Kariera Lifestyle

„Mama ci umierała, na miłość boską!”. Joanna Koroniewska o koszmarze, który przeżyła w szkole filmowej

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
15 lutego 2022
 

„Pani, jak na kobietę, to nawet nie jest głupia!”. „Szkoda, że tych tłustych nóg nie możesz sobie obciąć”. „To dzięki jej nieuctwu będziemy wszyscy tu stać do rana”. „No proszę, stoi gówno i płacze”. Brzmi znajomo? Nowa książka „Wszyscy wiedzieli” Karoliny Korwin Piotrowskiej opowiada o mobbingu w szkołach filmowych i teatralnych. Autorka słusznie zauważa, że wystarczy zmienić nazwę zawodu, imiona, miejsce akcji i można te historie przyłożyć do każdego z nas. 

W marcu 2021 roku Anna Paliga jako pierwsza odważyła się napisać o przemocy w łódzkiej filmówce. Bardzo szybko dołączyły do niej inne osoby, opisując własne doświadczenia. Mobbing, przemoc fizyczna i psychiczna, molestowanie mogą dotknąć każdego z nas. Bez względu na to, czy pracujemy w sklepie spożywczym, zagranicznej korporacji czy redakcji poczytnego pisma. Nie są problemem wyłącznie szkół artystycznych. Ale dzięki znanym osobom łatwiej zmienić rzeczywistość.

Karolina Korwin Piotrowska przeprowadziła wywiady ze znanymi aktorami i ekspertami o wyrwaniu się z kręgu przemocy. Przedstawiamy fragment wywiadu z aktorką  Joanną Koroniewską.

Asiu, kiedy postanowiłaś, że zostaniesz aktorką?

O aktorstwie marzyłam, odkąd pamiętam. (…) Marzenie spełniło się po raz pierwszy w czwartej klasie szkoły podstawowej, kiedy trafiłam do toruńskiego Spiętego Teatru Spinaczy, będącego poniekąd kontynuacją Studia P, do którego wcześniej chodziła między innymi Małgosia Kożuchowska. Dzięki temu miejscu pokochałam teatr. Nie ukrywam, że moje życie nie należało do najłatwiejszych, by nie powiedzieć trudnych. Wychowywała mnie tylko mama, nie miałam ojca. Niestety mam za sobą sporo traumatycznych przeżyć. Aktorstwo było dla mnie absolutną odskocznią i ratunkiem, formą niesamowitego spełnienia. (….)

No i ta samotna Joasia wymyśliła sobie, żeby zdawać do szkoły filmowej w Łodzi?

Myślałam o kilku szkołach aktorskich, ale nie miałam pieniędzy, żeby zdawać do różnych miejsc. (…) Wybrałam Łódź dlatego, że chciałam grać w filmach. (…)

 

A jak pamiętasz ten egzamin?

Już od egzaminu wiedziałam, że będzie ciężko. Pierwsze zdanie, które usłyszałam – a wypowiedział je świętej pamięci opiekun mojego roku, Aleksander Bednarz, którego później uwielbiałam – brzmiało: O, przyjechała «Pyza na wiejskich dróżkach»”. Od razu zasugerował, że po pierwsze, widać, że jestem z mniejszego miasta, a po drugie, że jestem troszkę przy kości. Bo byłam i bardzo się tego wstydziłam. Zderzenie było więc mocne, ale absolutnie mnie nie zablokowało. Dotarło do mnie, że w tym zawodzie będę ciągle oceniana, i pomyślałam sobie, że jestem w stanie to znieść. (…)

Rozmawiałam z wieloma osobami po Łodzi i wszyscy pytali: „Bę­dziesz rozmawiała z Aśką Koroniewską? Ty wiesz, co oni jej zro­bili ?!”. No więc, co ci zrobili? Bo twoja historia stała się sztanda­rowa dla opisu sytuacji w łódzkiej szkole.

Kiedy tylko o tym pomyślę, od razu mam łzy w oczach i zaczynam się trząść. (…)

Ta historia jest ważna dla mnie, ale nie tylko dla mnie. Niewiele mówiłaś o tym, co się stało.

Nic nie mówiłam. Mam wrażenie, że to, co mi się przydarzyło, raz na jakiś czas spotyka w szkole też inne osoby. Są tam wykładowcy, którzy wybierają sobie na roku ofiary. Te ofiary albo się z czasem poddają i zostają zniszczone, albo potrafią przetrwać i się wzmacniają. Zawsze dostawałam komunikat, że wszystko, co się dzieje na zajęciach, jest po to, by mnie wzmocnić. Pamiętajmy o okolicznościach z mojego życia: wychowywałam się bez ojca, nie miałam rodzeństwa, moja matka ledwo wiązała koniec z końcem. Żeby w ogóle pójść na studia, wyjechałam wcześniej do Anglii, tyrałam w czterech różnych pracach, spałam po pięć godzin dziennie. Nie mogłam wziąć pożyczki, bo nikt by mi jej nie udzielił. Ta opowieść o „wzmacnianiu” mnie powinna być więc postrzegana w tym kontekście.

Ale kiedy to się zaczęło?

Na pierwszych zajęciach. Już wtedy poczułam, że coś jest nie tak. To były zajęcia z panią Ewą Mirowską, która mimo że nie miała pod opieką naszego roku, to trochę pomagała profesorowi Bednarzowi. Ona zawsze miała coś do powiedzenia na mój temat.

Na przykład?

Od początku byłam dla niej Emilią Plater. Dlaczego? Nie rozumiałam tego z początku. Najpierw wydawało mi się, że chodzi jej o to, że jestem krnąbrna. Potem okazało się, że dla Mirowskiej Emilia Plater to przede wszystkim dziewica bohaterka. Ta pani coś sobie o mnie wykminiła i wydawało jej się, że to mnie ośmieszy. (…)

Niemniej teraz muszę opowiedzieć tę najtrudniejszą historię. Najgorszy moment w moim życiu. (…). Chodzi o śmierć mojej mamy. Nie lubię epatować szczegółami związanymi z jej odchodzeniem, ale o kilku rzeczach muszę powiedzieć. Mama chorowała na raka sutka. Zrobiono jej operację, po której wydawało się, że wszystko będzie w porządku. Niestety, po paru miesiącach okazało się, że ma przerzuty, wszędzie – do mózgu, do kości. Czuła to. Pamiętam, siedziałyśmy wieczorem w salonie, kiedy powiedziała: „Aśka, zaczyna się dziać ze mną coś nie tak”. Zaśmiałam się i odpowiedziałam: „Mama, chyba żartujesz, przestań tak gadać, nie chcę w ogóle o tym słyszeć”.

Kiedy potem dowiadywała się czegoś niedobrego o swoim stanie, nie mówiła mi tego. Błagała lekarzy, żeby mi niczego nie przekazywali. Robiła to, bo wiedziała, że przygotowuję się do spektaklu dyplomowego, że muszę zaliczyć ten etap i iść dalej.

 

Ale cholera, przecież to tylko dyplom! Dlaczego ona tak myślała?

W końcu jednak mi powiedziała. Zrezygnowałam z innych ról, zostawiłam tylko tę jedną w spektaklu przygotowywanym z panią Ewą Mirowską. Miałam de facto już przygotowaną rolę. Potrzebowaliśmy tylko paru prób dla innych kolegów, którzy jeszcze nie byli gotowi.

Przyjechałam na chwilę do domu. Kupiłam mamie kwiaty, wręczyłam i powiedziałam: „Mamo, wiem o wszystkim”. Ona nie chciała mnie obciążać szczegółami. Podobno tuż przed śmiercią, kiedy organizm jest kompletnie wycieńczony, nagle zachowuje się inaczej, jakby wszystko było normalnie. I mama tak wyglądała. Potem nagle zaczął się totalny zjazd. Miałam niemal pewność, że to koniec. Ponieważ wiedziałam, że role mamy przygotowane, że tylko niektórzy jeszcze muszą popracować i ktoś może mnie zastąpić, postanowiłam nie jechać na próbę. Zamknęłam się w pokoju, żeby mama nie słyszała, i zadzwoniłam do pani Mirowskiej. Powiedziałam: „Pani Ewo, wiem, że sytuacja jest ekstremalnie trudna, ale moja mama umiera i odejdzie w ciągu doby. Ja to po prostu wiem. Konsultowałam się z lekarzami. Wszystko na to wskazuje”. Wiesz, co powiedziała pani Mirowska?

Powiedz.

Jej reakcję mam w pamięci do dzisiaj. Wyzwała mnie od egoistek. Powiedziała, że nie jestem w teatrze sama, gram w spektaklu z innymi kolegami. Jak w ogóle mogę wyobrażać sobie taką sytuację, że nie będzie mnie na próbie.

Ale mama ci umierała, na miłość boską!

To jej nie interesowało. Rzuciła słuchawką. Próbowałam dodzwonić się jeszcze kilka razy, ale nie odebrała. Więc co zrobiłam? Próbowałam kontaktować się z górą.

Z kim dokładnie?

Chyba z panią z dziekanatu, która powiedziała: „Cóż, taki mamy zawód, nie możemy się w to wtrącać, tutaj pani Ewa decyduje”. Dodała też: „Rektorowi również umarł wujek i musiał grać w spektaklu tego samego dnia”. Otrzymałam drugi taki sam komunikat. Przyszłam do mamy i popłakałam się. Mogłam rzucić to wszystko, ale bez tego przedstawienia nie dostałabym dyplomu, musiałabym powtarzać rok. A otrzymałam już rolę w „M jak miłość” i żeby zacząć grać, wiedziałam, że muszę skończyć tę szkołę. To były czasy, kiedy studentom nie pozwalano grać w serialach. (…)

Zastanawia mnie, że nikt nie zapytał, jak się z tym czujesz, czy może potrzebujesz jakiejś pomocy, czy można dla ciebie coś zro­bić. Umiera ci matka i moim zdaniem naturalne byłoby pytanie: „Joasiu, jak możemy ci pomóc?”.

Nikt mnie o nic nie zapytał. Studiując w tej szkole, naprawdę odnosiłam wrażenie, że nasz zawód przeznaczony jest dla cyborgów. Z jednej strony masz mieć twardy tyłek, a z drugiej musisz być piekielnie wrażliwa. (…)

Przecież był tam opiekun roku, dziekan, ktoś, kto powinien pomyśleć: „Kurczę, dziewczynie, która wychowywała się bez ojca, umiera w męczarniach, samotnie, jej ukochana mama. Może trzeba jej pomóc, trochę poluzować”. Po prostu popatrzeć na nią jak na człowieka.

W dodatku nie byłoby problemu z przeniesieniem spektaklu o dwa tygodnie, sala była wolna. Zresztą chodziło tylko o przeniesienie próby lub moją nieobecność na niej. Ale pojechałam na nią. Pomogli mi koledzy. Tego samego wieczoru dostałam telefon z hospicjum i dowiedziałam się, że mama nie żyje.

Co czułaś?

Zaczęłam się obwiniać, że podjęłam złą decyzję. Starałam się to sobie tłumaczyć tym, że mama tak bardzo chciała, żebym skończyła tę szkołę. Tylko z tą myślą byłam w stanie to przetrwać. A przecież powinnam była wszystko rzucić w cholerę i zostać z mamą. Tego nie potrafię sobie darować… Ale to jeszcze nie jest koniec historii, Karolina. Musiałam przerwać próby, żeby zorganizować pogrzeb. Nie było mnie na nich, a one się jakoś odbywały. Czyli można? Można, świat się nie zawalił. Oczywiście. Załatwiałam sprawy związane z pogrzebem, bo tego mi już nie zabronili. Musiałam ją pochować.

Skróty wywiadu z Joanną Koroniewską – wybór redakcji Ohme.pl.


Kariera Lifestyle

Uprawa, pielęgnacja i rozmnażanie werbeny

Redakcja
Redakcja
16 lutego 2022
 

Werbena to wieloletnia roślina zielna. Jest siana raz i rośnie przez wiele lat, chociaż w naszym klimacie z reguły jej żywotność to około 5 lat. W bardzo niskich temperaturach ginie, dlatego może również nie przetrwać bardzo srogiej zimy. Z artykułu dowiesz się jak ją uprawiać i pielęgnować, aby jak najdłużej cieszyła Twoje oczy.

Werbena jest rośliną pochodzącą z Ameryki Środkowej i Południowej i jest dobrze znana ze swoich właściwości leczniczych. Posiadają szeroką gamę kolorystyczną: biel, czerwień, róż, różne odcienie fioletu, błękitu… Fuksja i biel są bardzo pachnące. Kwiaty werbeny są zgrupowane w bukiety i doskonale nadają się do łączenia z innymi rodzajami roślin w ogrodzie. Werbena również doskonale prezentuje się w doniczkach.

Werbena obejmuje szereg gatunków z całego świata. Już w czasach starożytnych dziki gatunek pochodzący z Europy, werbena (Verbena officinalis), była uważana za roślinę używaną jako lekarstwo na urazy. W mitologii werbena jest również kojarzona z różnymi cudownymi i ochronnymi właściwościami. Werbena dostępna dzisiaj do sadzenia w skrzynkach i doniczkach to hybrydy o długiej historii hodowli i krzyżowania. Werbena patagońska (Verbena bonariensis) jest również bardzo popularna jako krótkotrwała bylina ogrodowa. Może być samosiewna w odpowiednich miejscach.

Uprawa werbeny

Klimat do sadzenia werbeny musi być umiarkowany i nasłoneczniony lub w półcieniu. Nie tolerują silnego mrozu. Dobrze natomiast znoszą upały.

Werbena uwielbia słońce do półcienia, czy to na balkonie, czy w ogrodzie. Jeśli miejsce jest zbyt zacienione, uschnie. Wysoko rosnącą werbenę warto posadzić w miejscu, gdzie nie ma dużych wiatrów. Werbena preferuje przepuszczalną, bogatą w składniki odżywcze i wilgotną glebę. Podłoże powinno być też lekko kwaśne, zasobne w próchnicę.

W zależności od gatunku werbeny dorastają do różnych wysokości, klasyczne mieszańce doniczkowe osiągają wysokość od 15 do 30 centymetrów. Jej delikatna struktura nadaje werbenie wdzięcznej elegancji.

Jak sadzić werbeny?

Cebule kwitnące latem można sadzić prawie przez cały sezon. Ponieważ werbena jest niezwykle wrażliwa na mróz, należy ją sadzić najwcześniej pod koniec lutego, początek marca, gdy na dworze nie ma już silnych mrozów.

Otwór do sadzenia w grządce należy wypełnić kompostem. Warstwa ściółki zmniejsza zapotrzebowanie na wodę. Najlepiej sadzić werbenę w małych odstępach jako letnie sadzenie w grządce, aby szybko utworzyły gęsty dywan kwiatów. Przy sadzeniu w skrzynkach balkonowych wskazana jest warstwa drenażowa z keramzytu, który w bardzo dobrej cenie oferuje Sklep dla Ogrodu. Zaopatrzone w świeżą ziemię doniczkową gwiazdy balkonowe zwykle kwitną nieprzerwanie w pełnym słońcu aż do mrozu.

Werbena sprawdza się zarówno samodzielnie, jak i w połączeniu z innymi balkonowymi klasykami, takimi jak petunie, kwiaty wanilii, begonie czy magiczne dzwoneczki. Nadaje się do sadzenia z różami i hibiskusem.

Pielęgnacja werbeny

Werbena jest niewymagającą, wiecznie kwitnącą rośliną i dlatego dobrze nadaje się dla początkujących ogrodników i ogrodników balkonowych.

Podlewanie werbeny w doniczce powinno odbywać się raz w tygodniu, pozwalając na wyschnięcie wierzchniej warstwy podłoża. Posadzone na zewnątrz znacznie lepiej zniosą wilgoć i nie będzie trzeba ich tak bardzo podlewać.

Rozmnażanie werbeny

Werbena bardzo łatwo rozmnaża się zarówno z nasion wczesną wiosną i późną zimą, jak i z sadzonek pędów późną jesienią.

Jeśli nie chcesz co roku kupować werbeny balkonowej, możesz rozmnażać rośliny z sadzonek. W tym celu późnym latem lub jesienią odcina się wierzchołki pędów o długości około dziesięciu centymetrów, zanurza w proszku do ukorzeniania się i umieszcza w ziemi doniczkowej.

Usuń dolne pary liści, zwilż podłoże i przykryj tackę na nasiona folią spożywczą. Umieść sadzonki w ciepłym, jasnym miejscu do ukorzenienia się. Po utworzeniu silnych korzeni młoda roślina nadaje się do przesadzenia do doniczki. Należy ją podlewać całą zimę.  Od połowy kwietnia może stopniowo przyzwyczajać się do warunków na świeżym powietrzu.

Na ogródku werbena często rozmnaża się przez samosiew. Jeśli wolisz samemu siać, strąki nasion zbieraj jesienią. W lutym nasiona można wyhodować w tacach z nasionami na parapecie. W tym celu należy delikatnie włożyć nasiona werbeny w podłoże, zwilżyć glebę i umieścić tackę na nasiona w bardzo jasnym miejscu o temperaturze pokojowej około 20 stopni. Po kilku tygodniach kiełki są duże, że można je wykopać. Roślinę wolno przesadzić na zewnątrz dopiero po ostatnich przymrozkach — najlepiej kwiecień.

 


Kariera Lifestyle

Niewłaściwy związek zmieni cię w kogoś, na kogo nie będziesz mogła patrzeć w lustrze

Redakcja
Redakcja
15 lutego 2022
fot. CentralITAlliance/iStock

Toksyczność jest zaraźliwa. Kiedy pozostajesz z kimś toksycznym dłużej, niż na to zasługuje, rozwijasz własne toksyczne zachowania, aby sobie z tym poradzić. Złe związki wyzwalają w tobie to, co najgorsze. Zmieniają cię w kogoś nierozpoznawalnego, kogoś, na kogo nie możesz patrzeć w lustrze. Dlatego musisz jak najszybciej wydostać się z toksycznego związku. Koniec z czekaniem. Nigdy więcej domysłów. Musisz się stąd wydostać w trosce o własne zdrowie psychiczne, w trosce o własny rozwój.

Kiedy spotykasz się z kimś, kto raz po raz cię zdradza, kimś, komu nie można ufać, kimś, kto sprawia, że ​​zastanawiasz się, czy rzeczywiście wróci do domu tej nocy, sama stajesz się paranoidalnym bałaganem. Zaczynasz węszyć, sprawdzać jego telefon, śledzić czy wysyłał SMS-y do swoich byłych. Zaczynasz zgadywać hasła do e-maili, aby zobaczyć, z kim rozmawia. Zaczynasz robić wyrzuty o każdą dziewczynę, z którą wchodzi w interakcję osobiście i w mediach społecznościowych, ponieważ jesteś przekonana, że znowu cię skrzywdzi.

Powinnaś go zostawić, ale zostałaś i stałaś się kimś, kogo już nie rozpoznajesz.

POLECAMY RÓWNIEŻ: 8 toksycznych zagrywek w związkach. Najgorzej, że tę walkę uważamy za normalną…

Kiedy spotykasz się z kimś, kto wszystko zamienia w kłótnię, który wścieka się na ciebie z powodu najmniejszych błędów, który nie może przeprowadzić z tobą prostej rozmowy bez podniesienia głosu, zaczynasz się cenzurować. Rezygnujesz z opowiadania mu ekscytujących historii ze swojego dnia, ponieważ może być zazdrosny. Ukrywasz torby z zakupami, nawet jeśli wydałaś własne pieniądze, bo może się wściec. Usuwasz swoje najbardziej niewinne SMSy. Wymazujesz swoją nieszkodliwą historię wyszukiwania. Stajesz się kimś podstępnym, kimś, kto kłamie, kimś, kto na palcach chodzi po prawdzie.

Powinnaś go zostawić, ale zostałaś i stałaś się kimś, kogo już nie rozpoznajesz.

Kiedy spotykasz się z kimś, kto ma obsesję na punkcie dramatu, z kimś, kto uważa zazdrość za romantyczną, z kimś, kto zaczyna walczyć dla zabawy, przyzwyczajasz się do kłótni. Będziesz krzyczeć. Powiesz rzeczy, których będziesz żałujesz. Założysz, że to normalne, że wpadasz w krzykliwe awantury co drugi dzień. Będziesz uzależniona od dramatu tak samo, jak twój partner. Pomylisz wygodę z nieszczęściem i walką o pasję.

Powinnaś go zostawić, ale zostałaś i stałaś się kimś, kogo już nie rozpoznajesz.

Zobacz także: Kilka sygnałów, że twój partner ma zły wpływ na twoje zdrowie psychiczne

Nawet jeśli chcesz walczyć o swoją osobę, pozostawanie w toksycznym związku z miłości jest najgorszą rzeczą, jaką możesz zrobić. Możesz odejść. Możesz zacząć od nowa.

Złe relacje zmienią Cię w kogoś, kogo nie rozpoznasz – ale jeśli teraz zdecydujesz się odejść, możesz zmienić swoje złe zachowania. Możesz pracować nad swoimi problemami z zaufaniem, problemami z porzuceniem, problemami z zaangażowaniem. Możesz znów dotrzeć do zdrowego miejsca. Ale musisz włożyć w to pracę. Musisz podjąć decyzję o odejściu, przebaczeniu sobie, poprawie siebie.

9 ważnych różnic między związkiem zdrowym, a toksycznym


Zobacz także

Niedziele z dreszczykiem, czyli „Mordercy w koloratkach” czekają na wiernych…

Trzy różne rodzaje narcyzów. Którego z nich spotkałaś? Czy z narcyzem można żyć?

Ratunku, mam nalot azjatyckich biedronek! Ty też?