Lifestyle

Duma mnie rozpiera, gdy moje dziecko się ze mną nie zgadza

MamaM&M
MamaM&M
19 maja 2017
Fot. iStock / ideabug
 

„Niegrzeczny” – najbardziej pojemne stwierdzenie w słowniku rodziców. Co macie na myśli, mówiąc, że wasze dziecko jest niegrzeczne? Ja mam wiele synonimów, ale na pewno nie mówię tak wtedy, gdy syn ma inne zdanie niż ja.

Syn nie chce włożyć sandałów. Ma prawo. Nie chce dać buziaka babci. Ma prawo. Nie chce iść się kąpać. Ma prawo. Nie chce jeść obiadu. Ma prawo. Nie chce iść do żłobka. Ma prawo. Nie chce włożyć czapki. Ma prawo. Złości się, gdy długo jedziemy samochodem. Ma prawo.

Mój syn ma prawo pokazywać, co mu się podoba, na co ma ochotę, a czego w danym momencie nie chce. Ma też prawo płakać, złościć się i obrażać. Ja też się złoszczę, nie gadam z kimś, kto mnie zdenerwuje, nie chcę rano jechać do pracy. Mam prawo. Mam też swoje obowiązki, które często wygrywają z „widzimisię”.

Nie rozumiem, dlaczego rodzice określają swoje dzieci jako niegrzeczne w sytuacjach, kiedy syn lub córka pokazuje, że czegoś nie chce.

Pierwszy przykład: posiłki. Syn nie chce zjeść z nami tego, co przygotowaliśmy. Mówi: – Mamusia, nie będę dziś jadł obiadu. Pooglądam bajkę.

Nie robię awantury. Syn wie, że nie dostanie w zamian za obiad słodyczy, czy innych przekąsek. Dostanie wodę do picia i propozycję zjedzenia czegoś w porze kolacji. Moje dziecko ma 2,5 roku i dobrze wie, czy jest głodne, czy nie. Jeśli nie czuje głodu, nie zmuszam, nie wpycham łyżeczki ziemniaków za mamę, tatę, babcię i ciotkę z Krakowa. Jest zdrowym chłopcem, nie wygląda na zabiedzonego, ma dużo energii. Widać, że nie jest głodzony i niedożywiony. Nie chcę, aby posiłek był tylko smutnym obowiązkiem i kojarzył się z: „będziesz siedział przy stole tak długo, aż wszystkiego nie zjesz”. Staram się przygotowywać posiłki w taki sposób, aby nie grzebać synowi w talerzu i mówić, że ziemniaków to już wystarczy, chleba też już wystarczy, a najlepiej „zjedz teraz surówkę”. Nie szantażuję syna, że dostanie mięso, jak zje warzywa, albo dostanie deser, jak zje grochówkę. Nie zmuszam do jedzenia absolutnie niczego. Sama nie lubię oliwek i śledzi i chyba tylko wielodniowy głód sprawiłby, że mogłabym te dwie rzeczy włożyć do ust. Proponuję i zachęcam, staram się wzbudzać ciekawość. I takim sposobem było już próbowanie: czosnku, oliwek, chrzanu łyżeczką ze słoika, oliwy z oliwek prosto z butelki, mrożonej kiełbasy, wszelkiej maści owoców i warzyw na surowo (w tym cebuli, którą syn jadł jak jabłko). Nie zabraniam grzebać w garach, tłumaczę, czego nie wolno jeść na surowo.

Drugi przykład: powitania. „Nie musisz się z każdym całować i przytulać. Po prostu powiedz: dzień dobry/do widzenia” – tak zachęcam syna do powitań i pożegnań, kiedy ewidentnie nie chce przybić piątki z wujkiem, ciocią czy nawet babcią.

Zazwyczaj nie ma problemu nawet przy kontaktach z obcymi, ale zdarza się, że, słysząc: „choć ciocia da buziaka”, mój syn chwyta moją nogę i nie puszcza przez kolejne długie minuty.

Nie rozumiem, dlaczego rodzice na siłę każą swoim dzieciom przytulać się do innych. Mam wrażenie (może czyta to ktoś z wiedzą fachową i coś na ten temat doda w komentarzu), że w ten sposób robimy swoim dzieciom krzywdę. Dziś chłopiec lub dziewczynka przytula się, mimo swojego sprzeciwu, do wujka Zenka, cioci Gabrysi i mama chwali, że tak właśnie zachowują się „grzeczne” dzieci, choć dziecko ma łzy w oczach. Za kilka lat to kolega/koleżanka/nauczyciel/sąsiad/ojczym/tata/obcy człowiek widziany pierwszy raz w życiu będzie na siłę przytulał, wkładał ręce w majtki, a dziecko w głowie będzie miało zakodowane, że tak trzeba i nawet mama po wszystkim pochwali, że się nie sprzeciwiło to nasze maleństwo. Zamiast uczyć dziecko, że jego ciało jest wyłącznie jego własnością, wpychamy je na siłę w objęcia innych ludzi, załamujemy poczucie bezpieczeństwa i wmawiamy, że „tak trzeba”. Pękam z dumy, kiedy na hasło: „choć ciocia przytuli”, mój syn odpowiada: „żółwika zrobimy”. Czuję, że dobrze spełniam swoją misję. Wiem, że wychowuję świadomego syna i będę mogła być spokojna o jego bezpieczeństwo, jeśli nadal będę postępować tak, jak teraz. Nie interesuje mnie, co powiedzą inne osoby. Moje dziecko ma prawo nie chcieć się do nikogo przytulać, a już tym bardziej ma prawo nie chcieć, aby ktokolwiek je całował.

Trzeci przykład: „nie lubię cię”. Ile razy pomyślałaś/pomyśłałeś, będąc zdenerwowanym na drugą osobę: nie lubię cię (że o „nienawidzę cię” nie wspomnę)? Twoje dziecko też ma prawo do emocji.

Fot. iStock / ideabug

Fot. iStock / ideabug

Jeśli sam, rodzicu, rzucasz talerzami, jeśli uderzasz ręką w stół, jeśli tupiesz, jeśli krzyczysz na partnera, dzieci, sąsiada, psa, kota, twoje dziecko będzie robić tak samo. Jesteśmy wzorem (raz lepszym, raz gorszym), a nasze dzieci są naszymi kopiami. Jeśli ty masz prawo się denerwować, jeśli masz prawo powiedzieć po odłożeniu słuchawki: „bujaj się”, twoje dziecko ma prawo powiedzieć tobie, babci, koledze, koleżance: „nie lubię cię”. Zdarza mi się nakrzyczeć na syna. Niemal za każdym razem moje dwuletnie dziecko odpowiada: „Nu nu, mama. Nie wolno krzyczeć. Tłumacz, nie krzycz”. I kiedy on się złości, kiedy rzuca zabawkami, kiedy się wścieka bo mu nie pozwoliliśmy na to, na co miał ochotę, ja też mówię: „nie krzycz, tłumacz, dlaczego się złościsz”. Zamiast strofować dziecko przy innych za powiedzenie „nie lubię cię”, zapytaj, skąd takie słowa. Zapytaj w cztery oczy, weź dziecko na bok i słuchaj, co ma ci do powiedzenia.

Przykłady można mnożyć. Ja cieszę się jak Azor do pełnej miski, gdy mój syn jasno pokazuje, że ma inne zdanie.

Nie chcę, żeby płynął z prądem, bo z prądem płyną tylko zdechłe ryby. Chcę, żeby był świadomy swoich oczekiwań, pragnień, potrzeb. Żeby umiał mówić o emocjach, żeby umiał sobie z nimi radzić, żeby był wyjątkowy, a nie „jak wszyscy”. Chcę, żeby wiedział, że ma prawo żyć tak, jak sobie wymyśli, ma prawo o tym mówić i ma prawo przeciwstawiać się, jeśli coś sprawia, że jego poczucie komfortu jest zaburzone.

To nie znaczy, że wolno mu wszystko, że wolno mu krzywdzić innych, nie stosować się do zasad obowiązujących tam, gdzie akurat się znajduje, że nie wyznaczamy z mężem jakichś granic. Syn wie, że może pytać, dlaczego spać idzie, gdy jest „ta godzina”, dlaczego śpi w swoim pokoju, dlaczego podczas posiłku siedzi w swoim krzesełku i ma prawo do uzyskania wyczerpującej odpowiedzi – choćby pytał kilka razy dziennie o to samo… No i wie, że może próbować z nami negocjować… 😉

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉

Fot. iStock / ideabug

Fot. iStock / ideabug

 


Lifestyle

Słyszysz: „to rak” i… w głowie masz pusto

MamaM&M
MamaM&M
8 czerwca 2017
pixebay.com/jarmoluk
 

Żyjemy z rakiem pod jednym dachem od dawna. Od tygodnia wiemy o jego istnieniu. Niechciany lokator, którego nienawidzimy i jednocześnie musimy szanować. 

 

Czasami zastanawiałam się, co myśli człowiek, który dowiaduje się, że jest poważnie chory, jak reagują jego najbliżsi, mąż, żona, rodzice, dzieci, przyjaciele. Przyszło mi się zmierzyć z diagnozą: „to rak”… i w pierwszej chwili nie myślałam o niczym.

 

Tak jak spodziewałam się, że wyniki badań mojego męża mogą nie być dobre, tak samo odsuwałam od siebie myśl, że to może być nowotwór złośliwy. Wszystkie wyniki przed operacją były dobre, sama operacja również przebiegła bez komplikacji, mąż wrócił do formy bardzo szybko. Czekaliśmy tylko na wynik histopatologii, żeby zamknąć rozdział naszego życia pod tytułem: „Choroba”.

 

Poniedziałek, przedpołudnie, mąż właśnie miał wrócić po rekonwalescencji do pracy, ale termin odbioru wyniku sprawił, że musiał wziąć dodatkowy dzień urlopu. Ja jestem w pracy, dzwoni telefon, odbieram i słyszę: „to jednak jest rak”.

Nie pamiętam, żeby kiedyś zrobiło mi się tak niedobrze, spociły mi się ręce, nie wiedziałam, co powiedzieć. Zdołałam wydusić z siebie tylko krótkie: „wracaj bezpiecznie”… Płakałam przez całą drogę powrotną do domu, płakałam całą noc – jedną, drugą, trzecią. Rozmawialiśmy z mężem, szybko ogarnęliśmy sprawy dalszego leczenia.

Pomyślałam sobie w ten cholerny poniedziałek: „gdzie ty, Ewka, widziałaś do tej pory problemy, co nazywałaś problemem, mąż cię wkurzał, miałaś go dość? To teraz sobie wyobraź, po jak cienkiej linie razem idziecie i nad jak wysoką przepaścią. Chrzań wszystko. Życie jest ważne, życie razem jest ważne. Reszta sie jakoś zorganizuje”.

 

I w takim przekonaniu żyłam dwa, może trzy dni. A teraz? A teraz jest życie, jest codzienność, są dzieci, jest pies sikający na nowe panele i jakieś drobne i grube sprawy do ogarnięcia. Wstajemy rano, jedziemy do pracy, odwozimy dzieci do żłobka. Żyjemy dalej, czekamy na kolejne wyniki badań, na kolejne konsultacje, wyjazdy na drugi koniec Polski. Czy coś planujemy? Jutrzejszy obiad, najbliższy weekend, urodziny mamy i prezent na nadchodzący roczek kuzynostwa. Nie myślimy o wakacjach, choć nie wyobrażamy sobie, że możemy je spędzić inaczej niż razem.

 

Co się zmieniło? Posługujemy się pojęciami medycznymi, jakby to było słownictwo wyssane z mlekiem matki. Tłumaczymy znajomym, jak będzie wyglądało leczenie, czego można się spodziewać, co jest niewiadomą, Pamiętamy, że gdzieś tam w lipcu czeka nas wyjazd na Śląsk, że konieczne jest dalsze leczenie i że będą kolejne badania i kolejne wyniki.

 

Czego się nauczyłam? Że nie jesteśmy nieśmiertelni, że mamy po 30 lat, ale to nic nie zmienia. Bo chorują dzieci, osoby starsze i 30-latkowie też. I nauczyłam się jeszcze, że człowiek żyje do śmierci. Nigdy inaczej.

 

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉

 


Lifestyle

Najgorszy moment to ten, gdy uświadamiamy sobie, że nikt nie jest nam dany raz na zawsze

MamaM&M
MamaM&M
28 kwietnia 2017
Jacek Korzeniewski Fotografia

Kiedyś usłyszałam słowa, że stratę męża/partnera przeżywa się bardziej niż utratę dziecka. Bo dziecka się nie wybiera, bo ma się świadomość, że dziecko jest na chwilę, a męża/partnera wybiera się z założenia na całe życie. Swoje życie, nie jego.
Jak prawdziwe i „moje” są to słowa, przekonałam się ostatnio. Od razu uprzedzam, że to nie będzie tekst ani łatwy, ani przyjemny, ale, jak zawsze, mój.

Narodziny drugiego dziecka, w przeciwieństwie do pierwszego, były przeze mnie wyczekiwane. Chciałam, żeby drugi syn był już z nami. Bałam się jak cholera, czy dam radę ogarnąć rzeczywistość z 22-miesięcznym, absorbującym całą naszą uwagę bąblem i noworodkiem, któremu trzeba poświęcić czas przynajmniej na karmienie, przewijanie i usypianie, ale też chciałam już przytulić kopiące mnie w żebra ruchliwe zło. Po powrocie do domu starszy syn okazał się niezwykle dzielnym małym człowiekiem. Choć cała sytuacja z „intruzem” w pierwszych godzinach zdecydowanie go przerosła, bo chciał mieć mamę po 5 dniach nieobecności tylko dla siebie, w kolejnych dobach spokojnie skracał dystans. Niestety po tygodniu nasz starszak zachorował. Konieczna była hospitalizacja.

Jak jeszcze dziś o tym myślę, mam łzy w oczach. Ponieważ karmienie piersią jest dla mnie priorytetem, nie było możliwości, abym została ze starszym synem w szpitalu. Została babcia – niezastąpiona pomoc. Przy wsparciu mojej bratowej zajmowała się wnukiem i spędziła z nim całe długie 10 dni w szpitalnej sali z przerwą na weekend, kiedy to tata nie musiał pracować.

Ten smutny wzrok, mój syn z podkrążonymi oczami, bladą skórą, patrzący na mnie przez łzy i mówiący: „Babcia, zostaw. Mama zostanie z Markiem” wrył mi się tak głęboko w pamięć, że boli jakby to działo się teraz. A mama mogła zostać tylko na chwilę, bo szpital w sąsiednim mieście, a w domu noworodek, którego trzeba znowu nakarmić. Myślałam, że oszaleję z bezsilności, z żalu, a dodatkowo tydzień po cesarskim cięciu nie mogłam nawet wziąć syna na ręce i przytulić mocno. Wtedy myślałam, że nie można przeżywać nic gorszego niż strach o własne dziecko. Aż do pewnego popołudnia.

Mąż wrócił do domu później, ponieważ jego firma organizowała pracownikom badania USG. Robiłam obiad. Kilka miesięcy wcześniej ta sama firma organizowała rozszerzone badania krwi. Wyniki mąż miał dobre, można powiedzieć, że książkowe, więc USG potraktowałam jako oczywistą konieczność – coś jest za darmo, to czemu nie skorzystać. Okazało się, że USG nie było tylko sprawdzeniem, że mąż jest zdrowy.

„Okazało się, że coś tam mam” – mąż, jak zwykle, lakonicznie zakomunikował, co miał do zakomunikowania. Kiedy przeczytałam wyniki, zdałam sobie sprawę, że te moje 2 metry szczęścia nie są mi dane tak na pewno na zawsze. Jak człowiek słyszy słowo „guz”, to od razu ma w głowie najczarniejsze myśli. Wieczorem stałam pod prysznicem i ryczałam jak bóbr. Nie jestem przesądna i nie uważam, że nie wolno myśleć i zakładać najgorszego, bo to się spełni. Uważam, że lepiej zakładać najgorsze i potem po prostu być pozytywnie zaskoczonym.

Jak działa publiczna służba zdrowia, każdy chyba wie. Wiadomo było, że w kolejce nikt, kogo stać, czekać nie będzie i sam sobie zapewni leczenie. To popołudnie to były telefony, telefony, telefony. Szybki research i wiedziałam, jak wyglądają terminy w przychodniach w połowie województwa. A potem już prywatne wizyty: lekarz specjalista, biopsja i oczekiwanie na wynik.

I ciągle ta myśl z tyłu głowy, że może nas czeka najgorsze, że jak te guzy okażą się złośliwe, to będzie prawdziwy rock and roll. Bo w domu małe dzieci, ale najważniejszy jest teraz mój mąż. Bo ja bez niego nie umiem funkcjonować. I nie jest to uzależnienie i ubezwłasnowolnienie. Ja sobie doskonale w życiu radzę, zarabiam, to ja organizuję dom i to ja „inwestuję” to, co zarabiamy razem. Organizuję też wiele innych rzeczy poza domem, mam wielu znajomych, najlepszych przyjaciół pod słońcem. Mogę funkcjonować jako osobna jednostka i nawet funkcjonuję całkiem nieźle. Tylko tym moim azylem jest mój mąż. Tak, kilka razy w miesiącu myślę o tym, czy, jak go w ogrodzie zakopię z workiem wapna, to mnie posadzą i ewentualnie na jak długo (i czy będę musiała odsiedzieć wyrok z dziećmi, czy jednak będę miała święty spokój). Tak, kilka razy w roku mam ochotę go udusić lub wepchnąć pod samochód na spacerze. Ale jak jestem zmęczona po pracy, jak jestem zmęczona dziećmi, jak mam zły dzień, albo jak coś mi się uda, to właśnie mój mąż jest tym moim azylem, to w jego ramionach się chowam, aby się wypłakać albo żeby się podzielić swoją radością.

I choć wszyscy wkoło mówili, że przecież musi być dobrze, że na pewno wszystko dobrze się skończy, to ta myśl z tyłu głowy, że jednak coś może pójść inaczej, niż zakładamy, nie dawała się wygonić. Bo codziennie widzę, jak na nowotwory umierają dzieci, nawet takie kilkumiesięczne, więc fakt, że mój mąż jest młodym, wyglądającym zdrowo mężczyzną, nie był na tyle przekonujący, aby mnie zupełnie uspokoić.

I tego płaczu pod prysznicem było codziennie dużo. Jedna rzecz tylko mnie uspokajała bardziej niż inne. Bo ja z tym moim mężem spędzam tyle czasu, ile tylko mogę. Wprawdzie czasem ja przed jednym monitorem, on przed drugim, ale obok siebie. Przeżywamy to nasze życie na 100% i ile się da ze sobą, jednocześnie nie rezygnując z realizowania swoich pasji.

I w dniu imienin mąż otrzymał wyniki. I się okazało, że wprawdzie jasno jeszcze nie jest, ale nie jest już ciemno, bo to nie nowotwór, bo z tym da się żyć. I ja już wiem, że sama myśl o tym, że mogę stracić męża jest dla mnie niewyobrażalnym ciężarem.

Ta cała sytuacja nauczyła mnie jednego. Wiem, że niczego nie żałuję. To najlepsze uczucie na świecie…

Tekst powstał pięć miesięcy temu… Dziś jest już po operacji. Jeszcze nie znamy wyników badań, ale już możemy bać się mniej. Co się czuje pod salą operacyjną? Współczuję każdemu, kto musiał to czuć. Nie rozumiem, jak można pod tę salę ukochanej osoby nie odprowadzić i pod tą salą nie czekać…