Związek

Zazdrość? Kochanie, nie bądź śmieszna!

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
26 października 2015
„Nie rozumiesz, że cię kocham i chcę mieć ciebie tylko dla siebie?”. Życie z zazdrością
Fot. iStock / SilviaJansen
 

Czy znacie to uczucie, kiedy na widok byłej dziewczyny waszego obecnego męża zaczynacie się zastanawiać, czy przypadkiem nie wpakowałyście dziś rano do torebki wiatrówki wujka Ryśka? To się nazywa zazdrość, podobno. Tak mi mówią autorzy bardzo mądrych poradników o życiu. Jeszcze podpowiadają, że to naturalne, w pewnych granicach. To ja bym chciała ich o te granice podpytać, bo mam tu pewną niejasność.

„Oj, kotku, koteczku – zapewnia On – te kilka lat wspólnego z nią życia nic dla mnie nie znaczy. To przeszłość. Liczysz się tylko ty! No przecież już dawno nic a nic mnie z nią nie łączy. I jeszcze ci powiem, że tak naprawdę kochałem i kocham tylko ciebie.” „Oczywiście, kochanie, no przecież, że tak właśnie jest!”- wyświergoczesz przez zaciśnięte zęby, chociaż tam w środeczku to aż cię skręca. A nie ma prawa skręcać, bo to etap skończony, definitywnie zamknięty i w ogóle o co ci chodzi, kochanie?

Że na nasz adres przychodzą do domu upomnienia z czytelni na jej nazwisko? No proszę cię – to jakiś szczegół. Przeszkadza ci to? Naprawdę? To przejdź się tam w wolnej chwili i wytłumacz, że ona już tu nie mieszka, skarbie. Nie, ja nie mogę, nie mam kiedy. W takich dziwnych godzinach otwarta ta czytelnia.

Że w zeszłym tygodniu listonosz wrzucił do skrzynki kartę kredytową na jej nazwisko? Nie, no, naprawdę, daj spokój. Przecież już dawno nie korzystam z tego rachunku. Kiedy to było, jak jej założyłem tę kartę! Po prostu olej to.

Że babcia Grażynka mówi do ciebie JEJ imieniem i dopytuje o zdrowie JEJ mamusi? Kochanie, babcia Grażynka ma 85 lat, naprawdę wszystko już jej się miesza. Argument o tym, że najbardziej mieszają jej się kwoty jakie od nas pożyczyła jest poniżej pasa. Nie spodziewałem się tego po tobie. Nie możesz jej sama przypomnieć jak się nazywasz?

Że w moim domu rodzinnym na ścianach wisi jeszcze kilka naszych wspólnych zdjęć? Daj spokój, przecież nie będę rodzicom domu meblował. Na pewno wiesz, o co ci chodzi? Nieswojo się czułaś? Na Wigilii? No co ty o kawałek papieru jesteś zazdrosna? Chyba sama powinnaś im to powiedzieć.

Że moja mama dzieli się z nią informacjami o naszym życiu? Kochanie, one się bardzo zżyły, wiesz?… Ty swoim przyjaciółkom mówisz wszystko, prawda?… Postaw się w ich sytuacji, to co, mają teraz zerwać kontakt?! I co ci szkodzi, że obejrzały sobie razem nasze zdjęcia? Przecież jesteś na nich taka piękna! Nie masz się czego obawiać.

Że moim rodzicom wymsknie się czasem kilka słów o niej i o naszym związku? Że ci opowiedzą, jak to było, gdy A. była ze mną i jeździliśmy wszyscy czworo na wakacje? Kochanie, nie spodziewałem się, że jesteś taka wrażliwa. Kocham ciebie i tylko ciebie i to ciebie wybrałem na żonę. Buziak. Lecę do pracy, pa!

Szanowna babciu Grażynko! Wiesz dobrze, jak mam na imię, bo kiedy dzwonisz do mnie z listą zakupów z Tesco (pamiętam o drożdżówkach!) wymawiasz je nawet zdrobniale.

Cudowna teściowo! Choćbyś nie wiem jak wspaniałe miała intencje, opowiadając mi zabawne ciekawostki ze wspólnego życiowego etapu twojego syna i jego „eks”, lepiej zrobisz jak zachowasz je dla siebie. Mnie to naprawdę nie obchodzi. Jej przepisy na szarlotkę również. Przecież wiesz, że do pieczenia to ja mam dwie lewe ręce. Nieaktualnej instrukcji obsługi do twojego pierworodnego także nie potrzebuje. Piszę nową, sama.

Najdroższy mężu! Znalazłam kilka zdjęć z wakacji, tych z 2003. Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci, że jestem na nich z K. Przecież chodzi tylko o krajobraz. Pięknie wygląda na naszych ścianach. Jak wrócisz, to zobaczysz. Pa!


Związek

Moje, twoje… rodzinne przepychanki. Nie myśl, że u ciebie będzie inaczej

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
3 listopada 2015
Fot. Pixabay / Public Domain CC0
 

Kiedy łączy się ze sobą dwoje ludzi, to rzecz oczywista następuje pewna fuzja życiowo-rodzinnych doświadczeń. Skoro wyfrunęliśmy spod różnych skrzydeł i opuściliśmy inne gniazda, to delikatnie rzecz ujmując pogląd na nasze rodzinne rytuały i tradycje też mamy inny. Początkowo nam to nie przeszkadza, bo miłość wyłącza nam czujniki wykrywające potencjalne konflikty i odbiera nam zdolność przewidywania niedalekiej przyszłości. A problemy, o ile nie jesteśmy mistrzami dyplomatycznego wypracowania „złotych środków”, pojawią się  w krótszym czasie niż ten, którego potrzebuje twoja teściowa, żeby rano pojawić się pod drzwiami waszego mieszkania.

Mamusia P. (znajomego z pracy) lubiła, kiedy synek wpadał w niedzielę do domu. Obiad razem zjedli, na spacer do lasu poszli, a wieczorem „Mam talent” czy inne fajerwerki. Porządek jakiś był. Niestety P. poznał  K. i nagle wszystko stanęło na głowie. U K. w niedzielę każdy odpoczywa jak chce. Tata na rowerze, mama z książką pod kocem, a K. najchętniej na wycieczce za miasto. Kiedy tylko K. i P. zalegalizowali związek za pomocą umowy najmu pewnej przytulnej kawalerki, zaczęły się telefony. – Na obiad byście przyszli, pójdziemy na spacer, a potem obejrzymy coś w telewizji. – narzekała mama (wiadomo czyja) – Jak to do kina? W niedzielę to trzeba odpocząć. Co to za przykład dla dzieci będzie?! –  wlewała w nich poczucie winy (nie wiadomo z jakiego powodu). Nieśmiałe uwagi młodych, że oni by chcieli ten czas spędzić po swojemu, skomentowała krótko: – Po swojemu to by było tak, jak u nas.

Przez pierwsze kilka miesięcy dzielili więc weekendy w miesiącu na te spędzane u mamy P. (trzy na cztery) i te, podczas których odpoczywali. Potem nastąpił kryzys. Podczas jednej, burzliwej wymiany zdań (sąsiadka z dołu bez trudu wyłapała wszystkie szczegóły konfliktu) K. wykrzyczała,  że ona do cholery ma już 32 lata i naprawdę nie musi z mamusią (zwłaszcza nie swoją) tych trzech weekendów w miesiącu obowiązkowo! Ani tego spacerku do lasu odbębniać już nie będzie, ani śmiać się z żartów Prokopa, które nawiasem mówiąc w ogóle jej nie śmieszą. Ona ma swoje plany, swoje życie. A potem usiadła na kanapie i odetchnęła. Od roku do mamy w niedzielę razem chodzą okazyjnie: na imieniny, świąteczny obiad albo pochwalić się rosnącym brzuszkiem (K.). A mama? Cóż. Mama nie składa broni. Po cichu liczy na to, że jak pojawi się wnuczka, uda się wykończyć przeciwnika i wszystko wróci na swoje miejsce.

Przypadek P.i K. to nie wyjątek. U mojej przyjaciółki czara goryczy przechyla się co roku w okolicach  1. listopada. Świąteczne podchody zaczynają się już dwa tygodnie przed końcem października. Dyskretne telefony od teściowej przypominają:  – W zeszłym roku nie byliście na grobach dziadka i stryjenki. Cała rodzina była, tylko wy nie! U nas tak się robi, nie wiedziałaś, jak wychodziłaś za Marcina?

W rodzinie męża mojej przyjaciółki listopadowe „pójście na groby” to nie tylko tradycja, to logistyczne przedsięwzięcie połączone z przygotowywaniem na tę okazję specjalnych przysmaków. Konsumuje się je potem wspólnie popijając herbatą z termosu w kółeczku stojąc przy rodzinnym grobowcu.

I tu pojawia się konflikt. Moja przyjaciółka cmentarz odwiedza zapewne częściej niż raz w roku, najczęściej na wiosnę i w okolicach Bożego Narodzenia. Kiedy jest ciepło, kładzie stokrotki na grobach taty i dziadka, słucha śpiewu słowików. Ona wie, że Dziadek Maniek, niech mu ziemia lekką będzie, ma to listopadowe święto poniżej prawego piszczela. On najbardziej lubi, gdy przychodzi się do niego na wiosnę. A ciotka Zośka? Gdy żyła, nie znosiła tego „listopadowego jarmarku i cyrku, tłumów objadających się pańską skórką”, jak to sama o tym mówiła. Śmiała się śmierci tak, jak życiu – prosto w twarz.  Taką właśnie się ją wspomina, nie raz do roku, tam nad grobem, ale o wiele częściej przeglądając rodzinne albumy z kieliszkiem wina i pudełkiem jej ukochanych bombonierek…

W zeszłym roku przygotowałam kilka wigilijnych potraw. Dumna i blada 24. grudnia wkroczyłam do domu rodzinnego mojego męża prezentując swoje kulinarne dokonania. Jak wkroczyłam… tak i wyszłam, kilka godzin później. Teściowa zapakowała mi z troską mojego karpia, kapustę i barszcz z uszkami (nie tknął ich chyba nikt poza moim dzielnym ukochanym) tłumacząc bezlitośnie: – Wiesz, u NAS to się zupełnie inaczej robi. Musisz do mnie przyjść na korepetycje.

W tym roku Wigilię spędzimy sami. Taka NASZA nowa rodzinna tradycja.


Związek

Szczęśliwego kryzysu na nowej drodze życia. Wyszłaś za mąż, nie zapomnij się pokłócić!

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
21 października 2015
Fot. Unsplash/Scott Webb / CCO

Podobno każde małżeństwo przeżywa kryzys. Po siedmiu latach to już nawet nie wypada nie mieć kryzysu. Świadoma praw i obowiązków żony, na tę nerwową okoliczność zaczęłam się przygotowywać już pierwszego dnia po uroczystym zalegalizowaniu naszego związku. Nie, nie pokłóciliśmy się (to nastąpiło nazajutrz). Po prostu usiedliśmy przytuleni na łóżku i popijając wino, czytaliśmy kartki, karteczki i karteluszki ofiarowane nam w dobrej wierze przez życzliwych przyjaciół i nie mniej udanych członków rodziny.

– Kochani, małżeństwo to wielka próba – napisała ciotka, posiadaczka kota i mikroskopijnej kawalerki, szczycąca się tym, że za mąż to ona „nigdy w życiu, po moim trupie!”. – Jeśli jednak będziecie nad sobą pracować i nauczycie się sobie wybaczać – zaraz, ja mojemu mężowi wybaczyłam już pierwszego dnia znajomości, żenującą próbę podrywu „na obcokrajowca”, którym nigdy nie był (no chyba, że za granicą) – to może uda Wam się stworzyć coś pięknego i będziecie twardzi w swym związku jak skała. Łyk wina i porozumiewawcze spojrzenia. Skojarzenia mamy ciągle te same, więc kryzys nam chyba nie grozi. Sięgamy po następne życzenia.

– Drodzy Nowożeńcy – oficjalnie zwracają się do nas literki z bardzo eleganckiej, kremowej karty, przedstawiającą pannę młodą sztywną i chudą jak kij od mopa i pana młodego wystylizowanego na Ekskluzywnego Menela – dziś zaczął się nowy etap Waszego życia. Od teraz jesteście za siebie odpowiedzialni (hmmm, od trzech lat mieszkamy razem i wychowujemy wspólnie dziecko, ale autor życzeń mógł przeoczyć ten fakt. Składając życzenia osobiście, zwrócił się do mnie imieniem szkolnej miłości mojego męża, a na przyjęciu weselnym sprawiał wrażenie jakby pomylił imprezy. – Gdy pojawią się pierwsze problemy, warto wrócić pamięcią do tego pięknego dnia, dnia Waszego ślubu. Przed Wami ciężka praca, a jej ukoronowaniem będzie wspólna, szczęśliwa starość.
Kolejny łyk i szybka wyliczanka w myślach. Bardzo prosta: od 1 do 10.

– Dbaj o Swoją Żonę, Stary – krzyknął atrament z następnej kartki – bo inaczej ona zadba o Ciebie. Nie daj się zakuć w kajdany i pamiętaj, kto ma u Was nosić spodnie. Odwracam kartkę: rzeczywiście. Na rysunku, karykaturalnie przerysowana gruba baba w ślubnej sukni, goni swego oblubieńca, wymachując parą kajdanek. Pan młody, wybałusza ogromne oczy, a spodnie już pogubił, uciekając. Ręka zaczyna mi drżeć, kiedy sięgam po następne życzenia. Mój legalny od kilkudziesięciu godzin partner klepie mnie po plecach uspokajająco: – Kumpel ze szkoły. Nigdy nie byliśmy blisko…

Okazuje się, że takich „dalekich” kumpli było na naszym ślubie jeszcze kilku. Szybko przeglądam dowcipne kartki z równie szczerymi, płynącymi z serca życzeniami. Towarzyszą im tak samo zabawne ilustracje. O, na tej mam nawet kaganiec…

Eh! K. wyrywa mi szybko poplamioną pocztówkę przypominającą kadr z filmu 18 plus. Sięga po wesołą, fioletową kopertę z serduszkiem. Tym razem to on czyta te kilka krzepiących słów. Fotografię papużek nierozłączek opatrzono cytatem z Biblii i osobistą refleksją naszych weselnych gości – Nie zawsze będzie Wam tak kolorowo i pięknie jak dziś, ale warto dbać o siebie nawzajem, przezwyciężać kryzysy i stale umacniać swój związek. Pamiętajcie, nic tak nie umacnia małżeństwa, jak wspólne upadanie i podnoszenie się…

W głowie mam wizję: Ja i K. spętani stułą i wymalowani w wojenne barwy, pędzimy przez wojskowe koszary w rytm rozlegającego się co chwila „padnij – powstań”. Kieliszek już pusty. Ten drugi.
– Kto to napisał?! – pytam już leciuteńko wstawiona, ale nadal w podniosłym nastroju. To przecież pierwszy dzień naszego małżeństwa! Odpowiedź jest zaskakująca.
– A i D?! – prawie krzyczę – Drą koty o wszystko, on ogląda się za większością swoich koleżanek, a mnie trzy razy łapał za biust. Ona udaje przed wszystkimi, że jest najszczęśliwszą kobietą na ziemi. Gdyby nie wspólne dzieci, kredyt i olbrzymi dom, zostawiłaby go już dawno!
– D łapał cię za biust?! Trzy razy?!– cedzi przez zęby Mój Mąż.
Resztę wieczoru pamiętam, jak przez mgłę. Ale następny dzień już całkiem dobrze. Mieliśmy kryzys.

W sobotę wybieramy się na ślub znajomych. Kupiłam pustą kartkę i namalowałam na niej wielkie czerwone serce. Zielonym atramentem napisałam dedykację, której nie znalazłam na żadnej ze swoich ślubnych kart: Wszystkiego Najlepszego Kochani! Bądźcie szczęśliwi!