Lifestyle

Ciąża po trzydziestce nie taka straszna, jak ją malują? Nowe badania łamią utarte stereotypy

Karolina Krause
Karolina Krause
15 lutego 2017
Fot. iStock/Mkovalevskaya
 

Od lat lekarze specjalizujący się w diagnostyce prenatalnej, ramię w ramię z naszymi matkami i babkami, wbijają nam do głowy, że „dziecko, to najlepiej przed trzydziestką”, strasząc nas przy tym negatywnymi konsekwencjami późnej ciąży. A jednak średni wiek urodzenia dziecka, zarówno w Polsce, jak i na świecie, stale rośnie. Czy rzeczywiście wiek matki w momencie zajścia w ciążę, ma tak istotne znaczenie, jeśli chodzi o powodzenie ciąży i zdrowie dziecka?

Badacze z Wielkiej Brytanii donoszą, że dane, na których opierano się do tej pory w trakcie kreowania społecznej presji na posiadanie dziecka przed ukończeniem 30 roku życia, są dziś nieaktualne. Ich nowe badania dowodzą bowiem, że wiek matki prawdopodobnie nie ma tu większego znaczenia. Co więcej, okazuje się także, że dzieci starszych matek częściej odnoszą sukcesy zarówno w życiu zawodowym, jak i osobistym, niż te urodzone przez kobiety przed trzydziestką.

Zdaniem badaczy z Londyńskiej Szkoły Ekonomii i Politologii (LSE) oraz Instytutu Badań Demograficznych imienia Maxa Plancka (MPIDR) ważniejszym predyktorem w kwestii posiadania zdrowego potomstwa jest kondycja kobiety w momencie zajścia w ciąże.

W ciągu ostatnich 40 lat ogólna sytuacja kobiet po trzydziestce uległa radykalnej zmianie, co przełożyło się na poprawę ich kondycji fizycznej i psychicznej. W przeszłości późne macierzyństwo wiązało się bowiem dla kobiety z gorszą sytuacją finansową, większą ilością dzieci, a przez to ogólnie niższą jakością życia. Dziś kobiety decydujące się na posiadanie dziecka po 30-tce są w większości lepiej wyedukowane, bardziej świadome i stabilne finansowo, a przez to mniej skłonne do podejmowania szkodliwych działań w trakcie ciąży.

Dlatego, mimo że wiek kobiety w momencie zajścia w ciążę do pewnego stopnia ma swoje znaczenie, nie jest to jedyny czynnik, który może zaważyć na jej powodzeniu.

Wnioski z tych badań mogą przynieść ulgę wielu przyszłym mamom. Bo choć nie możemy już odwrócić czasu, zawsze możemy lepiej zadbać o swoje zdrowie.


 

Źródło: mindbodygreen.com


Lifestyle

Dla każdego dziecka miłość jest silniejsza od śmierci. Jak pomóc dziecku w żałobie?

Redakcja
Redakcja
15 lutego 2017
Fot. iStock/SinanAyhan
 

Chcecie bajki, oto bajka… dla dzieci w żałobie

Był sobie raz mały Jaś. Nie mieszkał za siedmioma górami, ani za siedmioma lasami, tylko całkiem niedaleko. Miał mamę, tatę i szmacianego wilczka, uszytego z resztek materiałów. Było im cudownie czarodziejsko, zupełnie jak w bajce, aż któregoś dnia mama znikła. Zupełnie niezrozumiale, bo mamy przecież nie znikają, a mama Jasia tak. Potrącił ją samochód i po kilkunastu godzinach zmarła, zostawiając synka, męża, wilczka, rozrzucone buciki Jasia, bo kto miał je teraz zbierać, zimną kuchnię, bo kto miał w niej teraz gotować, straszny smutek i żal. Czary się skończyły…

Niewielka książeczka Magdy Małkowskiej„Czary mamy”, z niezwykłymi ilustracjami gdańskiej artystki Magdy Benedy, to emocjonalny gigant nie dla wszystkich dzieci. Ona nie przygotowuje do śmierci bliskiej osoby (bo to niewykonalne), ale na dziecięce serce przylepia plaster, kiedy musi ono, chcąc nie chcąc, radzić sobie ze stratą mamy.

Fundacja Hospicyjna zaczęła serię bajek terapeutycznych dla dzieci w żałobie pod znamiennym tytułem „Bajka Plasterek”. „Czary mamy” przeznaczona jest dla 4-9-latków, którym umarła mama. Szacuje się, że w naszym kraju każdego roku przybywa co najmniej 16 tysięcy dzieci, które muszą żyć bez mamy, taty albo obojga rodziców. To bynamniej nie żadna bajka. Co pół godziny ktoś poniżej 20. roku życia staje się w Polsce sierotą.

W fundacji o dzieciach w żałobie mówi się „zapomniani żałobnicy”, bo biegają na pogrzebie, śmieją się podczas stypy i bawią, kiedy dorośli płaczą. A im tak naprawdę skończył się świat i bez pomocy nas – dorosłych, ze stworzeniem nowego sobie nie poradzą. – Nie chodzi tu o jakiś wyjątkowy typ komunikacji – mówi Agnieszka Paczkowska z Hospicjum ks. Dutkiewicza SAC w Gdańsku – ale o zwykłe wspieranie na co dzień, tak jak w wypadku każdego cierpienia. Ludzi wzruszają dzieci biedne, z pustym brzuchem i zimnymi kaloryferami w domu, natomiast w ich żałobę chyba nie do końca wierzą.

Od ponad 3 lat, z inicjatywy prowadzonego przez fundację Funduszu Dzieci Osieroconych, działa portal wsparcia psychologicznego tumbopomaga.pl, adresowany do dzieci i młodzieży w żałobie oraz ich opiekunów i nauczycieli. Od poniedziałku do piątku, w godzinach 12.00-18.00, czynna jest także tumbolinia 800 111 123, czyli telefon zaufania dla osieroconych i osób towarzyszących im w przeżywaniu straty. Seria „BajkaPlasterek” to kolejny pomysł, by wesprzeć zarówno dzieci, jak i ich opiekunów, którzy ze smutkiem albo agresją, albo wycofaniem, albo byciem nadmiernie grzecznym małego żałobnika sobie nie radzą.

Tak jak tata Jasia. Obaj mieli niepisaną umowę. „Rozmawiali o tym, co słychać na zewnątrz, a nie w ich sercach. O pracy, o przedszkolu, o planowanych wakacjach, o nowej grze, którą widział u Jacka, ani słowa o mamie”. Takich umów być nie może! Z dziećmi w żałobie trzeba rozmawiać, choć nie na siłę. Natomiast trzeba słyszeć każdy płynący z ich strony sygnał i na niego reagować. „Czary mamy” może być takich sygnałów zapalnikiem. Małemu słuchaczowi lub czytelnikowi stwarza szansę, poprzez odnalezienie podobieństw w sytuacji Jasia do własnej historii, zroumieć i wyrazić swój smutek.

Mama Jasia była czarodziejką, bo umiała szyć jak nikt. Szmacianego wilczka też uszyła, z resztek materiałów, które, zanim umarła, współtworzyły ich szczęśliwy świat. Wilczkowy brzuszek z materiału na Jasiową piżamkę, grzbiet ze skrawków własnej garsonki, ogon z dawnej sukienki… Wkrótce po jej śmierci wilczek też zniknął „Najpierw mama, potem wilk. To, co się kocha, potrafi zniknąć…”. Ale zabawki, choć czasami zawieruszone, nie umierają. Cudownie odnaleziony wilczek wrócił z dowodami, że nasi bliscy zostają z nami na zawsze.

„Czary mamy” – ciepłe, wzruszające opowiadanie o miłości naprawdę silniejszej od śmierci. Z przepisem na szczęście odnalezione i… szarlotkę.

Czary-Mamy


Lifestyle

Porzuć swoje słabości. Nie pozwól, by one rządziły twoim życiem i decydowały o szczęściu

Anika Zadylak
Anika Zadylak
15 lutego 2017
Fot. iStock/gruizza

Słabości miewamy wszyscy. Mniejsze lub większe, te, z którymi radzimy sobie całkiem nieźle oraz te, które spędzają nam sen z powiek. Pokonywanie ich zależy od wielu czynników. Przede wszystkim od siły charakteru, naszego samozaparcia i skali problemu, z jakim przychodzi nam się zmierzyć. Ale najważniejsze jest nasze „chcenie”, fakt, czy słabości doskwierają nam na tyle, że chcemy się z nimi rozprawić i pożegnać. Łatwo mówić, trudniej zrobić? Nie, jeśli zrozumiemy, że każdy z nas posiada wewnętrzną siłę, która zazwyczaj pojawia się, gdy jesteśmy przyparci do muru. A gdyby tak jej posiadanie uświadomić sobie już na starcie i sprytnie wykorzystać? Choćby metodą małych kroków? Efekty, mogą nas zaskoczyć. I to bardzo pozytywnie. 

1. Stawiajmy sobie małe cele

To bardzo wzmacnia naszą wolę, a ta czym silniejsza, tym łatwiej pokonywać później też inne trudności. Słodycze są zmorą większości z nas, bo kto nie lubi ciasteczka lub czekoladki do kawy. Albo deseru po obiedzie. I nie ma w tym niczego złego do momentu, aż stają się one naszym nałogiem i powodem wprowadzania diet albo szaleństwa, gdy nie mieścimy się w kolejną kieckę. Zacznijmy od jednego dnia bez czegoś słodkiego. Przecież to tylko kilka godzin, za to wieczorem – ogromna satysfakcja, że się udało. Pierwszy, mały cel osiągnięty, czas na kolejne, bo żelazo trzeba kuć póki gorące.

2. Podnośmy poprzeczki

Skoro pierwsza próba była udana dlaczego, nie spróbować kolejnej? Bo jeśli wczoraj udało się bez „ciastka”, to dlaczego dziś miałoby być inaczej? Pokusy są nieuniknione, ale jeśli nie spróbujemy z nimi zawalczyć, to nigdy się nie dowiemy, czy faktycznie, są aż tak silne. Warto tylko pamiętać, że każdy przypadek jest indywidualny i cel nie może przerastać naszych możliwości, bo to nas tylko zniechęci. A przecież mamy nad sobą pracować, a nie rezygnować tylko dlatego, że coś nam nie wyszło już na samym początku.

3. Podejmujmy wyzwania i nie zniechęcajmy porażkami

Zrób listę słabości, z którymi jest ci zwyczajnie nie po drodze. Które najbardziej ci przeszkadzają i na których eliminacji, zależy ci najmocniej. Zacznij od najważniejszej, bo jej pokonanie da ci energetycznego kopa do tego, żeby rozprawić się z całą resztą. A jeśli się nie uda? Spróbuj jeszcze raz, nie pokazuj, że coś jest silniejsze od ciebie. Przyznanie się do tego jest automatyczną porażką. A przecież tylko żmudną i długą pracą osiągniemy upragniony cel. Porażki, mają nas motywować i pokazywać, że to tylko potknięcia. Jak szybko się z nich podniesiemy i przejdziemy do działania, zależy już tylko od nas samych.

4. Akceptujmy to, czego zmienić nie potrafimy

A co jeśli nie udaje się po raz kolejny, choć staramy się jak tylko możemy? Wtedy warto przyjrzeć się temu, z czym walczymy i zastanowić, czy nie ma innej metody. A może tak nauczyć się nad nimi panować? Sprawić, żebyśmy to my zaczęli nimi rządzić. I zamiast codziennego batonika i pączka, lody raz w tygodniu. I nie popadajmy w paranoje, bo wtedy sama silna wola nie wystarczy i nie obędzie się bez wizyty u psychologa. To, że od czasu do czasu zdarzy  nam się ulec, nie oznacza przegranej. Małe słabostki, mogą być przecież… przyjemnościami.

Najważniejsza jest świadomość. Przyznanie się do tego, że słabości nami rządzą, że przeszkadzają, że nie pozwalają funkcjonować tak, jakbyśmy tego chcieli, to połowa sukcesu.  A podjęcie walki i próbowanie ich pokonania, to zwycięstwo.


Zobacz także

Kanalie. Mafie hipokrytów. Dlaczego okładacie nas po pyskach skrajnościami?

Kochać kogoś innego, to nie to samo, co mieć siłę, by odejść, by zostawić tego, z kim jesteś

Jak w naturalny sposób obniżyć ciśnienie krwi