„Gajeczko zaczęło się. Ruszamy w drogę”. Zostały same i wyruszyły w podróż swojego życia. Matka i córka

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
30 kwietnia 2016
Somos dos – migawki z podróży Małej i Dużej”
Fot. Sara Lopez/ Somos dos

Tata Gai zostawił jej mamę – Asię, dwa dni przed terminem porodu. Jej macierzyństwo nie było z tych słodkich i pełnych szczęścia. Było raczej rozpaczą po tym, co się skończyło, jakby z narodzinami dziecka trzeba było przeżyć żałobę po stracie miłości. – Mieliśmy plany, już wcześniej wspólnie dużo podróżowaliśmy, teraz miała do nas dołączyć Gaja – mówi Asia. – Nigdy w życiu nawet nie brałam pod uwagę, że mogę zostać samotną matką.

Trudny okres ciąży, porzucenie, poród – wszystko to zaowocowało poporodową depresją. Leczenie farmakologiczne, ze względu na karmienie piersią nie wchodziło w grę, spotkania z psychologiem nie przynosiły poprawy. – Czułam się jak w klatce – wspomina. – W kieracie niechcianych obowiązków, od których nie ma ucieczki, urlopu, wytchnienia byłam sama jak palec. Nie spełniłam żadnego z moich marzeń – nie stworzyłam rodziny, nie napisałam doktoratu, nie ruszyłam w podróż przez świat. Czułam, że przegrałam swoje życie, że wszystko się skończyło. Uśmiechnięta, pełna energii i radości dziewczyna zniknęła, zamiast niej egzystowała wewnętrznie martwa, zgorzkniała, stara kobieta.

Fot. Somos Dos

Asia wspomina: – Płakałam wówczas dzień i noc – nad sobą, nad tatą Gai i nad tym maleństwem. Nie chciałam żyć. Nie chciałam TAK żyć. Wiedziałam, że muszę zrobić wszystko, by tamta wesoła dziewczyna wróciła – dla siebie i dla tego dziecka. Nienawidziłam mojej klatki. Czułam, że muszę z niej wyjść, opuścić miejsca, gdzie wszystko naznaczone było cierpieniem, wystawić twarz na powiewy wiatru, ruszyć na szlak, by odnaleźć tę pełną radości dziewczynę, którą kiedyś byłam. Co to za różnica – pomyślałam wówczas – czy będę płakać w domu, czy w Ameryce Południowej? Żadna. A być może tam będę płakać mniej?

Fot. Somos dos – migawki z podróży Małej i Dużej

Pierwszego biletu nie kupiła

– Czekałam na promocję lotów, a kiedy się pojawiła – nagle przyszła panika. Rozedrgałam się cała i nim kliknęłam w co należy – promocja się zakończyła. Pamiętam falę wściekłości, jaka mnie wtedy ogarnęła na siebie i na ten lęk, który nagle poczułam – rany, waliłam pięścią w stół, sypiąc pod swój adres epitetami. Co się ze mną stało? Przecież nie wyjeżdżam w ciemno. Znam Peru, byłam tam kilka lat wcześniej. Wtedy poleciałam sama. W tamtej podróży poznałam siebie, swoje możliwości, granice, zmierzyłam się ze swoimi słabościami. To był dla mnie bardzo ważny czas. To wtedy najwięcej dowiedziałam się o sobie, ale też i o świecie, który mnie otaczał.  Wyjechałam stamtąd z wielkim niedosytem podróży i Latinoameryki w każdym jej aspekcie. Pewnie dlatego tam właśnie mnie tak ciągnęło.  A tu nie kupiłam biletów, bo pomyślałam – przecież lecisz z dzieckiem, dasz radę?  Nagła wątpliwość tak mną zachwiała, że nim zdążyłam kliknąć, to promocja była już wyprzedana.

Fot. Somos dos – migawki z podróży Małej i Dużej

Drugiej promocji już nie przegapiła

Miesiąc później Asia kupiła jednak bilety – w dwie strony. Za chwilę miną dwa lata, kiedy z Gają pomachały w stronę samolotu, który wtedy miał je przywieźć z powrotem do Polski.  – Po trzech miesiącach uczenia się nas w podróży wiedziałam, że jestem już gotowa. Że mogę ruszać w dal, z tą małą kruszynką obok. Że wiem już, jak to zrobić. I tak zaczęłyśmy podróż pełną doświadczeń pięknych i trudnych, która trwa do dziś.

Podróżują po Ameryce Środkowej i Południowej wjechały obecnie do Północnej. Były w Boliwi, Peru, Ekwadorze, Kolumbii, Panamie, Kostaryce, Nikaragui, Salvadorze, Hondurasie i Gwatemali, gdy rozmawiam z Asią, z córką akurat dotarła do Meksyku. Improwizacja towarzyszyła im od początku podróży. – Nigdy nie wiem, co mnie spotka, muszę ogarniać to, co się dzieje tu i teraz, a o resztę się nie martwię – śmieje się Asia. – Owszem wybiegam myślami do przodu, ale nie przywiązuję się do nich, bo życie z reguły ma swój plan.

Fot. Somos dos – migawki z podróży Małej i Dużej

A niespodzianki towarzyszyły im od początku podróży. Po przylocie do Peru miały zamieszkać u peruwiańskiej koleżanki Asi, ale okazało się, że na możliwość noclegu muszą poczekać jeden dzień. Tym samym trafiły do Polki – Dominiki, przewodniczki z Limy, która ugościła dziewczyny w malutkim mieszkanku. – Cudowny człowiek  – wspomina Asia. – Moja peruwiańska koleżanka miała w tym czasie bardzo trudną sytuację rodzinną, trafiłyśmy tam w sam środek rodzinnej tragedii. Do tego wszystkiego chciałam kupić samochód, a w efekcie – choć to wcześniej sprawdzałam, okazało się, że na żadne nadające się na Andy auto nie było mnie stać.

Najtrudniejszy czas

To właściwie był początek. Jakiś czas później Joanna została zaakceptowana jako nauczyciel języka angielskiego w szkole prowadzonej przez Polaka, znanego w środowisku podróżniczym kajakarza – Andrzeja Piętowskiego. Problem polegał na tym, że szkoła znajdowała się w Andach, na wysokości 3500 metrów n.p.m. – Musiałyśmy przez kilka dni przystosowywać się do wysokości, nim ruszyłyśmy wyżej, żeby uniknąć choroby wysokościowej. Kiedy w końcu przejechałyśmy przez przełęcz na wysokości pięciu tysięcy metrów, przez którą prowadziła droga do wioski, w której była nasza szkoła, Gaja jedyna nie wymiotowała w busie. I tak zaczęłyśmy pracę.

To był najtrudniejszy etap naszej dotychczasowej wycieczki. 3,5 tysiąca metrów, to przede wszystkim przeraźliwe zimno. Cały czas byłyśmy w czapkach, kurtkach, rękawiczkach, problematyczne było nawet umycie się.

Cały czas byłyśmy w czapkach, kurtkach, rękawiczkach, problematyczne było nawet umycie się. Chorowali nauczyciele i bywało, że prowadziłam zajęcia wieczorne, z uśpioną, przywiązaną do mnie chustą Gają.  Do tego jedzenie – alpaka a’la podeszwa, ryż i cebula przez półtora miesiąca. Zimne, bo w takich temperaturach jedzenie tylko przez moment było ciepławe. Nie jestem wybredna mogłam to jeść, ale Gaję musiałam karmić normalnie, więc doszły nowe obowiązki: musiałam iść na targ, wyczekać, by grzecznościowo wpuszczono mnie do hostelowej kuchni, ugotować, a do tego oczywiście przygotować lekcje, poprowadzić zajęcia i animować Gaję. Wariactwo. Ale wszystko miało swoje dobre strony – mając tyle obowiązków i znikąd pomocy, krzepłam w tej mojej codziennej walce, zdobywając nowe doświadczenia.

Somos dos – migawki z podróży Małej i Dużej

Szkoła organizowała weekendowe wycieczki, podczas których Asia uczyła się podróżowania z dzieckiem – co warto zabrać, co jest zbyteczne, jakich błędów nie popełniać. I kiedy, po trzech miesiącach przyszedł moment decyzji – wracam, czy zostaję – wybór był prosty. – Ciągle czułam niepokój, ale miałam w sobie taką myśl: „jestem gotowa, sądzę, że powinnam sobie poradzić.” Przyszedł dzień, samolot odleciał i wtedy powiedziałam: „Gajeczko zaczęło się. Ruszamy w drogę”. I ruszyłyśmy.

Druga granica czasowa

Później był jeszcze jeden moment, kiedy dziewczyny miały wrócić – ważył się czas powrotu Asi do pracy. – Wtedy też mnie okradli, zostałam bez dostępu do konta i musiałam czekać osiem tygodni na dosłanie kart kredytowych, w międzyczasie pracując na codzienne nasze utrzymanie. To wtedy odkryłam, że czas galopuje. Dopiero zobaczyłam Peru i trochę Boliwii, a jeszcze tyle innych miejsc chciałam poznać. Napisałam do mojej dyrektor i tak dostałam zgodę na dłuższą podróż. Najtrudniejsza była jednak rozmowa z najbliższymi. Mówiłam mojej mamie, że czuję, że muszę jeszcze zostać, że dopiero się rozbiegam, że dopiero zaczynam, że jeszcze jestem taka głodna na to wszystko, co tu się dzieje, że jeszcze nie mogę wrócić, że to jeszcze nie ten czas.

Somos dos – migawki z podróży Małej i Dużej

Asia z Gają podróżują w swoim stylu. – Ludzie w tym czasie co my mogliby zwiedzić cały świat, ale nam się nigdzie nie spieszy. Przecież i tak nie zobaczę go całego. Nie chcę podróżować w takim tempie, jak większość. Wolę doświadczać fajnie i głęboko tego, co mamy na wyciagnięcie ręki – tłumaczy Asia dodając: – Gdzie nam dobrze, tam zostajemy – na trzy dni, cztery, czasami na dwa tygodnie. Nad Morzem Karaibskim w takiej prostej wioseczce zakotwiczyłyśmy aż na miesiąc. Pracowałam tam w knajpie. W Ameryce Południowej samotne matki z dziećmi, nawet w pracy, to codzienność. Kobiety w młodym wieku zachodzą w ciążę, nie zdobywając żadnego wykształcenia, nie ucząc się żadnego zawodu. Z reguły zostają bez pracy, a mężczyzna jest dla nich źródłem finansowego wsparcia i prestiżu. Dalej historia toczy się jak w telenoweli – on zdradza, albo bije i w końcu odchodzi, a ona szuka kolejnego, po czym zachodzi w kolejną ciążę i tak w kółko.

Podróż cały czas czegoś je uczy

Spotykają nowe osoby, śpią w hostelach lub u ludzi z Couchsurfingu, którzy przyjmują podróżników takich jak dziewczyny. Z czego się utrzymują? Asia wynajęła swoje mieszkanie. –Organizując podróż musiałam myśleć o finansach, dzięki czemu codziennie mamy do wydania około sześciu dolarów na głowę. Musiałam zapomnieć, że znam angielski, bo tu jak masz białą twarz i mówisz po angielsku to masz też odpowiednio wysoką cenę. Wykreśliłam ze swojego słownika nawet zwrot: „okey”.

Fot. Somos dos – migawki z podróży Małej i Dużej

Gdzie byłaby dzisiaj? – Pewnie siedziałabym w domu i płakałabym. Jakoś nie umiem zobaczyć siebie tam szczęśliwej. A tymczasem razem z moją Małą przeżywamy najpiękniejszą życiową przygodę, jaka mogła nam się przytrafić. I choć nie zawsze jest łatwo, nie oddałabym tego czasu za nic.


Joanna Nowak prowadzi bloga Somos dos – migawki z podróży Małej i Dużej. Blog ten został uhonorowany pierwszym miejscem w  konkursie Blog Roku 2015 w kategorii: Podróże.

Fot. Piotr Strzeżysz/ Somos Dos


„Niech mi pani powróży, inaczej się zabiję…”. Jak Polki ratunku szukają u wróżki

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
30 kwietnia 2016
Fot. iStock/nullplus
Fot. iStock/nullplus

Dobra, nie oszukujmy się. Wielu z nas było u wróżki, wielu chętnie by poszło. Naprawdę nieliczni są absolutnie sceptyczni. Znałam też takich, którzy głośno mówili: nie wierzę, a gdy znaleźli się pod ścianą mówili: „Ej, a mogłabyś zadzwonić do tej swojej koleżanki wróżki”. Po co to robimy? Zdaniem psychologów dlatego, że potrzebujemy mieć choć złudne poczucie kontroli. W czasach niepewności minimum kontroli na wagę złota. Nawet jeśli to iluzja. A jak jest naprawdę? Czy wróżki pomagają? Trudno powiedzieć. Pewnie ile osób, tyle opinii. Czego u wróżki szukają Polki, na czym polega ta praca i czy to dar, czy bardziej psychologia pytamy Annę Kempisty, znaną tarocistkę.

Katarzyna Troszczyńska: Dużo osób do Pani dzwoni?

Anna Kempisty: Dzwoni bardzo dużo, natomiast mniej się przyznaje, że dzwoni.

To znaczy?

Gdy zapytać publicznie w towarzystwie czy ktoś korzysta z takich usług to wszyscy patrzą po sobie i mówią: „Myyy?” „Nieeee”. Jedni zasłaniają się religią, mówią, że nie korzystają, a ja wiem, że to robią, inni głośno wyrażają swoje niedowierzanie, a potem i tak pytają. Na przykład, gdy są w kryzysie i czują, że nie ma wyjścia. Dochodzą wtedy do wniosku, że nadzieja jest zawsze lepsza niż brak nadziei.

To generalnie pewnie kwestia intymna, bo zaraz mogą paść pytania: „a co się pytałeś/ pytałaś”, „coś się sprawdziło?.  Często jest tak, że klienci, którzy się umawiają robią to w absolutnej tajemnicy nawet przed partnerem i partnerką. Nie dziwię się już, gdy klientka dzwoni do mnie w ostatniej chwili i mówi: „Rodzina mi się zwaliła na głowę, ja im nie mogę powiedzieć, musimy przesunąć termin naszej rozmowy”.

Słyszałam kiedyś, że do wróżek dzwonią desperaci. Piszą: niech pani poświęci mi czas, inaczej się zabiję.

Tak. Zdarzyło mi się. Oczywiście po 10 minutach rozmowy okazuje się, że ta osoba nie jest w tak strasznym stanie psychicznym jak mówiła, a facet przez którego pani została porzucona, nie zrobił tego pięć minut temu tylko miesiąc temu. Ludzie trafiają się bardzo różni. Pewnie jak wszędzie.

Nie czuje Pani odpowiedzialności? Taki szantaż: „zabiję się” nie jest straszny?

Pamiętam taką sytuację, zadzwoniła pani, byłam w samochodzie, na środku ulicy. „Niech pani mi rozłoży karty, inaczej połknę wszystkie tabletki uspokajające, które mam w domu”. To ja chyba w tym momencie mogłabym zrobić to samo, też połknąć wszystkie tabletki. Bo jak mogę  pomóc na środku skrzyżowania, gdy nawet nie mam kart. Poza tym pytanie czy ta osoba potrzebuje wróżby czy raczej pilnej wizyty u psychiatry.  Na szczęście takich zdarzeń nie ma wiele, ale obciążenie jest duże, bo czasem to ktoś w histerii i po pięciu minutach rozmowy wiadomo, że sobie nic nie zrobi, a czasem naprawdę czuję, że ktoś jest w strasznym stanie. Z drugiej strony nie chcę brać tej odpowiedzialności– nie jestem czarodziejką. Myślę, że ludzie popełniają samobójstwa, czy wpadają w depresje niezależnie od tego, czy chodzą do wróżki czy nie.

Mężczyźni też korzystają z takich usług?

Tak, choć ja osobiście mam małą grupę mężczyzn. Ale jest to wierna grupa klientów, czyli oni już jak się skuszą, żeby przyjść to potem wracają. Przekonują się, że to działa, że to wcale nie takie czary mary.

O co mężczyźni pytają?

O to samo co my – wbrew pozorom jesteśmy z jednej planety. Tak samo szukamy miłości, zrozumienia, akceptacji. Pytają więc o sprawy uczuć.  Pytają też o posunięcia biznesowe, ale to już po kilku minutach rozmowy, kiedy okazuje się, że dużo wiem o kimś, choć przecież nie znam pana. Ale bardziej miłość przygania ich do mnie.

To kobiety są bardziej biznesowe. Przychodzą konkretne, zdecydowane pytać o finansowe przedsięwzięcia. Może dlatego, że kobiety są bardziej świadome, ufne, mniej wątpią, wiedzą jaką wiedzę można z kart czerpać. Może dlatego są bardziej wprost, mężczyźni badają grunt.

Choć mam pana, z którym robię telekonferencje biznesowe.

Racjonalny człowiek mówi: nic dziwnego, że są sceptyczni, wróżka to tylko psycholog.

Zaskoczę panią, bo moi najwierniejsi klienci to ludzie wykształceni, prawnicy, dziennikarze, księgowe, właściciele dużych firm, ludzie z kilkoma tytułami przed nazwiskiem.

Lekarze też?

Lekarze rzadko, ale zdarzają się Ale zawsze są to osoby otwarte na nowe rzeczy, zjawiska. Rozumiejący, że świat składa się z różnych elementów i jak tak na to patrzymy, wróżba się w tym mieści. W poznawaniu świata, dotykania rzeczy niezbadanych. Ale też są to ludzie przyciśnięci do muru, w jakimś potrzasku, kończą się pomysły jak mogą sobie pomóc i wtedy łapią się wszystkiego, nawet wróżki.

U psychologa wypracowujemy nowe zachowania, bo stare się nie sprawdziły, przeszkadzają nam w życiu. Albo szukamy przyczyny problemu. Wizyta u wróżki to coś zupełnie innego, wróżka przekazuje informacje, które widzi w kartach. Do psychologa człowiek idzie z zupełnie innymi oczekiwania, do wróżki z innymi. To tak jakby mieszać wodę z kwasem. A że niektórzy uważają, że wróżka to tylko dobry psycholog? Cóż…Naprawdę nie mówię, że ktoś nie ma partnera, bo nie widzę obrączki. Bądźmy poważni.

To jest dar? Czy każdy może wróżyć?

Zawsze mówię, że każdy może się nauczyć każdego zawodu, mogłabym pójść do baletu i coś zatańczyć, pytanie tylko czy mam do tego talent, predyspozycję i na ile zatańczę jak primabalerina.

To samo jest z wróżeniem– technicznie można, to są określone obrazki, które mają konkretne znaczenie, są książki na ten temat. Ale jak człowiek połączy te obrazki ze sobą, co zobaczy poza samymi kartami….

Ale dużo osób ma intuicję, często nie chcą z niej korzystać, bagatelizują ją. Przeczucia, sny, różne reakcja ciała– takich rzeczy nie przewiduje wróżka, podpowiada nam je podświadomość. Ale ponieważ są to często informacje negatywne– wypieramy je.  Nie wiem dlaczego ta nasza intuicja jest taka, że głównie ostrzega nas przed czymś złym. Mój mąż często mówi– dlaczego ty mi nie powiesz czegoś dobrego. Odpowiadam: „to też jest dobra informacja jeśli mówię, że czegoś masz nie robić”.

Mąż też sobie u Pani wróży?

Nie, mąż jest racjonalnym, stojącym twardo na ziemi człowiekiem. Czasem o coś pyta, ale i tak jak mu nie pasuje zrobi po swojemu. Kiedyś przyśniło mi się, że nas okradną. Mieliśmy wtedy hurtownię, mówię do męża: chodź, musimy wywieźć wszystkie rzeczy, przyśniły mi się białe ściany. Powiedział, że wymyślam, że to przecież tylko sen. Trzy miesiące później nas okradli, straciliśmy wszystko. Zaczynaliśmy życie od zera.

To był pierwszy taki sen?

Nie. Miałam ich w swoim życiu wiele. Wiedziałam, że urodzę pierwszego syna, że potem będę miała córkę, blondynkę z bardzo długimi włosami.

W sumie można by się przyczepić, że duże prawdopodobieństwo jest, że młoda kobieta urodzi syna?

Właściwie to można usiąść i wszystko tak racjonalnie wytłumaczyć.

Ale zdarza się, że Pani się myli?

Trafiła do mnie klientka obruszona tym, że wróżba jej się nie sprawdziła. Mówiłam, że syn będzie nosił okulary, a nie nosił. Próbowałam wytłumaczyć tej pani, że przecież nie dawałam jej gwarancji, że on w ciągu pół roku zacznie je nosić.

Wróżę od 20 lat, mam stałe grono klientek. Pewnie gdybym myliła się często, nie miałabym ich. Przyszłyby raz, okazałoby się, że się nie sprawdziło… więcej by nie wróciły, nie polecałyby mnie.

Jakiś czas temu przyszła do mnie kobieta. Zawsze się pytam przed seansem, czy pani u mnie była, czy coś się sprawdziło, czy w czymś zaszkodziłam. Ona mówi wprost: byłam dwa lata temu, wyszłam wściekła, same bzdury. Poszłam do innej wróżki, która powiedziała mi coś zupełnie innego, uspokoiła mnie. Pytam więc: no dobrze, co w takim razie robi pani u mnie znowu, dlaczego pani do mnie wróciła?

„Bo okazało się, że to pani miała racja”. Przypomniała mi, że ostrzegałam ją przed szefem, którego uwielbiała. Mówiłam, że ją oszuka na kilkadziesiąt tysięcy złotych. I to się sprawdziło. Nawet tego nie pamiętała tylko sprzątając znalazła przypadkiem kartkę z zapiskami z wizyty.

Pamiętam też  inną panią, starała się wygrać konkurs na bardzo wysokie stanowisko. Powiedziałam jej, że wygra, ale nie będzie z tego zadowolona. Ona obruszyła się: „jak mogę być niezadowolona z wygranej? Z wyprzedzenia tylu osób, z dobrych pieniędzy?”. Okazało się po czasie, że się zakochała. Rzeczywiście ta praca przestała być jej celem nadrzędnym, bo skupiła się na miłości.

Ale pewnie, że mogę się pomylić. Szef firmy się myli, sekretarka się myli, jesteśmy tylko ludźmi. Ostatnio był u mnie klient, spytałam go: „Czy ojciec tej pani żyje?”, chciałam być delikatna, wybadać grunt. A on ostro: „To chyba pani powinna wiedzieć”. Tłumaczyłam: z wróżeniem nie jest tak jak krowie na rowie. Rozkładam karty i widzę wszystko szczegółowo. Nie. To nie matematyka. Znajomy jasnowidz miał taką sytuację: szukał zaginionego mężczyzny, ojca rodziny. On współpracuje z policją, na mapie zaznaczył miejsce, gdzie ten mężczyzna może się znajdować. Pojechali tam wszyscy.  Co się okazało? Wisi chłop na drzewie, ale nie ten. I co pani zrobi?Reklamację złoży?Jaką reklamacje? To nie jest coś racjonalnego, to wciąż jest sfera, która jest irracjonalna. Trzeba mieć do tego dystans, samemu planować życie, bo ryzyko błędu istnieje.

Ale i tak uważam, że wróżenie to dla wielu osób ogromny krok do przodu jeśli chodzi o informacje, nadzieję.

Dużo osób uzależnia się od wróżek. Biega się od jednej do drugiej, sprawdza informacje?

Tak, to jest nagminnie. Celują w tym kobiety, chcąc być pewne, że wróżka miała rację, idą do trzech kolejnych. Najgorzej jest gdy jedna mówi jedno, inne drugie, a są takie sytuacje i trudno mi powiedzieć dlaczego. Przesadne wróżenie nie jest dobre.  Zresztą jak ktoś przychodzi do mnie w krótkim odstępie czasu i zadaje to samo pytanie to ja odmawiam wróżenia. Nie wolno na tym koncentrować swojego życia, to mimo wszystko tylko wróżba, życie toczy się swoim rytmem, możemy konsultować pewne decyzje, dowiadywać się, ale nie możemy oddać temu życia, bo takie rzeczy kończą się zwykle dramatami. Znałam kobiety wpadające w długi, które nie mogły zasnąć bez „diagnozy” wróżki.

Ale myślę, że to nie jest wina wróżki tylko emocji tamtych osób.

Każdy powinien kierować się własnym rozumem. Miałam kiedyś klientkę, której przepowiedziałam rozstanie. „To ja go od razu rzucę” powiedziała. „Ale po co? Jeszcze kawałek fajnej znajomości z tego będzie”. Czy tylko dlatego, że na końcu naszej drogi jest cmentarz, będziemy od razu kładli się do trumny. Zdrowy dystans jest potrzeby zawsze, nie tylko przy wróżeniu.

Przez te 20 lat zmienił się typ osób, które przychodzą i to o co pytają?

Tak. Trochę zmieniły się tematy. 20 lat temu nikt nie pytał o znajomości internetowe, teraz bardzo często dziewczyny podsyłają mi zdjęcia mężczyzn poznanych w internecie, chcą wiedzieć:  „ten czy nie ten?”, „można mu zaufać?”

Brzmi to strasznie. Jak sekta.

Ale wspominałam już wcześniej o dystansie, a ostrożności w przypadku znajomości internetowych nigdy za wiele.

Druga rzecz, która się zmieniła to pytanie o dzieci. Kiedyś pytano tylko: czy zajdę w ciążę, kiedy zajdę. Dziś tych dylematów jest więcej: zamrażać, nie zamrażać zarodków, korzystać z in vitro czy nie. Tych pytań o ciążę jest mnóstwo.

Wciąż racjonalnie brzmi to strasznie– jak można się pytać wróżki w jakim banku zamrażać zarodki.

Myślę, że to wynika z ogólnej niepewności, poczucia braku kontroli, możliwości tysiąca decyzji, ludzie się gubią.

Ludzie Pani dziękują po jakimś czasie? Za nadzieję? Dlatego, że coś się sprawdziło?

Stali klienci tak, ale reszta… raczej nie ma takich sytuacji. Tak już jest, że wróżka to pani od kryzysu, gdy jest dobrze to się o niej nie myśli.

Dużo przychodzi osób załamanych?

Przeważnie tacy do mnie przychodzą chociaż są tacy, którzy chcą być na bieżące, są ciekawi, niekoniecznie zapędzeni w kozi róg przez życie.

Czuje się Pani czasem osaczona?

Ta praca jest ogromną przyjemnością, jak mam klientów, rozmawiam z nimi, to zapominam o bożym świecie, skupiam się tylko na tych ludziach, ale wiadomo, kij ma dwa końce. Kilkadziesiąt telefonów dziennie. „Pani mi postawi karty tylko na jedno pytanie”, a ja już jestem po trzydziestu takich jednych pytaniach. Zawsze mówię: to nie jest na ilość, to jest na jakość. Potrzebny jest spokój, skupienie, czas, a nie, że ja kogoś wcisnę z tym jednym pytaniem. Nie mogę zresztą gwarantować, że pracując w takim stresie w ogóle powiem coś sensownego. Rozumiem dramaty, ale dotykamy delikatnej materii, to nie piekarnia.

Odcina się Pani czasem?

Raczej się nie da. Nawet, gdy jestem gdzieś na dalekiej wsi, trzy chałupy na krzyż, telefon ledwo odbiera to nawet wtedy są telefony: „Pani mi powróży..”.

Ludzie też myślą, że wróżka pracuje 24 godzinę na dobę. Dzwonią w niedzielę, ale też o trzeciej w nocy, w weekendy pijani, bo wtedy czują się odważni. Ostatnio SMS o szóstej rano od klienta: „Bardzo proszę o pilny kontakt”. Myślę: ale co się dzieje. Ktoś umarł? Nie pomogę już. Ktoś zginął? To niechby chociaż napisał: „zginął mi pies”. Konkretnie. Ja zawsze powtarzam, mogę próbować pomóc, ale nie przeżyje za kogoś życia… Nie ma cudotwórców.


Anna Kempisty

fot. Tomasz Ozdoba

 Anna Kempisty z wykształcenie psycholog kliniczny, wróży od 20 lat. Twierdzi, że nie miesza jednego z drugim. Żartuje, że terapia jest dla ludzi cierpliwych, tarot zaś dla szukających łatwiejszych rozwiązań niż zmiana sposobu myślenia obliczona na lata. Uważa, że intuicja jest darem, ale można się też jej nauczyć. Prywatnie mężatka i mama dorosłych dzieci.


Jak wyjechać na rodzinny urlop i nie zwariować. 8 wskazówek dla nowicjuszy (i nie tylko)

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
30 kwietnia 2016
Fot. Pixabay / Unsplash / CC0 Public Domain
Fot. Pixabay / Unsplash / CC0 Public Domain

Długi weekend… Dla niektórych okazuje się nawet zbyt długi. Czy umiemy spędzać wolny czas razem z rodziną? Jeśli czujecie, że zatracacie tę umiejętność, że tak intensywny kontakt to w pewnym momencie zwyczajnie „za dużo”, specjalnie dla was kilka wskazówek, nie tylko na te kilka majowych dni.

1. Znajdź czas na taki rodzaj rozrywki, który ty lubisz najbardziej

Żeby urlop nie stał się przykrym obowiązkiem, dorośli też powinni zaplanować sobie trochę czasu na coś, co ich odpręży i sprawi im przyjemność. Odpoczynek należy się każdemu! Jeśli spędzisz cały urlop przeganiając dzieci po muzeach (bo trzeba, żeby coś przecież z tego czasu „razem” wartościowego wyniosły) albo biegając za nimi z tubką kremu przeciwsłonecznego, z pewnością pod koniec urlopu będziesz jeszcze bardziej zmęczona niż tuż przed wyjazdem. Wygospodaruj zawsze troszkę czasu tylko dla siebie i ucz dzieci, od samego początku, szacunku dla tych chwil.

2. Nie spiesz się

Nic nie odbiera twojemu urlopowi więcej przyjemności niż ciągła presja i okrzyki „pospiesz się, chciałbym już wyjść!” Jeśli masz dzieci trzymaj się  zasady „+20”. Na każde dziecko przysługuje ci dodatkowe 20 minut do czasu, który zazwyczaj potrzebujesz, żeby zakończyć jakąś czynność. To samo dotyczy „wyluzowanych” dorosłych ;). Ustalaj czas odjazdu czy wyjścia mając to na uwadze.

3. Rób zdjęcia, zbieraj pamiątki

Jednym z najlepszych sposobów, żeby być szczęśliwym „tu i teraz” jest mieć dużo szczęśliwych wspomnień. Rób filmiki i zdjęcia, pisz (nawet hasłowo) pamiętnik z podróży i zbieraj kiczowate figurki z napisem Jastarnia 2016… To twoja inwestycja na przyszłość.

4. Znaj swoje ograniczenia. I ograniczenia swoich dzieci

Nawet jeśli twoje dzieci są pogodne i współpracujące, przyjdzie w końcu TEN moment, kiedy powiedzą: „dość”, bolą mnie już nogi”, chcę wracać do domu”, chcę usiąść na ławce”, „jestem już głodna”, „jest mi zimno”, „jest mi gorąco” itd. I to jest naturalne. Gdziekolwiek się wybierasz, upewniaj się zawsze, że masz ze sobą prowiant i coś, na czym można usiąść. A przede wszystkim, mierz siły (swoje i innych) na zamiary…

5. Zaplanuj jakąś aktywność fizyczną

Rower, spacery, może basen? To zupełnie inny rodzaj aktywności niż ta, która wykonujesz w wciągu tygodnia, nawet mając pod opieka przynajmniej dwójkę dzieci. No i przede wszystkim – ruch rozładowuje napięcie…

6. Nie zakładaj, że „będzie taaaak cudownie”…

I pozwól innym na odrobinę (przynajmniej) luzu. Nie ma to jak wielki balon oczekiwań kontra trzaskające drzwiami nastolatki, obrażony mąż (bo on naprawdę chciał się tylko chwilę zdrzemnąć, a ty już szykujesz się do wyjścia, bo inaczej nie zrealizujesz „zadań” z twojego urlopowego grafiku) i twoja frustracja. Spokojnie. Urlop jest też do tego, żeby nie robić nic.

7. … ale też nie ziej negatywną energią

Zwłaszcza kiedy coś nie idzie po twojej myśli. Naprawdę nie masz wpływu na to, czy przez te kilka dni będzie ciepło i słonecznie, czy zimno i deszczowo. Odpuść.

8. Nie wstydź się, odpoczywaj!

To być może najważniejsza wskazówka dla tych wszystkich, którzy udają się na rodzinny wypoczynek. Wakacje powinny być przerwą od pracy i rutyny. Baw się, ciesz się chwilą i pozwól sobie odpocząć. Ułatwiaj sobie życie.

P.S. Audiobook z „Harrym Potterem” to idealne rozwiązanie na długą podróż samochodem!


Zobacz także

Jak oswoić... depilację

Kobietami jesteśmy cały rok, nie tylko 8. marca. Jak oswoić… depilację

Fot. iStock / Marccophoto

Tańsze zamienniki drogich, kosmetycznych hitów do makijażu. Podpowiadamy, co kupić

Fot. iStock /  Valeriy Kachaev

Jak w parę minut opanować stres i… jak się pozbyć na dobre