Dieta Gotowanie

Całe życie na diecie? Krzątam się, gotuje i TYJĘ… i tak mi dobrze

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
16 października 2015
Całe życie na diecie? Krzątam się, gotuje i TYJĘ… i tak mi dobrze. Dieta 80/20, na czym to polega?
Fot. iStock – Całe życie na diecie? Krzątam się, gotuje i TYJĘ… i tak mi dobrze
 

Teraz wiem, że Julia Roberts w filmie Notting Hill miała rację (obejrzałam setny raz). W scenie, w której każdy wymieniał swoje nieszczęścia, ona na końcu powiedziała Całe życie jestem na diecie. Nie ma nic gorszego niż chodzić po świecie wiecznie głodnym.

Schudłaś!. Lepiej wyglądasz(czytaj Przytyłaś”). „Świetnie te jeansy na tobie leżą, jak jesteś taka chuda!. No wreszcie masz biust!. Kocham siebie. Nienawidzę siebie. Kocham. Nienawidzę. I tak w kółko Macieju. Podobnie jak tysiące kobiet na przemian chudnę i tyję, uwielbiam siebie i nie znoszę, liczę w kółko kalorie, prześwietlam etykiety, gotuję, piekę i całe życie JESTEM ALBO NA DIECIE ALBO NA WYŻERCE. I podobnie jak tysiące kobiet wolę swoje życie w wersji S albo XS (to raczej nigdy).

Od ponad dwóch tygodni odpoczywam po zamknięciu wielkiego projektu. Schudłam (!), napracowałam się i zbieram siły do dalszego życia. Siedzę więcej w domu i jem. Właściwie krzątam się przy jedzeniu non stop. Gotuję z przepisów, piekę z ulubionego bloga i tyję. I tak mi dobrze, że postanowiłam napisać o tym, dlaczego mi lepiej, gdy jestem grubsza i jem.

A więc:

  1. Najważniejsze. Nie chodzę głodna. Co za komfort! Nie zaglądam ludziom do talerzy i nie wzdycham. Nie ślinię się na widok ohydnej drożdżówki z budyniem w spożywczym. Nie mam ochoty zamordować człowieka z hot-dogiem na stacji.
  2. Nie słyszę dziwnych dźwięków ze swojego brzucha. Typu piła wiertnicza na budowie. Albo pisk. Bulgotanie. Syk. Nie umieram ze wstydu na przykład w trakcie wizyty u lekarza czy, nie daj Boże, psychoanalityka, który nic nie mówi.
  3. Mam energię!!! Mnóstwo energii. Nie jest mi słabo, niedobrze i nie boli mnie głowa. Mam siłę jechać na rowerze i na rolkach. Chce mi się!!!
  4. Czuję smaki. Niesamowite smaki. Na przykład trufli. Albo figi. Albo fasolki z czarnym sezamem. Gdy jestem chuda, mam wyłączony zmysł smaku (czasami to anemia).
  5. Mam miękki brzuch i milej się na nim położyć (cytat z dzieci).
  6. Mam większe piersi i milej się na nich położyć (cytat nie z dzieci).
  7. Nie wydaję tyle kasy na ubrania. Przebieralnie omijam szerokim łukiem (!). Jak jestem grubsza, nie kupuję ubrań; czasami buty, ale sezon na kozaki, więc problem z grubą łydką ten sam.
  8. Nie rzucam się w oczy. Doceniam ciemne kolory. Stonowane. Czarne wyszczupla. Idę pod szkołę i ledwo mnie poznają (dresy, kaptur, zero makijażu- nie, bynajmniej to nie depresja!)
  9. Jestem bardziej empatyczna. Mniej krytykuję innych (Kasia, jak dieta? Coooo, znowu?!). Nie jestem upierdliwa (cytat z Kasi). Po prostu nie pytam. A jak ktoś się żali, uśmiecham się ciepło i odpowiadam Kochanego tłuszczyku nigdy za wiele(Od kiedy, Ohme?!). 
    Całe życie na diecie? Krzątam się, gotuje i TYJĘ… i tak mi dobrze

    Fot. Flickr / Mike Seyfang / CC BY / Całe życie na diecie? Krzątam się, gotuje i TYJĘ… i tak mi dobrze

     

  10. Jestem mniej nerwowa. Nie żyję w kieracie tabeli kalorycznej, nie odczuwam napięcia. Jem, kiedy chcę i co chcę. Jestem zrelaksowana i szczęśliwa.
  11. Mało wychodzę. Dzieci zadowolone. Eks też, bo ma wszystkie wieczory wolne. A w co ja bym się miała niby ubrać?!
  12. A ponieważ nie wychodzę, to więcej a) czytam, b) piszę, c) oglądam. Rozwijam się nie tylko w pasie, ale także w głowie.
  13. Poznaję ludzi. W Internecie. Społeczności. Na przykład aby przynależeć do jednej, dowiedziałam się, że należy przysłać próbkę kału. No comments.
  14. Nie piję alkoholu. Wolę słodkie soki. Wreszcie mi wolno. Najbardziej uwielbiam syrop malinowy rozpuszczony z wodą i odrobiną cytryny. Mniam. I herbata z trzema łyżeczkami cukru.

  15. Oddzwaniam. Częściej niż zwykle. Nie pędzę nigdzie. Widzę, kto się wyświetla na moim monitorze i mam czas pogadać (jeśli nie śpię).
  16. No i śpię wspaniale! Nie budzi mnie głód ani niepokój (z głodu). Mam piękne sny, w których jestem woooolna!
  17. Aha, i staje się wierna. Nie flirtuję. Nie uwodzę. Trzymam się Tego, który powtarza mi na każdym kroku Jesteś piękna, a ostatnio Wreszcie wyglądasz jak prawdziwa kobieta!.
  18. A i zaczęłam modlić się wieczorem. Głównie z powodu Klary, która ma zadane na religii. Ale przy okazji modlę się, by moje życie było zawsze takie, jak teraz. SYTE! Boziu, dziękuję, że wreszcie mogę jeść. Kocham Cię!

A więc drogie moje, jeśli macie podobnie, życzę Wam z całego serca: JEDZCIE, MÓDLCIE SIĘ I KOCHAJCIE.

PS: Polecam filety z kurczaka zawijane w szynce parmeńskiej w sosie pomidorowym z rozpuszczoną mozzarellą. I apple pie na kruchym. Smacznego!


Dieta Gotowanie

„O ja, biedna mała kobietka”. Dlaczego w towarzystwie mężczyzn udajemy kogoś innego?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
16 października 2015
Fot. iStock
 

Drogie panie, jak to się dzieje? Wystarczy tylko, że obok pojawi się jakiś mężczyzna i znajome, które uważałam za mądre i ciekawe świata zmieniają się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Szkoda tylko, że w  infantylne trzpiotki…  Spryt, ciekawość świata znika. Bywa też odwrotnie: moje łagodne, pokojowo nastawione koleżanki na widok faceta pokazują prawdziwe pazury! Najciekawsze metamorfozy? Proszę bardzo, oto kilka „masek”, które zakładamy w towarzystwie panów:

1. Mała, biedna dziewczynka, kobieta – dziecko

Patrzysz i oczom nie wierzysz. Zaradna, w pełni sprawna intelektualnie babka przestaje sobie radzić. „Nieradzenie” dotyczy wszystkiego: komputera („A co tu trzeba nacisnąć?”), samochodu(„Coś mi nie działa, ale nie wiem co”), pilota do bramy(„Wczoraj się otwierało, a dzisiaj jak wjeżdżałam już nie”). Nie dajcie się oszukać. Nie chodzi o PRAWDZIWY problem. To jest przemyślana taktyka, wypatrzona u kota ze Shreka (stąd towarzyszący zjawisku błagalny wzrok) i mająca na celu połechtanie męskiego ego. On sobie na pewno poradzi, przecież jest FACETEM. Ryzykowne. Co będzie, gdy łatka „tej nie za sprytnej” może przylgnie na dłużej?

2. Za to Ty jesteś mądry Misiu, czyli Komplemenciara

Gdy na horyzoncie pojawia się On, Komplemenciara ma tylko jeden cel: zagłaskać słownie, wypieszczochać podziwem, sprawić by facet rozpłynął się z zachwytu nad sobą samym. Moja znajoma podziwia swoich kolegów z pracy regularnie, czym wywołuje ironiczne uśmiechy na twarzach innych pań, kręcących jej symboliczne kółeczko na czole. Ale o dziwo, na kolegów, w znakomitej większości ta szalona taktyka działa. Gdy jednak tylko obdarzony komplementem pan („świetnie napisałeś ten raport, jak Ty sobie z tym poradziłeś?! Do tego bardzo dobrze Ci w niebieskim”) zniknie z pola widzenia, kurtyna opada.

– Naprawdę taki jest dobry? – pytam zdziwiona. – Co Ty, to kompletny kretyn – szczerze odpowiada mi Komplemenciara. Nie szkodzi, że przed chwilą stał obok niej mistrz analiz wszelakich.  – Dwóch sensownych zdań nie skleci…

3. Mężczyzno, nie podchodź, będę gryźć

Przypadek zupełnie inny niż dwa poprzednie.  „Jesteś mężczyzną, nie powinieneś mieć prawa głosu, mogę Cię wysłuchać, ale mi się nie chce, więc ziewnę”. Wyznawczynie takiego podejścia jasno dają do zrozumienia znajdującym się w towarzystwie panom, że ich zdanie się kompletnie nie liczy. Taka jest moja koleżanka ze studiów, obecnie pani dyrektor w sporej zagranicznej firmie. W stosunku do mężczyzn: chłód i arogancja, w babskim towarzystwie: ciepło i zrozumienie. Szczegółów z jej życia osobistego nie znam.

4. „Chodź na ploty”, czyli przyjaciółka wszystkich facetów

Dla niej facet to taka sama babka jak inne. Opowie mu  chętnie o ostatniej randce („Wiesz, chyba go nie pociągam”), zaniepokojona pokaże wykres cyklu, poinformuje co myślą o sobie koleżanki z działu… Zagada na śmierć i nie zrozumie nic a nic, kiedy wściekła narzeczona odbierze za niego wieczorem telefon.

Kobiece maski to temat rzeka.  Ale czy panowie nie grają przed nami z równym zacięciem? Czy  nie stroją się w pawie piórka i puszą, byle tylko nam zaimponować? A gdy tylko znikniemy za rogiem i zostają sami, w męskim gronie, usprawiedliwią się szybko: „Co ty, ja tylko żartowałem”…


Dieta Gotowanie

Pozwól sobie na upadek. Czasem inna perspektywa pozwala dostrzec nowe możliwości

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
16 października 2015
Fot. Pixabay / CC0 Public Domain

Nie ma ludzi totalnie zadowolonych ze swojego życia. Przynajmniej ja nie spotkałam  jeszcze osoby, która żyłaby życiem  idealnym. Masz świetną pracę, ale wkurza cię mąż. Masz fajnego męża a dla odmiany drzesz koty z teściową. Twoje dzieci są super mądre, ale chorują, albo na odwrót, zdrowe konie, tylko leniwe. Zawsze coś. Nie jesteśmy manekinami, bez woli i możliwości, ale łatwo przychodzi narzekanie na wszystko: “Wiesz, w sumie to nie jest źle, ale przydałoby się większe mieszkanie /nowe auto/ schudnąć parę kilo.”

Fajnie, jeśli zmiany wynikają z chęci

Patrzysz na salon i myślisz: “Rany, nuda, ciągle to samo, czas zrobić jakiś remont”. Po czym  robotę zlecasz mężowi, sama z zadowoleniem spoglądając na efekt końcowy. Jednak jeśli stoisz przed wizją życiowej rewolucji, przygotuj się na ofiary!  Los nic darmo nie daje, czasem wręcz sponiewiera, odbierając najważniejsze. Znasz smak bezrobocia, kosztownego leczenia, czy traumatycznego rozwodu? Jeśli nie, to jesteś szczęściarą,a jeśli tak, doskonale wiesz, co tak naprawdę straciłaś. I że zrobisz wiele, by to odzyskać.

Jak się coś rozwala, trudno przyglądać się temu ze spokojem

Więc działasz, bo chcesz wrócić do normalności bez pytań w stylu “a co ty tak zmizerniałaś, chora jesteś czy mąż ci po nocach spać nie daje?” Większość zapyta o to bardziej z ciekawości, niż ze szczerej troski. A taka ciekawość boli cholernie! No bo jak tobie może być, skoro zostałaś bez pracy, a musisz dalej płacić za czynsz, nakarmić czymś dzieci? Albo twój ukochany mąż, w którego byłaś zapatrzona jak w obrazek, wybrał sobie na nową partnerkę model wcale nie lepszy, ale za to w rozmiarze 36! Mimo, iż latami zapewniał, że kocha rubensowskie kształty. I zamiast szukać sensu życia, masz ochotę z okna skoczyć, a na pytania “a co się właściwie stało?”, dać komuś w twarz.

Co robić, gdy jest naprawdę ciężko?

Na chwilę odpuścić, skupić się na sobie. Dostrzec nowe perspektywy! “Upadek” nie musi być końcem wszystkiego. Bo może miałaś pracę dobrze płatną, ale wykańczającą psychicznie? Przykładałaś się, tłukłaś nadgodziny, wychodziłaś rano, dzieci jeszcze spały, kiedy wracałaś, już spały. Zwolnienie z pracy, której wszystko poświęcasz, jest niczym kopniak w twarz z półobrotu, ale coś za coś. Na początek zyskasz czas, którego dotąd nie miałaś i nowe możliwości, o których siedząc po godzinach nawet byś nie pomyślała. Potrzeba matką wynalazku, więc usiądź, weź kartkę i długopis, wypisz plusy i minusy danej sytuacji. Brzmi banalnie? Może, ale się sprawdza, nic lepszego nie możesz zrobić, niż chłodno spojrzeć na sprawę. Bolesny upadek może być wstrząsem, który otworzy ci oczy na to, co tak naprawdę jest do szczęścia potrzebne.

Znam przykłady kobiet dojrzałych, pragnących szczęśliwego życia, które zdecydowały się na zmiany lub tymi zmianami zaskoczył je los. Bo przykładowo miały dość nudnej, tej samej pracy, w której prawdziwy urlop był tylko mrzonką, wiecznie podpiętej pod system  pani kierownik. Efekt? W desperacji owa kierowniczka złożyła rezygnację, z dziką satysfakcją oglądając szefa po raz ostatni. Bez pomysłu co dalej, za to z czasem zyskanym na przemyślenia. Mądrze? Nie mam pojęcia, ale dzięki temu, teraz realizuje swoją pasję, przy okazji rozkręcając własny biznesik.

Inna miała dość małżeństwa. Ale nie z nudów, tylko z obrzydzenia do farsy, którą tak uporczywie podtrzymywała, sprawiając wrażenie szczęśliwej żony. Owszem, niczego jej nie brakowało, poza wiernością męża. I to dopiero musiał być ból, gdy pewnego pięknego dnia obudziła się wiedząc, że to naprawdę koniec i nic poza dziećmi jej nie zostało. Podniosła się z kolan, z szarej myszki, niepracującej matki, zmieniając się w pracującą superwoman. Czy jest jej teraz lepiej? Tego nie wiem, na bilans życia “po rozwodzie” dopiero przyjdzie czas. Ważne jest to, że dostrzegła szansę dla siebie i z niej skorzystała. Bo gdyby nie odejście męża, dalej tkwiłaby w tym  samym  punkcie licząc umykające lata i szanse.

Ja nie jestem ryzykantką, więc zalecałabym ostrożność w rozpalaniu życiowej rewolucji. Co ty zrobisz? Nie dowiesz się, dopóki życie nie postawi cię w takiej sytuacji. Mówi się, że “jest ryzyko, jest zabawa”, tylko pamiętaj, że ryzykując wszystko dla bliżej nieokreślonych pragnień, możesz zostać z niczym. Tak jak nie mając nic do stracenia, możesz zyskać “wszystko”.


Zobacz także

Czy powinniśmy jeść śniadanie, jeśli chcemy schudnąć? Odpowiedź nie jest taka oczywista. Oto co warto wiedzieć

Smak lata w nowej odsłonie: arbuz

Inka mleczno-korzenna – przepis na kawę marzeń