Lifestyle

„Drogi pamiętniczku…”. Dlaczego warto wrócić do prowadzenia dziennika?

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
8 lipca 2016
fot.iStock/wundervisuals
 

Były różowe i zamykane na kłódkę. Kiedyś skrywały wszystkie sekrety naszego nastoletniego życia, dziś są sentymentalną podróżą do czasów, kiedy było prościej – przynajmniej z perspektywy czasu. Pamiętniki i dzienniki zostały brutalnie wyparte przez blogi i vlogi, dzięki którym współcześnie dokumentujemy codzienne życie. Paradoks polega na tym, że kiedyś nikt nie mógł czytać naszych zapisków, aktualnie chcemy, by czytało je jak najwięcej osób. Dlatego zamiast prowadzić kolejnego bloga, kup zeszyt i zacznij prowadzić dziennik!

Darmowa psychoterapia

Z założenia w dzienniku zapiski powinny pojawiać się każdego dnia. Wiadomo jednak, że nie zawsze możemy znaleźć na to czas. Pomimo tego – warto. Zastanawiałyście się dlaczego wiele bohaterek filmów zapisuje swoje myśli do pięknych, ozdobnych zeszytów? Powodów jest kilka. Najważniejszy, powtarzany przez terapeutów to ten, że dziennik sam w sobie może być świetną terapią. Czasami mamy problem z otworzeniem się przed obcą osobą, wtedy z pomocą przychodzi papier. Możesz pisać cokolwiek chcesz, 24 godziny i siedem dni w tygodniu. W dzienniku możesz zapisać wszystko to, co bałabyś się powiedzieć na głos. Psychologowie przekonują, że ta metoda pozwala pozbyć się toksycznych uczuć i emocji znacznie szybciej.

Koniec zapominania!

Życie pełne jest niespodzianek i przegapionych lekcji, które daje nam los. Bardzo szybko zapominamy o tym, co wydarzyło się kilka dni temu, nawet jeżeli miało nas nauczyć czegoś bardzo pożytecznego. Życie biegnie przecież dalej, a my mamy na głowie tysiące ważnych spraw, których nie możemy przenieść na później. Gdybyś codziennie zapisywała najważniejsze wydarzenie, istnieje duża szansa, że lepiej byś je zapamiętała, a sięgając po pamiętnik za kilka dni czy tygodni, mogłabyś na spokojnie przyjrzeć się sprawie i wyciągnąć z niej wnioski. Wartość zapisków może być niezwykła, szczególnie gdy chodzi o najbliższych, których nie ma już z nami. Bardzo wiele osób boi się, że z czasem zapomni szczegółów czy ważnych wydarzeń z życia zmarłych. Dzięki zapiskom nie ma na to szans.

Automatyczne odstresowanie

Pisanie może się okazać doskonałym sposobem na odstresowanie. Żyjemy w ciągłym biegu, nie mając czasu dla siebie. Wydzielenie nawet piętnastu minut dziennie na zanotowanie wydarzeń czy przemyśleń z całego dnia pozwala nam się skupić tylko i wyłącznie na jednej czynności. Pisząc odręcznie twoje ciało się uspokaja – oddech zwalnia, a następnie sam się normuje. Gdy skupiasz się na kartce papieru i długopisie, liczą się tylko one i twoje myśli. Nie rozpraszaj się głośną muzyką, wybierz tą spokojną lub zupełną ciszę, ona wpłynie na ciebie najlepiej. Możesz być naprawdę zdziwiona, jak te kilkanaście minut ciszy i skupienia na samej sobie wpłynie na wyciszenie! Kiedy raz spróbujesz, będziesz chciała więcej i więcej!

fot. iStock/Lorraine Boogich

fot. iStock/Lorraine Boogich

Kreatywność poza kontrolą

Pracując kreatywnie, potrzeba ci zupełnego resetu mózgu. Pierwszą, zalecaną przez naukowców rzeczą jest półgodzinna drzemka. Inną wersją zresetowania jest zapisywanie wszystkiego, co gdzieś błądzi po twojej głowie. Za każdym razem, gdy pojawia się problem, zapisz go na kartce papieru. Może to brzmieć banalnie, ale wtedy twój mózg przekształca go w „misję do rozwiązania” i nie rozpamiętuje ciągle tego samego.
Dzienniki same w sobie są doskonałym miejscem na ćwiczenie swojej kreatywności. Nie tylko możesz zapisywać pomysły, które wpadają ci do głowy w środku nocy. Będąc sam na sam ze swoją głową, łatwiej nam uwolnić tysiące pomysłów na dobry biznes czy świetną książkę.

Sukcesy i porażki w jednym miejscu

Pisząc dziennik tworzysz autobiografie tylko dla siebie. Wracając do stert zeszytów za kilka lat, będziesz mogła swobodnie płakać, śmiać się, ale i być dumna z miejsca, w którym jesteś. Na co dzień nie widzimy postępu, jaki popełniamy idąc małymi kroczkami. Do koła wszystko biegnie zbyt szybko, żeby pozwolić nam się skupić na tych drobnych rzeczach. Zapisując każdy dzień lub każdy krok w drodze do celu, gdy już do niego dotrzesz, będziesz mogła przebyć całą drogę raz jeszcze – tym razem w o wiele krótszym czasie, z odpowiednim dystansem do sprawy. I co najważniejsze, wyciągnąć dobre wnioski, zaraz przed podziękowaniem samej sobie, że się nie poddałaś. Warto poświęcić parę chwil dziennie, by w pewnym momencie się zatrzymać i podziwiać czytając swoje słowa.


Lifestyle

„Kobiety łatwiej rezygnują z miłości. Takie jest moje zdanie”. Męskim okiem

Listy do redakcji
Listy do redakcji
8 lipca 2016
Fot. iStock / themacx
 

A czy przypadkiem nie jest tak, że to wy kobiety łatwiej rezygnujecie z miłości, ze związku? Już widzę te głosy oburzenia, że tak, odezwał się facet. Ale czy nie mam jednak trochę racji. Zdobądźcie się na trochę krytycyzmu, to nie boli.

Znam wiele par, które się rozstały, są po rozwodach. I kiedy o tym myślę, to kobiety były przyczynkiem tych rozstań. To one zniecierpliwione, zniechęcone odpuszczały. Mówiły: „Już nie mogę z nim wytrzymać”.

Tak mówicie na koniec, a z drugiej strony non stop słyszę, że powinniśmy się zmieniać, pracować nad sobą, że związek to stawanie się lepszym dla tej drugiej osoby, tiaaa. A czy wy stajecie się lepsze? Tak serio pytam. Z ręką na sercu, która z was mówiła, że stała się lepsza dla swojego faceta. Nie że się poświęcała, dała całą siebie i tak dalej. Tylko czy sama była lepsza. Nie chłodna, oschła, w ciągłym fochu na wszystko, co facet robi.

Dlaczego o tym do was piszę? Bo byłem w takim związku. W związku, w którym moja partnerka była dla mnie doskonałą kobietą. Ze swoimi wadami, które poznałem po czasie, ale które starałam się zrozumieć i zaakceptować. Tyle tylko, że z dnia na dzień, po kilku latach okazało się, że to ja jestem ten najgorszy. To ja jestem ten, co się nie stara, co nie mówi, że kocha, że mu nie zależy. Byłem w szoku, bo jakoś nigdy wcześniej tego nie słyszałem. Ona nigdy mi nie powiedziała: „jest mi źle, postaraj się bardziej”. Nigdy – przysięgam. Ja pracowałem, ona urodziła syna i była z nim w domu. Nie musiała wracać do pracy za szybko, z czego – przynajmniej tak mi się wydawało – chętnie skorzystała, żeby później mi wyrzygać, że dusi się w tym związku i że ja nie dałem jej szans rozwoju.

Byłem w szoku. No bo jak? Skąd niby miałem wiedzieć, że ona tak się czuła, że chciała czegoś innego? Widziałem tylko, że jest nerwowa, że traci cierpliwość, że nie chce się jej nawet ze mną gadać. Gdy pytałem, co się dzieje, padało, że jest zmęczona albo, że boli ją głowa. I okej, przyjmowałem do wiadomości. Proponowałem wyjazd, wyjście do kina, na kolację – ale ona wiecznie z fochem, że ja tylko myślę o przyjemnościach, a kto zajmie się dzieckiem, zrobi obiad, zakupy.

Kupowałem jej kwiaty, które w szale jej złości lądowały w śmietniku. Krzyczała: „Kwiatami chcesz wszystko załatwić”, a gdy pytałem jakie „wszystko” ma na myśli, wpadała we wściekłość. I dalej nic nie wiedziałem.

Dobra, ja wiem, że bywają różni faceci. Że są ci, którzy zdradzają i ci którzy biją, o tych mówicie najchętniej. Ale co z tymi, którym zależy? A którzy nie mają pojęcia jak się odnaleźć w waszych oczekiwaniach i potrzebach. My, to nawet nie wiemy, jakie te potrzeby są, bo, wiem – pojadę stereotypem – „mamy się domyśleć”. A co  jeśli nie potrafimy? Wtedy stawiacie na głowie cały świat, rzucacie ciuchami, walizkami i każecie się wyprowadzić. Bo nie domyśliłem się, że tobie jest źle.

A przecież ty tylko mówiłaś, że boli cię głowa. I ja leciałem do apteki, żeby zobaczyć w efekcie twoją w sarkazmie wykrzywioną twarz, kiedy dawałem ci tabletkę.

Wiecie, jak się czuje taki mężczyzna? Czuje się jak nabity w butelkę, szydzi z niego kobieta, a on nie ma pojęcia, co jest źródłem tego szyderstwa. Gdy próbuje pytać, dostaje ochłap w postaci: „i ty jeszcze się pytasz?”. A on nie wie, czy coś źle zrobił, czy powiedział coś nie tak. Albo właśnie – się nie domyślił.

I tak, facet taki jak ja bywa zmęczony. Bo pracuje, bo kurde no stara się, jak może, żeby było bezpiecznie, miło i żeby tych problemów bywało jak najmniej. I kiedy słyszy, że za dużo pracuje, że ogranicza niezależność partnerki, to powiem wam – naprawdę jest w szoku. Bo kompletnie nie wie, jak ma się zachować, co zrobić. Ja schodziłem mojej partnerce z drogi. Wolałem się odsunąć, niż co chwilę słyszeć, co robię źle… Albo ten jej ton w głosie – na zasadzie „jeszcze tu jesteś? Weź lepiej wyjdź”. No to odsuwałem się, nie chciałem jej nawet dotykać, bo wtedy padało: „przestań, nie lubię jak tak robisz”. A kiedyś lubiła. Nie mówiła mi nigdy wcześniej, że nie chce, żeby ją całować po szyi, a nagle zaczęło jej to przeszkadzać.

Myślałem, że jej przejdzie, że może to jakiś tam trudny czas. Kryzys w związku – w końcu wszyscy o nim mówią, nas musiał dopaść. Przeczekam i wszystko wróci do normy. Ale nie wracało. Co to za przyjemność wracać do domu, do wiecznie skrzywionej kobiety, której właściwie nic nie cieszy. Mógłby stanąć na głowie, tańczyć na golasa, a ona i tak by stwierdziła, żebym no naprawdę przestał się wydurniać.

I co facet na moim miejscu miał zrobić? Powiedzcie? Wyjazd na weekend – źle, bo dziecko. Wyjście do kina – nie bo zmęczona. Jak już udało mi się ja wyciągnąć na kolację, było super, ale tylko na chwilę. Później wszystko wracało do normy. Każdą moją próbę rozmowy odbierała jako atak.

I wiecie, odpuściłem. Stwierdziłem, że nic na siłę. Przecież nie mogę jej non stop udowadniać, że ją kocham, że mi na niej zależy, skoro ona sama miała to w głębokim poważaniu.

Aż w końcu powiedziała: „musimy się rozstać, tak dłużej nie można”. A ja do dzisiaj nie wiem, co było powodem. Wiem, że ona mnie obarczyła za wszystkie swoje nieszczęścia, za porażki życiowe, powiedziała, że gdyby nie ja, to byłaby gdzieś o wiele dalej. Był jeszcze moment, kiedy próbowałem ją zrozumieć, spytać. Proponowałem terapię. Usłyszałem, że to już za późno, że to niczego nie zmieni.

Odeszła. Nie wiem, czy dzisiaj jest szczęśliwa, i chyba mnie to już nie obchodzi. Widujemy się ze względu na syna. Gdzieś w drzwiach.

I wiecie, długo próbowałem zrozumieć, o co tu chodzi. Czytam te teksty, te wasze pretensje i żale, które czasami są w komentarzach. Część z nich rozumiem. Może nie do końca, ale chociaż się staram. Ale zawsze w głowie kotłuje mi się – a co z wami, jak wy się starałyście, żeby ten facet był w związku szczęśliwy, żeby mógł was zrozumieć. Wy z góry zakładacie, że to my jesteśmy ci źli, a wy macie prawo do własnego szczęścia. I jasne, że macie, ale czemu nie z nami? Naprawdę, większość z nas nie jest wcale taka najgorsza… I gdyby nie wy, są faceci, którzy nigdy by  nie odeszli, sami z siebie nie zakończyliby związku z kobietą, którą kochają. Tak, dla nas jest wszystko prostsze, nie komplikujemy sobie jasnych spraw. I nie odchodzimy dlatego, że coś przestało nam pasować, gdzie tego „coś” nie umiemy nawet określić. Tym się różnimy, niestety.


Lifestyle

Domowy vintage… Co warto wykraść z szafy babci i mamy

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
8 lipca 2016
fot. iStock/freemixer

Wszystko zaczęło się bardzo niewinne. Było zimowe popołudnie, z serii tych pachnących zupą pomidorową i sernikiem. Za oknem minusowa temperatura i mróz, który dawał się we znaki nawet w babcinym mieszkaniu. Pewnie w tym dniu nie byłoby nic specjalnego, gdyby nie wielka, dębowa szafa – mająca kilka razy więcej lat niż ja. Niektóre dzieci wchodzą przez szafę do Narni, inne rozpoczynają swoją przygodę z modą podkradając ciuchy babci.

fot. iStock/CoffeeAndMilk

fot. iStock/CoffeeAndMilk

Domowy vintage

Apaszka i torebka z Paryża, bransoletka z Rzymu i cudowny mięsisty sweter własne roboty – kiedy wykopałam te cuda z prawdziwej kopalni skarbów, czułam się dumna jak górnik po szychcie kilkaset metrów pode mną. Bo jak to możliwe, żeby tak piękne rzeczy ukrywały się tak długo? Babcia zaniemówiła. Dla niej to nie były tylko rzeczy, ale część historii i wiele wspomnień. Właśnie dlatego przechowywała je przez kilkadziesiąt lat. Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy z wartości, jaką mają rzeczy określane mianem „vintage” czyli takich, które mają powyżej dwudziestu lat. Z czasem przyszła większa świadomość. Od tamtej pory, przegląd dębowej szafy stał się normą. Babcia ciągle powtarza, że nic już tam nie znajdę, ale dziwnym trafem za każdym razem jest coś, co może zyskać nowe życie i ujrzeć światło dzienne po wielu, wielu latach ukrycia.

Naast oorlog hebben de jaren ’40 toch nog wat goeds gebracht ? #foutgrapje #fourtiesdress #vintage

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Gaby Heine ? (@gabyheine)

Moda kołem się toczy

Podobnie jak w przyrodzie, w modzie także nic nie ginie. Pomimo tego, że trendy potrafią się zmienić w ciągu dwóch sezonów o 180 stopni, w pewnym momencie powracają. Weźmy na przykład dzwony; pomimo tego, że dekadę temu kochali je wszyscy, krótko później nastąpiła era nienawiści. Projektanci nieśmiało wprowadzali je do swoich kolekcji przez ostatnie sezony, aż w końcu dziś możesz (a nawet powinnaś!) kupić je w każdej sieciówce. Zanim jednak udasz się do sklepu i wydasz lekką ręką co najmniej 150 złotych, sprawdź czy nie ma ich w rodzinnych zbiorach ciuchów. Na tym właśnie polega fenomen garderoby mentorki rodu – nie ma znaczenia, który jest rok, możesz być pewna, że znajdziesz coś, co wpasowuje się do dzisiejszych trendów i ma więcej lat niż ty.

Klasyka czyni mistrza

Łatwo przekroczyć cienką granicę między wystylizowaniem a przestylizowaniem. Gdy do gry wchodzą ciuchy vintage linia staje się coraz mniej widoczna. Może to kwestia dobrego wyczucia stylu, a może po prostu należy trzymać się jednej, standardowej zasady, która umyka nam szczególnie, gdy mamy nadmiar ciuchów. Jedni stawiali na Tolka Banana, Ty musisz postawić na klasykę. Uniwersalne kroje, stonowane kolory i dodatki, które nigdy nie wychodzą z mody sprawią, że nie zagracisz swojej szafy jeszcze bardziej. Jeżeli do twoich wykopalisk należy mała czarna – bierz ją szybko i uciekaj! W przypadku gdybyś znalazła sukienkę z odkrytymi ramionami w stylu hiszpańskich wakacji – odpuść, to że jest modna dzisiaj, nie oznacza, że za rok też ją założysz. Chyba, że babcia pozwoli ci odłożyć ją do schowka zaraz po sezonie.

Szukaj, a odnajdziesz

Jest kilka rzeczy, które powinnaś zapisać na liście „do odnalezienia”; najlepiej zrobić spis przed wycieczką do krainy vintage. Nadmiar rzeczy może cię przytłoczyć, a przez to wybierzesz ciuchy odpowiednie do przestylizowania. Przejdźmy do listy! Na pierwszym miejscu powinna znaleźć się wcześniej wspomniana mała czarna. W mojej rodzinie jest niczym mityczny pierścionek z amerykańskich filmów. Ma kształt litery A i srebrny zamek na plecach; babcia uszyła ją dla siebie ponad czterdzieści lat temu. Po babci nosiła ją mama, potem ja i siostra, choć obecnie wróciła do drugiej właścicielki. To właśnie takich klasyków trzeba szukać! Do listy dorzuć biżuterię – perły, naszyjniki, wisiorki, ale przede wszystkim pierścionki. Zwróć uwagę na kopertówki, kiedyś były bardzo popularne, a dziś ciężko o porządną w dobrej cenie. Wełniane płaszcze, dobrze skrojone marynarki, plisowane spódnice, no i sweterki! W tym wypadku pamiętaj, żeby także były w stonowanych kolorach.

fot. iStock/Pekic

fot. iStock/Pekic

Jakość i długowieczność

Gdybyś szukała zalet babcinej szafy, poza tym oczywistym, że mało prawdopodobne, aby ktoś miał taką rzecz jak ty na tej samej imprezie, zwróć uwagę na mateirały i wykończenia. Kupując w sieciówkach jesteśmy przyzwyczajane, że wydając 50 złotych na t-shirt, wywalimy go po trzecim praniu. Ewentualnie możemy zmienić go na szmatę, bo tylko do tego będzie się nadawał. Kiedyś ubrania były szyte z prawdziwych, świetnych materiałów: lnu, wełny, jedwabiu, bez żadnych domieszek. Babcie wcale nie przechowywały ubrań w ogromnych szafach, ale trzymały je, bo nie było tak szybko zmieniającej się mody – królowała klasyka. Kupowało się jedną torebkę na długie lata, bo nie pasek nie zrywał się po kilku miesiącach, a sukienka była z tak dobrego materiału, że starczała na kilka sezonów. To właśnie dlatego powinnyśmy zaufać rzeczom, które nasze babcie trzymają w zagłębiach garderoby. Swoją drogą, ciekawe, czy nasze wnuczki będą miały co wyciągać z naszych szaf.


Zobacz także

Najmodniejsza roślina doniczkowa tego sezonu. Musisz ją mieć w swoim domu

Uczucie pustki w życiu. Jak sobie z nim poradzić?

Uczucie pustki w życiu. Jak sobie z nim poradzić?

Na litość boską, nie mówcie nam: chciałaś, to masz, nie narzekaj teraz, bo nie wypada. Wypada, jak cholera