Lifestyle

5 typów wampirów energetycznych. Jak się przed nimi chronić?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
12 lutego 2017
Fot. iStock/Emir Memedovski
 

Z ich obecności w naszym życiu nie od razu zdajemy sobie sprawę. Nie zawsze jesteśmy świadomi tego, co się z nami dzieje w towarzystwie tej drugiej osoby. Jedynie po spotkaniu miewamy takie nieodparte wrażenie, jakby ktoś przecisnął nas przez praskę, wysysając z nas całą energię.

Wampiry energetyczne mają jedną wspólną cechę – nie potrafią stworzyć własnej energii życiowej w żaden pozytywny sposób. Oni zawsze tylko biorą, nic nie dając w zamian, bo też nie mają nic do zaoferowania. W ich obecności zawsze czujesz się gorsza, głupsza, obrażana i niekochana, oni nie dają wsparcia, nie podzielają naszego entuzjazmu, gdy z czegoś się cieszymy. Zatruwają nas powoli, karmiąc się naszą energią.

Wampiry energetyczne mogą kryć się wszędzie – w twojej rodzinie, wśród znajomych, w pracy, są kochankami, ale też życiowymi partnerami. Tworzymy z nimi niezdrowe dla nas relacje, w których jest wiele dramatu, spada nasze samopoczucie. Wampiry to ludzie, którzy sprawiają, że czujemy się przygnębieni, źli, czasami bezradni.

Oto pięć typów ludzi, którzy zatruwają nasze emocje, wysysają z nas energię i prześladują nas tak, jakbyśmy byli ich ofiarą.

Pasywny agresor

Swoją wrogość przykrywa miłym uśmiechem. Nigdy nie atakuje wprost, nie mówi o swoich pretensjach wprost, wręcz przeciwnie jest ekspertem w w upiększaniu i słodzeniu swojej wrogości. Każdy z nas momentami zachowuje się w taki sposób, różnica polega na tym, że wampir energetyczny nadużywa tego. Mówi: „Odbiło ci”, „Zwariowałaś?” – a ty nie wiesz, co odpowiedzieć. Nawet, jeśli ty masz o coś pretensje, to nawet nie wiesz kiedy – zaczynasz się tłumaczyć ze swojego zachowania, bo nagle okazuje się, że to ty jesteś winna danej sytuacji. Oczywiście w mniemaniu wampira energetycznego.

Narcyz

Znasz kogoś, kto uważa, że wszystko kręci się wokół niego, bo wierzy, że jest pępkiem świata. Narcyzi są egocentryczni, próżni, głodni podziwu i uwagi. Przedstawiają się jako inteligentni i uroczy ludzie, ale to wszystko do czasu, do momentu, kiedy zauważą, że ich status osoby stawianego jak wzór, godnej naśladowania jest zagrożony. Często brakuje im empatii

Biorąc pod uwagę, że motto tego typu osobowości jest „ja pierwsza” złościć i / lub wyrażania siebie stanowczo nie będą miały żadnego wpływu na nich. Często brakuje im empatii, a bezwarunkowa miłość w ich przypadku jest dla nich trudna i właściwie niemożliwa.

Jak się bronić przed takimi osobami – najlepiej pamiętać o swoich mocnych stronach, stawiać sobie realne oczekiwania. Warto też spróbować uświadomić tego typu ludziom, że sprawiają, że czujemy się gorsi, kto wie, jeśli jest to ktoś, na kim nam zależy – może się zmieni i zrozumie swoje działania.

Atakujący

Te emocjonalne wampiry rzucają się na ciebie z całą siłą swojej agresji i złości – upokarzają, krytykują, doprowadzenie do konfliktów zdaje się być ich przeznaczeniem. Są uzależnieni od wściekłości, wtedy działają na wysokim C, potrzebują trzymania innych w potrzasku swojej złości. Czujesz się przy nich w nieustannym napięciu i strachu, bo boisz się, że powiesz, czy zrobić coś nie tak.

Najlepszą samoobroną jest… ochrona własnej samooceny, którą gniew może skutecznie zniszczyć. Dlatego nie spiesz się, odczekaj moment konfrontacji, nie reaguj i nie daj się wciągnąć w awanturę. Tylko tak jest szansa na uspokojenie nerwów i wyjaśnienie swojego punktu widzenia po pewnym czasie. Możesz spróbować uświadomić takiemu typowi wampira energetycznego, że na pierwszym miejscu stawia od atak, złość i agresję – że w taki sposób nie przyjmuje żadnych argumentów widząc tylko swoje racje.

Ofiara

Wampiry energetyczne bywają też królami dramatu, wchodzą bardzo chętnie w rolę ofiary. Oni doskonale wiedzą, jak się zachować, co powiedzieć, który przycisk przycisnąć, żebyś poczuła się niepewnie. Są mistrzami wzbudzania w tobie wyrzutów sumienia, oczywiście zupełnie bez powodu.

W relacji z tego typu ludźmi musimy przede wszystkim zrozumieć, że nikt nie jest idealny, że każdy z nas popełnia błędy. Można spróbować jeszcze zakomunikować: „Rozumiem twój punkt widzenia, ale kiedy tak mówisz, ranisz moje uczucia, byłabym wdzięczna, gdybyś przestał tak robić”.

Plotkarz

Jest jeszcze jeden typ – plotkarzy. Uwielbiają mówić o innych, ale też o nas za naszymi plecami. Psują reputację, rozprzestrzeniają złośliwe plotki. Robią to wszystko sprawiając, że czujesz się upokorzona, a oni sami podbudowują swoją wartość szukając potwierdzenia swoich opinii na twój temat u innych.

Oczywiście najlepiej by było się nie martwić tym, co o nas mówi, nie brać tego do siebie. Masz prawo rozsiewane plotki ignorować, być ponadto, co ta osoba o tobie mówi. A jeśli słyszysz, ze zaczyna plotkować w twojej obecności o innych powiedzieć wprost, że nie chcesz brać w tym udziału i zmienić temat.

Najlepiej byłoby się odciąć od relacji z wampirami emocjonalnymi, ale nie zawsze jest to możliwe. Czasami warto spróbować uświadomić im, jak nas krzywdzą, jak są niesprawiedliwi. Ale uwaga, warto to zrobić wtedy, gdy masz nadzieję, że spróbują to zrozumieć i pochylą się nad twoimi słowami.


źródło: exploringyourmind.com


Lifestyle

Mam dość serduszek, misiów i wyznań miłości na zawołanie. Oficjalnie bojkotuję Walentynki!

Listy do redakcji
Listy do redakcji
12 lutego 2017
fot. iStock/ skynesher
 

I znowu w sklepach zaroiło się od słodkich misiów, czerwonych serduszek, kwiatków i kartek z miłosnymi wyznaniami w niemal wszystkich językach świata. Znowu ludzie będą kupować tandetne podarunki, na gwałt rezerwować stoliki w restauracjach, przygotowywać niespodzianki według przepisu z prasy kolorowej i szturmować kina w celu zobaczeniu komedii romantycznej lub najnowszego Greya ze swoją drugą połówką. 14 lutego, Walentynki. Dla jednych to święto zakochanych, a dla mnie… dzień pełen kłamstwa i obłudy. Nie cierpię Walentynek i od lat oficjalnie je bojkotuję i za wszelką cenę unikam.

Dobrze znam te komentarze, gdy ktoś słyszy, że Walentynek nie lubię i traktuję jak najgorsze zło – nieszczęśliwa miłość, złamane serce, dusząca samotność, brak drugiej osoby u boku, niedostatek miłości.  Ale to wszystko guzik prawda, bo czy byłam singielką, czy pijaną z miłości narzeczoną, widząc 14 lutego w kalendarzu coś mnie aż wzdrygało, a po plechach przebiegały dreszcze. Bo oto nadszedł dzień, w którym kochać i wyznawać swoje uczucia będziemy niczym na dany nam rozkaz. Na zawołanie cały świat ma swoje życie prywatne i najbardziej osobiste sprawy wywlekać na światło dzienne, celebrować miłość, czcić ją oficjalnie, a i pewnie też konsumować – w końcu w Walentynki nie tylko wypada, ale nawet należy! Tylko czy to nie jest szczyt hipokryzji i zakłamania?

Miłość powinniśmy czuć nieustannie, 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, 365 dni w roku! Co zmieni pluszowy miś  „made in China” mówiący elektronicznym głosem „I love you” albo bukiet kwiatów kupiony na prędce w supermarkecie, jeżeli podarujemy je wyłącznie z poczucia obowiązku, bo podniosła nas fala walentynkowego marketingu, bo sąsiad kupował żonie czekoladki, to my też, przecież gorsi nie będziemy? W radiu mówili, że to miło, w telewizji powiedzieli, że to konieczność, a zaproszeni eksperci podali siedem patentów na idealny wieczór i kilkadziesiąt dobrych rad wygłosili – no więc jak to tak, zignorować ich wszystkich i udawać, że Walentynek nie ma? Wyłamać się i przeciwko zakochanym oficjalnie wystąpić?

Lepiej udawać, że ten jeden dzień rzeczywiście coś w nas i naszym związku zmienia. Że ten lutowy książę z bombonierką w promocji, to ktoś zupełnie innych, niż ropuch, którego znamy z codziennego życia. Że to faktycznie jest tak jak mówią, że miłość dodaje skrzydeł, motywuje do działania i wpuszcza nam w brzuch stado motyli. Że skoro dzisiaj powiedział, że kocha, choć na co dzień jakoś tego nie widać i nie czuć, to może rzeczywiście ma w sobie jakieś uczucia, trudny jest po prostu, ma problemy z ich wyrażeniem. Poudawajmy, że to faktycznie jest święto miłości, a nie kolejna okazja do nabijania kabzy producentom, sprzedawcom i marketingowcom. Że w tym całym czerwonym, serduszkowym zamieszaniu chodzi nam wyłącznie o drugiego człowieka, naszego ukochanego, a nie dobre zdjęcie wrzucone na facebooka i zyskanie podniesionych kciuków pod postem naszpikowanym okolicznościowymi ikonkami i hasztagami.

A czy wiedzieliście, że to właśnie 14 lutego i w jego okolicach dochodzi do największej liczby rozstań, zerwań i porzuceń? Że to właśnie wtedy ludzie najczęściej mówią sobie dość, do widzenia, żegnaj, to koniec? Może dlatego, że otoczeni miłosną propagandą uświadamiają sobie, że nie czują nawet ułamka tego, co według wszystkich powinni, co usilnie wmawia im cały świat. A czuć mogą to jedynie wtedy, gdy przestaną się przejmować takimi właśnie komercyjnymi świętami! Wtedy, gdy miłość stanie się dla nich ważna nie tylko wówczas, gdy przypomni im o tym kalendarz i zmiana wystawy w sklepie, ale gdy co rano poczują, że są szczęściarzami, bo mogą spojrzeć w oczy ukochanej osoby. Poczują, że kochają i są kochani, jeśli celebrować będą zwyczajną wspólną codzienność i cieszyć się każdą spędzoną razem chwilą, a nie wymyślną kolacją raz do roku i wyznaniem powiedzianym na rozkaz.

Apeluję zatem do wszystkich was – bojkutujcie Walentynki! Miejcie w nosie serduszka, kiczowate misie, mechaniczne wyznania miłości i uczucia jedynie na pokaz. Wybierzcie zamiast tego miłość skromniejszą, ale prawdziwą, cichszą, ale silną i trwałą, niewidoczną dla osób postronnych, ale dobrze odczuwalną dla was dwojga. Niech każdy dzień będzie dla was świętem zakochanych, hołdem składanym miłości za pomocą małych gestów, codziennych aktów życzliwości, troski i oddania. Bo właśnie o to chodzi w kochaniu, w związku – by nieustannie chcieć się nawzajem poznawać, by być ze sobą, żyć ze sobą i sprawiać, by nasza druga połowa wiedziała o tym nie tylko od święta.

Zapisz


Lifestyle

To były tylko dwa krótkie zdania. „Mamusiu wyzdrowiej proszę. Tak bardzo cię potrzebuję”

Magdalena Lis
Magdalena Lis
12 lutego 2017
Fot. iStock/efenzi

Dług wobec losu

Marianna jest dobrym duchem swojego osiedla. Wszyscy ją tutaj znają. Trudno się temu dziwić, w bloku z wielkiej płyty mieszka od czterdziestu siedmiu lat, czyli całe swoje życie. Blok mieści się nieopodal parku miejskiego. Marianna często karmi tam łabędzie i kaczki, chodzi z wnuczką na pobliski plac zabaw. Jest członkiem wspólnoty mieszkaniowej, lubi się społecznie udzielać. Często wyciąga pomocną dłoń do kogoś, kto jest akurat w potrzebie.

– To nie jest jakoś strasznie wiele. A to komuś podam kanapkę, na przykład siedzącemu na ławce bezdomnemu. Kurtkę starą podaruję starszej pani z drugiej klatki, mnie już jest niepotrzebna przecież. Wózek tej młodej z bloku obok popilnuję, żeby spokojnie mogła wejść na górę. Ale to wszystko ciągle mało. Mam dług wobec losu. Życia by mi brakło, żeby go spłacić, staram się jak mogę i próbuję.

Córka

– Kiedy tak czasem patrzę na moją mamę, na to jak zajmuje się Milenką, ogarnia mnie duma i wzruszenie. Moja córka ma mamę, ma babcię, normalną ma rodzinę. Może dziwnie to zabrzmi, ale trochę jej zazdroszczę, bo ja mamy przez dobrych kilka lat w ogóle nie miałam. Teraz mam dwadzieścia sześć, a mama od trzynastu już nie pije. Od tamtej pory dziękuję Bogu za każdy jeden jej trzeźwy dzień. Życie z pijącym rodzicem to jeden z większych dziecięcych koszmarów.

Jeszcze po kropelce

Marianna jako młoda dziewczyna w ogóle alkoholu nie piła. Wszystkie zabawy, licealne dyskoteki, wyjazdy pod namiot – nigdy nie zawiodła swoich rodziców, zawsze trzeźwa do domu wracała. Na studia nigdy nie poszła, marzyła, by założyć rodzinę, by zacząć żyć na własny rachunek, pracować. Załapała się na etat w lokalnym zakładzie zajmującym się produkcją obrusów i firanek. Praca w systemie czterobrygadowym, duże hale, dobrzy ludzie, jak sama o tym mówi – dobra to była robota. Wyszła za mąż, urodziła się Karina. Nie ułożyło im się… Rozwiodła się, kiedy jej córka cztery lata skończyła.

– Zaczęło się od dnia kobiet, potem były kolejne wyjścia do barów z koleżankami. Małą podrzucałam mojej mamie, czasem teściowej. Karinka nie raz płakała, że nie chce znów zostać u babci na noc. Ja miałam wtedy ważniejsze sprawy, instynkt macierzyński w walce z alkoholem zdecydowanie przegrywał. Zamiast budować z córką zamki z piasku, czy wieżę z klocków drewnianych, budowałam przyjaźnie oparte na oparach alkoholu. Bardzo mocno wierząc w to, że one są prawdziwe.

Złudna nadzieja

Bywały momenty, że Karina przez kilkanaście wieczorów matki trzeźwej nie widziała. Potem z dwa tygodnie spokoju, i od nowa. Bo a to ostatki, a to imieniny, a to czyjaś rocznica.

– Pamiętam jak ksiądz podczas mojej komunii świętej w kościele podkreślał w ostatnim słowie, żeby w tym dniu dorośli wstrzymali się od picia alkoholu. Byłam taka radosna, przecież jak ksiądz tak mówi, to na pewno tak będzie. Przyjęcie było w domu, nie zabrakło gości, prezentów i… alkoholu. Byłam bardzo mocno zawiedziona. Mama wtedy za dużo wypiła, biegała za mną wieczorem, i wołała, no córcia, pochwal się wszystkim nowym rowerem. Boże, jak ja się wtedy wstydziłam. Inne dzieci z rodzicami w odświętnych strojach i moja matka w fartuchu, do tego tak nienaturalnie się śmiała.

Ze mną się nie napijesz?

Marianna z czasem picie przeniosła także do pracy. Na nockach nigdy nie było kierownika. No więc kanapka, a zamiast herbaty setka wódki. Sama nie piła, kompanów do kieliszka jej nie brakowało. Wesoło im było, robota szła jak trzeba. Myślała, że jest królową życia. Nie wie, jak długo by po trwało, gdyby nie fakt, że w jej domu któregoś dnia pojawiła się szefowa.

Wstydzę się Ciebie, mamo

– Otworzyłam drzwi jakiejś kobiecie, pytała mnie czy jest mama. Wpuściłam ją, choć mama spała. Słyszałam, jak ta pani mówiła mamie, że musi się leczyć, bo jest chora. Ja następnego dnia jechałam na szkolną wycieczkę, taką z noclegiem poza domem. W nocy się zesikałam. Ja, dziewięciolatka zmoczyłam całe łóżko. Tak bardzo nie chciałam, żeby moja mama była chora. Tak bardzo się bałam i bardzo wstydziłam. W ogóle, jak myślę o moim dzieciństwie dominuje we mnie poczucie wstydu, bo butelki z domu wynosiłam prawie że nocami, idąc na palcach, powoli, żeby w worku ze śmieciami nie brzęczały. Bo na szkolnych uroczystościach zawsze była tylko babcia, nigdy mama. Bo sprzątałam po niej, bo prosiłam, żeby się umyła i ubrała. Bo inne dzieci się ze mnie śmiały, a ja broniłam jej zawsze, że jest chora i że wcale się nie upiła.

Smutna prawda

Kierowniczka Marianny powiedziała jej, że musi się leczyć, nawet z pomocą się zadeklarowała. Matka Kariny jednak odmówiła. W pracy dostała najpierw dwa upomnienia, potem naganę, groziła jej utrata zatrudnienia. Mimo to nadal piła. Była w ciągu, nic do niej nie docierało. Do czasu. Pamięta jak przyszły do niej we trzy, szefowa, teściowa i mama. Zagroziły, że nie chodzi już tylko o pracę, ale także o Karinę. Że jej ją zabiorą, że szkoła się zaraz zainteresuje, bo Karina się w lekcjach opuściła. To była krótka piłka: „Zwolnienie lekarskie i zamknięty ośrodek”. Marianna uległa. A potem po tygodniu stamtąd uciekła. I tak jeszcze dwa razy. Karina w tym czasie u jej matki zamieszkała.

Mamusiu wyzdrowiej, proszę

To był taki czas, kiedy Karina wracała do domu pełna spokoju. Babcia czekała z obiadem, w domu było posprzątane. Poprawiała oceny, spotykała się z koleżankami. Do mamy napisała list, bo babcia jej kazała. To były tylko dwa krótkie zdania.

„Mamusiu wyzdrowiej proszę. Tak bardzo cię potrzebuję”.

Siła

– Paradoksalnie rzecz ujmując, moja córka dała mi siłę. Podjęłam pełne leczenie. Przyznaję szczerze, że łatwo nie było, ale warto na pewno. W ośrodku poznałam podobnych do mnie ludzi. Nawzajem żeśmy się wspierali. Boże, ile ja łez tam wtedy wylałam.

Ufam, ale kontroluję

Karina wiedziała, że jej mama zakończyła leczenie, że wraca do domu. Mimo to wielokrotnie jej nie wierzyła. Patrzyła jej w oczy, wąchała ją chcąc zdemaskować zapach alkoholu. Po domu szukała pustych bądź napoczętych butelek, kontrolowała zakupy, które Marianna przynosiła. Bała się jej powrotów z pracy, wyjść z koleżanką czy rodzinnych spotkań. Mimo upływu kilku lat wciąż się z tym lękiem nieustannie borykała.

Nowy początek

Marianna wróciła do pracy, próbowała zacząć swoje życie od nowa. W ośrodku poznała Krzysztofa, od tamtej pory są w związku, ale razem nie mieszkają. Ze starymi przyjaźniami już dawno zerwała. Nadrabia stracone lata, miłość, której nie potrafiła dać swojej córce, próbuje w całości na wnuczkę przelać. Mówi o niej „oczko w głowie”.

Wybaczenie

Córka Marianny studiuje, ma własną rodzinę. Zapytana, czy ma żal do matki, odpowiada, że nie ma.

– No może trochę – po chwili dodaje. – Bo wiesz, jak poczuję gdzieś zapach alkoholu to ta cała gama złych odczuć mimowolnie do mnie wraca. Mój mąż proponuje mi, bym poszła na terapię, mówi, że to czasem pomaga. Na razie sama się z tym zmagam. Przynajmniej próbuję. A mama? Wiesz, bywało różnie. Ale mimo wszystko chyba jej wybaczam.


Zobacz także

Chcecie wiedzieć jak niedoskonale, ale też jak wyjątkowo będzie wyglądać po treningu? Podejrzyjcie Beatę Sadowską

O święta naiwności… Uważaj, komu w co wierzysz

Wzruszający list do świętego Mikołaja: „Ja chciałbym dostać dużo miłości”. Wyślijcie do nas listy Waszych dzieci!