wiele razy, by wstać i zacząć wszystko od nowa. Zmieni priorytety. Długo będzie się uczył doceniać to, co ma. Z trudem odetnie się od wirtualnej rzeczywistości, by żyć w tej realnej i uczyć się w tym szalonym pędzie dostrzegać szczęście.

Janek, marzec 2020

Janek ma jasne włosy, wakacyjny błękit już się zmył na szczęście. Jezu, jaka bura w szkole była o to. Tyle hałasu o nic!

Janek ma duże niebieskie oczy i kilka piegów na nosie. Regularne rysy. Bardzo ładną buzię. Jako niemowlę zachwycał na fejsie wszystkie mamy koleżanki, które zostawiały pod jego fotkami mnóstwo lajków. Po dziś dzień zresztą mama się nim chwali, zamieszcza zdjęcia z wypraw wakacyjnych, z jego treningów. Dumna jest.

Janek skończył niedawno 11 lat. Właśnie  skończyły się ferie zimowe i wrócił do szkoły. Nie bardzo mu się chciało. Fajnie się grało w ferie z kumplami w Minecrafta.  Jest w połowie czwartej klasy. Łatwo nie jest, ale żeby znów tak ciężko było to nie może powiedzieć. Mama tylko do lekcji ciągle go goni.

Dziś wrócił ze szkoły z takim uśmiechem na twarzy, że hej. Budę zamykają! I to na całe dwa tygodnie. Ale czad! Nauczyciele jakoś się nie cieszą. No tak, nie będą mogli ich męczyć. Ferie będą, ale super. Już umawia się się z chłopakami na wspólne granie.

W domu przy kolacji słyszy jak rodzice rozmawiają. W tle telewizor majaczy obrazem, a jakiś elegancki pan w garniturze informuje, że szkoły będą zamknięte do odwołania, że należy ograniczyć kontakty, że Polska musi zrobić sobie kwarantannę.

Janek, choć jest bardzo bystrym dzieckiem, nie do końca jeszcze rozumie te słowa. Mama już wie, że będzie pracować w domu, a tata będzie doglądał firmy i też będzie pracował internetowo. Całe dnie ich nie było w domu, a teraz nagle będą? Niesamowite. To chyba naprawdę coś poważnego.

Janek czuje radość pomieszaną z niepokojem. Fajnie, bo do szkoły chodzić nie trzeba, a i mama będzie w domu, i już obiecała, że codziennie będzie mu smażyć te pyszne pankejki. Niefajnie, że tata do pracy nie będzie chodził i większość innych ludzi też nie. Że ta kwaranatana będzie czy jakoś tak.

Faktycznie następnego dnia i przez kolejne Janek jest w domu z mamą. Nigdzie nie wychodzą, tata załatwia sprawunki i opowiada, jak to ludzie na kilogramy, litry, rolki, paczki wszystko ze sklepu wynoszą. A kolejki jak za stanu wojennego, cokolwiek to znaczy.

Janek ufa i mamie, i tacie, ale trochę się obawia tego, co będzie. Kina zamknięte. Jump city, pizzerie i galerie. Na urodziny do Tymka też nie pójdzie, bo wszelkie kluby dla dzieci też już nie działają. A szkoda, bo mu super koszulkę zamówił z mamą w internecie.

Póki co jest w domu i oczom, i uszom nie wierzy. Świat się zamyka, kurczy do jednego mieszkania i do kilku najbliższych osób. Z całą resztą ma kontakt telefoniczny i internetowy. Kraje się zamykają, ograniczają transport. Tata mu na mapie pokazywał te Włochy i Chiny. Jest dziwnie, tak bardzo cicho, spokojnie. Mama przestała powtarzać pospiesz się, nie mamy czasu. Odrabia z nim lekcje, czyta z nim książki. Tata trochę poddenerwowany, bo mówi, że jakieś akcje mu spadają. Ale Janek nie bardzo pojmuje o co chodzi.

Na razie tylko z wielkimi oczami ze zdziwienia obserwuje otaczający go świat. Jest taki sam, a jednak inny. Wszystko, co było pewne i stałe, własnie się zmienia. Mama mówi, że to wyjątkowy czas, że trzeba przeczekać. Więc Janek cierpliwie czeka. Najważniejsze, że mama i tata są obok. Że nikt już nigdzie nie pędzi, nie gna. Jest spokojnie. Są razem, zdrowi. Już niebawem zrozumie, że to najważniejsze wartości w życiu. Ma szczęście. Są ludzie, którzy nigdy do takiego wniosku nie byli w stanie dojść. On ma jedenaście wiosen i już to wie, jak po tym szalonym pędzie dostrzegać szczęście.