Lifestyle

7 pytań, które warto sobie zadać, zanim powiesz TAK na wspólne życie

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
22 maja 2017
Fot. iStock / Andreea_Condrat
 

– To TEN! – oznajmił pewnego dnia Baśka wpadając do biura i zabrzmiało to tak, jakby wybierała się za 10 minut nie po kawę do firmowego ekspresu, ale do przymierzalni sukien ślubnych. A my po chwili oszołomienia i uśmiechu, wykrzyczałyśmy „jak to?!”. Bo mimo całej sympatii dla Pana Goździka (ten zwykł jej przynosić ich naręcza na każdą randkę) i uśmiechowi, który rysował się na twarzy na widok rozpromienionej Baśki, można było o tym związku powiedzieć wiele, ale na pewno nie „to TEN”.

Skąd te wnioski? Te nasuwają się same, gdy tylko zadasz sobie, jak Baśka kilka pytań. Bo po krótkiej ekscytacji chęć zamienienia się w Panią Goździkową zamieniła się w „musimy porozmawiać”.

Zanim więc zostaniesz żoną własnych iluzji lub ofiarą „motyli w brzuchu” i wpakujesz się w związek na poważanie (lub „na zawsze”) zapytaj siebie, czy…

#1 Czy mamy wspólne poglądy na temat dzieci, małżeństwa i wierności?

Zaskoczona? Rzadko kiedy na początku związku poruszamy te tematy, bo… Bo co? Bo boimy się, że wyjdziemy na nachalnych, zbyt zaangażowanych. Oczywiście, pierwsza czy trzecia randka to zazwyczaj nieodpowiedni moment na wspólne planowanie życie, ale moment, w którym wykrzykniesz w myślach „to TEN”, jest ostatnim dzwonkiem, by zadać sobie to pytanie. Czy wiesz, jakie poglądy na ten temat ma twój „Pan Goździk”?

Nigdy nie zakładaj na początku znajomości, że ktoś się zmieni, być może tak bardzo różnicie się w planach na życie, że nie warto inwestować czasu w ten związek.

#2 Czy twoi bliscy (rodzina i przyjaciele) akceptują twój związek?

Mam na myśli osoby, z którymi jesteś w bliskiej relacji, twoje wsparcie na życie. Jeżeli bliscy z ostrożnością i niezadowoleniem odchodzą do twojej nowej sympatii, być może zwyczajnie się o ciebie martwią. Jeśli czujesz, że coś nie gra między twoim partnerem a resztą twojego świata, zastanów się skąd taki rozdźwięk? Czasem z boku widać więcej.

#3 Czy potraficie rozmawiać na życiowe, choć czasem niewygodne tematy?

Niewygodne, czyli jakie? Seks, pieniądze, dzieci, religia. Seks i pieniądze okazują się  najczęstszymi przyczynami kłótni w związkach. Macie dużo większe szanse na wspólna przyszłość, jeśli te tematy nie są dla was tabu.

#4 Czy wasze poglądy religijne są sobie bliskie?

Owszem również pary kompletnie innych wyznań potrafią pokonać bariery innej religii czy kultury, zdarza się to jednak rzadko i jest naprawdę trudnym wyzwaniem. Czasem okazuje się, że wielokulturowość nie jest tak trudnym problemem dla związku, jak szacunek i stosunek do duchowości w  ogóle.

#5 Czy potraficie rozwiązywać konflikty?

Pamiętacie taki odcinek serialu „Jak poznałem waszą matkę”, gdy poznaliśmy metody rozwiązywania konfliktów Robin i Barneya? Jeśli nie obejrzyjcie koniecznie, każde z nich miało swój sposób na unikniecie tej pierwszej kłótni. Seks lub ucieczka. Prawda jest jednak taka, że w końcu każdy związek znajdzie w zaułku, z którego nie da się uciec, a wtedy zamiast małego związkowego granatu wybuchnie kilkutonowa Gruba Berta… i te wszystkie nierozwiązane wcześniej konflikty w reakcji łańcuchowej.

Pamiętajcie,  tak długo jak się kłócimy o ważne dla nas sprawy, tak długo nam zależy.No bo po co przekonywać kogoś, kto nie jest dla nas ważny?

#6 Czy lubisz swojego partnera?

Tak, wiemy, że go kochasz. Szalejesz za nim, pociąga cię… ale czy go lubisz? Lubisz jego żarty i masz ochotę z nim wyjść na rower? Albo tak zwyczajnie posiedzieć? A może wkurza cię to, jak zbiera się do wyjścia, rozrzuca skarpety albo myje podłogę?

Miłość to też ta cała codzienna zwyczajność, gdy zgasną pierwsze fajerwerki, strasznie smutno iść przez życie z osobą, do której zwyczajnie się nie lubi. Nie sztuką jest udawać, że poza wieczornym kinem, kolacja przy świecach i bukietem róż świat nie istnieje. Sztuką jest czerpać radość i przyjemność z wypicia wspólnej herbaty i gry w warcaby.

#7 Czy wyobrażasz sobie wspólną przyszłość?

Nie chodzi mi o górnolotne wyobrażenia o idealnym świecie i romantycznej wspólnej starości. czy wyobrażasz sobie, że gdy będziesz chora, to on będzie ci przynosił aspirynę i mleko z miodem? Tak, będziesz w tej okropnej piżamie, którą tak lubisz. A czy wyobrażasz sobie, że spędzicie wspólne wakacje, takie na luzie. Że wstaniesz rano bez makijażu i kompletnie się nie będziesz tym przejmować. Że będziecie wspólnie prać bieliznę, kupować czipsy na wieczór albo biegać z psem wieczorami?

Zanim powiesz  komuś TAK na wspólne życie, zastanów się, czy chcesz tego wszystkiego. Czy nie zasłaniasz się zauroczeniem, lękiem przed samotnością lub co gorsza, tylko swoimi wyobrażeniami, że potem już będzie zupełnie inaczej…


Lifestyle

Uważaj na nadmiernie miłych ludzi. Nauka twierdzi, że mistrzowie dyplomacji miewają zaskakujące oblicze

Redakcja
Redakcja
22 maja 2017
Fot. iStock / franckreporter
 

Bycie uprzejmym to dobra cecha, która zdecydowanie ułatwia funkcjonowanie w społeczeństwie. Mili ludzie mają lepiej, ponieważ wzbudzają większe zaufanie, sympatię, zjednując sobie grzecznością i uśmiechem rzeszę ludzi. O ile większość z nas ma swoje lepsze i gorsze dni, co jest zupełnie naturalne,  są jednak ludzie, którzy bez względu na wszystko, są mili aż do bólu.

Być może taką mają naturę lub takie zachowanie wynika z niskiego poczucia własnej wartości, kompleksów czy przekonania, że nikt nie będzie chciał z nimi utrzymywać relacji. Ale zbyt uprzejmi ludzie mogą mieć również mniej sympatyczne oblicza.

Nie zawsze można wierzyć w to, co się widzi

Być może masz w swoim otoczeniu osobę, która wszystkim nieba by przechyliła. Na pierwszy rzut oka takie sprzyjanie całemu światu jest bardzo pozytywne i pożądane, bo kto z nas nie chciałby mieć obok siebie jedynie grzecznych i miłych osób? A z racji tego, że ideały nie istnieją, warto wziąć poprawkę na tych, którzy są uprzejmi aż do przesady. Uprzejmość społeczna to jedno, ale jeśli dana osoba zdaje się nadskakiwać za każdym razem, nie zawsze jest to dobry znak. Badacze zajmujący się zjawiskiem nadmiernej uprzejmości doszli do wniosku, że takie osoby są znacznie bardziej skłonne do zdrady niż ci, którzy nie są do przesady wylewnie uprzejmi.

Mistrzowie dyplomacji

Badacze swoje wnioski oparli na przeprowadzonym eksperymencie, w którym uczestnikom zgromadzonym przy stole, przyznano do dyspozycji jedynie umiejętności komunikacji i manipulacji społecznych. Stosując dyplomację, mieli oni za zadanie utworzyć sojusze i osiągnąć z nich jak najwięcej korzyści. Podczas obserwacji rozmów okazało się, że najbardziej przewidywalną oznaką nieuchronnego odwrotu od sojusznika jest nagła zmiana tonu głosu, pozytywne nastroje i jawna uprzejmość. Bycie nadmiernie uprzejmym w strategii graczy miało maskować prawdziwe zamiary i umożliwić z uśmiechem na twarzy atak w najmniej spodziewanym kierunku. Generalizując, na podstawie tego badanie można stwierdzić, że ludzie zbyt mili, dążą do osiągania jak największych korzyści, posługując się fałszem maskowanym wyjątkową uprzejmością. Oczywiście nie każdy przypadek arcymiłej osoby, będzie jednocześnie przypadkiem podwójnego gracza, nie należy więc tych wniosków brać zbyt serio.


 

źródło: www.lifehack.org


Lifestyle

„Za moimi plecami nieustannie stoi strach i puka w ramię, on już nawet na „spierd**aj” nie reaguje”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
21 maja 2017
Fot. iStock / KatarzynaBialasiewicz

Nie pamiętam tych sześciu godzin. Czarna dziura. Podobno pani doktor wyprowadziła mnie z gabinetu, ale co się ze mną działo? Nie mam pojęcia.

A zaczęło się od zapalenia zatok – tak mówił lekarz. Majówka, jakaś infekcja, to było całkiem możliwe. Antybiotyk, który jednak tym razem nie pomógł. Po trzech dniach zaczęła się biegunka, wymioty, kazano odstawić leki. Rok temu, 7-ego maja, mój wtedy 8-letni synek wstał rano z wzdętym brzuszkiem, a ja po prawej stronie pod ręką wyczułam u niego guz…

Byłam przerażona. Na SOR-ze pediatra stwierdził, cytuję: „Czegoś się nażarł i ma wzdęcia”. Ale ja nie jestem grzeczną dziewczynką, więc zaczęłam kląć, zażądałam konsultacji chirurgicznej i USG. Usłyszeliśmy, że to pewnie zapalenie wyrostka albo coś innego. Dostałam szału, bo kto ma wiedzieć, co jest mojemu dziecku, jeśli nie lekarz! Zażądałam skierowania do szpitala, gdzieś intuicyjnie byłam pewna, że to nie jest „nic takiego”, co lekami czy rutynowym zabiegiem da się zaleczyć.

W szpitalu przeprowadzono wszystkie badania i po chwili sztab hematologów stał wokół nas. Wtedy po raz pierwszy Kamilek trafił na stół, lekarz pobrali wycinki guza i poinformowali nas o trzech tygodniach oczekiwania na wynik histopatologiczny. TRZY TYGODNIE! Stanęliśmy na głowie, wydzwoniliśmy, gdzie tylko było można i po trzech dniach usłyszałam to, co potwierdziły słowa radiolog sprzed kilku dni – mój syn ma raka – chłoniaka i to bardzo zaawansowanego.

To, co tkwi mi mocno w pamięci, to traumatyczne wejście na oddział hematologii, gdzie patrzą na ciebie jak na ufoludka i te uśmiechające się do ciebie matki, gdy ty sobie myślisz: „Ku*wa, z czego ty się cieszysz, masz dziecko chore na raka!”. Ale to z czasem przychodzi, po trzech miesiącach, jak już tak naprawdę się wypłaczesz, to jesteś w stanie się uśmiechnąć i to nie tym sztucznym bananem dla dziecka, którym przykrywasz strach, smutek, bezradność i złość, że nic nie możesz, że nie wiesz, jak mu pomóc, że najchętniej zamieniłabyś się z nim miejscami, oddała wszystko, by być podłączonym do chemii zamiast niego…

Ale chemia płynęła w jego żyłach. Wszystko wydawało się być pod kontrolą, a tymczasem po kilku dniach znowu zaczął się ból brzucha. Usłyszeliśmy, że to tak jest, to naturalne, w nocy podano mu morfinę tak bardzo bolało. Rano prześwietlenie brzucha – okazało się, że guz perforował. Szybko na blok. Lekarz dał mi do podpisania zgodę na stomię. Co podpisałam, dotarło do mnie, gdy siedziałam przez osiem godzin pod salą operacyjną. Zastanawiałam się, jak to będzie, jak on to przyjmie.

Tylko 10 minut mogłam po nim być po operacji, był niewydolny oddechowo, usłyszałam, że stan jest bardzo ciężki. Rano ordynator wezwał nad do siebie mówiąc, że rokowań nie ma żadnych, że naszemu synowi zostały dwie doby życia… Kazał mi jechać do domu, bo nie ma czego tu oglądać… „Po pana trupie” odpowiedziałam, bo byłam gotowa zabić, gdyby ktoś chciał mnie wyprowadzić ze szpitala.

Kamil ciśnienie 30/20… Nikt, kto tego nie przeżył nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić, co przeżywa matka, która nieustannie modli się o życie dla swojego dziecka, która nie dopuszcza do siebie usłyszanych słów, która siłą własnej woli próbuje dać swojemu dziecku chęć do życia, do niepoddawania się, do pokazania tym wszystkim ludziom, że się mylili…

Po trzech dobach Kamil sam wyciągnął sobie rurkę, rozintubował się i do pielęgniarki powiedział: „weź tę rurkę, bo mnie wkurza”. To był cud. Lekarz powiedział, że to nie jest zasługa medycyny, 50% zdrowych ludzi takich powikłań, jakie miał Kamil nie jest w stanie przeżyć.

Ale to nie był koniec. Od momentu postawienia wstępnej diagnozy przez radiolog nie minęły jeszcze trzy tygodnie: rak, chemia, operacja, stan krytyczny. Ale to nie był koniec. W Dzień Mamy w prezencie Kamil dostaje udar mózgu bez żadnych ostrzeżeń. Ogromy obrzęk, rokowania nieznane. Tydzień czasu wegetował na lekach, utrzymywany był w pół śpiączce, żeby wyciszyć mózg jak najbardziej. Kiedy się obudził, pierwsze co usłyszałam: „Mamo, jaki ja jestem głodny”. Udar nie zostawił właściwie po sobie śladu… Kolejny cud.

I kolejna operacja. Uszkodzony po chemii woreczek żółciowy, olbrzymi stan zapalny. I znowu emocje od przerażenia do euforii, gdy okazało się, że sytuację udało się lekarzom opanować. W styczniu Kamil dostał ostatnią chemię, wyszliśmy do domu po siedmiu miesiącach w szpitalu.

Pamiętam, jak na samym początku lekarze nam powiedzieli, że stan zaawansowania choroby jest taki, że albo rak zabije nasze dziecko albo silna chemia, bo tylko taką można było mu podać. „Chemia go nie zabije, a chorobie na to nie pozwolę” – powiedziałam.

I do dziś, cały czas, jest bardzo ciężko, bo za moimi plecami nieustannie stoi strach i puka w ramię, on już nawet na „spierd**aj” już nie reaguje.

Na raka kilka lat wcześniej umarła moja babcia, którą zajmowałam się, która do końca była z nami, umierała właściwie mi na rękach. Kiedy odeszła Kamil bardzo często z nią rozmawiał, grał z nią w piłkę w domu, wstawał rano i mówił: „Cześć babcia”. Drzwi się w naszym mieszkaniu zamykały i otwierały. Przestała przychodzić, kiedy mój młodszy syn w Wigilię się przestraszył. Babcia do mnie przychodziła zawsze, gdy miało stać się coś naprawdę bardzo złego. Wtedy mi się śniła. A właśnie przed chorobą Kamilka nie przyśniła mi się wcale. Od początku tłumaczyłam sobie, że skoro nie przyszła mnie ostrzec, to wszystko musi skończyć się dobrze.

Kto nie przeżył sytuacji, gdy jego dziecko wyrywa się śmierci z ramion, ten nie wie, co dzieje się z tobą przez ten cały czas. Ja byłam w takim stanie, że we śnie widziałam Kamilka w trumnie, widziałam nekrologii informujące o jego śmierci… Wszystko w takich czarno białych barwach… Kiedy się budziłam, mówiłam sobie: „Ku*wa babo, weź ty zmień nastawienie, bo wykraczesz sobie to, co najgorsze”. Ale to trudne, bo nie można udawać, że nic się nie dzieje, zwłaszcza, gdy w trakcie naszego pobytu w szpitalu od maja do stycznia odeszło 13 dzieci. Kiedy jednego dnia widzisz dziecko, stoisz pod jego salą, machasz do niego, a na drugi dzień stan jest krytyczny, a po południu już go nie ma… O wielu przypadkach Kamilek nie wie, bo nie wiem, jak mu powiedzieć. Miał koleżankę na oddziale Weronikę, nie wie o jej śmierci. Ona w ciągu dnia chodziła po korytarzu, mówiła do mnie: „Chodź, uciekniemy gdzieś na pizzę, zjemy normalnie”. Obiecywałam jej, że jeszcze trochę i pójdziemy. Spytała mnie: „Wierzysz w to, że jeszcze wyjdę”, odpowiedziałam, że wierzę. „Ja nie” – powiedziała. W nocy nagłe pogorszenie stanu zdrowia, rodzice zabrali ją do domu, bo nie chcieli, żeby umierała w szpitalu. Po dobie odeszła…

Byliśmy blisko ze sobą, z jej rodzicami… To był taki cios. A wydawało się, że już jest zdrowa.

To tak jak nam mówią ludzie: „A wy to już po leczeniu, to z górki.”. Z jakiej ku*wa górki. Tu nie ma spokoju, wyniki są dobre, ale to nie znaczy, że nie mamy czym się martwić.

Czeka nas jeszcze jedna operacja – rekonstrukcji przewodu pokarmowego. Boję się tej operacji, bo wiąże się ona z silnym bólem, Kamilek będzie miał wyciągane jelita. One będą musiały się na nowo ułożyć… On też się tego boi, bo wie, jak bardzo to boli. Na razie ma jedno marzenie – marzy o psie. W jego chorobie i przy jego stanie jedyny pies, na którego możemy sobie pozwolić to labrador. „Mamo, nie mogę jeść czekolady, to niech pies chociaż będzie czekoladowy”. Czekamy na to, by go odebrać. Tak bardzo chciałabym widzieć uśmiech na jego twarzy i zaznać spokoju, wziąć głęboki oddech i obudzić się pewnego dnia z pełnym przekonaniem, że cały ten koszmar mamy już za sobą.


Zobacz także

Przeanalizuj swój profil na Facebooku, a test powie ci, kim jesteś. Kocham te wszystkie: „Jakim żywiołem jesteś”czy „Kto kocha cię naprawdę”

„Rusz tyłek, miła”. Przestań planować, bać się, czekać. Działaj

Dziś mogę śmiało powiedzieć: Kobieto! Rozwód to nie koniec świata!

Żegnaj, mężu. Nie będę płakać z żalu po tobie, zapłaczę nad miłością tych, którzy splątali ze sobą swoje losy, ale im nie wyszło