Kariera

Utrata pracy. Kiedy to się dzieje, wpadamy w panikę i czarną rozpacz po to, aby z czasem powiedzieć „dobrze, że tak się stało”

Pracujaca Dziewczyna
Pracujaca Dziewczyna
4 sierpnia 2021
fot. pixelfit/iStock
 

COVID. Dla jednych słowo znienawidzone do końca życia, dla innych kluczowa zmiana i otwarcie się na nowe. Wiele osób straciło pracę, zostało z niczym. Inni, w wyniku powikłań po chorobie, nie są w stanie wrócić do swoich zawodów. Mają oczopląs, strach przed wysokością, klaustrofobię, nie mogą skupić wzroku ani utrzymać uwagi. Pojawiają się lęki i panika, rozbicie myśli.

Co dalej? Jak żyć i z czego? Nikt o tym otwarcie nie mówi z czym się borykamy. Nie mamy już takiej sprawności jak przedtem, potrzebujemy drzemki i więcej czasu dla siebie.

Czy tryb pracy, taki jaki był przed pandemią, nam na to jeszcze pozwala? Czy raczej przywykliśmy już do pracy zdalnej, A nasze przyzwyczajenie do pracy zdalnej, gdzie mimo wszystko, po chwilowym dyskomforcie, przyzwyczailiśmy się do bycia bliżej z dziećmi i mężem, wyskoków na zakupy w ciągu dnia, czy ogarniania spraw bieżących. Firmy HR-owe oraz psychologowie coraz głośniej się zastanawiają, w jakim kierunku pójdzie przyszłość rynku pracy i jakie stworzy nam warunki? Co dalej z korporacjami? Czy przetrwają?

Ten rok zostanie zapamiętany także ze względu na pogarszającą się sytuację młodych na rynku pracy, ponieważ to w tej grupie odnotowano największy wzrost bezrobocia czy dezaktywizacji zawodowej. I podobno skutków tego zjawiska młodzi ludzie będą doświadczać w dłuższej perspektywie, ponieważ wypadnięcie z rynku pracy już na początku kariery, negatywnie rzutuje na kolejne lata.

Mówi się, że pracodawcy z większą ostrożnością będą podejmować decyzje związane z zatrudnieniem i stawiać bardziej na umiejętności niezbędne do realizacji celów firmy. Czyli nadal mamy trend korzystania z tego, do czego my jesteśmy potrzebni, a nie tego, jakie mamy talenty. Oznacza to, że nie wszyscy będziemy firmie potrzebni. Pracodawca będzie jednych z nas wspierał w uczeniu się i pozyskiwaniu nowych kompetencji, a innych zachęcał do znalezienia sobie nowej pracy. Może to być też pretekst do zatrzymania bardziej pokornych i poddańczych w pracy, a bardziej ambitnych zachęcić do… podjęcia decyzji o rozstaniu.

COVID przejdzie na pewno do historii pod hasłem „online”. Jak dotąd wielokrotnie prosiliśmy naszych szefów o home office z różnych powodów i zazwyczaj z niechęcią otrzymywaliśmy zgodę. Bo jak to? Pracownika nie widać, nie ma nad nim kontroli i co to za praca? Okazuje się, że się da. Ba! nawet są dobre efekty. Nawet rekrutacje zaczęły się odbywać na odległość, co zaoszczędziło wiele czasu, nie wspominając już o przełożeniu się tego faktu na dbałość o środowisko naturalne.

Ale jak się okazuje, praca zdalna to także wyzwanie dla naszych szefów, ponieważ wymaga też od nich zmiany zarządzania. Czyli postawienia na większą empatię, zainteresowanie się losem pracownika i łączenia zespołu na odległość. Wykazanie zrozumienia i wsparcia, zaufania, bycia bardziej odpowiedzialnym za zespół. Już pokazywanie palcem i delegowanie zdań, roszczeniowość, nie zadziałają.

Jeśli chodzi o benefity, to także ten obszar uległ zmianie. Już nie sport i kultura, a dofinansowanie sprzętu, internetu itd. Na pewno dużą zmianą jest zainwestowanie pracodawcy w zdrowie psychiczne, jak teleporady psychologiczne, programy wsparcia związane z mindfulness.

To tyle o korpo. Kosmetyka zmian. Ale powiedzmy sobie szczerze, wielu z nas musiało ogarnąć się z samymi sobą i wrócić do podstaw po to, aby przeżyć. Najbardziej ucierpiała gastronomia. Moje koleżanki, aby przeżyć, zaczęły sprzątać po domach, robić torty, cateringi na zamówienie. Zakładać własne działalności do pracy online, czy to w sprzedaży kosmetyków czy różnych usług. No właśnie, okazało się, że usługi poszły najbardziej w górę i zostały docenione, nie wspominając już o kurierach i paczkomatach. Złoty czas.

Tylko co dalej? Świat pokazał, że idziemy w kierunku stawiania na siebie, zakładania własnych biznesów, pracy w necie i zaprzestania bycia na czyjeś łasce. Bycie niezależnym, a nie uzależnionym od czyjegoś humoru.

Postawienie pod murem czyli zwolnienie z pracy, a w tle potrzeba zarabiania, aby spłacać kredyty, doprowadziło do postawienia na online i e-commerce własnych usług, pomysłów oraz produktów. Do większej kreatywności.

No właśnie, podobno przyszłość należy do usług i wręcz do powrotu do tworzenia unikatowych rozwiązań i produktów. Mówi się coraz głośniej, że takie zawody jak szewc, krawiec, kuśnierz wrócą do łask, bo ludziom zacznie zależeć na ekskluzywności i specjalnemu potraktowaniu. Przejedliśmy się już masówką i sztancą. Metki też przestały nas grzać. Świat zaczyna spoglądać w kierunku odpowiedzialnego traktowania produktów i wiedzy, skąd pochodzą i jaka był ich droga dotarcia do sklepu. Gospodarka obiegu zamkniętego czyli circular economy zaczyna być nie tylko modnym słowem, a faktem.

Już pierwszą zajawką jest Vinted, ale też korzystanie z materiałów odzyskanych w wyniku recyklingu i przerobionych starych rzeczy. Mają być także spopularyzowane dawne punkty naprawy sprzętu domowego, który teraz tak chętnie wyrzucamy. Pan Stasiu będzie dłubał, aż naprawi. Po to, aby nie produkować elektrośmieci. Podobnie z meblami i innymi sprzętami. Są już technologie odzysku materiałów ze starych samochodów i przeróbki ich na nowe produkty.

COVID zmienił też nasze podejście do zdrowia. Zaczęliśmy się lepiej odżywiać, chętniej sięgamy po świeże produkty z bazaru i to nie tylko warzywa, i owoce ale i nabiał, wędliny. Chcemy być lepsi.

Zmiany oczekujemy od siebie wewnętrznie – liczba kursów świadomości i jogi rośnie. Bo to, co dajemy sobie wewnętrznie, to przekuwa się na nasz wygląd zewnętrzny. Staliśmy się uważniejsi i bardziej odpowiedzialni za siebie i bliskich. Bardziej pielęgnujemy kontakty towarzyskie i rodzinne, bo nie wiadomo w jakim składzie możemy się spotkać za rok. Zaczęliśmy doceniać to, co mamy i cieszyć się każdym dniem.

Dlatego dla wielu z nas powrót do open space jest jak powrót za kraty. Chcemy już świadomego stanowienia o samym sobie. Robienia tego, co lubimy i o czym marzyliśmy i wielu z nas właśnie wykorzystało pandemię do tego celu. Odkrycie własnych talentów i zarabianie na nich z uśmiechem na twarzy. Dla niektórych ta sytuacja, z początku trudna, przerodziła się w sukces. Często nie dlatego, że tak szczęśliwie sobie to wymyśliliśmy, ale z bezsilności i aby ratować siebie i rodzinę. Bo nie było innego wyjścia.

Jednak życie czasem przytrzaśnie nam drzwiami ogon i to zaboli, a potem w dłuższej perspektywie okazuje się, że wyszło nam to na zdrowie. Wielokrotnie nie wyobrażaliśmy sobie, jakby to było gdybyśmy utracili pracę, bez względu na to, jak bardzo nie jest dla nas satysfakcjonująca i na nią narzekamy. Kiedy to się dzieje, wpadamy w panikę i czarną rozpacz, po to aby z czasem powiedzieć „dobrze, że tak się stało”.

Nie bójmy się zmian. Bierzmy dla siebie jak najwięcej i żądajmy najlepszego.


Kariera

Firmowa gra o tron. „To, że jesteś świetny, nie znaczy jeszcze, że przetrwasz na tym stanowisku”

Pracujaca Dziewczyna
Pracujaca Dziewczyna
11 sierpnia 2021
fot. sorbetto/iStock
 

Czy spotkaliście się w swoich firmach z walką o władzę? Z frakcjami, które chcą mieć wpływ na ostateczne decyzje? Z próbami sił? I w tym wszystkim wy. Po której stronie się opowiecie i jak jesteście lojalni? To bardziej może jak „Gra o tron”, gdzie najważniejszy jest cel, bez względu na drogę, jaką obierzemy. Wszystkie chwyty są dozwolone. Aczkolwiek przegrana jednej ze stron jest jednoznaczna z konsekwencjami dla całego obozu władzy.


Firma jest jak dwór. Jest król, są dworzanie: doradcy, klakierzy, donosiciele i ci, którzy pracują na sukces króla, czyli ci nieliczni lojalni, dzięki którym „król” utrzymuje się na tronie. Nigdy tego podziału nie widziałam lub może nie tak wyraźnie, dopóki nie trafiłam do jednej z firm.

Długo czekano na osobę, która obejmie to stanowisko, ponieważ było związane z dużym budżetem do zarządzania i decyzjami, które wpływały na wizerunek całej grupy, a szczególnie prezesa. Mógł kupić sobie za to wszystko. Mój przyszły przełożony potrzebował osoby apolitycznej, lojalnej, odpowiedzialnej i z otwartą głową. Czekał na moją decyzję o dołączeniu do firmy ponad cztery miesiące. Gdy przyszłam, pierwsze pytanie od pracowników było: skąd jesteś? od kogo?. W ogóle nie brałam na poważnie zaczepek, chciałam się skoncentrować na tworzeniu zespołu i realizacji zadań, które wylewały się z każdego kąta. Jednak z czasem pytania stały się kolosalnie ważne i nieprzypadkowe. W firmie były trzy frakcje, z czego dwie z nich najsilniejsze, a pracownicy z głównych „frontów władzy” stali się swoimi zaciekłymi wrogami.

O co toczyła się gra? O to, kto ma więcej wpływu na decyzje. Kto może rozmawiać z politykami, inwestorami, realizować swoje projekty, które nie zawsze były po linii firmy, ale dawały mocne odbicie w górę na przyszłość, kupując wpływy. Było tego multum i najważniejsze w tym, aby nie dopuścić przeciwnika ani na milimetr do czegokolwiek, co mogłoby go ustawić w świetle jupiterów i dać jakąkolwiek przewagę.

Ludzie, którzy opowiedzieli się, do której chcą należeć frakcji – a dotąd nigdy się nie znali, nigdy się nie spotkali, nigdy nic sobie nie zrobili – stali się dla siebie największymi wrogami. Jakby ktoś, niczym w Matriksie, wgrał im oprogramowanie zwalczania wroga. Jeśli cokolwiek mogło zagrozić ich patronowi, to nie było przebacz. Celem była obrona patrona i strącenie przeciwnika ze stanowiska. Jakimi metodami? Wszystkimi. Nie było żadnego hamulca, od napisania nieprawdziwego artykułu w mediach przeciwko danej osobie i rozdmuchaniu go aż po władze najwyższe, po wycieki danych, wynajem detektywów, inwigilację w pracy i w życiu prywatnym, nie wspominając o mediach społecznościowych.

A co na to patron? Ano wzywał swoich dworzan, kiedy coś się zaczynało dziać i dawał jasne polecenia. Wszystko, by chronić własny tyłek. Przy okazji i nas, ale nie wynikało to z troski o nas, tylko o to, by nie stracić dobrego żołnierza. Kiedy „tyłek” po raz kolejny został uratowany, to nawet wtedy, gdy zadanie było wykonane na piątkę, poszedł tekst „to, że jesteś świetny, to nie znaczy że jeszcze przetrwasz na tym stanowisku”. Codziennością stało się ciągłe trzymanie w szachu i wykonywanie zadań ponad własne siły, a do tego jeszcze życie w niepewności dnia przyszłego.

Szefowie, którzy obejmują nowe stanowiska lub wchodzą do nowych firm, zazwyczaj przychodzą ze swoimi zespołami. Tutaj człowiek przyszedł sam i po kolei testował wszystkich, zbierając informacje. Dlaczego nie zabrał poprzedniego zespołu? Powody były różne: po pierwsze nie chciał świadków swoich praktyk zarządzania z poprzedniej firmy i wypływu informacji, a po drugie już tutaj nie będą mu tak potrzebni i po trzecie są tak „unurzani” brudami swojego patrona, że sami się z tych brudów muszą oczyścić. Tym samym, bez żadnego wsparcia z firmy, wytłumaczyć się z głupich pomysłów zleceniodawcy przed różnymi służbami. Sygnał wtedy od patrona jest jeden „pamiętaj, mnie w to nie mieszaj”.

Wiem, brzmi jak horror, ale on istnieje. Generalnie przyjęte jest, że menadżer przechodzi do innych firm ze swoimi ludźmi i dba o nich tak, jak oni dbają o niego. A w tym przypadku, patron sprytnie otaczał się mądrymi i zdolnymi ludźmi, lub jak Kadafi najczęściej kobietami – bo mega lojalne i zrobią wszystko dla króla, wycisnął z nich ostatnie soki, wysłużył się, a potem wyrzucił na śmietnik. Z wielkiego wow na temat szefa z czasem zrobiło się psssst i powietrze uleciało z balonika.

Po czasie doszłam o co w tej „grze” chodziło? Te frakcje zostały sztucznie stworzone. Bo patron miał już kiedyś, jakiś kontakt ze swoim przeciwnikiem i nie było to coś, z czego byłby zadowolony, a wręcz przeciwnie mogłoby mu to zaszkodzić. Byli przyjaciółmi, jeden pomagał drugiemu, ale z jakiś względów, druga strona była świadkiem mniej fajnych historii. Z czasem patronowi coś w tym zaczęło nie pasować i postanowił się go pozbyć. Więc wymyślił, nadmuchał sztuczny balon pomówień, powody do prowadzenia niezgody, konfliktu, a już na pewno ograniczania i alienowania w jednej firmie. Ten „zabieg” dotyczył każdego, kto w jakiś sposób był nie pomyśli i nie po „wizerunku” prezesa.

Fobie i lęki, własne prywatne wojenki zostają w taki właśnie sposób przenoszone na grunt firmy, a pracownicy wciągnięci w nie bez względu czy tego chcieli czy nie. Opowiadane historie i negatywne oceny oraz szczucie na innych ludzi, wywołuje podziały między ludźmi. Często nie znamy się dobrze, nic o sobie nie wiemy, jednak ocena naszego przełożonego staje się superwizjerem naszych wzajemnych relacji. Nie potrafimy popatrzeć bezkrytycznie i według własnego „czucia” na drugiego człowieka. Ze strachu. Bo co powie nasz przełożony, gdy zobaczy nas z „napiętnowanym”? Czy wypadniemy z jego „kręgu zaufanych ludzi”? Stracimy pracę, premię? A może warto mieć w życiu odwagę i własne opinie? Nie ulegać naciskom i czyimś chorym projekcjom? Uczestniczyć w nieswoich grach.


Kariera

Firmowa pieczarkarnia, czyli siedź cicho i ciesz się z tego, co masz, bo możesz mieć gorzej

Pracujaca Dziewczyna
Pracujaca Dziewczyna
28 lipca 2021
fot. VioletaStoimenova/iStock

Znajomy opowiadał mi historię, jak to pewnego dnia przyszedł menadżer do menadżera. Czyli ktoś z zewnątrz do jego przełożonego i złożył propozycję przejścia mojego znajomego do nowej spółki w grupie. Oczywiście poza przejściem padła też propozycja podwyżki, ciekawych zadań, lepszego i szybszego rozwoju w ramach struktury organizacyjnej, itd. Po tym spotkaniu przełożony zawołał mojego znajomego i poinformował o odbytej wcześniej rozmowie, informując że ta propozycja według niego nie jest dla mojego znajomego dobra, i że jego zdaniem nic nie wniesie w jego pracę. A i żeby się tym więcej nie interesować.


Czyli? Nasz przełożony wie lepiej, co jest dla nas najlepsze? Bardziej właściwe i przyszłościowe? Gdyby po takiej rozmowie padła propozycja podwyżki po to, aby zatrzymać pracownika, czy awansu, to byłoby to chyba fair. A tak? Komunikat jest prosty: siedź cicho i nie myśl, że ktoś ciebie chce. Ciesz się z tego co masz, bo możesz mieć gorzej.

Jest w zarządzaniu takie określenie jak „pieczarkarnia” czyli trzymanie pracowników w ciemnościach, ograniczanie dostępu do informacji i dodatków. Podlewanie byle czym, czyli raz na jakiś czas bon na zakupy lub karta Multisport, no… może drobna premia czy podwyżka? Jednak gdy któryś wychyli łepek ponad innych, czyli pieczarka wyrośnie wyżej i chce więcej światła, to… się ją ścina.

Sposób zarządzania wiele mówi o przełożonych. Czyli jeśli nie boją się przychodzić do swojego zespołu, rozmawiać, dzielić się swoimi propozycjami, aby usprawnić pracę, interesują się sprawami codziennymi, potrafią powiedzieć, przyznać się, że czegoś nie wiedzą, są otwarci na pomysły innych, lubią niestandardowe podejścia, to właśnie to jest SZEF,  światło i przestrzeń w organizacji. Osoba, która nie ma kompleksu niższości, potrzeby poniżania innych lub usługiwania i służalczości wobec swoich przełożonych, która będzie w stanie patrzeć na swoich pracowników jak na ludzi. Mieć swoje zasady i czuć odpowiedzialność za nich, a jednocześnie odpowiedzialność za zadania i posiadać umiejętność przyznawania się do błędu i obrony swojego zespołu. Rzadkość? Wcale nie.

Dostałam kiedyś szefa, który był Jordańczykiem. Ogromnie się bałam, bo miałam swoje fobie związane z islamem i mieszkańcami Bliskiego Wschodu. Nie było to moje pierwsze doświadczenie, ponieważ trochę czasu spędziłam na Bliskim Wschodzie i to nie na leżaku w kurorcie 😊. Jednak to doświadczenie nauczyło mnie nie oceniać ludzi po narodowości.

Czekaliśmy, kiedy przyjedzie, ponieważ relokowano go z innego oddziału. Z Azji do Polski. Przyjechał. Niby miły i uśmiechnięty, ale czuć było, że żarty się skończyły.

Zapraszał nas po kolei do swojego pokoju i rozmawiał z nami. Wprowadził sporo zmian w firmie, ale także zaczął inwestować w nas: szkolenia z najlepszymi trenerami, wyrównanie płac, ustalenie celów rocznych. Następnie zaprosił z innych krajów zespoły i serwisy, po to, aby w dać na rynku kompleksowe usługi, a jednocześnie nas odciążyć z pracą. Poukładał nas w zespoły, dał krótko- i długoterminowe cele oraz krótki, aczkolwiek bardzo konkretny regulamin pracy: zero wymówek, zrzucania odpowiedzialności na innych, donosicielstwo surowo zabronione, zadania na czas i efektywność.

Było trochę jak w wojsku. Lubił mieć to, co chciał. Tu i teraz. Cokolwiek miało się zadziać czy dobrego czy złego chciał wiedzieć pierwszy. Nie po to aby karać, a aby zapobiec katastrofie na czas. Z nikim się nie bawił w przyjaźnie, gierki, manipulacje. Do każdego miał taki sam stosunek. Zależało mu na najlepszych wynikach firmy, a jednocześnie i na bardzo dobrej atmosferze. Kiedy dołączyła do niego żona, pracowała na innym kontrakcie, oboje zaprosili na kolację do ich domu wszystkich pracowników. Chciał, aby każdy był.

Mimo, że był bardzo momentami oschły i niedostępny, to jednak miał swoje emocje. Pamiętam, jak był wypadek kolejowy w Szczekocinach. Myślał, że wracam tym pociągiem. Jakoś nie mogłam wtedy odebrać telefonu i się nagrał. Głos, którego do końca życia nie zapomnę. Głos, choć obcego mi mężczyzny, a jednak niezwykle bliskiego. Głos umierający ze strachu o mnie, czy nic mi się nie stało?

Był bardzo surowy wobec nas i wymagający, trochę taki OJCIEC. Mimo że młodszy od wielu z nas, to jednak najwięcej się nauczyliśmy przy nim. Ustabilizował i zorganizował firmę. Umiał też nagrodzić i zadbać o nasze awanse i karierę. Potrafił niekiedy mieć z nami spore scysje i nie zgadzał się z naszymi opiniami, jednak nigdy się na nie nie zamykał. Zawsze przemyślał i wracał do tematu. Nie raz potrafił nas zdrowo opieprzyć za coś. Ale to też musiało być COŚ😊. To jednak zawsze stał za nami.

Mieliśmy kiedyś bardzo poważny przetarg. To był najważniejszy cel do osiągnięcia w danym roku. Cel roczny. Długo się do niego przygotowywaliśmy i robiliśmy wszystko, aby wygrać. Jednak przegraliśmy. Szef wył jak zranione zwierzę i sam do siebie, i na nas wszystkich. Kazał wszystko sprawdzić, zaczął krzyczeć o konsekwencjach. Odkręcać, unieważniać przetarg itd. To był dla nas ciężki czas. I na dodatek przyjechała do nas sama GÓRA z centrali. Chcieli zobaczyć firmę, wyniki no i co z tym przetargiem? Zamarliśmy. Liczyliśmy, czyje głowy polecą. Czułam, że moja też.

Szef przy wszystkich, kiedy został wywołany przez swoich przełożonych, stanął za nami. Powiedział, że nam ufa i wierzy w nas i nie mogła to być nasza wina. Zrzucił wszystko na niejasne przepisy i procedury klienta, i że gwarantuje sobą, że znajdzie inne źródło, które pokryje tę stratę.

Powiem tak, szczęki nam opadły. Było to powiedziane tak wprost i dobitnie, że nie było żadnej wątpliwości. Krył nas, a jednocześnie bardzo zadbał, aby żaden cień na nas nie padł. Powiedział potem, że każdemu zdarzają się pomyłki, ale najważniejsze to trzymać się razem i ufać sobie. Bo jesteśmy jednym zespołem i jeden za wszystkich, a wszyscy za jednego.

Po jakimś czasie, SZEF dostał propozycję awansu i relokacji do innego kraju. Przyjął ją. Ja poznałam nowego przełożonego i już wiedziałam, że to nie ta sama chemia. Odeszłam.

SZEF mimo, że był bardzo wymagający, to dał nam wielkie wsparcie, poczucie zaufania i bezpieczeństwa, jednocześnie docenienie naszej pracy. Bardzo dużo się przy nim nauczyłam i wiele osiągnęłam, choć nie raz klęłam pod nosem cicho (bo już poznał parę ważnych słów po polsku 😊). Nie byliśmy także anonimowi w organizacji, która liczyła ileś set tysięcy pracowników. Mówił o nas i chwalił się nami. Chciał abyśmy poznawali innych szefów i naszych odpowiedników na świecie i wzajemnie się od siebie uczyli. Fajna przygoda.

„Zarzadzanie ludźmi” – okropny termin, trochę jak poganianie bydła. Przepraszam, ale takie mam skojarzenie. Chcę powiedzieć, że branie odpowiedzialności za ludzi, za zespół to sztuka. Sztuka widzenia drugiego człowieka, zrozumienia go i otwarcia się na niego i jego talenty. Praca nad emocjami, zapobieganie zazdrości i zawiści, że ktoś może być lepszy. Tak może być i trzeba dać mu skrzydeł, aby mógł fruwać. To jak w miłości. Największym aktem miłości jest wolność.

Cieszę się, że przybywa firm, gdzie zamiast kart Multisportu, kupuje się szkolenia oraz sesje dla pracowników, które pokazują ich naturalne talenty, cechy, które pomogą im się rozwijać w firmie, czuć się szczęśliwszym i spełnionymi w pracy. Gdzie robią to, co lubią, a szefa uważają nie za kogoś ważniejszego od siebie, a mentora w karierze zawodowej. Przełożeni zaczynają inwestować w sesje coachingowe, na których dobiera się ludzi do zespołu według ich emocji, charakterów, cech i umiejętności, gdzie mogą siebie wzajemnie uzupełniać, a nie konkurować. Gdzie szef nie jest wszystkowiedzącym, a tym co umie uszanować słowa i opinie innych i stworzyć przestrzeń na wprowadzenie głosu pracowników. Gdzie firmy są jak piękne naturalne, kwieciste łąki pełne szczęśliwych motyli i pszczół, a nie pieczarkarnią podlewaną gównem.