Lifestyle Związek

Świeże bułki i kwiaty bez okazji, to jednak za mało kochanie

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
2 grudnia 2015
Fot. iStock / epicurean
 

W małżeństwie państwa A. jest po prostu wzorowo. Chciałoby się nawet powiedzieć: podręcznikowo. A właściwie było, bo równo miesiąc temu pani A. spakowała manatki i zawinęła się z domu razem z kotem perskim, kolekcją porcelanowych kubków i jedną, pokaźnych rozmiarów walizką. Dlaczego? Nikt nie wie. Nawet pan A., który codziennie dzwoni do żony. – Ale dlaczego, kochanie? – pyta błagalnym głosem – No proszę cię? No jak to teraz wygląda? Skończ już te fanaberie! Wybaczam ci. Tylko wróć, bo w sobotę przyjeżdża mama. I co ja jej powiem?

A pani A. odpowiada tylko w kółko to samo – Zrób pranie, to porozmawiamy, zrób pranie, kochany!

– Takiego faceta zostawiła, małpa – komentują zbulwersowane sąsiadki, gdy pan A. samotnie wsiada rankiem do swojego wypucowanego na błyska auta. Pani A. wyprowadzała się z pompą i fajerwerkami. Nie było wątpliwości, że nie udaje się na zagraniczną wycieczkę, tylko postanowiła rozstać się z mężem. Tak więc całe, pilnie strzeżone osiedle od miesiąca żyje tą nieprawdopodobną wręcz historią. Przecież ten A. to na rękach ją nosił. I zawsze w sobotę takie generalne porządki robił, śmieci wynosił. I zakupy codziennie, świeże bułeczki co rano. To niepojęte jak można być tak niewdzięczną.

No więc dlaczego, kochanie?

Po kolejnej bezowocnej rozmowie z żoną pan A., wchodzi w końcu do pralni. Do tej pory rozpacz całkowicie odebrała mu ochotę na zajęcie się domowymi obowiązkami. Pranie od trzech tygodni nosił do miejscowego zakładu J.Gałązka i syn, „Wypierzemy Twoje brudy”. Ale tego dnia, zrezygnowany usiadł koło kosza na brudną bieliznę. Prawie podskoczył, kiedy tuż za płynem zmiękczającym zobaczył bladoróżową kopertę, a w niej, napisany odręcznie list. Pan A. oparł się o pralkę i przeczytał:

Kochany P.,
Wiem, że swoim odejściem zadałam Ci ból, przepraszam. Pomyślałam jednak, że to jedyny sposób, żebyś zaczął słuchać, a nie tylko słyszeć. Wcześniej wiele razy próbowałam z Tobą porozmawiać, nie wyszło. Mijaliśmy się, starając nie zauważać jak bardzo różnimy się od siebie i jak ten „nasz” problem osiąga coraz większy rozmiar. Bo nie sądzę, żebyś ty go nie zauważał, kochanie. Nie mylę się prawda?

Bardzo Cię kocham. Nie tak jak na początku. Kocham Cię mocniej, szczerzej i mądrzej niż wtedy, kiedy się dopiero co poznawaliśmy, pięć lat temu. Kocham Cię tak, by móc powiedzieć Ci, że nadeszła pora na zmiany. 

Dużo jest miłości w moim (naszym?) życiu, wiesz? Ale nienawiści jest równie wiele.

Kocham Twoją pyszną kawę, podaną o poranku w eleganckiej filiżance, razem z herbatnikiem. Nienawidzę, gdy zdenerwowany, że znów postawiłam tę filiżankę uszkiem do przodu a nie w bok, zrzucasz razem z innymi naczyniami na podłogę w naszej stylowej kuchni.

Kocham patrzeć jak rozmawiasz ze swoimi pracownikami, takim mądrym i zdecydowanym tonem. Nienawidzę, gdy tym samym tonem mówisz do mnie: „Jak znajdziesz prawdziwą pracę i będziesz naprawdę zarabiać to porozmawiamy”.

Kocham czuć się wyjątkowa, gdy na spotkaniu ze znajomymi czy rodziną otaczasz mnie opieką i dajesz mi tyle czułości. Nienawidzę, gdy w domu stajesz się zimny i kapryśny, a czasem nawet wychodzisz trzaskając drzwiami, bo „za długo” rozmawiam z przyjaciółką przez telefon.

Kocham Twoje czułe gesty, kwiaty bez okazji i to jak gładzisz moją głowę szepcząc „księżniczko”. Nienawidzę, gdy podczas niewinnej sprzeczki popychasz mnie tak, że tracę równowagę, a słowo „idiotka” jest wówczas najdelikatniejszym jakim w stosunku do mnie używasz.

Kocham to jak starasz się zabezpieczyć nam przyszłość. Nienawidzę tego, jak wydzielasz mi pieniądze i żądasz uzasadnienia każdego, najdrobniejszego wydatku.

Kocham Twoją spontaniczność. Nienawidzę Twojej nieprzewidywalności. Tego strachu, że za chwileczkę zdenerwujesz się i wybuchniesz.
Kocham moje plany na przyszłość. Ciagle jest tam miejsce dla Ciebie.

K.
P.S. Na odwrocie zapisałam Ci numer do świetnego terapeuty. Jeśli umówisz się na wizytę, powiem Ci gdzie szukać następnego listu.

Chcecie wiedzieć, jaki jest dalszy ciąg tej opowieści? Ja go nie znam. Wiem tylko, że czasem świeże bułki co rano i powrót z kwiatami do domu, to tylko część pewnej historii, część prawdy o związku, rodzinie. O miłości.


Lifestyle Związek

Czy ktoś wreszcie poślubi mojego syna?!

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
6 grudnia 2015
Fot. iStock / KatarzynaBialasiewicz
 

W telewizji pokazali program (przepraszam, show). Mamy zgłaszają w nim swoich wcale nie takich bardzo atrakcyjnych (i pomijam tu stronę fizyczną) i kompletnie niesamodzielnych synów, żeby ktoś się nad nimi zlitował i ich sobie wziął. Co wcale nie jest takie proste, bo te mamy mają spore wymagania (w stosunku do kandydatek). Niełatwo znaleźć tę jedyną, która potrafi dogodzić tak, jak mamusia… Ja to jestem właściwie pewna, że „Kto poślubi mojego syna” to nie tylko tytuł programu, ale przede wszystkim dramatyczny apel…

Dziękuję bardzo, nie skorzystam, nie pomogę!

Po pierwsze: jedną mamę od synowskiego ciężaru już uwolniłam. Wiem, co to za robota i za żadne skarby drugi raz się nie dam wpuścić w takie maliny.

A po drugie, jak tak patrzę na tych kandydatów, to się nawet nie dziwię. Nie dziwię się, że mamy chcą się w końcu, po tych 30-stu latach praw matczynych zrzec (ewentualnie podzielić się nimi) na rzecz ŻONY. Co jeszcze nimi kieruje? Chyba jawna niechęć do młodszych kobiet. Inaczej sobie tego wytłumaczyć nie potrafię…

Na początku jest casting. Mamy towarzyszą swoim synom podczas pierwszego spotkania z potencjalnymi żonami i czujnym okiem wyłapują wszystkie wady ( „Jakoś tak się nieszczerze śmieje, zauważyłeś?” nie, nie zauważył, skupił się na tym, że całkiem nieźle wygląda na podglądzie w kamerze – on, nie kandydatka rzecz jasna) i zalety („Będzie ci dobrze gotowała, ma młodsze rodzeństwo. I zęby ma proste.”). A biedne dziewczyny, do których chyba dopiero w tym momencie dociera na co się zdecydowały, usiłują zrobić jak najlepsze (swoim zdaniem) wrażenie. W sumie nie wiem po co.

Akcja tego dramatu toczy się dalej, w niezrozumiały dla mnie sposób, z niezrozumiałymi dialogami i niezrozumiałymi decyzjami („Wybrałem ją przez pomyłkę. Myślałem, że to ta druga”.).

Mamy świdrują dziewczyny wzrokiem bazyliszka, a nawet robią notatki. – Czyli to nie twoje dziecko, tak? – pada pytanie przyszłej „teściowej” – Nie, dziecko jest moje – odpowiada zestresowana kandydatka rozciągając nerwowo swoje obłędne mini aż za kolana – Tylko ojciec nie mój. To znaczy ja mam ojca, ale to nie jest ojciec mojego dziecka. Tylko mój ojciec! „Teściowa” marszczy brwi…. – Tak jak myślałam – szepnie potem synkowi – patologia….

Jak tak pomyślę dłużej nad tą sytuacją, to do głowy przychodzi mi jedno skojarzenie. Podobną rozmowę słyszałam jako dziecko, podczas wystawy zwierząt hodowlanych, kiedy jeden rolnik zachwalał drugiemu swoją krowę.

Dalej jest już tylko gorzej. Spośród kilku (jakimś cudem) wybranych kandydatek z programu co jakiś czas odpada jedna. Ale nie tak bez powodu. Musi się wykazać rażącym brakiem nadskakiwania mężczyznie lub jego mamie.  – No – mówi barczysty i opalony osiłek podczas randki z jedną ze swoich kandydatek – to powiedz mi coś o sobie. – W sumie nie wiem co, zapytaj mnie proszę konkretnie. – Konkretnie, to wiesz… Ja tam nie wiem… Rozmowa zdecydowanie się nie klei. Więc pani, ewidentnie z własnej winy odpada jeszcze w tym odcinku. – Nie ma między nami tej chemii mówi osiłek na pożegnanie. I poniekąd ma rację. Chemii w całym tym programie jest mniej niż na dnie nakrętki od Domestosa.

Co się dzieje dalej, nie mam pojęcia, wyłączam. Męczy mnie już ten ich metajęzyk. No i program bezlitośnie obnaża moją żenującą znajomość zasad relacji między kobietą a mężczyzną. A przepraszam. I między przyszłą teściową też.

– Mi to by się nawet podobało – rozmarzył się kolega w pracy, od pięciu lat szczęśliwie (podobno) żonaty – Tylko tę matkę bym wywalił. Ale tyle dziewczyn pod jednym dachem… – Głupi jesteś? – sprowadza go na ziemie koleżanka – One się nie biją o faceta, im chodzi o to, żeby być najlepszą. To jak konkurs miss regionu tylko korony i mercedesa nie dają na końcu. – A nie chodzi o to, że je do „śniadaniówki” zaproszą? – zastanawiam się głośno. Żadne z nas nie zna odpowiedzi. Gdy w telewizji leci „śniadaniówka” dawno już jesteśmy w pracy.  – Wiecie co? – kończy dyskusje znajoma – ja to już wolę filmy przyrodnicze. Tam to się przynajmniej czegoś można od tych zwierząt nauczyć.

Telewizjo, mam dla ciebie propozycję, możliwości jest sporo. „Kto posprząta mój salon”, „Kto usmaży moją jajecznicę”,” Kto wyprowadzi mojego psa” , „Kto się za mnie rozwiedzie”… Emocje gwarantowane. Poziom żenady również.


Lifestyle Związek

„Coś z nią musi być nie tak, z żadnym facetem nie wyszło. Czarownica jakaś…”

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
28 listopada 2015
Fot. iStock / Peter Zelei

Mam znajomą. Matylda to naprawdę bardzo fajna dziewczyna. Inteligenta, otwarta, przebojowa. Z nietuzinkową pasją: skleja i maluje miniaturki szybowców. I ładna jest, ma taką oryginalną, trochę południową urodę: włosy ciemne, lekko kręcone i takie figlarne, piwne oczy. Wiecie co wam jeszcze powiem? Właściwie to ona jest beznadziejna. Prawdziwa czarownica.

– Ty to jesteś taka trochę Baba Jaga – jak zwykle trafionym komplementem podbił serce Matyldy jej pierwszy chłopak, a mój (wstyd się przyznać ) kuzyn – Taka zdecydowana i ten… Nie mam pojęcia jak to się stało, ale te dwa magiczne zdania zadziałały na moją znajomą jak najpiękniejsze wyznanie miłości, usłyszane w jakiejś romantycznej scenerii (na przykład o zachodzie słońca i przy dźwięku kumkającym żab). Parą byli równo rok i nawet zdążyli ze sobą zamieszkać, w jej maleńkiej i urządzonej w ameliowym stylu kawalerce po dziadku Antonim.

– Co się stało?! – spytałam kuzyna, jak już ten tak pięknie rozpoczęty związek rypnął o ziemię i rozpadł się na drobne kawałeczki, co spowodowało lawinę dziwnych plotek wśród bliższych i dalszych znajomych. A przecież nic nie zapowiadało takiej tragedii. – Wiesz jaka to wiedźma jest?! – podsumował bardzo nieelegancko obiekt swych nietrwałych uczuć ON – Coś mi się obiło o uszy – skłamałam bezczelnie, ale kuzyn nie wyczuł ironii. – Ona po prostu tak mnie o… opętała. Nie miałem przestrzeni własnej, rozumiesz? Ani chwili dla siebie. Albo trzeba było się chodzić na te wystawy ciągle, albo jakieś irańskie kino. Zgłupiałem kompletnie, zacząłem do teatru chodzić. Dusiłem się. Co ona ze mnie zrobiła, nawet z chłopakami się nie spotykałem jak z nią byłem.

Pokiwałam współczująco głową. Nie kopie się leżącego. Nie będę mu przypominać jak niecały miesiąc temu bardzo przekonująco rozprawiał nad wyższością jakiegoś irańskiego reżysera nad innym, pakistańskim. Ani jak sam wystawał pod kasą teatru po jakieś wejściówki na modne offowe przedstawienie. Ściemę wyczuwam na kilometr.

– Daj spokój, nie ma o czym rozmawiać – czarownica Matylda wykazała się diabelskim taktem – Ja naprawdę myślałam, że on chce ze mną chodzić na te wystawy i do teatru. Nigdy nic nie mówił. A w zeszły poniedziałek stanął przede mną i zaczął płakać. Że on tak nie wytrzyma, że on chce wrócić do swojego życia i żebym mu oddała jego wolność. I że do widzenia kochanie. No to powiedziałam cześć. Przecież jak kochasz, to dajesz wolność.

– Dobrze, już dobrze Tyldziu kochanie. Idź na ten wasz babski zlot. Miotłę weź, ha ha. No taki żarcik, przecież. Tylko melduj się! I na 22-gą w domu! – mówił drugi chłopak, a właściwie partner Matyldy i planował ślub. Kościelny. Z Matyldą, która Pana Boga widzi w każdym człowieku, zwierzaku i kwiatku, ale niekoniecznie w kościele. Nieważne, że ukochana mówiła mu wprost, że jeżeli już, to ona bardzo chętnie, ale w urzędzie, z lampką szampana wśród przyjaciół. Ale że przecież nie może wbrew sobie, przed ołtarzem. I dlaczego musi być koniecznie ta biała suknia? Ona tak kocha kolory, a biały jest smutny. Ślub to przecież radosny dzień… Dzieci? Oczywiście Kochany, ale proszę, zaczekajmy chwilę, tak krótko się znamy…

No więc skończyło się awanturą. Bo ON woli jednak tradycyjną rodzinę i to już i teraz. A kiedy na uczelni Matyldzie zaproponowano doktorat, a on ledwo obronił tytuł magistra, kazał jej na tej miotle odfrunąć jak najszybciej. Z jego mieszkania i z życia też.

Ostatniego absztyfikanta wiedźma Matylda bezlitośnie i bez serca porzuciła. To nic, że był odrobinę niezrównoważony i lubił zbyt mocno trzymać ją za rękę. To nic, że kilka razy mama Matyldy zaniepokojona pytała o te jej posiniaczone ramiona. Że manipulował, oskarżał o każde niepowodzenie? Och, proszę! W miłości wszystko jest dozwolone. Matylda chyba naprawdę jakiś urok na niego rzuciła, bo czego się nie dotknął, to zepsuł. I w pracy nawet przestali go doceniać odkąd zaczął spotykać się z Matyldą. A przecież sam mówił, że przedtem to on tam był najlepszy. W każdej dziedzinie. Matylda sprowadziła na niego wszystkie możliwe nieszczęścia i odeszła razem ze swoim czarnym kotem. Dlaczego? Nie wiadomo. Takie już te wiedźmy są.

Teraz czarownica Matylda robi sobie przerwę od związków. Ostatnie przeżycia zbyt mocno wyczerpały jej magiczne moce. Więc uczy się nowego języka, skleja swoje szybowce (wcale nie miotłę!) i zmienia pracę na taką, która da jej jeszcze więcej satysfakcji. A znajomi komentują: Coś z nią musi być nie tak, z żadnym facetem nie wyszło…

Bo współczesne czarownice –  mądre, ambitne, wolne jak wiatr nadal niewielu zrozumie.  Taki zwykły śmiertelnik, to może zatrzyma na chwilę, na moment i spróbuje zamienić  w zwykłą dziewczynę. Miotłę zabierze, schowa albo połamie i z lataniem – wysoko, pod chmurami by dogonić marzenia – koniec…

Matyldo, niech twój czarodziej zjawi się jak najszybciej. Dwóm „cudakom” przez życie iść łatwiej…


*Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie moja znajoma i wywiad z Wojciechem Eichelbergerem w WO.