Lifestyle

8 powodów, dlaczego nie chudniesz! Mimo diety.

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
9 lipca 2021
Błędne koło odchudzania
Fot. iStock/ereidveto – Błędne koło odchudzania
 
Przechodzisz na dietę. Dzień drugi, trzeci…. ważysz się i nic. Ani drgnie. Zaciskasz zęby i kolejne trzy dni jesz jeszcze mniej. Kiedy wchodzisz na wagę, widzisz pół kilograma więcej. „Co się dzieje?”, pytasz samą siebie. Kiedyś wystarczył tydzień, żeby na wadze zanotować błyskawiczny spadek: przynajmniej trzech kilogramów. A teraz? Właśnie, co dzieje się z tobą teraz?

1. Dieta MŻ = mniej żreć

Powodów braków efektów podczas odchudzania mogą być dziesiątki, ale jeden jest niepodważalny i niestety … trudno się z tym faktem pogodzić. Po prostu nadal za dużo jesz! Spokojnie, nie podejrzewamy cię o to, że kłamiesz sobie w żywe oczy.

Najprawdopodobniej faktycznie zmniejszyłaś kaloryczność posiłków, ale nadal nakładasz zbyt dużo na talerz lub pojadasz pomiędzy obiadem, kolacją i śniadaniem. Prawda jest taka, że większość z nas nie zdaje sobie sprawy, że kawa z mlekiem to też posiłek, w którym dostarczamy sobie kalorii. Jeśli w ciągu dnia pijesz dwie mleczne kawy, to należy je odhaczyć je w swoim jadłospisie. Musisz też (niestety) liczyć kalorie.

By stracić na wadze tylko jeden kilogram, trzeba odmówić sobie w ciągu miesiąca… 7 tysięcy kalorii. A z pozoru niewinny jogurt w kubeczku 500 gram może mieć tyle kalorii, co panierowany kotlet schabowy. Natomiast porcja sera feta, którą kruszysz do sałatki, bywa tak tłusta jak kiełbasa z patelni. Jeszcze jedna porada: jeśli polewasz sałatkę oliwą, proszę koniecznie odmierzaj tłuszcz za pomocą łyżki. Z doświadczenia wiem, że do jednej porcji sałatki potrafimy wlać z butelki naprawdę zbyt… obfity haust. A to ogrom kalorii!

2. Dymek nakręca

A może niedawno rzuciłaś palenie? Naukowcy twierdzą, że ludzie tyją w ciągu pierwszego roku „rzucania plenia” około 4-5 kg. Dlaczego? Jest kilka powodów. Po pierwsze: nikotyna hamuje nieco łaknienie. Po drugie: odrobinę przyspiesza metabolizm. Po trzecie: kiedy nagle przestajemy ją sobie dostarczać, to musimy inaczej odreagować stres. A nasza szczęka i usta oraz dłonie przyzwyczajone są do pewnych gestów związanych z papierosem. Dlatego niejako „w zamian” papierosów grane są… cukiereczki, chipsy i orzeszki. To wszystko działa na nas jak „środek uspokajający”.

3. Pigułki nieszczęścia

Koniecznie musisz przejrzeć swoją apteczkę. Niektóre lekarstwa mogą sprzyjać przybieraniu na wadze i utrudniają zrzucenie zbędnych kilogramów. Zwróć uwagę na tabletki antykoncepcyjne, lekarstwa przeciwhistaminowe (czyli stosowane na alergie), sterydy (doustne) oraz leki antydepresyjne. Dowiedziono, że niektóre substancje mogą pobudzać apetyt, sprzyjać zatrzymywaniu wody w organizmie, zmniejszać libido i motywację do ćwiczeń. Na szczęście dziś do wyboru różne zamienniki i alternatywy. Porozmawiaj ze swoim lekarzem, czy stosowany od dłuższego czasu lek nie utrudnia ci… chudnięcia.

4. Przyszła baba do lekarza

Czasami zrzucenie kilku kilogramów uniemożliwia choroba związana z zaburzeniami metabolicznymi lub hormonalnymi. Na liście chorób utrudniających utratę wagi są: insulinooporność, niedoczynność tarczycy, zespół metaboliczny X, zespół Cushinga i zespół policystycznych jajników. Dlatego zawsze przed rozpoczęciem diety warto skonsultować się z lekarzem i dokładnie przebadać. To oszczędzi ci niepotrzebnych stresów.

5. Ale flauta

Jeśli na początku twoje kilogramy spadały szybko i codziennie na wadze widziałaś 200 gram mniej, to nakręcałaś się swoim sukcesem. Ale w każdym procesie odchudzania przychodzi faza plateau. Starasz się, jesteś nadal na diecie i waga ani drgnie. Mijają dni, tydzień i więcej i nic. Cóż, trzeba to przeczekać cierpliwie. Nie załamuj się, nie poddawaj. Najprawdopodobniej po miesiączce twoja waga nagle spadnie o kilogram i cały proces ruszy dalej… z kopyta.

6. Sznuruj trampki

Jeśli nie ćwiczysz, chudniesz wolniej. Sport najlepiej podkręca metabolizm. Ale taki, który trwa ponad pół godziny i jest tak intensywny, że lekko się pocisz i łapiesz zadyszkę. Jeśli spacerujesz z psem w żółwim tempie dookoła swojego domu, to niestety nie możesz liczyć, że to wpłynie na twoje odchudzanie. Podkręć tempo. Jeśli ćwiczysz raz w tygodniu, zwiększ ilość treningów do trzech. Jeśli tylko biegasz na bieżni, spróbuj to urozmaicić. Może basen albo rolki? A może wolisz rower, power-jogę lub ćwiczenia z gumą.

Trenerzy twierdzą, że organizm osoby odchudzające się „lubi” być zaskakiwany różnorodnością. Nie przekonuje cię to? To mam jeszcze jeden argument: może zauważyłaś, że mężczyźni z reguły chudną szybciej niż kobiety? Wytłumaczenie jest proste: oni mają więcej mięśni, a skuteczność spalania tkanki tłuszczowej w dużym stopniu zależy od ilości masy mięśniowej. Mówiąc w skrócie: im mamy więcej mięśni, tym spalamy więcej kalorii w ciągu dnia. Dlatego ćwicz i buduj muskuły!

7. Ach te procenty

Nawet jeśli twoja dieta jest dobrana perfekcyjnie, to możesz zaburzać jej działanie, pijąc za dużo alkoholu. Drink tu, piwko tam… Policz: 50 ml wódki to aż 231 kcal, a piwo (które zawiera cukier w postaci maltozy) znajduje się na samym szczycie produktów z wysokim indeksem glikemicznym. Jeśli odchudzasz się i jednak chcesz napić się alkoholu: polecamy pół lampki białego wina wymieszać z wodą i sączyć tak długo… aż do zakończenia imprezy 🙂

8. Koktajl emocji

W pracy stres, a w domu mało snu. Trudno w to uwierzyć, ale te dwa czynniki mogą tak namieszać hormonalnie w twoim organizmie, że trudno będzie ci schudnąć. Wystarczy wziąć pod lupę jeden hormon — kortyzol, który wyrzucany do organizmu pod wpływem niedospania czy stresu w nadmiernych ilościach sprzyja gromadzeniu się tkanki tłuszczowej w obrębie brzucha i wokół narządów wewnętrznych.

Przyrzekam, takich hormonów, które wydzielają się z powodu nerwów i niedoboru snu jest więcej. Domyślam się, że nie chcesz czytać o skomplikowanych procesach biochemicznych, więc uwierz mi na słowo.

Na koniec uprzejmie (niestety) proszę, byś wróciła do punktu nr 1. Bo jednak to, co tam napisałam jest w 90 procentach odpowiedzialne za brak sukcesu w odchudzaniu. A więc MŻ. Przepraszam!


Lifestyle

„Drogi alimenciarzu, jesteś po części odpowiedzialny za chorobę naszego dziecka. Szczerze…? Jesteś strasznym dupkiem!”

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
12 lipca 2021
fot. Ilya Burdun/iStock
 

Czasem zastanawiam się, ile kobiet w Polsce jest w mojej sytuacji. Samotna matka bez alimentów. Pracowita, dumna i zarabiająca. Były partner płacił alimenty w „kratkę”. Od roku nie płaci wcale. Ona od kilkunastu lat radzi sobie sama z wychowaniem dzieci, poklepywana po ramieniu przez znajomych i rodzinę, że jest taka dzielna i wspaniała. Znasz takie matki? Ja myślałam, że jestem tak silna, że zawsze będę, że dam radę. Jednak dziś, z perspektywy 16 lat samotnego macierzyństwa, wiem już, że to chore myślenie. Ktoś już dawno powinien mi pomóc! Jednak w Polsce nie ma przepisów, które chroniłyby kobiety w mojej sytuacji.

Nie lubię narzekać, jestem pracowita i zaradna.

Przez lata chętnie brałam dodatkowe prace, by wyjechać za granicę, wysłać córkę na obóz narciarski, kupić jej rower. Takie były moje priorytety. Oszczędzałam na innych rzeczach. Nie chodziłyśmy do restauracji, nie kupowałyśmy drogich ubrań. „Lubię lumpeksy. A grzywkę mogę sobie podciąć sama, nie potrzebuję zawsze fryzjera”, przekonywałam samą siebie i lata jakoś biegły. A ja sobie radziłam raz lepiej raz gorzej, ale zazwyczaj lepiej. Chciałam, by córce niczego nie brakowało i w moim poczuciu tak było.

Niespecjalnie też myślałam o rosnącym długu alimentacyjnym, nie zjadały mnie emocje, że jestem okradana (A nie! To przecież moje dziecko jest okradane!). Wychodząc z założenia, że to toksyczne uczucia, nie chciałam się nimi karmić. „Po co mi to?” – myślałam.

Nie, nie jestem wariatką!

Ani świętą, ani masochistyczną siłaczką. Oczywiście, że rozmawiałam z prawnikiem i złożyłam u komornika wszystkie papiery potrzebne do egzekucji długu. Tyle że Państwo Polskie nie wspiera takich kobiet jak ja. Moje dochody w dwuosobowej rodzinie (ja i córka) przewyższają 900 złotych na jedną osobę. A w Polsce Fundusz Alimentacyjny nie przewiduje już żadnej pomocy dla matek ciężko pracujących i płacących podatki. Jeśli komornikowi nie uda się wyegzekwować długu, zostajesz już sama i musisz liczyć na własne siły.

Owszem, jest jeszcze jedno rozwiązanie – o długi alimentacyjne można pozwać rodziców ojca dziecka. Uwierzcie, choć wielokrotnie się nad tym zastanawiałam w ostatnich latach, to nie miałam serca ciągać po sądach 80-letniej staruszki (jakkolwiek wredna by nie była!). Może jestem frajerką? Może w ten sposób i ja też okradłam swoje dziecko?!

Kiedy patrzę wstecz…

Myślę, że byłam jednak w dużej mierze naiwna (czy to dobre słowo?). Pamiętam, że kiedy trafiłam do prawniczki, by pomogła mi napisać pozew o alimenty, ona przekonywała mnie, że powinnam żądać wyższej kwoty, bo fakt, że kupuję córce ubrania w lumpeksie, jest moim sprytem i zaradnością, a nie normą. Proszę, nie pomyślcie o mnie teraz źle, bo opowiadając o tym, strasznie się dziś wstydzę. Nie chciałam się kłócić z byłym partnerem o pieniądze. Po prostu zawsze ceniłam sobie święty spokój. Poza tym byłam bardzo zmęczona i nie miałam siły na wojnę. Fakt, że musiałam walczyć w sądach i u komorników, sprawił, że czułam się poniżona. Starałam się więc żyć i nie myśleć o ojcu dziecka, który tak bardzo na każdym kroku zawodził.

Jak zaczęłam odzyskiwać honor

Pamiętam, że podczas odbierania praw rodzicielskich sędzina zapytała mnie, czy moje dziecko dostaje od ojca prezenty. Zastanawiam się chwilę i powiedziałam, zgodnie z prawdą, że kiedyś przesłał dwie paczki na rozpoczęcie roku szkolnego, w której były zeszyty i kredki. Sędzina spojrzała mi głęboko w oczy: „Ja się pytam, czy pani dziecko dostaje prawdziwe prezenty. Rower? Tablet? Opłacony kurs języka angielskiego?”.

Ten moment był dla mnie przełomem. Popłakałam się na sali sądowej, bo poczułam jakby ktoś przywrócił mi honor i powiedział głośno, że coś mi się powinno zwyczajnie należeć. Nikt nigdy z rodziny ojca mojego dziecka nie wziął mojej strony. Nie podarował mojej córce pięknego prezentu. Nie „potrząsnął” alimenciarzem. Ani jego ojciec, ani matka, ani nawet  jego starszy brat. Tu chodzi o właśnie o honor, który przez lata traciłam, gdy prosiłam, by ojciec lub babcia dołożyli się do zimowych butów dla córki, czy wakacyjnego obozu sportowego. Od ex-teściowej słyszałam: „Nie mam”, a od ojca dziecka: „Odczep się”, „Nie dręcz mnie”, albo „Spierdalaj!” Niech więc nie dziwi was fakt, że wolałam nikomu o tym nie opowiadać. Pod skórą czułam, że jeśli ktoś dowie się, że w ten sposób traktuje mnie rodzina byłego partnera (z którym spędziłam siedem lat życia), to będą mieli mnie za… życiowe zero.

Kiedy się przebudziłam?

Moment przebudzenia nastąpił, kiedy poszłam na terapię i moja terapeutka zaczęła wobec mnie używać słów: „Musiało wtedy ci być bardzo trudno” albo „Dlaczego nie prosisz nikogo o pomoc?”. Byłam zszokowana, bo wydawało mi się, że to nie mi jest ciężko i że to nie ja potrzebuję pomocy. Pomocy potrzebuje ktoś, kto wychowuje piątkę dzieci, albo ktoś chory na nieuleczalną chorobę. Jednak ponieważ ufałam tej terapeutce i widziałam w jej oczach niekłamaną troskę o moje zdrowie i siły, postanowiłam coś zmienić. Zaczęłam mówić, że jest mi ciężko… na głos. I muszę wam powiedzieć, że to było trudne doświadczenie. Początkowo bardzo dyskomfortowe.

Myślę, że wcześniej tłumiłam w sobie emocje – takie jak frustrację, lęk, złość, strach, by móc jakoś funkcjonować i żyć. Kiedy zaczęłam prosić o pomoc rodzinę i przyjaciół, poczułam się więc ekstremalnie słaba i zaczęłam niejako rozpadać się na kawałeczki. Kiedyś jak spotykałam się z koleżanką, która skarżyła się, że jej mąż wyjechał w delegację i jest sama w domu z dwójką córek od tygodnia, to jej doradzałam i pocieszałam. Byłam tą silną i wysłuchującą skarg koleżanką. Po terapii jednak zaczęłam głośno mówić o swoich frustracjach, że mi też jest ciężko i że żongluję kartami kredytowymi jak w cyrku i że jestem już zmęczona przelewaniem z pustego w próżne. Zaczęłam też pozwalać sobie na płacz. Co ciekawe nie wszyscy moi znajomi polubili smutniejszą wersję mnie. Przyjaciele również potrzebowali czasu, by oswoić się z sytuacją.

Dziś z perspektywy czasu jestem wdzięczna sobie za to, że przyznałam się sama przed sobą i przed światem, że pracuję ponad siły, że nie szanuję swojego ciała, nie dbam o siebie, nie mam dla siebie czułości i zrozumienia. Nie jestem z tego dumna, ale przebaczyłam sobie. Robiłam tak, by zapewnić byt rodzinie. Trudno, w tamtym momencie nie potrafiłam inaczej.

Czas kryzysu!

Aż przyszła pandemia… i moje życie posypało się jak domek z kart. Straciłam dwóch najlepszych klientów i sytuacja finansowa znacznie się pogorszyła. Najpierw sprzedałam samochód, potem skreśliłam zajęcia jazdy konnej dla córki. Następnie rzucałam palenie (tak nie jestem święta, a wyszło mi na zdrowie!) i zaczęłam liczyć i zapisywać każdy grosz. Aż w końcu u mojej córki zdiagnozowano depresję. Czy w tej sytuacji mogłam liczyć na fundusz alimentacyjny? Na szybko podjętą refundowaną z NFZ-tu terapię dla dziecka? Nie i nie! Byłam dla nich nadal zbyt zaradna. Dziś we mnie jest bardzo dużo złości. Chcę krzyczeć!

Drogi alimenciarzu, jesteś po części odpowiedzialny za chorobę naszego dziecka! Bo nie dość, że nie zajmowałeś się nim, to nawet nie płacisz na niego alimentów, okradasz młodego człowieka z beztroski, stabilizacji i spokoju. Bo dziś nie stać mnie na wizyty u dobrych fachowców i lekarzy! Bo jestem ekstremalnie zmęczona. Bo obie z córką nie czujemy żadnego wsparcia. Bo swoją nieobecnością sprawiłeś, że twoja córka boi się mężczyzn i choć jest piękna, nie wierzy w to i ma niskie poczucie swojej wartości! Alimenciarzu, szczerze…? Jesteś strasznym dupkiem!

Jak dochodzi się długów alimentacyjnych w Europie?

W większości krajów w Europie istnieją organy, które wspomagają rodziców i dzieci, którzy nie dostają alimentów. W Szwecji Zakład Ubezpieczeń Społecznych przyznaje zasiłek alimentacyjny, który ma zagwarantować dziecku środki na godne utrzymanie, zwłaszcza gdy rodzic, na którym spoczywa obowiązek alimentacyjny, nie wywiązuje się z niego. Co ciekawe, taki rodzic musi zwrócić państwu kwotę wypłaconego zasiłku alimentacyjnego. Czyli staje się dłużnikiem państwa, a nie swojego dziecka! W Niemczech istnieje Urząd do spraw Dzieci i Młodzieży, który pomaga w ściąganiu należnych świadczeń. Dzieci dostają pomoc finansową, a roszczenia alimentacyjne przechodzą na Urząd do spraw Zaliczek, który dochodzi długów od alimenciarzy. W Polsce dziecko może liczyć jednie na 500 złotych z Funduszu Alimentacyjnego i to pod warunkiem, że dochody w rodzinie nie przekraczają 900 złotych na głowę. 400 złotych dostanie, jeśli dochody nie przekraczają 1000 złotych. Jednak jeśli zarobki w rodzinie na głowę wynoszą już 1400 złotych — rodzic, wychowujący samotnie dziecko, zostaje kompletnie bez pomocy. Dlatego ja chętnie nazywam się… „samotną matką”.

Kim jest polski alimenciarz?

To najczęściej mężczyzna w średnim wieku 45 lat, mieszkaniec województwa śląskiego lub mazowieckiego. Na koniec maja 2020 roku wszystkich niepłacących alimentów było prawie w Polsce 282 tysięcy, najczęściej są to jednak mężczyźni (94 proc.) Według Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor — alimenciarze zalegają swoim dzieciom z blisko 11,4 mld zł. Rekordzista z Mazowsza winien jest swoim dzieciom 640 tys. zł. Szacuje się, że blisko milion dzieci w Polsce nie otrzymuje od swoich rodziców alimentów, mimo sądowego orzeczenia o takim obowiązku. W Polsce działa Fundusz Alimentacyjny, ale tylko jedna trzecia uprawnionych spełnia kryteria pozwalające na otrzymanie pomocy od państwa. Pozostali muszą radzić sobie sami! Ani dzieciom, ani matkom nie wychodzi to na zdrowie.

Mam dla was happy end tej historii

Ostatnio moje sąsiadki z osiedla, kobiety, które znają moje dziecko od piaskownicy, zebrały pieniądze. Obiecały, że będą płacić za terapię mojej córki. Dobrzy ludzie jeszcze istnieją! I niech to będzie piękne zakończenie historii.

Wysłuchała Iwona Zgliczyńska


Lifestyle

W końcu zmierzy się z nimi każda para. 7 problemów, na które wskazują terapeuci

Redakcja
Redakcja
9 lipca 2021
fot. izusek/iStock

Łatwo jest kochać, gdy miłość dopiero się zaczyna. Związek jest taki „świeży”, codziennie uczymy się o sobie czegoś nowego. Patrzymy we wspólną przyszłość z optymizmem. Ale w końcu nadchodzi moment, gdy pojawiają się pierwsze przeszkody na drodze naszej miłości. O siedmiu najczęstszych zdaniem terapeutów par przeczytacie poniżej.

1. Uświadomisz sobie, że twój partner nie jest dla ciebie wszystkim

Oczekiwania mamy wielkie. Partner ma być naszą pokrewną duszą, najlepszym przyjacielem, wsparciem, doradcą finansowym i zawodowym, wspaniałym partnerem seksualnym i cudownym partnerem w rodzicielstwie… Prawda jest taka, że jak na jedną osobę, to naprawdę bardzo dużo ról. Jeśli na przykład ekstrawertyk zwiąże się z introwertykiem, prawdopodobnie będzie potrzebował dodatkowego towarzystwa, by zaspokoić swoje potrzeby.

2. Stanie między wami… telefon komórkowy

Kiedy dopiero zaczęliście się spotykać, telefon był waszym najlepszym przyjacielem: dzięki niemu mieliście ze sobą stale kontakt. Miłosne SMS-y w nocy, emotikony – serduszka w dzień… Im dłużej jesteście razem, tym częściej telefon staje się kością niezgody.  Warto zaskakiwać się wzajemnie propozycją „odstawienia” tego urządzenia na czas wspólnej kolacji czy rozmowy na koniec dnia ze swoim partnerem. Udowodnijmy sobie,  że te chwile razem, w prawdziwym życiu są dla nas o wiele ważniejsze niż to, co pojawia się na ekranie smartfona.

3. Seks nie zawsze będzie taaaaki gorący

Zdajemy sobie z tego sprawę, a jednak zawsze jest to dla nas zaskoczeniem.  W pewnym momencie ogrom naszych obowiązków, stres, problemy zawodowe, czy życiowe zmiany sprawia, że ogień w sypialni nie płonie już tak mocno jak na początku znajomości. Brak intymności jest często wynikiem głębszych kwestii – mówią terapeuci. Remedium jest proste: żeby na nowo wzniecić intymność, trzeba traktować się z życzliwością i rozumieć, że związek przechodzi przez wiele, równie ważnych faz

4. Nie wszystkie oczekiwania wobec związku uda się zrealizować

Jeśli wchodziłaś w związek z konkretną wizją miłości i waszej relacji (zakładałaś na przykład, że będziecie nierozłączni), możesz się rozczarować. Niewiele z tych oczekiwań da się wcielić w realne życie z drugim człowiekiem. I wcale nie znaczy to, że twój związek jest zły, nieudany: relacje między wami mogę być naprawdę doskonałe. Oczekiwania niech zostaną oczekiwaniami, a nie potrzebą.

5. Twój partner nie pozbędzie się złych lub denerwujących nawyków

To może być notoryczne zostawianie na umywalce patyczków do uszu… Albo nieszczęsna, nieopuszczona deska klozetowa… W idealnym świecie, grzecznie wspomnisz o tym raz czy dwa, a on czy ona już zawsze będą po sobie zostawiać porządek :). Ale nie żyjemy w takim idealnym świecie. Kochać znaczy akceptować.

6. Poróżnicie się w kwestii pieniędzy

Miłość to nie zawsze jedyna rzecz, jakiej potrzebujesz do szczęścia we dwoje. Pieniądze również są w związku ważne, zwłaszcza gdy tworzycie rodzinę i jesteście odpowiedzialni nie tylko za siebie, ale również za dzieci. Według ostatnich badań, stres związany z sytuacją finansową jest główną przyczyną depresji u mężczyzn, ta zaś często powoduje u partnerów tendencję do „wycofywania się” i sprawia, że coraz trudniej rozwiązywać związkowe problemy. Najlepiej jest wtedy, gdy w związku działamy jak dobrze zgrany zespół, i oboje jesteśmy odpowiedzialni za kwestie materialne w naszej relacji.

7. Monogamia okaże się wyzwaniem

Wierność to ciężka emocjonalna praca. Twoja atrakcyjność dla innych nie kończy się przecież w chwili, gdy wchodzisz w związek. Nadal podobasz się, nadal pociągasz nowych znajomych. Być może nadejdzie moment, w którym zaczniesz zastanawiać się, czy dokonałaś właściwego wyboru. Całkiem prawdopodobne, że twoja lojalność zostanie wystawiona na próbę.


Źródło: Huffington Post


Zobacz także

Dobra, koniec z wymówkami – idę biegać. Tylko od czego zacząć, żeby w końcu się udało?

Miała dwóch mężów i stu kochanków - tak mogłaby się zaczynać historia Krystyny Skarbek - kobiety szpiega, która zapisała się na kartach historii działając w czasie wojny na rzeczy wywiadu brytyjskiego i francuskiego.

„Krystyna mężczyzn sobie brała i porzucała, gdy przestawali ją fascynować albo po prostu być potrzebni”

Chłoniak Hodgkina. Objawy nowotworu, które można przeoczyć