Związek

Walizka już dawno w progu, gdy za drzwiami czeka ktoś inny. Gdy odchodzisz, żeby już nigdy nie wrócić

Seksualnie
Seksualnie
20 stycznia 2017
Fot. iStock / South_agency
 

Miłość powinna być po prostu. Za nic, tylko za wszystko (na zawsze). Bez wyjątków, brzydszych czy ładniejszych oczu, gorszych czy lepszych dni. Powinna być taka, żebym nie musiała nigdy siedzieć, tak jak teraz i pisać do Ciebie. Żadna z nas nie powinna, a tak często nadal to robi. Piszę list pożegnalny, gdy spakowana walizka już dawno w progu. Gdy za drzwiami, czeka ktoś inny. Gdy odchodzisz, żeby już nigdy nie wrócić. Nie oglądać się za siebie. Bo widzisz mój mężu, w naszym życiu, to właśnie tych nas zabrakło. Tego, że razem i we wspólnym kierunku. A nie na osobnych okrętach. Na ciągłym polu bitwy.

Bo od początku nie taka byłam. Od pierwszych dni, bo kiedy to  stwierdziłeś, że chyba wolisz blondynki? Miesiąc z kawałkiem po ślubie. Tak, ja to pamiętam. Jak każdą inną, która dla mnie była zbyt długą, koszmarną nocą. Zbyt długo pozwalałam Ci wracać. Zbyt długo czekałam, by odejść. 

Zwyczajnie też było. Przecież nie powiem, że mnie krzywdziłeś, że zdobiłeś moje ciało siniakami. Czasem poniżyłeś, raz chyba szarpnąłeś. Nic takiego, Twoją manię wyższości na wystawnych bankietach, zagryzałam oliwką. I zalewałam morzem martini. Potem chociaż mogłeś warczeć, przez pół nocy i trzy kolejne dni, jakiego to wstydu Ci narobiłam. Bo upiłam się do granic i chciałam tańczyć. Nie z przystojnym kelnerem, czy mężem znajomej. Tylko z tobą, bo alkohol mnie rozmiękczył, sprawił, że uwierzyłam. Że mnie widzisz i dostrzegasz, że wiesz, kim jestem, że czujesz, jak nadal Cię kocham.

A przecież widziałam. Jak patrzyłeś na nią, na kolejną inną i lepszą. I wiedziałam, że za chwilę znowu zaczniesz dziwnie znikać i ciągle pilnie wyjeżdżać. W powietrzu już unosiła się woń cudzych perfum. Tych samych, które usiłowałam sprać z kolejnej twojej  koszuli. I wizja samotnych i zimnych jak lód dni i nocy. Kiedy pod przykrywką praca i delegacja, spała ona. Długonoga, młodsza, ładniejsza. Też myślała, że na zawsze, a była jak poprzedniczki. Na chwilę. Intensywną, ale krótką.

Czasem żal mi ich było, bo przecież rozumiałam. Nikt mnie tak nigdy nie oszukał, jak ty. I ich też.

Najgorsze nie było czekanie. Zawsze wracałeś z podkulonym ogonem. Jak pies, co zerwał się ze smyczy i mocno nabroił. Tylko, że ciebie nikt nie więził, nie trzymał.

Nie miałam kiedy, bo szybko zacząłeś. Nie wiem nawet, czy cię znam, czy coś o sobie wiemy. Najgorsze było cię prosić. O choć trochę ciepła i czułości. O zwykły gest, złapanie za dłoń. Przecież dbałam o siebie, nie raz powtarzałeś, że podobam się twoim kolegom. Szkoda, że nie tobie. Dla mnie zawsze byłeś tylko ty.

Miłość jest wtedy, gdy to działa w obie strony. Miłość jest wtedy, gdy jest szacunek i zaufanie. Gdy trochę zazdrości godzi małżonków namiętnym uściskiem. A nie znikaniem, w ramionach obcej osoby.

Miłość nie może żądać i oczekiwać, ale nie może też żebrać. Ciągle czekać, na choć jeden ludzki odruch. Pozwalać się gnoić i niszczyć. Upokarzać i skazywać na cierpienie.

I nie można nią szastać, odchodzić i wracać. Bo wtedy umiera. Tak jak ja zastygłam. I gdy w końcu ruszyłam, złapałam oddech a serce wyrównało rytm, to już nie dla ciebie. I nieważne dla kogo, ważne że nareszcie.

Nie jest mi żal, bo i czego. Tych lat razem a osobno i dni, w których byłam żoną bez męża? Ciebie mi żal, bo już chyba dawno nie patrzyłeś w lustro. Zgorzkniałość maluje twoją zmęczoną twarz, lata zostawiają ślad. Jesteś coraz bardziej żałosny i coraz mniej, przez te inne, pożądany. Chyba, że jednak masz jakieś sumienie i ono ci w oczy spojrzeć nie daje. Dziś  ja jestem tą, która ostatnia zamyka drzwi. I wyrzucam klucz, bo aż tak nie chcę tu wracać.

Chcę tylko iść i ją spotkać. Bo z całych sił wierzę, że istnieje, taka prawdziwa i dobra. Silna i bezpieczna. Ta bez granic, do utraty tchu. I ta, której nie rozdzieli żadna zmarszczka i czas. Ta piękna, której ty, nigdy nie potrafiłeś mi dać.

Ta miłość, taka zwykła.


Związek

„Namówię cię dziś do grzechu tak słodkiego, że opiera mu się mało kto. I nigdy tego nie żałuje…”

Seksualnie
Seksualnie
17 lutego 2017
Fot. iStock / KatarzynaBialasiewicz
 

Ukochana moja!

Namówię cię dziś do grzechu tak słodkiego, że opiera mu się mało kto. I nigdy tego nie żałuje. Do eliksiru młodości, który możesz wypić tylko z jednych ust. Dlaczego dajesz sobie wmówić, że w pewnym wieku twoja kobiecość umiera? Mimo tego, że twoje serce bije nadal, a dusza pragnie. Mocniej, niż  kiedykolwiek, bo dojrzale i świadomie. Otwarcie, bez zahamowań. Dlaczego zabierasz dłoń i chowacz oczy w podłodze, gdy on cię ukradkiem dotyka? Albo gdy mówi, że wyglądasz jak zawstydzona dziewczynka, że to urocze. Tak bardzo, aż pociągające. Dlaczego zamykasz przed nim drzwi, dlaczego się nie przyznasz, że całą sobą i każdym zmysłem o niczym innym nie potrafisz myśleć, bo wiesz, że to grzech, który na zawsze już warto popełnić. Bo rozbudza, uświadamia, że ciągle jeszcze jesteś, czujesz i chcesz. Bo wiesz, że dzięki temu wrócisz i już zostaniesz. Narodzona na nowo, piękniejsza, niż kiedykolwiek. Bo gdy całuje cię młodszy facet, to nagle znika 20 lat.  Znowu masz aksamitną skórę, znowu jest ci ciągle mało, znowu widzisz siebie inaczej.

Przed twoim lustrem stoi inna kobieta. Dziewczyna, której oczy iskrzą, a na twarzy nie ma ani jednej zmarszczki. Bo gdy czujesz jego dotyk, delikatny jak nocny szept, zaczynasz rozkwitać. Krew płynie szybciej i szumi intensywniej. Oddech przyspiesza, serce zaczyna mocniej bić. Chłoniesz jak wyschnięta ziemia w doniczce, każdą kroplę wody. I wiesz, że on nie kłamie, że widzi w tobie to, o czym mówi. Każdym westchnieniem, gdy sadza cię na kuchennym blacie. I łapczywie chwyta za uda. I czujesz, jak bardzo cię chce, jak widzi w tobie kobietę. Tę , o której zapomniałaś, którą w sobie zostawiłaś. Tę samą, w którą przestałaś wierzyć. Bo ktoś powiedział, że nie wypada, że już wszystko, co powinnaś, przeżyłaś. Że teraz to ciepłe kapcie i raczej skromna garsonka, niż błyszczące szpilki. A przecież wiosna w środku zimy jest możliwa, jeśli uwierzysz. Nie pochowasz siebie za życia, pozwolisz sobie zaszaleć. Zapomnieć się i obudzić obok niego. I zgodzić, zanieść pod prysznic, i rozprowadzić balsam na ciele. I chcieć, żeby dzieliły was krople gorącej wody. Bo najlepszy jest ten moment, ten ułamek sekundy, kiedy wiesz, że za chwilę cię obejmie. I wszystko inne przestanie istnieć. Taka daleka i niezwykła podróż bez wychodzenia z domu. Ta, z której nie chce się wracać.

Przecież nie zaprzeczysz, gdy przypomnę ci, jak się wtedy czujesz. Gdy już rankiem się cieszysz, bo  wiesz, że zapuka razem z nadchodzącym wieczorem. Albo niezapowiedzianym, ciepłym popołudniem. I nie zapyta, czy masz czas, bo wie, że go chcesz. Że te kilka chwil na nowo rozpalą w tobie ogień. I gdy już później wybiegniesz spóźniona, będziesz czuła ich spojrzenia. Facetów, których przyciągasz każdym ruchem. Kierowców, zatrzymujących się z piskiem opon, bylebyś tylko koło nich przeszła. Ekspedientów, którzy tracą głowę przy wydawaniu ci reszty. I urzędników, którzy załatwią dla ciebie, każdą sprawę.  Bo prawdziwie piękna jesteś tylko wtedy, gdy sama to widzisz. Gdy on pomoże ci to odkryć. I to  najprzyjemniejszym na ziemi, sposobem. Głębokim spojrzeniem, pieszczącym twoje ciało.  Głosem, który kocha twój zapach. Językiem i ustami spragnionymi każdego zakątka. Rękoma i ramionami, które dają poczucie bezpieczeństwa i pożądania. Bo gdy przygarnia cię do siebie, czujesz go wszędzie, jak błądzi po pospiesznie rozebranym ciele. I słyszysz, że ciągle chce więcej, że tylko ty.

Moja kochana, bardzo cię proszę, przestań to robić. Okłamywać i udawać w imię przyzwoitości. Bo nikt ci nie każe z niej rezygnować. Tylko pozwól sobie na siebie, żebyś to ty była ważna. Zwariuj, upij się i z nim zatańcz. I pozwól odwieźć do domu i zaproś na górę.  Pokaż, że nie odeszłaś, że tylko zasnęłaś na chwilę. Ale budzisz się jak kwiat po mroźnym marcu. Bo zatęskniłaś za sobą sprzed lat i zrozumiałaś, że możesz, że powinnaś. Bo nadal nią jesteś. I gdy kolejny raz on zapuka do drzwi nie siedź po nimi. Nie gryź palców, tylko otwórz. Pozwól mu wejść i zostać,na dłużej. A  czasem na zawsze. Nigdy nie zadając  pytania z piosenki, która wdarła się kiedyś świtem :

Will you still love me when
I’m no longer young and beautiful? *


Lana Del Rey – Young and Beautiful

 


Związek

„Mówią, że zdrada wybaczona raz, zawsze wróci. Wybaczyłam i nie żałuję”

Seksualnie
Seksualnie
14 stycznia 2017
Fot. iStock/AleksandarNakic

Wiesz Ukochany…

Cieszę się dziś, z perspektywy wspólnych lat, że wtedy umiałam ci wybaczyć. I zrozumieć. Pojąć, jak było naprawdę i dlaczego stało się to, co kiedyś było dla mnie piekłem nie do przejścia. Mówią, że zdrada wybaczona raz, zawsze wróci. Jak grzech, który zostawia bruzdę w sercu, gdy sam sobie nie odpuścisz. Dobrze, że ten jeden raz nie posłuchałam głosu rozsądku i wszystkich doradców, bo dziś pewnie zasypiałabym sama. W bólu i tęsknocie, jakiej nie zastąpi nikt ani nic. 

Pamiętam tak wyraźnie, gdy przynosiłeś kwiaty. Gdy prawie siłą, ciągałeś mnie na kolacje i do kina. Gdy nagle podchodziłeś, obejmowałeś mnie wpół i pytałeś, czy z tobą zatańczę. Jak przynosiłeś upominki i nie zapominałeś o żadnej, ważnej dla nas dacie. A mi się to wszystko takie banalne wydawało i głupie. Ciągle myślałam, że praca ważniejsza, że tylko podlotki tak się zachowują. I nie widziałam, jak mi zazdroszczą, bo same miały pospolitych mężów. Tych, którzy zauważają żonę tylko wtedy, gdy skończą się uprasowane koszule i czyste skarpetki. A ja uparcie ci powtarzałam, żebyś przestał się wygłupiać z tym swoim wyznawaniem mi miłości. I  z tym gadaniem o moim niezwykłym pięknie.

I dzień za dniem płynął, kolejny miesiąc, kolejny rok. I nieważne, że do okna pukał gorący sierpniowy świt. Bo w naszym domu, sypialni i w moim sercu hulał lutowy wiatr. I drażniły mnie tylko twoje słowa, że może kurs tańca, że może popływać pójdziemy. I ten dzień, kiedy niczym nie zrażony, nie przeziębiony moim chłodem, wróciłeś do domu z biletami w ręku. A ja jak zwykle zgasiłam twój entuzjazm, że to dziecinne takie, że podróże sentymentalne mnie nie bawią. I miałeś to coś dziwnego w oczach, taki żal jakiś i smutek. Jak dziecko, któremu matka zbyt rzadko mówi, że kocha. Którego prawie nie przytula. I już wtedy to zrobiłam. Tak jak cię pchnęłam w bieg późniejszych wydarzeń. Tych, które pachniały innymi perfumami i których skóra, miała inny smak. Ciągłym niezadowoleniem, ciągłym grymasem, który nie przypominał nawet uśmiechu, zgorzknieniem. Jakby moje serce się zestarzało, jakby już niczego innego nie powinno dostawać, prócz świętego spokoju.

I nawet, gdy coraz częściej zasypiałeś w innym pokoju, to podle cieszyłam się, że nie będę już musiała wykręcać się zmęczeniem i bólem głowy. I, że tych niezręcznych poranków ze śniadaniem do łóżka, już też nie będzie. Bo dałam sama sobie wmówić, że tak poważnej kobiecie jak ja, tak poważnemu małżeństwu na stanowiskach, już nie wypada. Kochać się nie wypada, czułości okazywać, dawać porwać skrywanym namiętnością. I nie zauważałam twoich późniejszych powrotów, Głosu ściszonego, gdy znikałeś gdzieś z odebranym ukradkiem telefonem. Coraz częstszych kolacji sam na sam z drugim krzesłem. I co najdziwniejsze, nie wiedziałam, a byłam pewna. I wcale nie ten potwierdzający to widok mnie tak zabolał, przeszył na wskroś, jakby złamał na pół. Wcale nie to nawet, że  Ona była zjawiskiem nadprzyrodzonym. I nic w tym, że w ciebie wpatrzonym.  Bo ty też, na nią patrzyłeś. Tak bardzo mocno, jak już w ogóle na mnie.

I też nie to było najstraszniejsze, że nawet nie starałeś się wypierać. Nie krzyczałeś, że to moja wina. Nie udawałeś, że o niczym nie wiesz. Ale powiedziałeś jedno: „Wrócę, jeśli tylko kiedyś jeszcze, będziesz mnie chciała. Bo jesteś warta, nawet tego”. I wyprowadziłeś się, bo szalałam. I wcale nie do niej, ani do żadnej innej. A ja wtedy właśnie  to odkryłam. Stojąc w na wpół pustej sypialni, gdzie szafy nieznośnie świeciły pustkami. Przed ogromnym, zimnym lustrem i patrzyłam. Na powód. Na siebie patrzyłam. Na to, jaką byłam mistrzynią, w zachęceniu cię do zdrady, do odejścia. Medal za to, że tyle wytrzymałeś, że tak się starałeś. Której z innych żon, choć raz w tygodniu, mąż kupuje kwiaty z bilecikiem, że bardzo kocha? No którą zabiera na kolacje niespodzianki, zawsze obłędnie trafione. Która zasypia otulona ciepłem, męskością i szacunkiem i budzi się królową?  Która jeszcze jest taką idiotką jak ja?

Długo do tego dochodziłam, godziłam się z tym i znowu sądziłam. Szarpałam ciebie i siebie. Aż odpuściłam. Sobie odpuściłam. Stało się, spie*doliłam po całości. Ale ty  tam gdzieś ewidentnie czekałeś, nadal. A ja czekałam na ciebie, choć jeszcze nie wiedziałam, czy głośno się przyznam. Ale  bardzo tego chciałam. I po prostu stajesz nagle naprzeciwko mnie, w markecie. I to jeszcze na rybnym dziale. Kompletnie nie twój styl. Za to chyba w końcu mój – śmiejemy się oboje. I nic nie mówimy, niczego nie wyjaśniamy. Tego dnia po prostu wracamy już do domu razem. I dziś po 15 latach, patrząc jak ukradkiem przycinasz dla mnie róże w naszym ogrodzie, wiem. Wiem, że nic się nie dzieje z niczego. Coś zawsze rodzi coś drugiego. Uczucie karmi uczucie. A zaniedbanie zdradę. Nie jestem ci za nią wdzięczna, zawsze będzie bolała. Choć z czasem, coraz bladszy jest jej obraz. Wprost niewidzialny. A jak wraca, staje na moment przed lustrem. I się przyznaję. To zawsze pomaga. Patrzenie na siebie. Prosto we własne odbicie w lustrze.

Twoja na zawsze szczęśliwa żona.