Kariera Psychologia

„Warto pracować mądrze, co nie znaczy, że dużo”. Dlaczego kobiety starają się za bardzo i nic z tego nie mają?

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
30 sierpnia 2022
Zdjęcie ilustracyjne, fot. olegbreslavtsev
 

– Staramy się za bardzo, dlatego że zostałyśmy wychowane na grzeczne, miłe, spolegliwe. Zwyczajowo rodzice mają większe oczekiwania i wymagania w stosunku do córek. STARANIE SIĘ zostaje nam wpojone na etapie wczesnego dzieciństwa. I potem idziemy sobie z tą piosenką na ustach w świat jako dorosłe osoby – mówi Sylwia Sitkowska, psycholożka i psychoterapeutka. Rozmawiamy przy okazji ukazania się książki „Kobiety, które starają się za bardzo”, którą napisała psycholożka wspólnie z Katarzyną Troszczyńską. Z ekspertka rozmawiamy o tym, dlaczego kobiety, choć często są bardziej pracowite od mężczyzn, zarabiają mniej, dlaczego nie potrafimy walczyć o stawki adekwatne do swoich umiejętności i jak to zmienić oraz czy w pracy też staramy się za bardzo?

W moim domu mówiło się: „Pieniądze szczęścia nie dają”, a kiedy koleżanki ze szkolnej ławy mówiły, że chcą być bogate, wydało mi się to obrzydliwe…

– Ja też wychowałam się w domu, w którym mówiło się, że pieniądze nie są najważniejsze. Dopiero jako dojrzała, 30-letnia, kobieta zaczęłam pracować z tymi przekonaniami i z autopsji wiem, że da się to zmienić. W dodatku można mieć pieniądze i zachować dalej dobre relacje z ludźmi. Moje klientki, z którymi pracuję, często obawiają się, że ktoś będzie im zazdrościł albo że dobre zarobki je zmienią i nagle staną się innymi osobami. Zawsze wtedy powtarzam, że pieniądze same w sobie nie mają żadnego ładunku emocjonalnego. One nie są ani dobre, ani złe. One są dokładnie takie, jak to, co zrobi z nimi właściciel.

Ale my faktycznie staramy się pokazywać światu jako te niematerialistyczne, altruistyczne i mówimy, że kasa nas nie dotyczy. Znam kobiety, które bez względu na to, ile zarobią, to wydadzą każdą sumę. Inne natomiast nie cenią swojej pracy i podczas wyceny mówią: „Nie ma sprawy, tylko godzinę mi to zajęło. To jest nic”. Ja też przez lata szłam z takim przekonaniem, że nie wypada rozmawiać o wynagrodzeniu. To jest szczególnie trudne zwłaszcza w zawodach, które dotyczą pomagania ludziom. Kiedyś zawsze dawałam rabat znajomym. Z automatu. Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że dopłacam do interesu, bo przecież wynajęcie gabinetu kosztuje, ogrzewanie kosztuje, superwizja kosztuje. W końcu powiedziałam: „Basta, nie jestem fair w stosunku do siebie i muszę z tym skończyć”.

Moja córka teraz daje korepetycje z matematyki dzieciom moich znajomych. Kiedy pyta mnie o poradę, biję się z myślami. To moi przyjaciele i wiem, że nie mają pieniędzy. A z drugiej strony, dlaczego moja córka ma pracować za dumpingowe stawki? Co by pani zrobiła na moim miejscu?

– Powiedziałabym córce, że ludzie cenią to, za co płacą. Czasami nawet jak zapłacą więcej niż gdzieś indziej, to cenią to jeszcze bardziej. Jeżeli dajemy coś za półdarmo, to często jest to potem traktowane jako mniej wartościowe niż coś, za co trzeba normalnie zapłacić. Jeżeli zaniżamy swoje ceny, dajemy komunikat: „To jest trochę gorsze”. Dużo lepiej byłoby wyjść od ceny normalnej, czyli powiedzieć: „Normalnie biorę za to 100 złotych”. Jeżeli druga strona powie: „Czy w tej sytuacji mogłabyś dać mi jakiś rabat?”, możemy się nad tym zastanowić.

Tutaj mam kolejną uwagę, bo wiele dziewczyn w takiej sytuacji momentalnie z dużą ulgą powie: „Tak, oczywiście, nie ma sprawy, masz 50% rabatu”. Dlaczego? Bo my kobiety bardzo chcemy być lubiane, doceniane i akceptowane. Oddajemy się innym po trochu, po kawałeczku, a potem dziwimy się, że ludzie zabierają sobie z nas to, co chcą i nagle dla nas wszystkiego zostaje bardzo mało. Nagle ja nie mam czasu na odpoczynek, na pracę zawodową, bo obskakuję znajomych w cenie dumpingowej i jestem już tak padnięta, że brak mi energii. Przykład? Jak znajoma prosi o pomoc, to sobie myślę, że w ogóle nie mam na to ochoty, ale przywdziewam na twarz uśmiech numer 7 i zgadzam się, mimo że w głowie mam jedno wielkie: „Nieee!” W takiej sytuacji nie podążamy za sobą, tylko podążamy za tym, co powiedzą o nas inni: „Czy oni będą mnie dalej lubić, czy pomyślą, że jestem materialistką?” Boimy się, w jaki sposób zostaniemy odebrane.

Do córek mówimy: „Pieniądze nie rosną na drzewach”, bo boimy się, że je rozpieścimy. Jak wychować dziewczynkę, żeby adekwatnie ceniła swoją pracę i nie godziła się np. na bezpłatne staże?

– Myślę, że młodym warto pokazywać przykłady kobiet, którym się udało pokonać własne ograniczenia. Jeżeli my, jako matki, jesteśmy takim przykładem, to fantastycznie, bo córki to widzą. Dzieci uczą się poprzez obserwację. Będą robiły to, co my robimy. A nie to, co im mówimy. Jednak jeśli czujemy, że nie odniosłyśmy sukcesu i cały czas jeszcze same pracujemy nad asertywnością, to warto im dawać przykłady innych kobiet, które potrafią już walczyć o adekwatne stawki do swoich umiejętności i wykształcenia. Warto też mówić dziewczynkom, że mogą być, kim zechcą.

Jaki stosunek do pieniędzy starasz się przekazać swoim córkom?

– Mam dwie córki i jednego syna i faktycznie zwracam uwagę na to, żeby pieniądze nie były w naszym domu tematem tabu. Staram się też, by nie były umiejscowione w negatywnym kontekście. Dlatego normalnie o tych pieniądzach rozmawiamy. Nie trzeba tego nawet robić intencjonalnie, bo dzieci i tak słyszą np. w jaki sposób mama przez telefon negocjuje umowę.

Ostatnio odmawiałam jakiegoś zakupu Emilce i powiedziałam: „Nie kupię ci tego, bo to bardzo dużo kosztuje”. To nie był najlepszy argument dla dziecka. Sądzę, że mogłam użyć innego, ale na ten moment tak zrobiłam. Co ciekawe, moja córka wzięła mnie za rękę, popatrzyła mi głęboko w oczy i powiedziała: „Nie martw się mamuś. Ty zarobisz”. Pomyślałam sobie, że fajnie, bo pieniądze w jej świadomości to nie jest jakiś magiczny twór, który nie wiadomo skąd i jak przychodzi. Poza tym dowiedziałam się, że moja córka wie, że jej mama potrafi dać sobie radę.

Wiele czytelniczek pisze do Oh!Me listy, w których opowiadają, że są nieszczęśliwe i boją się odejść od męża narcyza lub przemocowca, który je jednak utrzymuje. Nie ma w nich wiary, że mogą zarobić na dom i są pogodzone z tym, że pracują na 1/4 etatu i mają niskie dochody.

– Użyłaś bardzo ważnego sformułowania: POGODZONE. Jeżeli te kobiety są z tym pogodzone, to faktycznie nie ma w nich chęci do zmiany, a wtedy ona nigdy nie nastąpi. Wszystko zaczyna się w naszej głowie: od świadomości lub jej braku, od marzenia z rozmachem albo powiedzenia sobie: „Nie, to wszystko nie ma sensu”.

Ja też byłam wychowana w domu, w którym mężczyzna zarabiał więcej i moje pierwsze relacje wyglądały dokładnie tak samo – facet zarabiał więcej. Natomiast przyszedł taki moment w życiu, kiedy pomyślałam sobie: „Dla mnie i mojego dziecka chcę mieć swobodę finansową, niezależnie od tego, ile zarabia mój partner”.

W jaki sposób możemy zmieniać swoje przekonania na temat pracy i pieniędzy?

– Przede wszystkim musimy zastanowić się nad tym, co słyszałyśmy na temat pieniędzy w domu rodzinnym. Jakie postawy na ten temat mieli nasi rodzice i nasi bliscy? Mówię POSTAWY, bo nie zawsze to musiało być wypowiedziane. Mam na myśli również sposób zachowywania się.

Mamy w sobie wiele przekonań, które powtarzali nam rodzice: „Pierwszy milion trzeba ukraść” albo „Pieniądze szczęścia nie dają”. To nie muszą być nawet przysłowia, jedna z moich klientek opowiadała, że w dzieciństwie jej mama mówiła: „I tak nie mam pieniędzy, więc weź”. Ta sprawiało, że tej mamie nigdy nie starczało „od pierwszego do pierwszego”. Kiedy klientka odkryła to podczas terapii, zaczęła przeformułowywać tę myśli na taką: „Mam wszystko, czego potrzebuję, a nawet dużo więcej”. Dziś, kiedy nachodzi ją ochota, by wydać ostatnie złotówki z konta, to już sobie nie myśli: „I tak nie mam, więc sobie kupię tę torebkę”, tylko: „Mam siedem torebek, czyli więcej niż potrzebuję”. Dzięki temu pieniądze dużo lepiej się jej trzymają.

Czy możemy dać jakąś radę czytelniczkom?

Nie ma jednej rady, którą możemy komuś dać na zarabianie, na miłość czy szczęśliwe życie. Ale na pewno mogę powiedzieć: „Zacznij w ogóle o tym myśleć, ile chciałabyś zarabiać. Zacznij wyobrażać sobie pracę, którą chciałabyś wykonywać i wynagrodzenie, jakie chciałabyś otrzymywać”. Dziś często powtarzam też dziewczynom, że warto pracować mądrze, co nie znaczy, że dużo, długo i bez snu oraz myślenia o sobie.


Sylwia Sitkowska

Psycholożka, psychoterapeutka, nauczycielka akademicka

Ukończyła Uniwersytet SWPS, szkołę psychoterapii poznawczo-behawioralnej CBT EDU oraz szereg kursów i warsztatów podnoszących kwalifikacje. Doświadczenie kliniczne zdobywała w Szpitalu Ogólnopsychiatrycznym w Drewnicy. Członkini Polskiego Towarzystwa Terapii Poznawczej i Behawioralnej. Aktywna zawodowo od roku 2009. Specjalizuje się w terapii par oraz indywidualnej osób dorosłych. Właścicielka poradni Przystań Psychologiczna, prezeska Fundacji Terapeutycznej, założycielka Szkoły Treningu Umiejętności Społecznych dla profesjonalistów. Autorka poradników psychologicznych między innymi wydanych przez DW REBIS „Odbuduj bliskość w związku”, kursów online, ekspertka w programach telewizyjnych oraz na łamach prasy. Pasjonatka psychologii, w której ciągle odkrywa nowe jej warstwy.


Kariera Psychologia

Julia Wróblewska: Mam mieszane zaburzenia osobowości. Nie osądzaj! Zobacz we mnie człowieka

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
30 sierpnia 2022
Julia Wróblewska
 

„Wiesz co, sądziłam, że to wszystko sobie wymyśliłaś. Bo wiesz, jak ktoś super wygląda i dużo się uśmiecha, nie leży w łóżku, to, że nic mu nie jest. Dlatego sądziłam, że nie warto słuchać tego, co mówisz, że to są tylko jakieś głupoty” – mówi stylistka.

„Nie osądzaj. Wspieraj osoby w kryzysie psychicznym. Zobacz człowieka” – odpowiada aktorka Julia Wróblewska.

To nowa kampania edukacyjna Ministerstwa Zdrowia, która ma zwrócić uwagę, jak wiele ludzi cierpi z powodu chorób i zaburzeń psychicznych. Nie wstydzą się, pracują, nie są wykluczani. Jedną z nich, która bardzo szczerze o tym opowiada,  jest aktorka, Julia Wróblewska. 

Dlaczego zaczęłaś mówić głośno o swoim kryzysie psychicznym?

– Czułam się silniejsza, bo od półtora roku chodziłam na terapię. Moja terapeutka zdążyła już przeprowadzić mnie przez wiele zagadnień. Byłam wtedy dziewczyną, która kompletnie nie odczuwała złości. I powiem ci szczerze, że nadal trudno jest mi ją poczuć. Jednak pewnego dnia podczas terapii zezłościłam się na to, że jako osoba publiczna muszę ciągle coś ukrywać, że boję się, że ktoś coś odkryje. Moja terapeutka bardzo się wtedy ucieszyła i powiedziała mi: „Pierwszy raz widzę twoją złość. To dobrze. Do tej pory opowiadałaś o różnych trudnych wydarzeniach ze swojego życia takim głosem, jakbyś jadła śniadanie”.

Faktycznie. Nigdy nie płakałam w jej gabinecie i mówiłam po prostu cichym monotonnym, głosem. Ale wtedy coś się zmieniło. Zaczęłam zastanawiać się: czemu ja się tego boję? Co by się takiego stało, gdyby nagle wszyscy dowiedzieli się, że Julka Wróblewska maturzystka i aktorka od szóstego roku życia, nagle ma kłopoty ze zdrowiem psychicznym? Co w tym jest takiego strasznego? Uznałam, że mam dość krycia się z czymś, co moim zdaniem jest całkowicie normalne. Nawet w moim środowisku jest wiele osób, które w sekrecie powiedziały mi, że zmagają się dokładnie z tamtymi samymi problemami. Chodzą do psychiatry, biorą leki, ale nie mówią o tym. Było mi zwyczajnie przykro, że wszyscy udają, że mają takie idealne życia.

 

View this post on Instagram

 

A post shared by Julia Wróblewska (@juleczkaaa_jula)

Kiedy powiedziałaś o tym, że masz depresję i zaburzenia osobowości, poczułaś ulgę?

– Poczułam dużo wsparcia od ludzi. Odkąd zaczęłam o tym mówić głośniej, na początku straciłam trochę obserwujących w mediach społecznościowych. Po prostu przestałam być osobą, jakiej ludzie szukają na Instagramie. Nie byłam już ładnym obrazkiem, nie wrzucałam zdjęć z podróży z uśmiechem od ucha do ucha. Przestałam udawać. Wiele osób na Instagramie szuka takich kolorowych wyidealizowanych historyjek o aktorach, bo chcą mieć o czym marzyć i ja to rozumiem. Jednak uznałam, że mam dość udawania i życia w tym okropnym strachu, że ktoś odkryje jakiś mój sekret. Na szczęście bliscy mnie w tym wsparli. Moja mama powiedziała mi, że dopóki nie robię czegoś nielegalnego lub moralnie złego, to po co to ukrywać? Przecież nie zabiłam człowieka! Ja po prostu chodzę na terapię. To nie jest grzech, to nie jest nic strasznego.

Jaką na początku usłyszałaś diagnozę od swojego lekarza? Depresja? Zaburzenia borderline?

– Teraz nie mam depresji. Ale faktycznie był moment, kiedy się na nią leczyłam. Ostatnie miesiące spędziłam w szpitalu. Nocowałam na jednej sali z czterema innymi pacjentami. To było bardzo ciekawe, budujące doświadczenie. Nie mogę opowiadać o terapii grupowej oraz o innych pacjentach, bo obowiązuje mnie dyskrecja. Mogę tylko mówić o sobie. Jeśli chciałam, mogłam wychodzić z ośrodka, nie czułam się tam zniewolona. Byłam tam pół roku i dostałam nową diagnozę, inną niż miałam do tej pory. Kiedyś mówiono mi, że mam osobowość typu borderline, a teraz wiem, że mam mieszane zaburzenia osobowości. Nie mówię publicznie, jakie, ponieważ zaburzenia osobowości, szczególnie z grupy B, są nadal stygmatyzowane. Ale ja cieszę się, że w końcu wiem, co mi dolega. Kiedy wiem, mogę coś z tym dalej robić.

Wiele osób na Instagramie pisze mi, że nie stać ich na leczenie. Ja pojechałam do państwowego szpitala z oddziałem terapeutycznym, który zajmuje się tylko zaburzeniami osobowości i nerwicami. Nie powiem, która to była konkretnie placówka, ponieważ nie chcę. Ale jak ktoś do mnie pisze prywatnie z tym pytaniem, to odpowiadam, ponieważ w tym miejscu dostałam fachową pomoc.

Teraz wszyscy mówią, że do szpitala trudno się dostać. Długo czekałaś?

– To zależy, co dla kogo znaczy długo. Czekałam rok na konsultację i po niej dostałam już termin, kiedy zaczynam terapię. Wydaje mi się, że to była głównie kwestia mojej motywacji do leczenia. Ja po prostu chcę czuć się lepiej. Wiele osób deklaruje to samo, ale tak naprawdę nie są gotowi na ten proces. Nie wiem, czy to będzie dla wszystkich zrozumiałe, ale w trakcie terapii czasem okazuje się, że niektórzy nie są gotowi zostawić tego zaburzenia za sobą, bo tkwienie w swoim zaburzeniu jest bardzo wygodne. Mnie też było wygodnie leżeć w łóżku i nic nie robić, ale postanowiłam pracować, by stworzyć swoją osobowość na nowo.

Na przykład, jak już ci mówiłam, mam kłopoty z odczuwaniem złości. Nie potrafię na nią nawet adekwatnie reagować. Niedawno jednak nauczyłam się, że moje ciało dość szybko informuje mnie, że coś jest nie tak. Uczę się odbierać więc sygnały z mojego ciała. Mózg mi podpowiada: „Bądź dalej miła, uśmiechnij się”, a ciało mówi: „Coś jest nie tak! Uważaj”. Takich rzeczy teraz się uczę.

Czy trudno ci budować miłość?

– Trudno, choć informuję szczerze o swoich kłopotach, ale i tak potem słyszę: „Dlaczego jesteś nieszczęśliwa, przecież wszystko układa się dobrze”. A ja wtedy czuję, że mam niewielki wpływ na swoje emocje. Po prostu jestem smutna. I tak, złości mnie to, bo…

… to jest tak, jakby dziewczyna wzięła sobie chuderlawego chłopka i nagle zaczęła od niego wymagać, by stał się Arnoldem Schwarzeneggerem!

– Ludzie niby mówią, że rozumieją. A potem chcą, by ich miłość w magiczny sposób ciebie odmieniła. To nie działa!

Wiesz, co ludzie powiedzą po tym wywiadzie? Będą mówić: „To show-biznes ją zniszczył”. A jaka jest prawda? Twoje kłopoty ze zdrowiem psychicznym wynikają z traumy, show-biznesu, skłonności genetycznych?

– Miks wszystkiego! Mam za sobą pewne traumatyczne wydarzenia z dzieciństwa, ale nie chcę o nich opowiadać. Mówię o tym tylko mojej terapeutce i uważam, że to wystarczy. Dziś jednak wiem, że ten miks sytuacji doprowadził do mojej choroby. Ponieważ tak wcześnie zaczęłam pracować jako aktorka, łatwo zyskałam umiejętność manipulowania swoimi emocjami.

Pamiętam taką scenę, kiedy miałam jakieś osiem lat. Płakałam na planie. To był dzień moich urodzin i nie chciałam pracować. I nagle ktoś krzyknął, że jestem potrzebna na planie. Na pstryknięcie palcem stanęłam przed kamerą uśmiechnięta szeroko. Pewnie wszyscy byli zadowoleni, że jestem takim rezolutnym dzieciakiem. Ale przyznam, że gdybym dziś zobaczyła taką scenę, że dzieciak w sekundę potrafi się uspokoić, bo przecież pracuje i czuje się jak inne dorosłe osoby, które nie kapryszą, to… byłabym szoku.

To właśnie wepchnęło mnie w mój mechanizm obronny. Złapałam to, co miałam najbliżej. A najbliżej było to, że mogłam udawać kogoś innego i w dodatku byłam za to chwalona. Udawanie trafiło na moje niskie poczucie wartości, więc rosłam w przekonaniu, że jestem coś warta – jeśli jestem kimś innym. Dlatego dalej manipulowałam swoimi stanami emocjonalnymi. Czułam, że za to właśnie jestem lubiana i ceniona.

A jak jest teraz? Wydaje mi się, że od momentu, kiedy wyznałaś publicznie, że jesteś chora, nie dostajesz wielu propozycji pracy.

– To prawda, taka jest cena szczerości. Jedna z firm, której nazwy nie wymienię, natychmiast zerwała ze mną rozmowy, które były prowadzone na temat współpracy. Ale uważam, że bardziej zaszkodziło mi kilka innych wpadek z młodości, o których nie chcę już przypominać.

Od trzech miesięcy pracuję jako kelnerka. Zrobiłam to, ponieważ nie chciałam siedzieć bez przerwy w domu. Najwygodniej jest zalegać w łóżku i nic nie robić. A teraz, kiedy rano wychodzę do pracy, to potem dzień toczy się już swoim rytmem i czuję się między ludźmi znacznie lepiej. Nie spóźniam się, nie zawalam.

Powiem jeszcze inaczej: przecież od dziecka trenowałam przekraczanie swoich możliwości. Jestem więc dziewczyną, która potrafi się zmobilizować. I fajnie mi w tej pracy. Uważam, że każda osoba medialna powinna przejść taki kurs normalności. Zobacz, siedzimy sobie teraz w restauracji i ja kątem oka obserwuję, jak ludzie schodzą się tu na lunch. Ale widzę też panią w kasie, osoby, które biegają i zbierają tace. Ja też dostaję teraz swoją szkołę życia.

Jak ludzie reagują na to, że jesteś kelnerką?

– Nie miałam najmniejszych problemów, by dostać tę pracę. Żaden menadżer nie powiedział mi, że jestem gwiazdą, więc między stolikami będę gwiazdorzyć. Po prostu usłyszałam: „Fajnie, zaczynasz od jutra, jeszcze nie pracował u nas nikt znany!” A ludzie reagują na mnie różnie. Większość się po prostu do mnie uśmiecha. Niektórzy proszą o autograf i to też jest miłe.

Niedawno wystąpiłaś w spocie reklamowym Ministerstwa Zdrowia, w którym mówisz: „Nie osądzaj. Wspieraj osoby w kryzysie psychicznym. Zobacz człowieka”. Dlaczego się na to zdecydowałaś?

– Temat tej kampanii jest mi bardzo bliski. Przed nakręceniem spotu bardzo długo rozmawiałam z reżyserem, czułam, że on jest naprawdę tym tematem zainteresowany. Ten spot, w którym występuję, niezależnie od Sebastiana Karpiela-Bułecki, bardzo mi się spodobał, ponieważ nie mówi się w nim o żadnej konkretnej chorobie ani konkretnym zaburzeniu osobowości. To dotyczy wszystkich: tych, którzy cierpią na depresję, schizofrenię, zaburzenia lękowe, maniakalno-depresyjne… Po prostu chodzi o to, że my też jesteśmy ludźmi. Przechodzimy kryzysy, ale to nie znaczy, że powinniśmy być odrzuceni, stygmatyzowani całe życie. Słowo kryzys to nie jest jakiś stan permanentny.

Wiesz, ja czasem czuję się lepiej, czasem gorzej. Pamiętam taki moment, kiedy leżałam w łóżku i nie miałam siły posprzątać mieszkania. Musiała do mnie, do dorosłej kobiety, przyjechać mama, by pomóc mi w sprzątaniu. Były też chwile jeszcze gorsze. Dlatego właśnie trzeba mówić, jak bardzo absurdalne są porady: „Zjedz czekoladę, poprawi ci się humor”, „Wyjdź na rower, to endorfiny zaczną krążyć”, „Ogarnij się, uczesz i idź na imprezę!”. Takie słowa nie trafiają do ludzi, którzy nie mają siły, żeby choćby wstać z łóżka.

Co mamy zatem robić, gdy ktoś za naszych bliskich jest w kryzysie?

– Jeśli ktoś grozi, że się zabije, to zawsze, ale – podkreślam – ZAWSZE dzwonimy pod 112. Nawet jeśli nam się wydaje, że ta osoba tylko nami manipuluje, grozi, ale nigdy nie zdecyduje się targnąć na swoje życie. Po pierwsze nie siedzimy w jej głowie i nie wiemy, co ona naprawdę czuje. A po drugie: nawet jeśli pogrywa, to my i tak mamy obowiązek pokazać jej, że nie damy wciągnąć się w taką narrację i sprawę traktujemy poważnie. Co jeszcze? Jak już powiedziałam, porady afirmacyjne nie mają najmniejszego sensu. Wystarczy być z taką osobą i ją wysłuchać. Kiedy ktoś ma możliwość się wygadać, to naprawdę pomaga. Nie musisz być ratownikiem takiej osoby. Nie musisz znać odpowiedzi na jej pytania. Daj jej po prostu mówić i bądź blisko, by nie czuła się samotna. Zobacz w niej człowieka, tylko tyle i aż tyle.



Zobacz także

Najczęstsze błędy w relacji rodzic – dorosłe dziecko. Unikaj ich jeśli chcesz rodzinnego szczęścia

Który to już raz pokajał się i obiecał poprawę? Jak sprawdzić, czy przeprosiny są szczere?

O tym jak pasja staje się pracą i sposobem na życie. To naprawdę jest możliwe