Seks Związek

Zdradziłam. Tak bardzo pragnęłam tych wszystkich drobiazgów, które w naszym domu już dawno zniknęły

Femme fatale
Femme fatale
16 września 2022
fot. max-kegfire/iStock
 

Zdradziłam cię dziś. Tak po prostu. Bez zastanawiania się, mimo woli. Wystarczyło, że na chwilę się oddaliłeś, choć ta chwila tak naprawdę trwa już całą wieczność. Bo my kobiety, często zdradzamy. Każdą myślą, wspomnieniem dotyku na lewym przedramieniu, codziennie.

A potem żyjemy naszym wielkim wyrzutem sumienia. Gdzieś pomiędzy Nim Prawdziwym, który nie ma czasu na naszą miłość, a Nieznajomym, który pojawia się i znika.

Pytasz kim on był. Nie wiem. Nie pamiętam, jak wyglądał, tylko to, jak dotknął mojego ramienia. W tym jednym muśnięciu skóry, było więcej erotyzmu niż w niejednej nocy szczęśliwych kochanków. W jednym nieistniejącym spojrzeniu zamknął wszystkie moje pragnienia. To był dreszcz niepodobny do żadnego innego uczucia. Magia chwili.

Staliśmy w drzwiach i tylko powiedział, że dobrze, że jestem. To mi wystarczyło. Tylko tyle i aż tyle.

Znasz to uczucie, gdy po cichu zatapiasz się w namiętności tak, jakbyś po raz pierwszy odkrywał co to znaczy pragnąć? Chcieć tak bardzo, że trudno ci to pojąć albo nazwać. Zatracić się w niej  tylko po to, by nareszcie wiedzieć czego tak bardzo ci brakowało?

Tonęłam dziś w tym cieple, które powoli rozchodzi się po ciele. Jego szept przesuwał się  po mojej szyi, a ja marzyłam, żeby nigdy nie skończył tej podróży i zawsze był tylko szeptem. Dłoń, która przeczesała moje włosy, tak czule, że nie potrafiłabym powtórzyć sama tego ruchu. Pocałunek.

Boże jak on całował. Już nawet nie pamiętam, czy ty kiedyś tak mnie pocałowałeś. Pojawił się nie wiadomo skąd, bez imienia, z głosem, który wydawał się dziwnie znajomy, ale którego nie mogłam dopasować do żadnej znanej mi twarzy. Może to i lepiej.

A dalej? Nie było nic. Nie było zdzierania z siebie ubrań, nie było uniesień kochanków podpartych ścianą jego mieszkania, cała ta erotyka była tylko niedostępnym i słodkim niedopowiedzeniem.

Tak bardzo pragnęłam tych wszystkich drobiazgów, które w naszym domu już dawno zniknęły. Tej zwyczajności między dwojgiem ludzi. Gdy czegoś nie masz, staje się to towarem ekskluzywnym, pożądaniem. Pożądanie, które nie smakuje jego ciałem, a jednak przepełnia totalnie. Namiętność, która rodzi się w głowie. Zbyt często na zgliszczach starych, dobrych czasów.

Bo te najbardziej gorące romanse mają swój zapach, dźwięk muzyki, która przyprawia cię o gęsią skórkę, wprawia w drżenie, na sobie tylko znany sposób. A najbardziej namiętny seks, to czasem ten bez seksu. To pragnienie o nim, ulotne, niepowtarzalne, jak przelotny romans.

Jestem wyrzutem sumienia, za każdym razem, gdy wraca, choć to tylko sen. Choć nie dzielę się między obce łóżka, choć w mojej pralce piorę wciąż te same koszule w kartę i złoszczę się na te same niedomknięte szafki.

Bo tak bardzo chciałbym, żeby ten sen wrócił. By nie był ani snem ani wspomnieniem. Bym nie musiała fantazjować o zwykłym poniedziałku, obecności, o śmiechu, gdy kładziemy się do łóżka.

Dlaczego? Przecież to takie proste.

Nie raz mijałeś tę historię na ulicy, czytałeś ją w naszych znajomych, a nawet mówiłeś sobie w myślach tak, jak ja: „Jak, tak można żyć? Dobrze, że my będziemy inni”. Ale zapomniałeś.

Zdradzam cię śniąc o innym życiu. Odkrywając w każdym śnie, jak bardzo chciałabym być gdzie indziej.

Bo nie trzymasz już mnie za rękę. Nie pragniesz. Nie całujesz jak mężczyzna całuje kobietę. Nie dotykasz. Nie ma w naszym domu już miejsca na pieszczoty, ani na kłótnie równie gorące jak seks na zgodę po nich. Nie ma już seksu, który zabiera na chwilę do raju i nie ma seksu byle jakiego. Nie ma skradzionych chwil, koronkowej bielizny, seksu na krześle, ani tego nad ranem, tego zaczynającego się niewinnie od wspólnego oglądania serialu, ani tego, który kiedyś by nas zawstydzał. Nie ma już chwil, gdy jest się zbyt zmęczonym na miłość. Nie ma wspólnych marzeń, fantazji. Nie ma rzeczy zbędnych. Nie ma żartów, gdy zdejmujesz ze mnie bieliznę. I dąsów, że nie masz ochoty nawet na pieszczoty.

Jak często fantazjujemy o miłości pełnej? Takiej prawdziwej, czasem nieśmiałej, nieudolnej, z kłótnią o wyprowadzanie psa i seksem pełnym czułości, do bólu przewidywalnym, ale prawdziwym, naszym?

Jak często upychamy nasze życie do szuflady, zamykamy na długie lata, aż w końcu pewnego dnia budzimy się ze snu, o którym nie możemy zapomnieć. Snu, który opowiedział nam, jak kiedyś chciałyśmy żyć. Tak zwyczajnie, po prostu razem – czy naprawdę teraz już nawet o tym musimy marzyć? Zdradzać codziennie marząc o innym życiu, bo wciąż za mało w nas odwagi by żyć, pragnąć, brać i dawać, by być, a nie trwać?

Wszystkie zdradzamy. Tak, zdradzamy, by choć na chwilę znów poczuć. Poczuć, że życie jest emocją, że możemy czuć, odkrywać, odlecieć do świata, w którym znów jesteśmy ważne. W którym same stajemy się pragnieniem. Ale każda z nas dokonuje wyboru.

Możesz zdradzać naprawdę.

Możesz zdradzać, marząc w snach o innym życiu, o innym dotyku, o tym, co dziś jest poza twoim zasięgiem.

I możesz wybrać trzecią drogę. Zdradzać całe życie, samą siebie. Wieszać świeżo upraną koszulę w kratę, zapominając na zawsze o tym, jak bardzo pragniesz, żeby wieczorem on przeczesywał twoje włosy tak, że drżą ci kolana. Poklepać się po ramieniu i powiedzieć „tak to w życiu jest, nie będziemy wiecznie młodzi i zakochani”. Tkwić w tym tak długo, aż w końcu pragnąć przestaniesz. Znikniesz. Przywykniesz, przeczekasz życie. I pewnego dnia odkryjesz, że w swoich snach nie kochasz się już pod gwiazdami, a po prostu chwytasz kogoś za rękę.

Dopiero wtedy zrozumiesz, ile namiętności straciłaś razem z tymi wszystkimi drobiazgami, które zgubiliście po drodze, choć miały być dla was najważniejsze.


Seks Związek

Szanowny Piotrusiu, przestań udawać dorosłego. Nawet nie wiesz, ile razy podeptałeś czyjąś przyszłość

Femme fatale
Femme fatale
21 lipca 2017
Fot. iStock / Orla

Odbieram telefon, dzwoni B., ostatnio bardzo często dzwoni. Jej Piotruś jest gdzieś w połowie drogi do Nibylandii. To takie miejsce, które przez większość czasu jest wyspą. Wyspą, której nie da się odnaleźć na żadnej dorosłej mapie. Nie wiedzieć jednak dlaczego, od czasu do czasu, pojawia się w środku czyjegoś mieszkania, a wraz z nią Piotruś.

Mały, niesforny, życiowy głuptas. W dorosłych spodniach bez szelek, ale za to z w bardzo niedorosłych kapciach, które niosą go przez życie. Człap, człap – Piotruś przychodzi do B. albo M., może przyjść do każdej – wchodzi i uroczo się rozgląda. Dużo opowiada, marzy i lubi się poprzytulać. No dobra, Piotruś lubi, żeby to jego przytulano, jak każdy mały chłopiec. Ale to, co w Piotrusiu jest „najtrudniejsze”, to jego chcenie.

Bo Piotruś bardzo chce, ale jakoś wciąż mu nie wychodzi.

Każdy Piotruś (dla każdej swojej ukochanej B., M., czy innej A. i dla siebie) bardzo chciałby:

– nauczyć się czegoś nowego…

Na przykład zmywać po sobie naczynia. Robić zakupy, dotrzymywać obietnic i sprzątać swoje skarpetki z podłogi. Ale mu nie wychodzi.

Wieczny chłopiec lubi udawać nawet przed sobą. Niekorzystne okoliczności nigdy nie pozwolą mu wywiązać się z dorosłych zobowiązań. Obojętnie czy chodzi o sprzątnięcie łazienki czy opiekę nad dzieckiem. Nigdy nie bierze odpowiedzialności za swoje błędy – to zawsze jest „siła wyższa”.

– kochać tak, jak w filmach dla dorosłych…

Po męsku! Na rękach nosić. Tak bardzo by chciał, ale Piotruś mały jest, nie ma siły nosić takiej dorosłej baby. A chciałby o taaaaaaak mocno. Ale jak? Hmmm, tego Piotruś nie wie. Piotruś chciałby się tego dowiedzieć, tylko nie wie jak. A jak już się dowie i tak okaże się, że za mały jest przecież…

Ale bardzo się starał!

Wieczny chłopiec nie potrafi dojrzewać w miłości. Nie akceptuje innych sfer związku, niż te pozytywne i lekkie jak  motylek. Kompromisy, problemy, kryzysy – to wszystko jest dla niego sygnałem do ucieczki. Piotruś Pan świadomie nie podejmie większego wysiłku.

– żeby nic się nie zmieniało albo było, jak kiedyś

Bo przecież mamy tyle lat, na ile się czujemy. A Piotruś czuje się wyśmienicie i chyba z każdym rokiem młodnieje.

Brawo, Piotrusiu!

Wieczny chłopiec lubi to, co ma. Bo jego styl życia i relacji z innymi jest bardzo wygodny. Piotruś czerpie z takich relacji jak najwięcej, jednocześnie nie ponosząc żadnych kosztów.

– spełnić swoje obietnice

To nie jest tak, że on nie chce, że zapomniał. Ale przecież na wszystko jest czas. Piotruś jest jeszcze taki młody. Ma dużo czasu. Nie lubi przejmować się na zapas zobowiązaniami. To psuje całą zabawę. A gdy Piotruś robi się smutny, to mu się odechciewa. I to nie jego wina!

Wieczny chłopiec racjonalizuje wszystko. Jest mistrzem, niepokonanym mistrzem. Chętnie oddaje się marzeniom, obiecując złote góry – niestety większość z tych marzeń,  już na starcie jest spisana na starty. Piotruś często używa słów postaram się i spróbuję, zamiast „zrobię” i „zmienię”. Lubi mieć poczucie, że dał z siebie wszystko (wszystko to, co chciał dać), ale przecież każdemu czasem się nie udaje. Lubi, gdy inni się nad nim pochylają. Odpowiedzialność przerzuca na innych lub „złą karmę”. Wieczny chłopiec nie uczy się, nie wyciąga wniosków ze swoich porażek – tylko je sobie tłumaczy.

– nie kłamać

Ale on jest bardzo wrażliwy na kobiece łzy i drugiego człowieka. Dlatego, żeby nie sprawić jej zawodu, czasem kłamie, albo zgodzi się na coś, dla świętego spokoju – bo to święty człowiek jest, tyle dla miłość oddać, to dopiero gest. I najgorsze, że nikt go nie docenia.

– żeby go wreszcie doceniono

Bo biedaczyna zawsze po pewnym czasie, odkrywa, że padł ofiarą strasznej jędzy. Jak ona mogła? Przebrała się za dobrą wróżkę i zbawiła go cukierkami. I uwierzcie mi, wcale wtedy mu nie mówiła, że tych cukierków nie będzie na śniadanie każdego dnia (a Piotruś przecież myślał coś innego!).

Wieczny chłopiec lubi „odwracać kota ogonem”. Po mistrzowsku chowa się przed karcącymi spojrzeniami i rozliczaniem go z działania. Postawiony pod murem, ucieka. Jak każdy mały chłopiec, lubi bawić się bronią, ale nie potrafi z niej korzystać. Każdy Piotruś Pan bardzo dobrze udaje, ale gdy coś zaczyna burzyć jego bezpieczny i niezobowiązujący świat, z całych sił wieje przed konfrontacją.

linia 2px

W słuchawce B. opowiada, a z każdym słowem słychać, jak uchodzi z niej para i łzy. Bo ona bardzo chciała wierzyć swojemu Piotrusiowi. I nie tylko „chciała”. Uwierzyła, że już zawsze, i pięknie i na dobre i na złe, i razem za pięćdziesiąt lat w tym samym parku pójdą na spacer. I wiele lat krzyczała na siebie: „nie bądź taką zołzą, to tylko…”. Ale przez lata wszystkie „to-tylko” bardzo urosły, a B. miała ich już tyle zapakowanych do koszyka, który niosła, że zaczęła się przewracać. Poprosiła wtedy Piotrusia, żeby jej pomógł, ale on wcale nie chciał. Zaczęła podrzucać mu delikatnie „to-tylko” do plecaczka, gdy nie widział, ale on wyrzucał je na dywan i zaczynał tupać.

Ostatecznie po 8 latach, jednej ciąży, kilku awanturach „na serio” i demonstracyjnym rozsypaniu klocków Piotrusia pod domowym śmietnikiem, odeszła. Zostawiła mu wszystkie „to-tylki” i stwierdziła, że jest dla niego zwyczajnie za stara, bo chciałaby się rano napić kawy, a nie robić mu kakao. Szkoda jej tylko tych ośmiu lat. Bo gdyby od początku Piotruś nie udawał, że chce być dorosły, już dawno byłaby gdzie indziej.

Szanowny Piotrusiu,

piszę dzisiaj do ciebie w imieniu wszystkich kobiet. Nie będę cię prosić, żebyś wydoroślał – oboje wiemy, że to prędko się nie zdarzy, ale proszę przestań udawać dorosłego. Nawet nie wiesz, ile razy podeptałeś czyjąś przyszłość.