Lifestyle Psychologia

Bądź bardziej asertywna – słyszę i myślę: „Jasne, łatwo powiedzieć. Asertywna. Tylko, jak u diabła nią być?”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
7 października 2015
Fot. iStock
 

Nie umiem odmawiać. To zdecydowanie moja pięta achillesowa. Do tego stopnia, że potrafię unikać odpowiedzi w ogóle, niż odmówić wprost.

Nie umiem powiedzieć „nie”

Pisze do mnie znajoma, czy bym nie pojechała z nią na zakupy. Nie mam kompletnie ochoty. W ogóle nie cierpię chodzić na zakupy. A jeszcze typowo ciuchowe – brrr.  Co robię? Otóż udaję, że nie dostałam sms-a, albo, że mi uciekł zupełnie w natłoku zajęć. Wymyślam milion wymówek, by kiedy ona w końcu dzwoni i pyta: „I jak idziesz ze mną?” móc odpowiedzieć:  „Oj kurcze, nie widziałam, że pisałaś, a już obiecałam synom wycieczkę rowerową..”Ufff udało się, tyle tylko, że synowie od tygodnia byli umówieni z kolegą na wspólne spędzenie soboty. Żadnej wycieczki rowerowej nie było.

Brak asertywności skutkuje w moim przypadku także częstymi wizytami choćby świadków Jehowy pod moimi drzwiami. Ja nie wiem, czy oni wyczuwają, że mogą mnie zagadać. I choć moje „nie, dziękuję” naprawdę znaczy „nie” to i tak stoję w drzwiach kilkanaście minut, by na koniec podziękować, wziąć ulotki  i zamknąć za nimi drzwi. Jednym uchem słuchając, co mówią, myślę: „Dlaczego nie potrafię odmówić stanowczo, powiedzieć, że nie jestem zainteresowana ich poglądami?”

Jednak rekordy w braku asertywności biję, kiedy odbieram telefon i słyszę: „Dzień dobry, dzwonię z firmy takiej i takiej, chcieliśmy Pani zaproponować/zapoznać Panią z naszą nową ofertą.” Kiedyś w ten właśnie sposób stałam się klientką firmy, która przysyłała mi swoje produkty, za które oczywiście regularnie musiałam płacić. Nie wiem czemu Pani nie chciała przyjąć do wiadomość, że mnie naprawdę to nie interesuje i że dziękuję bardzo, że rozumiem, że to jej praca… I co? Uległam. Podałam adres. Paczuszki przychodziły co miesiąc. Obrałam więc inną taktykę.  Mówię, że nie mogę rozmawiać, oczywiście przytakuję, że mogą zadzwonić jutro czy pojutrze, najlepiej w innych godzinach. A, że mam pamięć do liczb, to pamiętam numer telefonu, z którego dzwoniono i z premedytacją nie odbieram. Wiem, słabe. Ale nie umiem inaczej.

Fot. Pixabay/ Unsplah / CCO „

Fot. Pixabay / Unsplah / CCO   Z proszeniem o pomoc też mam problem

I tak, jak potrafię bronić swoich racji i poglądów w rozmowie. Tak kompletnie nie umiem odmawiać. Piekę torty o drugiej w nocy, przygotowuję ciasto zaniedbując pracę, piszę jakieś pisma czy umowy, bo komuś obiecałam, a z chęcią bym powiedziała: – Przepis jest w necie, a wzór dokumentów też znajdziesz w sieci. Ale nie mówię, tylko przeklinam permanentny brak czasu i siebie.

Mój brak asertywności, to także problem z proszeniem o pomoc. Zarżnę się, a zrobię sama. Choć często, choćby najmniejsza pomoc byłaby wybawieniem, to nie mam co na nią liczyć. Nie, nie dlatego, że wokół siebie nie mam osób, które by mi pomogły. Z pewnością zrobiłyby to z wielką przyjemnością, ale skąd mogą wiedzieć, że potrzebuję pomocy, skoro ja tego nie mówię. Jestem wieczną Zosią – Samosią. Choć moi synowie (o ironio) oduczają mnie tego sami pytając, czy w czymś mi pomóc, więc proszę o pochowanie naczyń, odkurzenie, pójście do sklepu, bo sama muszę chociażby szybko skończyć tekst. Idąc tym tropem umiem zadzwonić do przyjaciółki i spytać, czy nie pomogłaby mi w organizacji dużej imprezy. Nie przekładam już spotkań, tylko proszę sąsiadkę, by zajęła się moim chłopcami, kiedy mnie nie będzie. I wiecie co? Do dziś zadziwia mnie, że ludzie wokół mnie tak chętnie przystają na pomaganie mi. To budujące i cóż… daje odwagę by prosić o więcej.

Dlaczego nie umiem być asertywna?

Ale dość o mnie. Czy wy też macie problem z asertywnością? Nie umiecie odmawiać? Bronić swoich racji? Prosić o pomoc? Walczyć o kompromis? I to nie w agresywny sposób, tylko po prostu w zgodzie ze sobą z poszanowaniem własnych poglądów i priorytetów?

Najpierw warto odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego tak się zachowujemy. To, że nie umiem odmawiać jest wynikiem tego, iż nie chcę nikogo urazić, zawieźć. Przyjaciółka zrobiła na mnie ostatnio test. Żartem, śmiejąc się z mojego braku asertywności prosiła, bym pomogła jej w przygotowaniu postaci z masy cukrowej na tort. Kiedy powiedziałam „nie”, nalegała i choć był to żart i ja o tym wiedziałam, to gdzieś głęboko do głosu doszło: „A może jednak spróbujesz jej pomóc” i przez chwilę byłam gotowa szukać na youtube instrukcji na wykonanie figurek.

Jeśli chcesz nauczyć się odmawiać, zacznij od najbliższych tobie osób, im łatwiej powiedzieć o swoich obawach, a co ważne, one szybciej nas zrozumieją. Jeśli powiesz przyjaciółce: „Kochana, dzisiaj nie dam rady, jestem zmęczona, mam ochotę poczytać książkę, umówmy się na inny dzień”, daję sobie rękę odciąć, że zrozumie. A jeśli ty masz wątpliwości powiedz jej wprost: „I co? Nie boli cię, że odmówiłam?”, pytaj o reakcję, to pozwala umocnić się w tym, że nie zawsze musisz robić to, o co inni ciebie proszą.

Pamiętaj, że masz prawo do swojego czasu, nie musisz wozić męża koleżanki na lotnisko, jeśli zupełnie koliduje to z twoimi planami spędzenia czasu z rodziną. Nie musisz robić rzeczy, których nie lubisz –  iść na film z przyjaciółką, który cię nie interesuje, czy dotrzymywać jej towarzystwa na zumbie, której nie cierpisz.

Fot. Pixabay/PublicDomainArchive / CCO

Fot. Pixabay / PublicDomainArchive / CCO

Jak być asertywnym?

Chcesz się nauczyć bycia asertywną zapamiętaj te zwroty: „Nie zgadzam się, nie odpowiada mi Twój punkt widzenia, mam zupełnie inne poglądy”, „Nie, dziękuję. Proszę mnie nie przekonywać, jestem pewna swojego zdania”, „Moje nie, naprawdę oznacza odmowę, więc proszę dłużej mnie nie nagabywać i uszanować moje zdanie”.

To tylko przykłady. Mądrzejsi ode mnie mówią (a ja się z nimi zgadzam), że asertywna odmowa musi zwierać słowo „nie”, informację o tym czego odmawiamy i dlaczego to robimy. Warto zaprzyjaźnić się z takimi słowami jak „wolę”, „chcę”, „wybieram”, „zdecydowałam”. A kiedy teściowa po raz kolejny zaprosi cię z rodziną na obiad szczerze odpowiedz: „Nie przyjdziemy, dziękuję za zaproszenie, ale mamy akurat inne plany, idziemy do kina.” Ważne jednak, by ta odmowa była szczera, a nie jak moja wymyślona wycieczka rowerowa, bo kłamstwa prędzej czy później do nas wracają. Zresztą mało kto dobrze się czuje w roli kłamcy.

Dobra wiadomość jest taka, że asertywności można się nauczyć, choć niekoniecznie jest to łatwe. Zdając sobie sprawę z ułomności mojej asertywności przeczytałam kiedyś zdanie, które często przywołuję. Otóż warto pamiętać, że twoja odmowa, komuś innemu daje możliwość powiedzenia „tak”. Takie spojrzenie na odmowę, a tym samym na szanowanie siebie i swojego czasu, to dobra droga do budowania w sobie dobrej asertywności. Powodzenia!

P.S. Coraz częściej zdobywam się na odwagę mówienia „nie” czego i wam – tym mniej asertywnym, życzę.


Lifestyle Psychologia

Uprawiaj seks na wakacjach – „Zrób to dla Danii”

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
7 października 2015
Fot. Screen z YouTube / Spies Rejser
 

Okazuje się, że duńscy kochankowie wyjątkowo poważnie traktują swój odpoczynek. Wakacyjny wyjazd z druga połówką, to prawdziwa miłosna fiesta. Musi być romantycznie i namiętnie. Przeprowadzone badania wykazały, że Duńczycy kochają się na wakacjach 46 procent razy więcej – niż podczas codziennej, nudnej harówki.

Jak to w życiu bywa, odkrycie to sprytnie wykorzystało biuro podróży Spies. Kampania reklamowa „Zrób to dla Danii” – namawia tamtejszych patriotów do wyjazdu i namiętnego seksu podczas odpoczynku – a co za tym idzie poczęcia nowego obywatela. Ku chwale ojczyzny oczywiście, bo Dania nie narzeka na zadowalający przyrost naturalny – według aktualnych danych jest on najgorszy od 27 lat. Każda para, który wykupi wycieczkę za pośrednictwem biura Spies i pocznie potomka na wyjeździe ma szansę na nagrody – na przykład wyprawkę dla dziecka.

Z pewnością seks na wakacjach różni się od tego w domowym zaciszu. Psychologowie potwierdzają, że gdy wyjeżdżamy jesteśmy bardziej zrelaksowani i otwarci. A czy kampania reklamowa jest skuteczna oceńcie sami.


Źródło: Youtube / Spies Rejser


Lifestyle Psychologia

Ile jest w stanie znieść kobieta, żeby zostać matką?

Magdalena Modlibowska
Magdalena Modlibowska
7 października 2015
Fot. iStock

„Nie ma sensu starać się o dziecko w nieskończoność”, „Trzeba umieć odpuścić”, „Dlaczego dla niektórych urodzenie dziecka staje się obsesją?”, „Przecież wystarczy jedno”. Wyrzucamy z siebie słowa, opinie. I nie akceptujemy dwóch rzeczy. Każda kobieta ma prawo sama decydować, ile jest w stanie poświęcić, żeby urodzić. I każda kobieta sama wie, kiedy poczuje się spełniona jako matka.

Nasza autorka wprowadza nas w świat niepłodności. I walki o dziecko. Swoją i innych kobiet.

Niepłodność dotyka co piątą kobietę. Ile one są w stanie znieść, żeby stać się matkami? Idę z tym pytaniem do ekspertów. Kobiet, które w mojej ocenie „nacierpiały się”, zanim wzięły w ramiona swoje dziecko.

– „trzy lata badań, wizyt, kontroli”
– „dwa lata monitorowania i zapisywania każdego dnia cyklu”
– „jedenaście prób in vitro”
– „cztery lata czekania na telefon z ośrodka adopcyjnego, nie licząc procedury”
– „sześć straconych ciąż”
– „szesnaście lat współżycia bez zabezpieczeń i po prostu czekania”.

Patrzyłam w oczy każdej z nich. Słuchałam tonu głosu, gdy podawały mi dokładne rozmiary swoich „ciężarów”. I wciąż nie znajduję odpowiedzi na pytanie, ile kobieta jest w stanie znieść? Każda ma swoją sztangę, przygotowaną przez swojego trenera, którym najczęściej jest ona sama. Po każdym podrzuceniu sztangi same zadają sobie pytanie „ile jeszcze udźwignę?”. Silniejsza jest ta po 11 próbach, czy po sześciu poronieniach? A jeśli te doświadczenia się kumulują? Nikt nie zna odpowiedzi. Każda chciałaby wiedzieć, że granica wytrzymałości dla kobiety to tyle i tyle. Dochodzisz do granicy i odpuszczasz. Jesteś wolna od presji, zmagań, decydowania, bo przecież nie możesz więcej, tu jest granica. Wielu chce związać tę granicę wytrzymałości z wiekiem kobiety. Wielu faktycznie to robi. Refundacja in vitro, zegar biologiczny, wiek w procedurze adopcyjnej. Ale i tutaj są wyjątki, 60-latka rodzi bliźnięta, 42-latka adoptuje niemowlę, a zegar biologiczny tyka  każdej z nas inaczej. Zatem granicy wytrzymałości postawić się nie da. Przecież fakt, że ja udźwignęłam swój ciężar nie oznacza, że ty udźwigniesz taki sam. Może dasz radę większemu, a może odpuścisz przy mniejszym.

Mam trójkę dzieci. Mam za sobą i cierniste krzaki, i spacer po plaży

Zaczęło się 20 lat temu, ślubem i marzeniami o czwórce dzieci. Potem było ostro pod górkę. Ciąży nie ma, lata mijają. Wpadłam w wir badań, jedno za drugim, miesiąc za miesiącem, wciągnęłam w nie męża. Razem łatwiej było żyć nadzieją, bo żaden lekarz mnie nie wspierał. Po kilku latach badań usłyszałam gratulacje i bezradność w jednym. Superzdrowa, a niepłodna. Powiedziałam: dość! Przecież jest adopcja, chcieliśmy jej obydwoje. Procedura była jak bajka, wreszcie mogłam działać, no i wiedziałam, że prędzej czy później, ale wezmę swoje dziecko w ramiona. Zadzwonił telefon. Szał radości i ból trudnej decyzji. Było ciężko. Wygrałam bitwę o dziecko, ale teraz musiałam stoczyć walkę o jego zdrowie. Rok, drugi, szpitale, operacje, rehabilitacje, a w tle jak Dzwon Zygmunta biła nadzieja. Ktoś powiedział dawno temu: „Adoptowałaś, ale byłaś zdrowa, zobaczysz, zaraz zajdziesz w ciążę”. Nie zaszłam, ale marzenia o czwórce dzieci też nie pamiętałam. Cieszyliśmy się z mężem, że należymy do elitarnego klubu pod nazwą „mamy dziecko”. Życie zwolniło, kolejną walkę wygraliśmy. I znów coraz częściej zaczynały mnie drażnić ciężarne koleżanki, cedziłam gratulacje przez zaciśnięte zęby, ze sztucznym uśmiechem. Nadzieja była tylko we mnie, mąż miał „córeczkę tatusia”.

Znów powiedziałam: dość! Druga procedura adopcyjna. Poznałam najmroczniejszą wersję czekania… Mija rok, telefon nie dzwoni, mija drugi i nic. Córka patrzy głęboko w moje oczy i z ufnością sześciolatki pyta: „Mamo, czemu nasze dziecko ciągle się nie odnajduje?”. Dwa razy w tym czasie dostaję oferty świetnych kontraktów. Twardo negocjuję warunki, wychodzę zwycięsko z rozmów, ale potem zamykam się w biurowej toalecie i zapłakana skarżę się mężowi do słuchawki: „A  jeśli rano podpiszę kontrakt, a po południu zadzwoni telefon?”. Jeśli dzwoni telefon z ośrodka, to dwa tygodnie i jesteś na macierzyńskim. A ja chciałam tego macierzyńskiego, ale nie chciałam bezwolnie czekać, kariera była moją terapią.

Najgorsza w tym czekaniu jest codzienność

Ta milcząca nadzieja, gdy każdego ranka otwieram oczy z wiarą, że dzisiaj zadzwonią, a każdego wieczora zamykam z żalem, że dzisiaj nie zadzwonili. Trzeci rok, można zwariować. Ciało działa jak matka, kobieta, żona, bizneswoman, ale dusza wrzeszczy z rozpaczy i bezczynności. Wreszcie zadzwonili. A ja poczułam w końcu spokój. Wiem, która to jest moja droga. Będzie ciężko adoptować kolejne dziecko. Nie szkodzi, mam dwie wspaniałe córki. Ciężarne kobiety już mogą liczyć na moją sympatię.

Wytrzymałam rok we względnym spokoju. Znów odezwał się Dzwon Zygmunta. Przecież marzyłam o czwórce! Ośrodek adopcyjny, rozmowy z mężem. Kiepsko, nawet jak chcemy dwójkę rodzeństwa, nawet jak trójkę. Piętrzą się schody biurokracji. Słyszę m.in. taki argument: „Są czekający, którzy nie mają jeszcze w ogóle dzieci, Wy macie już dwoje”.

Poddaję się. Wchodzę w żałobę po moim marzeniu o czwórce. Jest październik. W grudniu zachodzę w ciążę. Boję się uwierzyć. Nawet, gdy mój kolega ginekolog drukuje mi po kilka zdjęć USG, z pięknie rozwijającym się pęcherzykiem. Nawet, gdy słyszę bicie serduszka. Brzuch rośnie mi szybko, ale i tak boję się, że to urojenie. Pamiętam, jak w ostatnim miesiącu stałam pod prysznicem i myłam ogromną powierzchnię brzucha z myślą: „czy to jest naprawdę? chyba mam ten brzuch, przecież nie zwariowałam”. Rodzę w domu, spokojnie, bezboleśnie i szybko.  Mam trzecie dziecko. Radość wielka, wdzięczność, że dane mi było, po tych ciernistych drogach, pospacerować po plaży. Ale jest druga strona medalu. Przecież ja jestem matką adopcyjną, miało nie być ciąży i brzucha, rozstałam się z nim na zawsze. Dzwon Zygmunta wali z całą siłą we mnie, rozbudzając marzenie o kolejnym dziecku.

Wyobraź sobie, że test pokazuje dwie kreski, nie pierwszy raz je widzę. Czułam, że się pojawią. Tak jak trzy miesiące temu, jak rok temu, i jak jeszcze wcześniej… ale już po tym, gdy urodziłam biologiczne dziecko. Za każdym razem czułam, że czas zrobić test. Wiem, że jestem w stanie przyjąć kolejną stratę, ale rozkwita we mnie coraz silniej nadzieja, że tym razem nie będę musiała, że właśnie teraz dopełni się marzenie. Każdego ranka sprawdzam listek papieru z drżeniem serca. W ciągu dnia jest gorzej, bo sto razy wydaje mi się, że czuję, jak zaczynam krwawić. Biegam do toalety z walącym sercem. W biurze patrzą na mnie coraz dziwniej, gdy w trakcie strategicznego spotkania bezczelnie wychodzę z grobową miną. Wracam po chwili z radosnym uśmiechem. Po kilku dniach jestem zmęczona, żeby się zrelaksować pomiędzy schizofrenicznymi wizytami w toalecie, zaczynam obliczać. Wszystko co tylko się da obliczyć. Daty porodu na kilka wersji długości cykli, prawdopodobną datę poczęcia, kiedy będzie już po I trymestrze, umawiam wizytę u ginekologa za tydzień. Najbliższe poranki zacznę wizytami w laboratorium, żeby sprawdzić bHCG… Czuję mdłości, ale nie umiem rozpoznać czy czuję je fizycznie, czy mentalnie. Żyję w amoku. Kolejny raz. Czy jest mi ciężko? Tak, ale godzę się na to, chcę podrzucić tę sztangę raz jeszcze. Nie wiem jednak, jak długo to zniosę. A co, jeśli znów…

W takiej sytuacji potrzebuję skupienia, ale nie chcę skupiać niczyjej uwagi na sobie. A jednak słyszę kłujące komentarze: „Trójka dzieci, to już przesada”, „Macierzyństwo po 40 jest fanaberią”. Największe ciosy padają z ust… kobiet!

Gdy zaczynam krwawić i wrzeszczę wniebogłosy z łazienki, wrzeszczę, że to koniec, że tracę kolejne dziecko, jest ze mną moja Mama. Dobrze, że jest przy mnie, dobrze, że mnie przytula. Później wieczorem przytula mnie moja najstarsza córka, to działa jak najsilniejsze remedium. Ten ból minie, i fizyczny i psychiczny. Wiem. Ale co dalej?  Nie wiem.

Wracam do moich ekspertek

Gdy wyrecytowały mi te wszystkie liczby, pytałam: „I to było dla Ciebie najtrudniejsze?”. Odpowiedź była za każdym razem taka sama, a tym samym bardzo dla mnie zaskakująca: KOMENTARZE OTOCZENIA. Jedna mówiła o nich z oburzeniem, inna spokojnie, jeszcze inna, zmieszana poczuciem składania skargi. „Dlaczego jeszcze nie masz dziecka, czekasz, aż się zestarzejesz?”, „Po co tak walczysz, możesz przecież adoptować?” „Te wszystkie badania medyczne to przesada, po prostu wyjedź, wyluzuj”, „Czekałaś do tego wieku, to teraz masz”, „Adoptowałaś, to teraz zajdziesz w ciążę”, „Powinnaś być wdzięczna za tę trójkę!”…

Świadomie, nieświadomie, wypowiadane ogólnie w towarzystwie albo wprost. Każda doświadczyła ich wiele. Ja również. I bardzo wpłynęły na moje starania. Nie ułatwiały ich niestety.

Chcesz wiedzieć, ile zniesiesz, aby zostać matką? Zrozumiesz to dopiero na końcu drogi. Ja jeszcze nie dotarłam do końca. Może to będą kolejne dwie kreski, może dziecko, a może menopauza. Moje starania, to nauka przyjmowania z pokorą tego, co spotykam na drodze.


Zobacz także

#BabaBez – Bez szans na perfekcję, ale z naręczem pysznych bez. Chcesz być atrakcyjna dla innych? Zacznij od siebie! Akcja #BabaCud – wyzwanie #5

200 rzeczy, które powinnaś (już, teraz, natychmiast) wyrzucić. Odgracanie mieszkania to wstęp do uporządkowania życia!

Kobieta, szczególnie ciężarna, wymaga troski i wygody w życiu codziennym. Pięknych ubrań również