Koronawirus Lifestyle

Na planecie COVID. „Nie chcę tam wracać i uwierz mi, Ty też nie chciałabyś tam być”

Poli Ann
Poli Ann
27 sierpnia 2020
Fot. iStock
 

Renata na planecie covid wylądowała całkiem niedawno. Wakacje, piękna pogoda, czas z rodziną na działce. Wyjechać nie wyjadą, a poza tym ostatnio krucho z kasą. Ta działka ich ratuje. To ich małe eldorado. Piękne kwiaty, grządki z truskawkami i nowalijkami. Kilka drzew owocowych. Dzięki temu mają rzodkiewkę na kanapki, pomidory na przecier czy wisienki na dżemy. I kwiaty do wazonu, choć Renacie żal ich ciąć. Woli napawać się ich widokiem na żywo. Domek jest stary, drewniany na fundamentach. Wygodny. Wszystko, czego potrzeba, jest do ich dyspozycji. Mała kuchnia, duży pokój i mały. Nawet łazienka niczego sobie. Króluje tu styl „późny gierek”, akurat wpisuje się w obecne trendy dizajnu. Dobrze, że mają ten kawałek ziemi, życie na trzydziestu pięciu metrach w kawalerce do łatwych nie należy. Renata pracuje w domu, zajmuje się rękodziełem.

Jakiś czas temu straciła pracę, a w niedużym mieście trudno było cokolwiek znaleźć. A że talent i cierpliwość ma to zaryzykowała. Kokosów z tego może nie ma, ale w połączeniu z męża pensją jakoś dają radę. Mają piętnastoletnią córkę, więc wiadomo, potrzeby są. Ubrania, kosmetyki, książki i dieta, bo Martyna jakiś czas temu zdecydowała o przejściu na wegetarianizm. Renata uszanowała wybór dziecka i dzielnie gotowała dania mięsne i bezmięsne. Generalnie w tej opiece nad córką, nastolatką już przecież, trochę się zatraciła. Sama, mając mamę bardziej na papierze niż w rzeczywistości, rozpieszczała Martynę, często wyręczała, pamiętając jak to matka o nią samą nie zadbała. Dopiero twarde lądowanie na planecie covid, uświadomiło jej trochę, że wychować to nie synonim do rozpieszczać.

Gdy cały świat zatrzymał się na chwilę, oni dali jakoś radę. Renata i tak pracuje w domu. By wysłać swoje rękodzieła, na pocztę chodziła po prostu rzadziej. Po jakimś czasie nauczyła się korzystania z paczkomatu, którego wcześniej tak się bała.

Mąż jeździł do biura już nie codziennie, trochę zadań wykonywał zdalnie. Najtrudniej miała córka. Całe dnie przy biurku, intensywna nauka, przełożone egzaminy i niepewność jutra. Uparta jednak była. Dzielnie wkuwała, logowała się codziennie na platformie, wysłała prace, robiła online testy.

Oceny miała dobre, ciężko na nie pracowała, bo wymarzyła sobie najlepsze liceum w mieście. Egzaminów się bała, ale pierwszym dniu, stwierdziła, że da radę. W czerwcu zresztą można już było iść na spacer, rower. Psychicznie odżyła.

Na planecie covid wylądowali później, gdy Renata walczyła z uporczywym kaszlem. Najpierw leczyła się sama, potem teleporady u różnych lekarzy, odmienne diagnozy, aż w końcu po kilku dniach stwierdzono, że trzeba zrobić jej test. I się zaczęło. Renata nie spodziewała się, że oto właśnie czeka ją jeden z najtrudniejszych okresów w życiu.

Jako że nie ma auta, musiała czekać w domu na karetkę. Już wtedy zabroniono im wychodzić, spisano dane i zapowiedziano kontrolę policji. Karetka zjawiła się następnego dnia, wielkie show, bo oto do bloku wchodzą ratownicy medyczni w strojach niczym astronauci z NASA. Aż zbiegowisko pod klatką się zrobiło, ktoś nawet kręcił filmik. No komedia. Wymaz pobrano tylko od Renaty. Z nosogardła. Dobrze, że ratownik był wprawiony i delikatny. Całe przedstawienie nie trwało nawet dziesięciu minut, ale rozmowy sąsiadów ciągnęły się godzinami. Cała ulica już huczała, że w ostatnim bloku covida mają. Wyniki miały być za dwa, trzy dni. Renata nie panikowała, miała trochę jedzenia, wysyłki może zrobić później. Córka trochę kręciła nosem, że wyjść nie może. Mąż też, bo w biurze miał jakieś dokumenty. Renata uspakajała, że trzy dni na kupie przecież wytrzymają. Zresztą pada deszcz, to nawet na działce by się nudzili. Policja faktycznie sprawdzała ich codziennie, o różnych porach. Wyjść nie mogli absolutnie nigdzie. Telefon z sanepidu milczał jak zaklęty. W końcu Renata odważyła się zadzwonić. Pół dnia jej to zajęło, a odpowiedź zawaliła z nóg- Nie wiadomo, kiedy wyniki. Trzeba czekać. – Ale jak czekać? Klienci czekają, mąż musi do biura, córka powoli zaczyna się denerwować. Ileż można czytać książki i oglądać telewizję? Jedzenie się kończy. Na działce trzeba wszystko podlać, bo już deszcze ustała słońce grzeje niemiłosiernie. Rodzina nie dzwoni. Znajomi nie odbierają. Sąsiedzi zapadli się pod ziemię.

Każdy się boi nawet zakupów im zrobić. Nieważne, żeby pod drzwi tylko postawić. Nie mają czasu, już byli w sklepie, no chyba żartują sobie, że ktoś będzie się w covid pakował. Niech ktoś inny pomoże. A lista tych potencjalnych innych kurczy się z zastraszającym tempie.

Renata codziennie dzwoni do sanepidu. Nie zawsze uzyska połączenie. A czuje się już dobrze. Prawie nie kaszle. Mąż i córka funkcjonują normalnie, ale są już poddenerwowani. Od tygodnia siedzą w domu. Przestają ze sobą rozmawiać, bo atmosfera robi się gęsta. Córka siedzi w telefonie, Renata zatapia się w swoim rękodziele mając nadzieję, że to wszystko sprzeda. Mąż klnie przed laptopem. Nawet na balkon wyjść nie mogą, bo akurat elewacja bloku jest remontowana. Robotnicy jak się dowiedzieli, że u nich covid podejrzewają, to zdają się ich okna omijać. Trudno więc wytrzymać w jednym pomieszczeniu. Fakt, zostaje łazienka. Ale jej nie da rady okupować cały dzień. Kuchnia jest ciasna. Są skazani na siebie. Własne myśli, obawy. Czują się jak trędowaci. Nawet Martyna patrzy na matkę spode łba, obwiniając ją o przymusowe więzienie. Szczególnie, że Renata wymaga jej pomocy w kuchni czy przy sprzątaniu. Pewnie, że sama mogłaby z nudów wysprzątać mieszkanie na błysk tak, że z podłogi mogliby jeść. Nawet zaczęła. Na kolanach szorując podłogę spojrzała na córkę wygodnie leżącą na kanapie z telefonem w ręku. Dziwnie się poczuła. Martyna nawet na nią nie spojrzała, nie zapytała czy pomóc, zareagowała Gdy Renata poprosiła o pomoc. Zaczęła się wymiana zdań, mogłaby przerodzić się w krzyki. Renata jednak usiadła przy córce i zaczęły rozmawiać. Nie był to ściszony głos, bywał podniesiony. Martyna wyrzuciła z siebie wszystko. Swoje lęki, obawy, złość. Renata żal, smutek i zmęczenie. Obie uświadomiły sobie nawzajem swoje potrzeby. Długo rozmawiały, nie obyło się bez łez. Nawet nie wiedziały kiedy, a do tych wyznań przyłączył się mąż. Ten, który milczy, obserwuje, czasem przeklnie coś pod nosem. Ten, który przenikał do tej pory jak duch, w życie rodzinne niezbyt się angażując. I ten właśnie mąż usiadł obok nich i rozpłakał się jak dziecko, wyrzucając z siebie strach i poczucie winy, że być może to przez niego Renata jest chora, zmęczona, smutna. Że żył obok, zatracił się w pracy, wychowanie dziecka oddał żonie, a małżeństwo po prostu wypuścił z rąk. Renata wszystko przecież robiła, nie wtrącał się, ale też nigdy nie zapytał o jej samopoczucie.

Rozmawiali do wieczora. Kilka godzin. Sprzątanie musiało poczekać. Renata nie ustawała w próbach zdobycia informacji o wynikach. Bezskutecznie. Jedzenie się kończyło a chętnych na ich zrobienie jakoś nie było. W domu chyba dogadywali się lepiej. Więcej rozmawiali, nie tylko o pogodzie. Chyba się przed sobą otworzyli, bo choć mieszkali razem na kupie od lat, to jednak żyli oddzielnie.

Co dała im kwaratanna? Prócz strachu o siebie i swoich bliskich, stresu, bezsennych nocy?

Oczyszczenie. Wyzbyli się negatywnych emocji, spróbowali rozmowy o czymś.

Poznanie, kto jest przyjacielem. Tu krąg dramatycznie się zawęził.

Radzenie sobie ze stresem. Renata rozwinęła się artystycznie i logistycznie.

Docenienie tego, co się ma. Męża i córkę. Wspólne chwile, obiad, film.

Poświęcenie czasu sobie. Renata skupiła się na pasji, ale też zauważyła, że jest tylko matka i żoną. Przypomniała sobie, że jest też kobieta i że musi myśleć o sobie.

Zauważanie drobiazgów, których do tej pory w pędzie życia nie dostrzegali.

Porzucenie perfekcji. Lśniąca podłoga przecież nie daje szczęścia.

Sanepid zadzwonił do Renaty po dwóch tygodniach. O siódmej rano. Wynik ujemny. Zażądano kwarantanny do północy tego samego dnia zupełnie bez sensu przedłużając ich dyskomfort.

Renata wysyła paczki, rękodzieło powstałe w ciągu tych trudnych dni, nie poszło na marne. Czy jest spokojna? Nie do końca. Strach przed covidem odczuła na własnej skórze, zaktualizowała pojęcie pomocy i przyjaźni. Z niedowierzaniem patrzy na beztroskich ludzi, którzy nie noszą masek i śmieją się z koronawirusa.

Ja tam byłam. – pisze mi już chyba setną wiadomość na Messengerze. – Na planecie covid? – pytam. -Tak, nie chcę tam wracać i uwierz mi, Ty też nie chciałabyś tam być. – pisze i dodaje uśmiechniętą emotkę.


Koronawirus Lifestyle

Nie boję się, choć to cholernie trudne. Portret Niebojącej

Poli Ann
Poli Ann
2 września 2020
Fot. iStock
 

Nie boję się, choć to cholernie trudne.

Jestem kobietą walczącą. Walki toczę praktyczne od dnia urodzin i choć samego początku nie pamiętam, to wiem jak ciężko się zmobilizować.
Życie pokazuje mi, że do walki muszę być gotowa znienacka, bo nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie mi założyć rękawice. Ostatnio je zdjęłam na chwilę. Zdrowie się unormowało, hashi okiełznałam, badania robiłam. Ale czy aby wszystkie? Skupiona na tarczycy, zapracowana, pominęłam jedno badanie. Nie było przesłanek by je robić. Wyniki inne bardzo dobre, samopoczucie też i jak zwykle wyszło przypadkiem.

Boję się i nie boję.

Boję, czy wszystko to na co nie mam wpływu pójdzie pomyślnie.
Nie boję, bo wiem, że sama dam radę z tym, na co mam wpływ. Znacznie trudniej poradzić sobie z takimi rzeczami, które dzieją się poza mną. Choroby jakie mnie dotknęły nie były skutkiem moich zaniedbań. Po prostu się pojawiły.

Hashi? Nie wiadomo. Czy Czarnobyl, stres czy genetyka (choć wśród najbliższych nikt nie choruje).
Endometrioza? Wykryta totalnym przypadkiem, bez żadnych objawów, regularną menstruacją I prawidłowym cyklem. Jeszcze półtorej roku temu jej nie było. I znów muszę założyć rękawice, iść pod nóż, oswoić chwilową słabość, a potem łykać pastylki.

Nie boję się o tym mówić.
Boję się, że się Dziewczyny wciąż ZA MAŁO SIĘ BADAMY 

Nie z braku wiedzy, lecz czasu.

Kontrolujesz piersi, jamę brzuszna, robisz cytologie, badasz mocz i krew⁉️

Bo ja tak. Cytologia raz w roku, piersi, krew nawet częściej. Usg jamy brzusznej półtorej roku temu. Niestety. 😌

Nie boję się walczyć.
Boję się, że kiedyś którąś walkę mogę przegrać.

Nie boję się na głos mówić o chorobach.
Boję się, że nie każdy je zrozumie.

Nie boję się o siebie.
Boję się o córkę, jej zdrowie, bo za nic w świecie nie wiem, czy czegoś nie odziedziczy po mnie.

Nie boję się zmian. Muszę je wziąć na klatę. Wczoraj zrobiłam 44 km na rowerze, dziś po zabiegu ledwo przeszłam kilka kroków.

Boję się zależności od kogoś.
Nie boję się wstawania na nowo, próby, błędów, pomyłek.
Nie boję się szukania drogi.
Nie boję się badać i leczyć.
Nie boję się żyć. 💪

 


Koronawirus Lifestyle

Co dał mi COVID? Wiem, co to zmęczenie i bezsilność. Żyję dziś, pamiętam wczoraj, planuję jutro

Poli Ann
Poli Ann
27 sierpnia 2020
Fot. iStock

Chyba nie do końca wylądowałam na planecie covid, bo póki co personalnie nie miałam jeszcze tej wątpliwej przyjemności wejść w bliższą relację z wirusem. Tak jak niemal cały świat doświadczyłam jakże modnego ostatnio słowa „lockdown”. Jak zdecydowana większość populacji zostałam w domu z dzieckiem pracując online i na nowo ucząc się swojej pracy. Dlaczego? Bo zawodowo uczę i musiałam ponownie nauczyć się uczyć. I nie będę tu wypisywać litanii jaka to byłam biedna, a moi uczniowie straszni. Łatwo nie było owszem, zarówno mnie jak i dzieciakom. A że sama jestem matką, to wiem jak wyglądała nauka online także drugiej strony.

Wiem, co to zmęczenie i bezsilność.

Bezsenność i strach, czy aby moi bliscy są zdrowi.

Obawa, czy iść po zakupy, czy sobie darować i wyjeść wszystko aż po ostatnie ziarenko ryżu?

Czy zabronić mężowi iść do pracy, gdzie choć według nowych zasad to i tak miał kontakt z ludźmi.

Mnóstwo pytań kłębiło się w mojej głowie, zapewne jak w każdej. A najbardziej paraliżująca była niewiedza, bo przecież nikt nie potrafił powiedzieć, jak długo to potrwa, czy wirus to chwyt marketingowy czy faktycznie dżuma dwudziestego pierwszego wieku. Zalew informacji przyprawiał o szybsze bicie serca. I ta niepewność, czy będziemy kolejną Lombardią czy jakimś cudem unikniemy zarażenia.

Takich ciemnych, pesymistycznych wizji mogłabym snuć całe mnóstwo. Godzinami wręcz. Póki jestem jednak zdrowa i moi bliscy także, mam siłę spojrzeć wstecz i zastanowić się, czy w ogóle coś zyskałam w ciągu ostatnich kilku miesięcy.

Ja mogę o mojej kwaratannie mówić spokojnie, bo nie straciłam pracy, nie walczyłam o utrzymanie firmy, bo nie byłam pod respiratorem, nikogo nie straciłam.

To już chyba największe zwycięstwo!

Owszem charakter mojej pracy się zmienił i zajęło mi kilka tygodni wejście w nowy tryb. No ale. Nauczyłam się sporo, otworzyłam na nowe platformy, programy, komunikatory. Wzbogaciłam warsztat pracy.

Moje dziecko nauczyło się samodzielności paradoksalnie wtedy, gdy byłam obok. Zajęta teamsami, zoomami nie zawsze od razu biegłam z pomocą. Latorośl musiała siebie jakoś radzić.

Doceniłam spokój, bo choć miasto zdawało się być wymarłe to ja nie bałam się o brak wody, prądu czy jedzenia. Nie doświadczyłam głodu, zawsze coś było pod ręką. A brak ulubionego batonika naprawdę można przeżyć.

Myślałam, że będę miała więcej czasu dla siebie, a stało się na odwrót. Czas na początku przeciekał mi przez palce. Nie czytałam, nie oglądałam czterdziestego ósmego sezonu ulubionego serialu, nie gotowałam namiętnie. Jedynie treningi w zaciszu domowym były moją codziennością, bo jakoś emocje trzeba było z siebie wyrzucić. A lepsze sponiewieranie siebie samego aniżeli niewinnych domowników.

Przeżyłam przeprowadzkę i remont mieszkania własnymi rękoma. Malowanie ścian, pomoc w przewożeniu mebli i ich składaniu, kładzeniu paneli podłogowych oraz montowaniu drzwi, lamp, szafek. Mycie, szorowanie, czyszczenie to już była moja działka. Trochę tego było, ale daliśmy radę.

Chcąc nie chcąc zweryfikowałam znajomości i przyjaźnie. Zobaczyłam na kogo mogę liczyć, sama też przekonałam się, że umiem pomagać bezinteresownie.

Zaufałam sobie i swojej intuicji, uwierzyłam, że mogę robić coś inaczej, żyć bez czegoś. Na nowo ustaliłam priorytety.

Czy jestem spokojna? Póki co tak. Nie panikuję, ale noszę maseczkę i dezyfekuję ręce. Zaliczyłam kilkudniowy pobyt w szpitalu, brano ode mnie wymaz i nawet na operację jechałam w maseczce.

Czy się boję? Pewnie, że tak. Mam przecież jakiś instynkt samozachowawczy i nie spieszy mi się na tamten świat. Jestem ostrożna, nie lekceważę obostrzeń, nie uważam za supermenkę, której korona zejdzie z drogi.

Żyję dziś, pamiętam wczoraj, planuję jutro. To chyba największy luksus, na jaki możemy sobie pozwolić?!