Związek

„Wiesz jak to jest być z Panem Bumerangiem? Nie? To ja Ci opowiem”

Poli Ann
Poli Ann
23 maja 2021
Photo by Soulseeker - Creative Photography on Unsplash
 

– Wiesz jak to jest być z Panem Bumerangiem? Nie? To ja Ci opowiem – Laura patrzy na mnie zielonymi oczami. Ma jakieś dwadzieścia kilka lat. Szczupła, niewysoka. Mówi cicho.

– Poznaliśmy się w liceum. To była szczenięca miłość, która miała trwać wiecznie. To z nim uczyłam się bliskości. Te niemal dziesięć lat było bardzo intensywne. Pełne pasji, emocji i miłości. Bo przecież się kochaliśmy jak wariaci. Dwójka małolatów oczarowana sobą. Tylko każde z nas to uczucie pojmowało…

Laura znów spojrzała na mnie. Z jej zielonych oczu biła taka radość. Jej twarz się rozpromieniła. Musiała być wtedy naprawdę szczęśliwa. Łukasz żył chwilą, a ja oczekiwałam już czegoś innego. Wszak związek powinien ewoluować, dojrzewać. Ja chciałam czegoś więcej, po kilku latach, dziesiątkach zjedzonych obiadów z rodzicami, wspólnych wakacjach, miałam prawo myśleć, że jestem tą jedyną.

– Nawet mi to mówił… – tym razem posmutniała. Kolor oczu jej się zmienił, a może tylko przymknęła powieki i mi się zdawało? – Pokłóciliśmy się i powiedziałam mu, co czuję, że chciałabym wiedzieć na czym stoję. Przestraszył się. Wtedy odszedł pierwszy raz. Twierdził, że nie jest gotowy na jakiekolwiek deklaracje. Mówił, że wciskam go w ramy, w których się dusi. Boże, zabrakło mi wtedy tchu. Złamał mi serce. Rozłupał mi je na miliony kawałeczków. Zniknął na dwa miesiące bez śladu, by nagle pojawić się w domu moich rodziców i przy nich błagać mnie o wybaczenie. Cóż mogłam odpowiedzieć? Ja – kobieta młoda i zakochana po same paznokcie?

– tu uśmiechnęła się lekko. Ścisnęła dłonie w pięści. Przygryzła dolną wargę. Nie musiała nic mówić. Znałam odpowiedź.

– Zaczęły się miodowe miesiące, nosił mnie na rękach, kiedy znienacka znów oznajmił, że nie czuje się gotowy. A ja nawet nie wspomniałam o ślubie, dzieciach i kredycie na pięćdziesiąt lat. Chciałam po prostu mężczyzny, a nie chłopaka. Znów zerwaliśmy. Ryczałam całe dnie i chudłam w zastraszającym tempie. Mój świat się skończył. Gdyby nie przyjaciółka leżałabym w łóżku tępo gapiąc się w sufit. Wydawało mi się, że bez niego nie umiem samodzielnie oddychać ani mrugać oczami. Gdy taka poraniona próbowałam resztkami sił zdawać kolejne egzaminy na uczelni,  pojawił się Ktoś. I poczułam dreszcze

– Laura uśmiechnęła się szeroko. Miała nierówne zęby, ale to dodawało jej tylko uroku.

– Powieki mrugały same – kontynuowała. – a płuca uczyły się na nowo nabierać powietrze. Zaczęłam wierzyć, że moje życie bez Łukasza jest realne. Że mogę być kochana, i szczęśliwa. Świat jest mały. Szybko doszło do niego, że z Kimś się spotykam.  Musiało to Łukasza bardzo zaboleć. Nie byłam już jego. Przecież nie chciał, bym była. Nagle stałam się w jego oczach atrakcyjna. Wydawało mi się, że jestem już silna, że potrafię oddychać już innym mężczyzną. I gdy tak utwierdzona we własne siły zaczynałam kochać, Łukasz znów spektakularnie wtargnął w moje życie, deklarując, że oto jestem kobietą jego życia. Znów stał się księciem z mojej bajki, ja zapragnęłam być jego księżniczką. I było bajecznie, liczyło się dziś. Potem kolejno śluby naszych przyjaciół, na których ciągle łapałam welon i zmuszając się do śmiechu, wmawiałam sobie, że przecież ślub nie jest najważniejszy. Wróciliśmy do punktu wyjścia. Patrzyłam na Łukasza i widziałam wiecznego chłopca, który wraca do mnie niczym bumerang. Chce bym go złapała, pobawiła się, a on po jakimś czasie chce polecieć w drugą stronę – Laura spojrzała w okno jakby chciała tę dal wypatrzeć.

– Uznałam, że do trzech razy sztuka. Tym razem to ja odeszłam, po trudnej całonocnej rozmowie, która nie dała nam nic. Wróciłam nad ranem na stancję. Kaśka, moja najlepsza przyjaciółka czekała z kubkiem kakao. Położyłyśmy się razem w łóżku i koło południa zasnęłyśmy. To ona ocierała mi łzy, gotowała zupy i zmuszała do jedzenia. To ona co rano kazała mi wyjść na spacer, wyciągała do kina i na zakupy. Totalnie się rozsypałam. Gdyby nie Kasia nie wiem, ile by trwała ta moja „żałoba” po Łukaszu. Musiałam odczekać, ułożyć sobie wszystko w głowie, przeboleć i wybaczyć najpierw sobie, by móc potem wybaczyć jemu. Wybaczyć sobie, że tyle tkwiłam w związku, który nie miał przyszłości. Opierał się na dziś, a ja chciałam by było w nim obecne też jutro. Wybaczyć Łukaszowi, bo wiem, że pozwoliłam mu wierzyć w nieprawdziwą wersję mnie. Oboje chyba kochaliśmy swoje wyobrażenia o nas samych. Mieliśmy inne oczekiwania, plany i wizje. Gdy w końcu to pojęłam, byłam gotowa oddać mu jego wolność. Sobie pozwoliłam zastanowić się nad tym, czego naprawdę chcę – dziewczyna spojrzała na mnie przyjaźnie.

– Dziś już wiem, że nie chcę chłopaka, który nie wie, co będzie robił następnego dnia. Nie chcę się bać, że się mu odwidzę. Chcę mężczyzny, który da mi poczucie bezpieczeństwa i który będzie to jutro ze mną planował, który będzie miał podobny pogląd na związek – Laura się wyprostowała. Uśmiechnęła swobodnie.

– Odeszłam więc od chłopca. Nie szukam nikogo, skupiam na sobie. Wiem, że kiedyś spotkam tego, z którym będę patrzeć sobie nie tylko w oczy, ale i w tym samym kierunku. Wiem też, że Łukasz znów się nagle pojawi. Wróci niczym bumerang chcąc znów namieszać w moim życiu. Ja jednak już jestem silniejsza. Będę widziała jak do mnie leci, prosto w moje dłonie, pragnąc bym rozpostarła ramiona na jego przyjęcie. Dziś już pewna siebie po prostu go nie złapię i pozwolę polecieć mu dalej. Ku jego, tylko jemu znanym przestworzom. Ja zaś pójdę sobie w swoją stronę. Razem iść było nam dobrze. Osobno będzie nam lepiej – to wypowiedziała już głośno, pewnie siebie patrząc mi prosto w oczy, utwierdzając mnie w przekonaniu, że zabawa z bumerangiem dobiegła końca i że ona już wie, czego chce.


Związek

„W rywalizacji z żoną przegrywam. Nawet, jeśli Robert twierdzi, że jestem boginią seksu. Dziewczyny, serio nie polecam…”

Poli Ann
Poli Ann
7 czerwca 2021
Photo by dusan jovic on Unsplash
 

– Jestem kochanką – napisała mi wiadomość na Messengerze z konta nazwanego jakimś nickiem i niewidocznego dla nieznajomych. – Twój blog jest życiowy, więc też chcę Ci opisać moją historię.

„Oboje mamy małżonków. I jak w wielu historiach nie planowaliśmy romansu. Pracujemy razem. Na początku się nawet nie lubiliśmy, dopiero wigilia firmowa wszystko zmieniła. Rozmowa na luzie, kilka drinków, zapomnieliśmy o problemach dnia codziennego. Tak dobrze się nam gadało i tańczyło. Wracaliśmy tą samą taksówką i choć się nie dotykaliśmy, to w powietrzu czuć było napięcie. Napisałam do Roberta jeszcze stojąc na klatce. Cała drżałam. Nie wiem, co mi się stało. Odpisał natychmiast. Pisaliśmy do rana nie chcąc kończyć tej konwersacji.

W pracy zachowywaliśmy pozory, ale te spojrzenia, smsy, wymykanie się na papierosa… Byliśmy jak na haju. Pocałunki w windzie, seks w konferencyjnej, gdy wszyscy już poszli, niby przypadkowe spotkania na siłowni czy basenie.

Mieliśmy dzieci w podobnym wieku, te same problemy, a w domu niczego nieświadome połówki. Długo nazywaliśmy siebie przyjaciółmi, jednak po kolejnych upojnych chwilach tym razem w jego aucie, zdałam sobie sprawę, że ja mam klasyczny romans. Najzwyczajniej w świecie zdradzam męża, a on żonę. Rozpłakałam się wtedy jak dziecko. Zerknęłam w lusterko, z którego spojrzała na mnie z rozmazanym na oczach tuszem jeszcze przepełniona żądzą KOCHANKA.

Byłam kochanką, od pierwszego momentu, pocałunku, sprośnego smsa czy seksownego selfie, jakie Robertowi wysyłałam. Chciałam, ale nie potrafiłam tego zakończyć. Zaangażowałam się, on też. To nie był seks dla sportu, to były rozmowy, zwierzenia, doradzanie sobie i wzajemna pomoc. Oraz zazdrość. On wyjeżdżał z rodziną, a ja śledziłam na fejsie, gdzie są, co robią i czy na zdjęciu obejmuje żonę.

Gdy ja spędzałam czas z najbliższymi, on pisał po kryjomu, że cholernie tęskni i zazdrości mojemu mężowi. Wszystko działo się w sekrecie, w emocjach, bo przecież trzeba uważać, by nie wpaść w głupi sposób. Moje życie kręciło się wokół romansu. Gdy szłam do pracy i miałam Roberta dla siebie, byłam spokojna i radosna. Poza pracą traciłam kontrolę nad tym, co on robi. Byłam nerwowa, złośliwa, wręcz neurotyczna. Nie mogliśmy świętować razem urodzin, świąt, sukcesów. Byłam bliższa niż żona, ale to z nią jeździł na wakacje, na wesela czy weekendy. Z nią zapewne sypiał, jej kupował kwiaty i prezenty. Ja nie istniałam.

Panuje przekonanie, że kochanka rządzi facetem, oplata go niczym bluszcz i przysłania mu świat.

Gdy spędzaliśmy nasze ukradzione chwile być może tak przez moment było, ale potem cały czas to kochanka czeka aż on napisze, zadzwoni. To ja – kochanka walczę sama ze sobą i z wyrzutami sumienia. Z miłosnego haju wpadam w czarną nicość. To nie wokół mnie kręci się jego życie. Ja jestem tylko dodatkiem. W rywalizacji z żoną przegrywam nawet jeśli Robert twierdzi, że jestem boginią seksu. To ja czekam, myślę, tęsknię i czuję na plecach oddech jego żony, bo to z nią spędza weekendy, wybiera płytki do łazienki i komodę do salonu. To z nią jeździ do rodziny, bierze kredyt i ustala urlop.

Ja jestem tylko przygodą, urozmaiceniem, słabością, narkotykiem. Jestem w jego życiu ważna, ale nie na tyle by zostawił żonę i wybrał mnie. Umówmy się, mnie przecież nigdy nie wybierze. Po co Robert ma rezygnować ze stabilizacji? Dlaczego ja mam porzucać dotychczasowe życie, zabierać dzieciom rodzinę? Nasze małżeństwa nie są takie złe…

A romans? Romans jest pociągający, ale przecież w ogóle się nie opłaca. A kochanka? To na niej zawsze skupia się otoczenie obarczając ją winą. Jakby nie spojrzeć zawsze będzie tą złą…Po co Ci to piszę? Bo bycie kochanką to uwłaczająca sprawa, poniżej godności, to nałóg, z którego nie potrafię zrezygnować. Pewnie czekam aż mnie zniszczy, może wtedy któryś związek zakończę. Z żadnym z tych dwóch mężczyzn nie jestem w pełni szczęśliwa. Przy mężu zjadają mnie wyrzuty sumienia, przy Robercie zazdrość. Spalam się. Bywam na haju i w czarnej d…

Dziewczyny, serio nie polecam…


Związek

„A, bo to jedynaczka… Egoistyczna, samolubna, skupiona na sobie, rozpieszczona, niesamodzielna. Szkoda słów!”

Poli Ann
Poli Ann
11 maja 2021
7 rzeczy, których NIE musisz robić, żeby być szczęśliwą
Fot. iStock

Ludzie kochani, jak rodzeństwa się nie ma to serio trzeba być rozpuszczonym jak dziadowski bicz egoistą? O losie! No krew mnie zalewa. Co wiadomo do cholery, ja się pytam uprzejmie??? Bo jak siostry się nie ma albo brata to co, od razu samolub ma być? Nieogarnięty? Zapatrzony w siebie i swoje potrzeby, nie nieorganizowany? Arogancki, z nosem zadartym tak, że się chmury przestawia?


Jest się wtedy pasożytem, wykorzystującym innych ludzi? Na litość boską! Obojętnie, czy jedynak czy tez jedynaczka, to już z założenia ma być złym człowiekiem? Ja też jestem jedynaczką. Iiiii? W nosie mam co mówią, w końcu. Nie będę się tego wstydzić! Choć i tak na pamięć znam te wymowne spojrzenia. No tak, rozpuszczona jak dziadowski bicz, pyskata, leniwa i dumna. Księżniczka na ziarnku grochu z nosem na kwintę i służbą u boku. Egoistka widząca tylko swoje potrzeby. Ot co!

No do jasnej Anielki! Aż mnie strzela, nie powiem już co! Owszem rodzeństwa los mi poskąpił. Nie wchodzę w szczegóły czemuż to moi rodziciele się o nie nie postarali. Nie mam to nie mam. Mea culpa? Życie, co począć, skoro oni nie poczęli?

I tak, miałam swój pokój. Doceniam. Nawet bardzo. Pamiętam koleżanki, które dzieliły swoją przestrzeń z bratem i każdego dnia staczały bójki o swoje centymetry kwadratowe. Ale żebym w luksusach opływała? Bez przesady. Zwykła dziewczyna z blokowiska. Uczennica wielkiej szkoły. Stała bywalczyni trzepaka i podwórka. Z kluczem na szyi. Rodzice chuchali na mnie tylko jak leżałam w inkubatorze i jak źle przechodziłam ospę. Nie chwalili za dużo, żeby mi się w głowie nie poprzewracało (a jednak!). Nie pamiętam, żeby mnie wyręczali.

Na kolonie i obozy jeździłam od siódmego roku życia. Radziłam sobie świetnie. I o dziwo wcale nie tęskniłam ani nie płakałam za mamą, jak to wiele moich mających rodzeństwo koleżanek. O tak, te to wyły całe dnie, podczas gdy ja brudna latałam po drzewach, bawiłam się w berka i w chowanego, skakałam przez ognisko i wygrywałam kolonijne konkursy. Mój pokój zawsze miał pierwsze miejsce w konkursie czystości. Raz nawet wszystkie ubrania wyprałam, ręcznie nadmienię, żeby już mamie kłopotu po powrocie z kolonii nie robić. I prawie by było idealnie, gdyby nie fakt, że nie do końca mi ręczniki poschły i torba, a raczej jej zawartość, po paru godzinach podróży autokarem nie była najświeższa:) Miałam 8 lat.

Do szkoły chodziłam na pieszo jak inne dzieciaki. Nikt mi tyłka nie podwoził, choć tata po jakimś dorobił się auta. Nie kupowano mi wszystkiego, co bym tylko chciała. W domu biednie nie było, ale też się nie przelewało. Trzeba było zasłużyć, poczekać, czasem uzbierać oszczędności i dołożyć do wymarzonej zabawki, kasety czy butów.

Miałam dobre stopnie. W nauce mama pomagała mi chyba w pierwszej i drugiej klasie. Potem już nie wiedziała, co to znaczy uczenie się z dzieckiem. Ogarniałam wszystko sama. Co roku przynosiłam do domu świadectwo z czerwonym paskiem. W wieku 10 lat wynegocjowałam kieszonkowe i uczyłam się gospodarowania pieniędzmi. Pamiętam jak mama mówiła, że na kolonie pieniędzy mi nie da. Mam sama odłożyć. Więc ja cały rok ciułałam, by potem było na lody i pamiątki. Zawsze starczyło.

W domu miałam swoje obowiązki. A jakże. Sobota to był mój dzień. Gdy jeszcze nie nikt nie marzył o supermarketach, ja rano ganiałam po osiedlu z listą zakupów. Wiedziałam doskonale, co, gdzie i za ile kupić. I nigdy nie zabrałam mamie reszty. Oddawałam co do grosza.  Ścierałam kurze, myłam naczynia, zdejmowałam pranie, obierałam ziemniaki na
obiad, czyściłam łazienkę, zamiatałam korytarz, wynosiłam śmieci. Jak wszystkie inne dzieciaki. Nikt mnie na rękach nie nosił.

Dostałam się do świetnego liceum. Nigdy nie miałam uwagi. Znów co roku pasek. Jak chciałam, żeby mama mi kupiła super bluzę to często dokładałam ze swoich oszczędności. Nie chciałam od rodziców ciągnąć pieniędzy. Byłam dumna. I tak mam do dziś.

Na studia dostałam się bez problemu. Rodzice przelewali mi jakąś kwotę na przeżycie. Raz starczyło, raz nie. Trzeba było sobie radzić. Na drugim roku zaczęłam pracować. Byłam spokojna, że w razie kłopotów, do rodziców po kasę nie zadzwonię. W akademiku i na stancji odnalazłam się praktycznie od razu. Dostosowałam się do panujących zasad i wsiąkłam w życie studenta. I wiele razy słyszałam: Ty jedynaczką? Nie wyglądasz.

A co to w ogóle znaczy?! Ja się pytam. Jak wygląda jedynaczka? Ma być gruba czy chuda? Włosy proste czy kręcone? Jasne, a może ciemne? A charakter? Jedynak nie może być samodzielny i pracowity? Musi ciągle mieć mamę przy sobie, nawet jak pani w dziekanacie jest niepomocna? Ma dostawać dodatkową kasę, gdy tylko zapragnie? I sam cv też nie napisze? Jeszcze pewnie do toalety z kimś powinien chodzić, żeby mu się nic nie stało.

To ja Wam powiem, że wyjechawszy na studia, zaczęłam dorosłe, niemal samodzielne życie. Rodziców nie interesowało nic. Ja płaciłam rachunki, za bilety, książki i jedzenie. O dziwo przeżyłam! Serio. Cała i zdrowa. Skończyłam studia. Dostałam pracę. Dziś mam mieszkanie na kredyt jak większość równolatków.

Założyłam rodzinę. Dałam radę. Niesamowite! Przecież jestem jedynaczką. Nie powinnam była, nie? Teraz staram się by to role się odwróciły. Żebym to ja była dla rodziców
wsparciem, a nie wciąż czekała z wyciągniętą dłonią na prezenty. Co roku mam problem z pytaniem, co chcę na urodziny. Bo w sumie dali mi tyle, że ja nic nie potrzebuję. A ciuchy, kosmetyki czy książki mogę kupić sobie sama.

Tak jestem jedynaczką. Będę zdana na siebie, gdy rodzice nie będą domagać i gdy ich zabraknie. I dam radę, bo na szczęście nie trzymali mnie pod kloszem, dali mi po prostu wędkę i co złowiłam, to moje.  Jestem jedynaczką. Mam grono przyjaciół. Umiem pomagać. Odnoszę i porażki, i sukcesy. Jestem ambitna. Stawiam sobie cele i do nich dążę.  Dziś od rodziców chcę tylko, żeby byli. Czasem przytulili czy otarli łzę. Ja z całą resztą sobie poradzę. Nie ma innej opcji. W końcu jestem jedynaczką:)