Lifestyle

Czy ktoś wreszcie poślubi mojego syna?!

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
6 grudnia 2015
Fot. iStock / KatarzynaBialasiewicz
 

W telewizji pokazali program (przepraszam, show). Mamy zgłaszają w nim swoich wcale nie takich bardzo atrakcyjnych (i pomijam tu stronę fizyczną) i kompletnie niesamodzielnych synów, żeby ktoś się nad nimi zlitował i ich sobie wziął. Co wcale nie jest takie proste, bo te mamy mają spore wymagania (w stosunku do kandydatek). Niełatwo znaleźć tę jedyną, która potrafi dogodzić tak, jak mamusia… Ja to jestem właściwie pewna, że „Kto poślubi mojego syna” to nie tylko tytuł programu, ale przede wszystkim dramatyczny apel…

Dziękuję bardzo, nie skorzystam, nie pomogę!

Po pierwsze: jedną mamę od synowskiego ciężaru już uwolniłam. Wiem, co to za robota i za żadne skarby drugi raz się nie dam wpuścić w takie maliny.

A po drugie, jak tak patrzę na tych kandydatów, to się nawet nie dziwię. Nie dziwię się, że mamy chcą się w końcu, po tych 30-stu latach praw matczynych zrzec (ewentualnie podzielić się nimi) na rzecz ŻONY. Co jeszcze nimi kieruje? Chyba jawna niechęć do młodszych kobiet. Inaczej sobie tego wytłumaczyć nie potrafię…

Na początku jest casting. Mamy towarzyszą swoim synom podczas pierwszego spotkania z potencjalnymi żonami i czujnym okiem wyłapują wszystkie wady ( „Jakoś tak się nieszczerze śmieje, zauważyłeś?” nie, nie zauważył, skupił się na tym, że całkiem nieźle wygląda na podglądzie w kamerze – on, nie kandydatka rzecz jasna) i zalety („Będzie ci dobrze gotowała, ma młodsze rodzeństwo. I zęby ma proste.”). A biedne dziewczyny, do których chyba dopiero w tym momencie dociera na co się zdecydowały, usiłują zrobić jak najlepsze (swoim zdaniem) wrażenie. W sumie nie wiem po co.

Akcja tego dramatu toczy się dalej, w niezrozumiały dla mnie sposób, z niezrozumiałymi dialogami i niezrozumiałymi decyzjami („Wybrałem ją przez pomyłkę. Myślałem, że to ta druga”.).

Mamy świdrują dziewczyny wzrokiem bazyliszka, a nawet robią notatki. – Czyli to nie twoje dziecko, tak? – pada pytanie przyszłej „teściowej” – Nie, dziecko jest moje – odpowiada zestresowana kandydatka rozciągając nerwowo swoje obłędne mini aż za kolana – Tylko ojciec nie mój. To znaczy ja mam ojca, ale to nie jest ojciec mojego dziecka. Tylko mój ojciec! „Teściowa” marszczy brwi…. – Tak jak myślałam – szepnie potem synkowi – patologia….

Jak tak pomyślę dłużej nad tą sytuacją, to do głowy przychodzi mi jedno skojarzenie. Podobną rozmowę słyszałam jako dziecko, podczas wystawy zwierząt hodowlanych, kiedy jeden rolnik zachwalał drugiemu swoją krowę.

Dalej jest już tylko gorzej. Spośród kilku (jakimś cudem) wybranych kandydatek z programu co jakiś czas odpada jedna. Ale nie tak bez powodu. Musi się wykazać rażącym brakiem nadskakiwania mężczyznie lub jego mamie.  – No – mówi barczysty i opalony osiłek podczas randki z jedną ze swoich kandydatek – to powiedz mi coś o sobie. – W sumie nie wiem co, zapytaj mnie proszę konkretnie. – Konkretnie, to wiesz… Ja tam nie wiem… Rozmowa zdecydowanie się nie klei. Więc pani, ewidentnie z własnej winy odpada jeszcze w tym odcinku. – Nie ma między nami tej chemii mówi osiłek na pożegnanie. I poniekąd ma rację. Chemii w całym tym programie jest mniej niż na dnie nakrętki od Domestosa.

Co się dzieje dalej, nie mam pojęcia, wyłączam. Męczy mnie już ten ich metajęzyk. No i program bezlitośnie obnaża moją żenującą znajomość zasad relacji między kobietą a mężczyzną. A przepraszam. I między przyszłą teściową też.

– Mi to by się nawet podobało – rozmarzył się kolega w pracy, od pięciu lat szczęśliwie (podobno) żonaty – Tylko tę matkę bym wywalił. Ale tyle dziewczyn pod jednym dachem… – Głupi jesteś? – sprowadza go na ziemie koleżanka – One się nie biją o faceta, im chodzi o to, żeby być najlepszą. To jak konkurs miss regionu tylko korony i mercedesa nie dają na końcu. – A nie chodzi o to, że je do „śniadaniówki” zaproszą? – zastanawiam się głośno. Żadne z nas nie zna odpowiedzi. Gdy w telewizji leci „śniadaniówka” dawno już jesteśmy w pracy.  – Wiecie co? – kończy dyskusje znajoma – ja to już wolę filmy przyrodnicze. Tam to się przynajmniej czegoś można od tych zwierząt nauczyć.

Telewizjo, mam dla ciebie propozycję, możliwości jest sporo. „Kto posprząta mój salon”, „Kto usmaży moją jajecznicę”,” Kto wyprowadzi mojego psa” , „Kto się za mnie rozwiedzie”… Emocje gwarantowane. Poziom żenady również.


Lifestyle

„Kiedyś, jak coś się zepsuło, to naprawialiśmy. A teraz wyrzuca się stare”. Zadbaj o siebie, o dzieci, nie o niego – miałyście prawo odejść

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
12 grudnia 2015
iStock/ Joey Boylan
 

Odchodzenie nie jest złe. Czy złe może być coś, co daje wolność? Wiem, co zaraz powiecie: „Jak można odejść i zostawić żonę z dziećmi, przyjaciela w potrzebie, rodziców w chorobie?!”. Takie są ludzkie wybory, taka jest ludzka natura. Ja mam na myśli odchodzenie, które jest ratunkiem, szansą na życie dla siebie, dla dzieci. Nie, nie na „lepsze życie”. Na życie po prostu. Bo to, co zostawiasz za sobą, to często tylko trwanie w niemocy, które z oddychaniem pełną piersią ma tyle wspólnego, co plany na przyszłość świątecznego karpia w sklepowym akwarium.

Dlaczego nie odejdziesz?

Sąsiadka ma męża. Cudowny, szarmancki człowiek. Na zewnątrz. Bo w domu to kawał przemocowego skurczybyka. Ale przecież choroba „dwóch twarzy” to w polskiej rodzinie nic nowego. Więc, gdy sąsiadka po każdej awanturze przemyka skulona po zakupy, i przypadkiem spotka któregoś z mieszkańców bloku – zawstydzona spuszcza wzrok: – Wszystko w porządku, tak, oczywiście.

Dzieci? Nauczyła je tego już dawno: „Pamiętajcie, to nasza sprawa, innym nic do tego”. Mały Kacper mówi: „Nie, to nie tata krzyczał, film głośno oglądaliśmy. Mama? Nie, nie płakała”. Znacie ten wstyd? Wstydzę się, bo w mojej rodzinie nie jest pięknie. Mój ukochany okazał się człowiekiem z olbrzymim problemem. A teraz ten problem niszczy i mnie i moje dzieci. Ale ja tego głośno nie powiem, nie obnażę tę „strasznej” prawdy.

Tuż pod skórą, a jednocześnie gdzieś głęboko we mnie tkwi, wszczepiony jeszcze w dzieciństwie chip Matki Polki. Kobiety „od poświęceń”. TEJ ODPOWIEDZIALNEJ ZA WSZYSTKO. Tej, która przychodzi na świat z poczuciem winy. Tej, która, kiedy ON się uspokaja, mówi do niego: „Daj, zapiorę ci tę koszulę.” A potem siada do lekcji z dziećmi.

– Dlaczego nie odejdziesz, nie zostawisz go? – pytam moją sąsiadkę, kiedy już obie przestajemy udawać, że wierzymy w codzienne, wieczorne kino akcji. – No co ty, nie poradziłabym sobie bez niego – odpowiada otwierając szeroko zielone oczy. – Poza tym on jest w głębi duszy dobry, pogubił się tylko trochę. Bardzo nerwową ma pracę, wiesz?

I co, że przed ołtarzem?

Najmilsza sąsiadko, proszę cię, przestań udawać. Wiem, w oszukiwaniu najbliższych jesteś już mistrzynią. Stworzyłaś na wasz temat przepiękną historię. Pewnie tak ci łatwiej „jakoś żyć”. Ale ty nie musisz żyć „jakoś”. Nie uśmiechaj się teraz tym wyuczonym, sztucznym uśmiechem, przecież widzę jak drży ci broda. Nie usprawiedliwiaj, nie tłumacz, nie wstydź się za niego. To ON powinien się wstydzić. Masz prawo odejść. Nie musisz walczyć, gdy on nie walczy o was.

No dobrze, wiem, przysięgałaś. Przed ołtarzem, rozumiem – to dla ciebie ważne. Jeśli potrzebujesz rozgrzeszenia, ja cię rozgrzeszę. Bóg, w jakiegokolwiek wierzysz, też jest po twojej stronie. Przecież on dobrze wie, że cierpienie nie uszlachetnia, cierpienie pozostawia blizny. Nierozerwalność małżeństwa? Ten niewidzialny węzeł, który spętał ci życiowe plany, odebrał radość, wiarę we własne siły i energię naprawdę da się przeciąć!

Twoja przyjaciółka, M., uroczyście oświadczyła w urzędzie, że zrobi wszystko, by jej małżeństwo było zgodne. Ten jej „on” też oświadczył. Ale dziś pamięta o tym rzadko, bo zbyt często przytomność umysłu odbiera mu alkohol. Więc przyjaciółka chce odejść, zabrać dzieci i żyć. Ale jej matka mówi: „Tylko dziwka zostawia męża”.  Więc M. wciąż brak odwagi. A kiedy jest dobrze, jeździ z dziewczynkami i mężem na niedzielne obiady do rodziców. Podczas gdy jej mama żartuje sobie z zięciem i częstuje go szarlotką, M. zamyka się w łazience i dusi w sobie spazmatyczny płacz. Cicho, ciszej. Przecież TERAZ jest OK.

Droga mamo M., tak właśnie budujesz w swojej córce poczucie winy, tak skazujesz ją i swoje wnuczki na życiową katastrofę. Tak przykładasz rękę do jej nieszczęścia.

Zadbaj o siebie, o dzieci, nie o niego

Kochana M. – jesteś silniejsza niż myślisz. Masz prawo odejść. To jest twoje życie, a nie życie twojej matki. Jeśli się dobrze rozejrzysz, zobaczysz, że są wokół ludzie, którzy ci pomogą. Na początek napisz do mnie. Że bez niego nie dasz rady? Więc które z was „ciągnie” tę rodzinną łajbę na dno? W Internecie krążą głębokie filozoficznie memy. Na jednym obrazku para staruszków obejmuje się czule, a napis brzmi: „Kiedyś, jak coś się zepsuło, to naprawialiśmy. A teraz wyrzuca się stare i zastępuje czymś nowym.”. Zgoda, jeśli tylko ta druga osoba w tę naprawę angażuje tyle samo silnej woli co ty, walcz, naprawiaj. Ale nie rób tego pod żadnym pozorem, gdy z drugiej strony woli brak. W imię czego chcesz się tak poświęcić?…

Matko Polko, Żono Polko, czy usłyszałyście kiedyś odchodząc, że jesteście słabe, bo nie walczycie do końca o „swojego mężczyznę”? Zabolało, prawda? Niepotrzebnie. Ten, kto odważył się zarzucić słabość matce, która zabiera dzieci i ucieka od agresywnego męża, nie jest wart ani sekundy uwagi. Nigdy nie zrozumie, ile siły, odwagi i determinacji kosztuje taka decyzja. Ktoś, kto śmie powiedzieć, że słaba jest żona, która odchodzi po ciężkiej i nierównej, przegranej walce z nałogiem partnera, nie ma serca.  A życie zna jedynie z filmów i seriali o bajkowych zakończeniach.

Miałyście prawo odejść. Odchodzenie jest OK.


Lifestyle

Świeże bułki i kwiaty bez okazji, to jednak za mało kochanie

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
2 grudnia 2015
Fot. iStock / epicurean

W małżeństwie państwa A. jest po prostu wzorowo. Chciałoby się nawet powiedzieć: podręcznikowo. A właściwie było, bo równo miesiąc temu pani A. spakowała manatki i zawinęła się z domu razem z kotem perskim, kolekcją porcelanowych kubków i jedną, pokaźnych rozmiarów walizką. Dlaczego? Nikt nie wie. Nawet pan A., który codziennie dzwoni do żony. – Ale dlaczego, kochanie? – pyta błagalnym głosem – No proszę cię? No jak to teraz wygląda? Skończ już te fanaberie! Wybaczam ci. Tylko wróć, bo w sobotę przyjeżdża mama. I co ja jej powiem?

A pani A. odpowiada tylko w kółko to samo – Zrób pranie, to porozmawiamy, zrób pranie, kochany!

– Takiego faceta zostawiła, małpa – komentują zbulwersowane sąsiadki, gdy pan A. samotnie wsiada rankiem do swojego wypucowanego na błyska auta. Pani A. wyprowadzała się z pompą i fajerwerkami. Nie było wątpliwości, że nie udaje się na zagraniczną wycieczkę, tylko postanowiła rozstać się z mężem. Tak więc całe, pilnie strzeżone osiedle od miesiąca żyje tą nieprawdopodobną wręcz historią. Przecież ten A. to na rękach ją nosił. I zawsze w sobotę takie generalne porządki robił, śmieci wynosił. I zakupy codziennie, świeże bułeczki co rano. To niepojęte jak można być tak niewdzięczną.

No więc dlaczego, kochanie?

Po kolejnej bezowocnej rozmowie z żoną pan A., wchodzi w końcu do pralni. Do tej pory rozpacz całkowicie odebrała mu ochotę na zajęcie się domowymi obowiązkami. Pranie od trzech tygodni nosił do miejscowego zakładu J.Gałązka i syn, „Wypierzemy Twoje brudy”. Ale tego dnia, zrezygnowany usiadł koło kosza na brudną bieliznę. Prawie podskoczył, kiedy tuż za płynem zmiękczającym zobaczył bladoróżową kopertę, a w niej, napisany odręcznie list. Pan A. oparł się o pralkę i przeczytał:

Kochany P.,
Wiem, że swoim odejściem zadałam Ci ból, przepraszam. Pomyślałam jednak, że to jedyny sposób, żebyś zaczął słuchać, a nie tylko słyszeć. Wcześniej wiele razy próbowałam z Tobą porozmawiać, nie wyszło. Mijaliśmy się, starając nie zauważać jak bardzo różnimy się od siebie i jak ten „nasz” problem osiąga coraz większy rozmiar. Bo nie sądzę, żebyś ty go nie zauważał, kochanie. Nie mylę się prawda?

Bardzo Cię kocham. Nie tak jak na początku. Kocham Cię mocniej, szczerzej i mądrzej niż wtedy, kiedy się dopiero co poznawaliśmy, pięć lat temu. Kocham Cię tak, by móc powiedzieć Ci, że nadeszła pora na zmiany. 

Dużo jest miłości w moim (naszym?) życiu, wiesz? Ale nienawiści jest równie wiele.

Kocham Twoją pyszną kawę, podaną o poranku w eleganckiej filiżance, razem z herbatnikiem. Nienawidzę, gdy zdenerwowany, że znów postawiłam tę filiżankę uszkiem do przodu a nie w bok, zrzucasz razem z innymi naczyniami na podłogę w naszej stylowej kuchni.

Kocham patrzeć jak rozmawiasz ze swoimi pracownikami, takim mądrym i zdecydowanym tonem. Nienawidzę, gdy tym samym tonem mówisz do mnie: „Jak znajdziesz prawdziwą pracę i będziesz naprawdę zarabiać to porozmawiamy”.

Kocham czuć się wyjątkowa, gdy na spotkaniu ze znajomymi czy rodziną otaczasz mnie opieką i dajesz mi tyle czułości. Nienawidzę, gdy w domu stajesz się zimny i kapryśny, a czasem nawet wychodzisz trzaskając drzwiami, bo „za długo” rozmawiam z przyjaciółką przez telefon.

Kocham Twoje czułe gesty, kwiaty bez okazji i to jak gładzisz moją głowę szepcząc „księżniczko”. Nienawidzę, gdy podczas niewinnej sprzeczki popychasz mnie tak, że tracę równowagę, a słowo „idiotka” jest wówczas najdelikatniejszym jakim w stosunku do mnie używasz.

Kocham to jak starasz się zabezpieczyć nam przyszłość. Nienawidzę tego, jak wydzielasz mi pieniądze i żądasz uzasadnienia każdego, najdrobniejszego wydatku.

Kocham Twoją spontaniczność. Nienawidzę Twojej nieprzewidywalności. Tego strachu, że za chwileczkę zdenerwujesz się i wybuchniesz.
Kocham moje plany na przyszłość. Ciagle jest tam miejsce dla Ciebie.

K.
P.S. Na odwrocie zapisałam Ci numer do świetnego terapeuty. Jeśli umówisz się na wizytę, powiem Ci gdzie szukać następnego listu.

Chcecie wiedzieć, jaki jest dalszy ciąg tej opowieści? Ja go nie znam. Wiem tylko, że czasem świeże bułki co rano i powrót z kwiatami do domu, to tylko część pewnej historii, część prawdy o związku, rodzinie. O miłości.