Lifestyle

Hikikomori, czyli oddzieleni od życia. Kiedy zachowanie dziecka powinno nas zaniepokoić?

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
9 czerwca 2021
 

Kiedy powinniśmy się zaniepokoić: czy moje dziecko jest uzależnione od gier, Internetu, smartfonu!? W pandemii dzieci (jak i my) spędzały w sieci wiele czasu: szkoła, spotkania z kolegami, zabawa… Jakie to może mieć skutki? Co robić, kiedy córka czy syn nie chcą odejść od ekranu? – wyjaśnia Piotr Sarnowski, psychoterapeuta, specjalista cyberuzależnień. 

Tekst: Beata Pawłowicz.

Chłopak siedział w swoim pokoju jak w studiu. Trzy ekrany, najnowocześniejszy sprzęt komputerowy. Na uszach słuchawki. Przy ustach mikrofonik. Okna były zasłonięte. W rogu stała malutka lodówka i przenośna plastikowa toaleta. Pierwszy raz na własne oczy zobaczyłem przypadek, o którym tylko czytałem. Hikikomori, czyli „oddzielony” – oddzielony od życia, od społeczeństwa.

Pierwszy raz opisano go w Japonii w 2000 roku. Przeraziłem się! Czy dam radę pomóc temu chłopcu? Jego matka próbowała mnie z nim zapoznać. Zlekceważył mnie, ją także…. Interesowałem się siecioholizmem. Skończyłem szkolenie na uniwersytecie dotyczące uzależnień behawioralnych. Mechanizm powstawania siecioholizmu jest taki: określone zachowanie powoduje wydzielanie się w mózgu neuroprzekaźników, które działają jak narkotyki. Regulują emocje, zmieniają nastrój, powodują „odlot”, podobnie jak w wypadku zażywania substancji zmieniających świadomość….

To fragment książki „Cyfrowe dzieci”, w której jako ekspert opowiadasz o swoim pierwszym spotkaniu z nastolatkiem uzależnionym od gier. Opowieść jest niezwykle dramatyczna i pokazuje jak przerażające skutki może mieć to uzależnienie. No a dziś wielu rodziców niepokoi się, czy pandemia nie spowodowała, że i ich dzieci uzależniły się od sieci, internetu, gier itp.?

Właśnie. Dzieciaki uczyły się i gadały z przyjaciółmi tylko przez media i tam też szukały rozrywki. I tak przez ponad rok. No więc gdy słyszą, że już dość, że mają wyłączyć komputer, odłożyć smartfon lub tablet, mówią, żeby dać im spokój! Krzyczą, że rodzice, to dinozaury, że teraz tak wygląda życie, bo będą nadal spędzać czas przed ekranem. No i mam m.in. 15-letniego pacjenta, mieszkającego z wysoko funkcjonującą matką, uzależnionego od cyfrowego świata, od gier. Mama dawała mu zawsze wszystko, co mogła dać i czego chłopak chciał. Nie stawiała żadnych wymagań…

… no bo matki tak kochają!

No ale wtedy dzieje się to, co stało się z Tomkiem, syn zaczął traktować matkę, jak bohater „Ballady o Januszków”: „tu masz mi dać pieniądze na to i na to…”. No i matka dawała. To jednak nie pomagało, Tomek stawał się coraz bardziej roszczeniowy i agresywny wobec niej i coraz więcej czasu spędzał przed komputerem. Kiedy zaczęła protestować i stawiać mu granice, jeśli chodzi o gry, słyszała wyzwiska…

Pomyślała więc o psychoterapii?

Tak, ale najpierw trafili do terapeuty humanistycznego, który uznawał, że dzieci mają prawo do decydowania o sobie, że matka nie może kontrolować tego, co syn robi w swoim pokoju czy w sieci, że to niedopuszczalne. No to była woda na młyn tego młodego człowieka. Ponieważ ta metoda nie pomogła, bo siedział nadal tylko w swoim pokoju przy grach, matka pomyślała, że musi syna przekonać, żeby poszedł na sesje do specjalisty. Jak się jej to udało?

Powiedziała: „Może ja się nie znam, może ty masz rację, że nie jesteś uzależniony, chodźmy do specjalisty niech on powie. Jeśli uzna że nie ma problemu, dam ci spokój” no i to go przekonało.

Dla ciebie było od razu jasne, że chłopak jest uzależniony? 

To nie jest do rozstrzygnięcia na jednej sesji, ale jasne było, że ten chłopak, ta rodzina, potrzebują pomocy. Zaproponowałem więc Tomkowi, żebyśmy umówili się na sześć wizyt. Na więcej nie będzie musiał chodzić, jeśli nie będzie chciał, o ile uda mu się mnie przekonać, że nie jest uzależniony. Chłopak potraktował „przekonać” jako wyzwanie i dlatego ta moja propozycja mu się spodobała. Powiedział: ok. A więc na początek zgodził się spędzać dziennie nie więcej niż dwie godziny przy grach. Dwie godziny? To nie za dużo? Lekcje online, koledzy i jeszcze, gry?

Znaczenie na tym etapie terapii ma co innego, sama próba kontroli nad graniem. Dlatego miał jeszcze inne zadanie, a mianowicie po pięćdziesięciu minutach w necie zrobić 10 minutową przerwę. Dopiero potem wrócić do gry na kolejną godzinę. Dla kogoś uzależnionego, to bardzo trudne, to tak, jakby żarłok miał na 10 minut przerwać jedzenie czekoladowego tortu i siedzieć z łyżeczką w ręku nad talerzykiem z nadjedzonym ciastem. Tomek miał jeszcze jedno zadanie, przed rozpoczęciem gry przez 5 minut poleciłem mu patrzeć na włączony komputer i nic na nim nie robić.

A to po co?

Żeby nasycić mózg… Gry stymulują bodźcami wizualnymi. Dzieciaki są dziś przestymulowane, a to sprzyja uzależnieniu, bo emocje, ekscytacja, radość, które odczuwają w Internecie, pobudzają system nagrody czyli prowokują mózg do wydzielania dopaminy. I to jej dzieciaki pragną odpalając komputer. Dopamina je uzależnia. No i jak to jest z każdym uzależnieniem pragną jej coraz więcej i więcej. A więc spędzają przed komputerem coraz więcej czasu, a kiedy rodzice im tego próbują zabronić wpadają we wściekłość….

Tomek siedząc przed ekranem, na którym nic się nie działo, dostawał bodźce wizualne, ale już bez ekscytującej treści, a więc bez dopaminy. To trochę tak, jakby jadł tort bez cukru, a to ten cukier (dopaminę!) musiał ograniczać – ograniczając działania w sieci. Tyle mogłem zrobić na początek. Ale żebyśmy mogli iść dalej z terapią chłopaka konieczna była terapia systemowa całej rodziny….

Terapia rodziny okazuje się konieczna, kiedy to tylko dziecko jest uzależnione?

System rodzinny zazwyczaj sprzyja powstaniu uzależnienia. Jak w wypadku tego pierwszego chłopca, o którym opowiadam w książce „Cyfrowe dzieci”. Przecież on sam nie miał pieniędzy, nie miał środków aby urządzić w swoim pokoju studio do gier. Gdyby rodzice nie wspierali go w tym, co uważali za pasję, a co było nałogiem, nie doszło by aż do takiego stopnia uzależnienia, że konieczna była hospitalizacja i wielomiesięczny pobyt w ośrodku.
W wypadku Tomka systemowa terapia rodziny także było konieczna, bo jego mama była współuzależniona, czyli wspomagała syna w jego uzależnieniu.

Jak matka może wspomagać uzależnienie syna?!

Tak, jak już wspomniałem na początku: nie stawiając mu żadnych granic, niczego od niego nie wymagając. Pozwala mu, żeby tylko siedział i grał! Nawet jedzenie donosił mu do pokoju. Chłopak nie ponosił więc żadnych konsekwencji swoich złych zachowań, choćby takich, jakie ponosiłby gdyby matka odmawiała mu kupna nowych gadżetów, kiedy był wobec niej chamski. No ale ona jak każda współuzależniona mama, traktowała syna, jak małe dziecko, chroniła go i niczego od niego nie oczekiwała. Nawet tak o nim mówiła: „Mój malutki Tomuś…”. No i ja musiałem w końcu urealnić tę sytuacje. Dlatego powiedziałem: „pani syn nie jest już małym dzieckiem. Ma 15 lat! i ogląda pornosy”. „Nie, to niemożliwe!”. Poleciłem jej wtedy, aby włączyła synowi system kontroli rodzicielskiej, dzięki któremu rodzice widzą, co dziecko ma w komputerze i na ekranie.

Tomek się na to zgodził?

Tak, ale na pewnych zasadach, m.in., że mama nie będzie czytać jego wiadomości. Tylko sprawdzać z kim i z czym ma kontakt. No i dzięki temu matka dowiedziała się, że miałem racje, że Tomek ogląda porno. Bardzo to przeżyła, ale ja ją wtedy uspokoiłem, że w tym wieku, to objaw zdrowia i żeby dała Tomkowi spokój w tym temacie. Poprosiłem ją za to, żeby także co sesje dawała mi wydruk aktywności syna w internecie, bo dzięki temu będę wiedział, ile czasu Tomek naprawdę korzysta z sieci. Na terapii mogłem mu te wydruki pokazać i zapytać: „Tomek, zobacz, widzisz, ile grałeś? Więcej niż dwie godziny…”.

Matka pozwalała mu grać dłużej niż dwie godziny, kiedy był już w terapii!?

Właśnie na tym polegało jej współuzależnienie, że nie potrafiła stawiać granic i wymagać. Ulegała jego manipulacjom. Na czym one polegały? Syn ją szantażował, brał na „huki”: złościł się i wymuszał to, czego chciał.
Wykorzystywał też jej miłość: płakał i się skarżył, jak mu źle. Prosił o pozwolenie na zagranie jeszcze raz. Po mistrzowsku dostrzegał te momenty, kiedy matka była skłonna mu odpuścić i wtedy brał ją w szpony. Postępował tak, nie dlatego, że to psychopata, ale dlatego, że jest uzależniony i ma tzw. zespół odstawienny. Taki, jaki mieliby narkoman czy alkoholik, gdy ktoś zabronił im ćpać czy pić.

Jak na takie próby wymuszenia rodzic powinien reagować?

Nie wolno dawać się zmanipulować. Matka Tomka o tym wiedziała, ale i tak dzwoniła do mnie i to wiele razy, aby mnie przekonać, żebym dał jej pozwolenie na poluzowanie ustalonych zasad. Mówiła: „boje się, że Tomek się zniechęci do terapii i nie będzie chciał do pana przychodzić, jak mu nie ustąpię. A przecież ja na siłę go wtedy nie zaciągnę! A chciałabym, żeby przychodził…. Może za ostro go potraktowaliśmy? Za dużo zakazów? Jak jest kij, to dajmy mu także marchewkę? Zróbmy choć  małe ustępstwo?”.

Co odpowiadałeś?

Że mówi głosem współuzależnienia, żeby obejrzała „Balladę o Januszku”. No a wtedy słyszałem: „Bo mi go bardzo szkoda, serce mi się kraje, kiedy patrzę, jak cierpi, kiedy nie może grać!”. A ja jej na to, jak zdarta płyta: „Ballada…”, to tylko manipulacja, on pani nie szanuje”. Wtedy mówiła: „Powoli uczę się reagować na jego zachowania. Widzę, że jeszcze sporo pracy przede mną…”.

Brak szacunku był ważną kwestią dlatego zacząłem z Tomkiem omawiać temat wartości, priorytetów i właśnie szacunku. Tomek nie szanował matki, ale także nikogo innego, Nie szanował pieniędzy, ani żadnych wartości, bo nigdy o nic nie musiał się postarać, o nic zabiegać. Wszystko dostawał, jak na tacy i dlatego nic nie miało dla niego znaczenia.

Co jeszcze mogło pomóc Tomkowi wyjść z uzależnienia?

Zaleciłem mu więcej działań, które wymagały by wyszedł ze swojego pokoju i z domu. Pierwszym był wolontariat, Tomek zaczął od wyprowadzania psów sąsiadów. Drugim stał się sport. Kiedy zapytałem, jaki sport chciałby trenować, powiedział: MMA! A wtedy jego matka zaprotestowała, co było wyrazem jej nadopiekuńczości, ale wtedy powiedziałem, że powinna się zgodzić: „Niech pani syn szuka tego, co go wciągnie w realny świat, niech próbuje”. Dałem mu także kolejne zadanie: miał znaleźć kluby, gdzie może ćwiczyć MMA i dowiedzieć się na jakich warunkach. Miał też sprawdzić, jak będzie tam dojeżdżać. On oczywiście wyobrażał sobie, że matka będzie mu dupę wozić i przywozić! Chłopakowi, który ogląda pornosy?! No nie… To była dobra okazja, aby zaczął uczyć się samodzielności.

Samodzielność to lek na cyfrowe uzależnienia?

Taka zależność w mojej ocenie istnieje i opisuje ją m.in. Erich Fromm niemiecki psychoanalityk. Tomek nic nie musiał robić, żeby być kochanym przez matkę. Miłość matki jest bezwarunkowa, nie trzeba na nią zasłużyć. Miłość, która pomaga kształtować charakter dziecka, jego niezależność daje chłopcu ojciec. Syn musi coś zrobić, żeby ją zdobyć… No ale dziś ojcowie albo są nieobecni, albo wycofani, albo zajęci pracą itd. Nie mają więc wpływu na wychowywanie dzieciaków. No i Tomek także wychowywał się bez ojca, a że jego matka była nadopiekuńcza, nie miał, jak nauczyć się samodzielności, odpowiedzialności.

Ale! Dwa lata przed zaczęciem terapii u mnie, w życiu jego matki, pojawił się nowy parter. Andrzej z nimi nie mieszkał, ale był zainteresowany wychowywaniem jej syna. Przyszedł nawet na pierwszą terapię razem z nimi.

To dobrze? Przecież nie jest ojcem chłopaka? Kobiety często nie chcą by nowy partner ingerował w wychowani ich dziecka!?

Niesłusznie! Poradziłem nawet mamie Tomka i jej partnerowi , żeby zamieszkali razem. Wtedy w tym systemie rodzinnym: nadopiekuńcza matka i dorastający syn, pojawiłby się mężczyzna. I kiedy tak się stało, ten mężczyzna mógł wejść w role wymagającego ojca. Miłość ojcowska nie polega na stałym dawaniu, bez rachunku. Tomek się szybko o tym przekonał, bo partner matki zaczął stawiać mu warunki i wymagać. Oczywiście zaczęły się miedzy nimi tarcia, ale to było dobre i dla Tomka i dla jego matki. Ułatwiało to pracę nad urealnieniem relacji matki z synem. Ważne było to, że Tomek zaczął patrzeć na matkę w relacji z Andrzejem i dostrzegać, że on nie jest jej partnerem, ale że jest jej dzieckiem.

To rewolucja w życiu nastolatka, kiedy u boku jego matki nagle pojawia się mężczyzna? Myślę, że wiele kobiety bało by się, że to jeszcze bardziej popchnie ich syna w świat gier?

Moim zadaniem było także pokazać matce Tomka, jak ma funkcjonować w relacji z partnerem, że ma pozwalać mu brać udział w wychowaniu syna, że on właśnie ma być dla Tomka, jak wymagający ojciec. Uprzedziłem ją, że syn przez jakiś czas nie będzie Andrzeja lubił, właśnie dlatego, że on nie będzie się na wszystko godzić, a na pewno nie pozwoli także krzyczeć na matkę, że zacznie stawiać mu warunki. No i tak się zaczęło dziać. Tomek szybko się zorientował, że jak chce czegoś od Andrzeja, to musi na to zasłużyć. Proste „kup mi te bluzę” nie wystarczy. Matka by kupiła, Andrzej mówił: „musisz na to zasłużyć swoim zachowaniem”. Tomek się wściekał, ale czas pokazał, że było mu to potrzebne, że pomogło pojawienie się mężczyzny…

Dla samotnych matek, to co mówisz może być bardzo trudne….

Tę role może pełnić brat matki, dziadek. Mężczyzna bywa niezbędny przede wszystkim, kiedy matka jest nadopiekuńcza, współuzależniona. Tylko, że wówczas nie pozwala nikomu pomóc sobie w wychowaniu syna, chce go chronić choć nikt mu nie robi krzywdy, a tylko zaczyna od niego czegokolwiek wymagać.

No i powiem ci, że moim zdaniem dzieci uzależnione od komputera, tęsknią za wymagającą miłością ojcowską. Tęsknią gorąco za miłością tak w ogóle. W braku ojca, w braku zdrowej relacji z matką – upatruję źródło uzależnienia tylu dzieci. Kolejna przyczyna to brak czasu, dorośli nie mają go dla dzieci, bo: pracują, pracują, pracują! Lub sami siedzą z nosami w telefonach….

No ale COVID i pandemia zrobiły swoje? Chyba temu nie zaprzeczysz?

Oczywiście, że nie. Moja relacja z córką także teraz osłabła. Wszystkie dzieciak siedziały wiele godzin w szkole w online, a kiedy lekcje się kończyły, były dwa razy bardziej zmęczone niż gdyby uczyły się w realu. No a to nie był koniec! Potem jeszcze przez media kontakty się z rówieśnikami. No i wieczorem były tak wybodźcowany, tak zmęczone, że już nic nie miały ochoty na kontakty ze starymi. Widziałem to, kiedy moja córka wstawała od komputera, była wtedy tak zmęczona, że aż spowolniona. Nie miała ochoty na rozmowy z rodzicami, na wspólne robienie kolacji, na nic. Powiedziałbym, że teraz nasze życie stało się takim piekiełkiem, które wygląda na raj…

Piekiełko?

Dzieci fizycznie są w domowej szkole, pozornie są pod naszą kontrola, wydaje się nam, że widzimy, co robią, że jesteśmy razem. No rodzinny raj! Ale tylko pozornie, bo tak naprawdę każde żyje w swojej bańce. Komunikujemy się, owszem, ale nie w sposób, który buduje relacje, bo to by wymagało mówienia i słuchania o ich emocjach,  wspólnego doświadczania różnych wydarzeń, dzielenia się tym, co czujemy, co się nam przydarzyło itd.

W książce „Cyfrowe dzieci” stawiamy na naukę rozmowy z dziećmi, tego jak je słuchać, i jak do nich mówić.

Właśnie, na pewno nie wolno nam jako rodzicom uciekać przed tym problem, że żyjemy obok siebie. Musimy mieć dla dzieci czas, być uważni na ich potrzeby. Wyciągać dzieci z domu na spacery, uprawiać razem jakiś sport, Ja grałem z moją córką w tenisa od kiedy mogła podnieść rakietę. No i musimy liczyć czas, nie więcej niż 2 godziny zabawy przed ekranem. Telefon odkładamy w przedpokoju, nie leży w nocy koło łóżka. Jemy w salonie, nie przy ekranie itd. Dzieci dziś muszą sobie poradzić w świecie pełnym lęku i niepewności. Nam dorosłym z tym trudno, a co dopiero im. Dlatego mamy z nimi o tym wszystkim rozmawiać. Powiedzieć, że takie rzeczy, jak choroba i śmierć się zdarzają, ale to nie zmienia tego, że są kochane i ważne dla nas, że nie są same z tym wszystkim. Jeśli damy im akceptacje i bliskość oraz wsparcie, nie będą szukać w sieci ukojenia, zrozumienia i odpowiedzi na niepokojące je pytania.

Dajemy im wtedy to czego naprawdę potrzebują?

Rozmawiajmy o lęku przed covidem, o tym że dziadek umarł w szpitalu sam bo nikt nie mógł go odwiedzić w pandemii i że to smutne… Nie pouczajmy, dajmy dzieciom prawo by mówiły co czują…

To trudne…

Najważniejsze jest to, żeby dzieci czuły, że rodzic je kochają, a nie tylko kupuje im różne rzeczy, czy nagradzają za dokonania. Ważne, żeby nie czuły się samotne. Tymczasem dziś nie wychowujemy dzieci, nie nawiązujemy z nimi relacji, ale je hodujemy i trenujemy do przyszłej kariery w korpo: zapisując na różne dodatkowe zajęci…

Co nas czeka?

Na skutek pandemii i izolacji w świecie online: wzrosła już liczba uzależnień, pojawiają się nowe fobie jak FOMO (fear of missing out – lękiem przed pominięciem w przekazaniu jakiejś ważnej informacji, która może doprowadzić do tego, że dziecko, co godzinę sprawdza komentarze i lajki w telefonie). Wzrasta liczka problemów emocjonalnych będących konsekwencją izolacji, takich jak choćby lęku przed ludźmi, rozmową twarzą w twarz, itd. Z konsekwencjami pandemii będziemy się jako rodzice mierzyć przez najbliższe kilka lat.

Dzieci mają lęki społeczne po- covidowej izolacji. Ważne by w porę dostrzec niepokojące sygnały: spędzanie całego dnia w domu, unikanie rodziny, sytuacji społecznych, zabieranie posiłku do swojego pokoju. Wycofanie społeczne jest trudne do zdiagnozowania Wycofanie społeczne obok stres pandemicznego porównywalnego do zespołu stresu post traumatycznego będzie przez lata istotnym problemy. Już dziś widać jego skutki. Świat wirtualny stał się jedyna przetężenia, dlatego ważne by zadbać o emocjonalne zdrowe relacje z dziećmi

Rady dla zaniepokojonego rodzica:

  1. Określ czas jaki dziecko może spędzać przy komputerze poza lekcjami online.
  2. Wprowadź w domu zasadę, że telefony zostawiamy w przedpokoju, nie wnosimy do sypialni, a po 21.00 nie używamy.
  3. Nie pozwalaj dziecku zabierać jedzenia do jego pokoju i jeść przy komputerze.
  4. Namów dziecko aby w wolnym czasie zaczęło dzielność w jakimś wolontariacie.
  5.  Zacznij razem z dzieckiem uprawiać jakiś sport.
  6. Graj w gry z synem czy córką, wychodź w świat dzieci i pokazujesz im swój.

„Cyfrowe dzieci”, Wyd. Zwierciadło, Beata Pawłowicz, Piotr Sarnowski


Lifestyle

Ona jest porywcza, on zamknięty w sobie – przejmująca opowieść o samotności i smutku

Redakcja
Redakcja
9 czerwca 2021
Photo by Ryan Brisco on Unsplash
 

Wyjątkowy literacki portret jednego z największych malarzy dwudziestego wieku. Cape Cod, 1950 rok. Dziesięcioletni Michael spędza lato ze swoim rówieśnikiem Richiem i jego rodziną. Kiedy pozostawieni sami sobie chłopcy poznają mieszkające w pobliżu małżeństwo artystów, Jo i Edwarda Hopperów, rodzi się między nimi niezwykła przyjaźń. Ona jest porywcza, obsesyjnie zazdrosna o męża. On, zamknięty w sobie, borykający się z kłopotami zdrowotnymi, sfrustrowany brakiem weny twórczej, zadurza się w pięknej Katherine, ciotce Richiego, której pozostało niewiele życia. To zauroczenie staje się również udziałem Michaela.

Wąski pas lądu to przejmująca opowieść o samotności i smutku, a także wizja „amerykańskiego snu” w świecie po drugiej wojny światowej. Jest to zarazem literacki portret jednego z największych malarzy dwudziestego wieku i poruszające studium jego małżeństwa. Powieść została uhonorowana w 2020 roku prestiżową Walter Scott Prize.

Fragment książki „Wąski pas lądu”, Wydawnictwo Prószyński

Co roku wydaje się, że jest coraz trudniej, musi włożyć w to więcej wysiłku na miarę wchodzenia pod górę z plecakiem kamieni, a za każdym razem jest tych kamieni o kilka więcej. Jeździ po znanych drogach, przecina małe i schludne miasteczka, pokonuje odcinki, które je ze sobą łączą.

W lusterku widzi wzgórza nagie i te gęsto porośnięte sosnowymi lasami, które pojawiają się i znikają, długie płowe trawy falują mu na pożegnanie. Albo widzi ciemne ogony kotów machające nad znikającymi stawami. Próbuje na równinie i na wzgórzach, od strony oceanu i od zatoki. Staje za turystami i usiłuje patrzeć na to wszystko ich oczami. Staje sam i przygląda się zmierzchowi zapadającemu nad portem Pamet. Nie widzi nic, czego by już wcześniej nie widział. I też niczego nie odczuwa, chyba że bliżej niesprecyzowane doznanie w trzewiach.

Natrafia na sceny, które już sobie pobrał, poskręcał, ułożył, sprzedał. Sceny, które kiedyś przyspieszały obieg krwi, powodowały, że ręka poci mu się tak bardzo, że nie jest w stanie utrzymać pędzla. Teraz przejeżdża obok, a one nic dla niego nie znaczą. Jest wilkiem, który kiedyś zwykł wypatrywać swoich ofiar w biurze, a teraz mija dział sekretarek, nawet się za nimi nie oglądając. Jasne, zdarzają się różne momenty. Momenty nadziei, kiedy wjeżdża do miasteczka, zapuszcza się w boczne uliczki czy spogląda ponownie na sklep spożywczy, bo może poprzednim razem, albo jeszcze poprzednim, coś przeoczył. Musi tu przecież coś być. Zatrzymuje się, wysiada i chwilę spaceruje, czasem wysiada i spaceruje długo. Mierzy wzrokiem witrynę sklepu, budę, ganek domu, próbuje sobie wyobrazić, jak przyjmują czy odrzucają światło. Przechodzi na drugą stronę ulicy, żeby sprawdzić, gdzie ukrywa cień.

O zmierzchu już nie jest taki wybredny, wtedy prawie wszystko się nada. Front stodoły czy nieoczekiwany szczyt dachu wystający spomiędzy drzew wystarczą, by go zwabić na jakąś starą nieutwardzoną drogę. Koła walczą z nieprzyjazną nawierzchnią, żywopłoty chwytają w swoje szpony boki samochodu, a jego ogarnia nagłe uczucie, że być może to jest to, to może być – nie, na pewno to, i wtedy… Wtedy przekonuje się, że mimo wszystko nic tam nie ma.

Z nastaniem nocy jedzie wyboistą piaszczystą drogą dla wozów końskich, prowadzącą do domu. W świetle reflektorów nocne owady wykonują swój taniec pogardy. Dom rzuca blask ze wzgórza. W podświetlonym lampą oknie pojawia się mała niespokojna głowa żony. Bez pośpiechu kładzie samochód spać, powoli zamyka drzwi garażu i wykonuje ostatnich kilka kroków po schodach do domu, oto myśliwy wraca do obozowiska z pustymi rękoma i pustym umysłem.

Żona, kiedy jest z nim, zawsze coś potrafi powiedzieć.
– Nie czujesz się dumny? – pyta.
– Nieszczególnie.
– Będzie już na zawsze wisiał na ścianie, na dole widnieje twój podpis, coś, co stworzyłeś,
czego nikt inny nie umiałby stworzyć. I nie jesteś z tego powodu… Jak to możliwe?
– Może dlatego, że inaczej postrzegam różne rzeczy niż ty.
– Nie kochasz tego? Dobrze więc, że nie mieliśmy dzieci, skoro tworzysz coś, a potem tego nie kochasz.
– Co masz na myśli, mówiąc „tego”?
– No wiesz, stodoły, gospodarstwa, domu, tego, co zostało uwiecznione.
– No to chyba nie kocham.

Nie mówi jej, że gdy znajdzie to coś, wtedy owszem, towarzyszy mu to uczucie. Wtedy, kiedy nosi to w głowie i spokojnie czeka, aż nabierze kształtu. Kiedy nieśmiało spogląda na wykonane szkice i czuje w sobie to pragnienie. Gdy jest w jego głowie, wyłaniając się z półmroku. Tak, wtedy to faktycznie jest miłość. Dużo silniejsza niż ta, którą kiedykolwiek odczuwał do niej albo jakiejkolwiek innej kobiety. Ona lubi z nim jeździć, kiedy zaczyna poszukiwania, o ile nie trwają one w nieskończoność. Nazywa to „asystą przy poczęciu”. Lubi też rozmawiać w samochodzie, siedzieć obok niego, zadawać pytania. Sama lubi na nie odpowiadać. Będzie wpatrywać się w niego i naciskać, aż coś znajdzie, i dlatego przeważnie stara się spełnić jej oczekiwania.

– Przypuszczam, że jeśli kocham, to ideę – mówi on. – Wiesz, kiedy jest u mnie w głowie, nabiera kształtu. Ale wtedy…
– Co? Co wtedy? Powiedz mi, co?
– Kiedy już zaczyna nabierać… To znaczy, kiedy jest już tego więcej na płótnie niż w mojej głowie, jakoś zawsze tak się dzieje, że w sumie wychodzi mniej, niż się spodziewałem. Im dłużej to robię, tym bardziej to zabijam. I wtedy widzę już jedynie… rozkład, chyba tak bym to nazwał.
– Rozkład?
– Jak ta idea gnije.

Ona wierci się na swoim siedzeniu, jej koński ogon podskakuje z irytacją.
– Przecież to niedorzeczne! W życiu nie słyszałam takiego… No nie! Nie pozwolę ci tego mówić. Po prostu nie pozwolę.
Kiedy tak się zachowuje, przypomina sobie, że ją kocha.
Rano żona wychodzi z nim na zewnątrz i prowadzi go wokół domu.
– Rozejrzyj się tylko – mówi. – Wszystko, co wokół widzisz, to piękno.
– Ale nie mój typ piękna.

Wieczorem też to robi. Teraz pokazuje mu poświatę schyłku lata na ziemi wszędzie wokół, zachód, który roztapia się niczym barwna żarówka w morzu, morze przypominające zgniecione aluminium.
On kręci głową.
– Nic – mówi do niej. – Nic, nic, i jeszcze raz nic.

Wracają razem do domu, szykują kolację i siedzą w milczeniu, które w jego odczuciu jest towarzyską ciszą – radio cicho gra, słychać odgłos przewracanych przez niego kartek.
Ona delikatnie dzierga swój chodniczek. Nie można powiedzieć, że chodzą koło siebie na paluszkach i absolutnie nie siedzą jak na szpilkach, ale oboje starają się bardzo, by nie zaburzyć tego spokoju, by trwał maksymalnie długo.

We wtorkowy wieczór, kiedy wrócili z Orleans, powiedział do niej:
– Nie mogę pracować, kiedy wokół jest tyle zajadłości. Nie zniosę kolejnej bójki.
– Ty nie możesz? Ty? Jesteś tu sam? A ja? Co ze mną? Ja też jestem artystką, gdybyś
zapomniał. Całe lato przez te kłótnie nie mogłam wziąć do ręki pędzla i…
– Te wszystkie krzyki, oskarżenia, prowokacje. Po prostu nie mogę.
– Mnie to też boli.
– Domyślam się, że na pewno.
– Nie, mnie boli bardziej! – krzyknęła i oparłszy się plecami o ścianę, osunęła się po chwili na podłogę, po czym objęła dłońmi głowę. – Po tych wszystkich latach to takie odrażające, że w ogóle nie zwracasz na mnie uwagi, i moje serce uschło z samotności. Dlatego moje obrazy rodzą się martwe i dlatego nie jestem w stanie stworzyć żadnego.

Kiedy tak mówi, już nie pamięta, w jaki sposób ani dlaczego kiedykolwiek ją kochał. Ale przecież wie, jak trudne i dla niej są te jego posępne chwile milczenia, to, jak bardzo pragnie uznania, którego nigdy nie dostanie. Kiedyś nazywała to uznaniem „autonomicznego prawa”, ale on przypuszcza, że dzisiaj zadowoliłaby się jakimkolwiek uznaniem.

Prędzej czy później to wszystko znowu się nagromadzi – rozczarowania, wzajemne oskarżenia, obwinianie. Nagromadzi się i wybuchnie. To tak, jakby nosiła w środku skrzynkę z wężami, które syczą, by je wypuszczono, wystarczy, że ktoś nachyli się i otworzy. Tymczasem jednak w ten spokojny wieczór na zewnątrz rozciąga się morze, rozchodzi się uspokajający zapach nafty, światło lampy.

Czeka, przyglądając się jej nieruchomej nachylonej głowie, pod którą poruszają się zwinne palce.
– Chciałabyś, żebym ci poczytał? – odzywa się w końcu.
Podnosi wzrok, w kąciku jej oka błyszczy łza.
– Żałuję… – zaczyna.
On kiwa głową.
– Wiem, wiem… – mówi.

Wydawnictwo Prószyński


Lifestyle

Życie z Piotrusiem Panem. Kolorowe i niestabilne. Czy to możliwe, żeby on dorósł?

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
9 czerwca 2021
Photo by Ali Kazal on Unsplash

Jest cudowny. Każda kobieta czuje się przy nim świetnie. Niczym się nie przejmuje, pięknie uwodzi, kocha się bawić, problemy zaczynają się później. Bo trzeba płacić rachunki, dotrzymywać zobowiązań, czasem czegoś sobie odmówić. Czy da się ujarzmić Piotrusia Pana? Magda spróbowała.

Magda z Kubą, Piotrusiem Panem, jak go nazywa, jest w związku piętnaście lat. Mają piętnastoletniego syna i siedmioletnią córkę.

Sobota popołudniu, tuż przed niedzielą bez handlu. Dzwonię do Kuby „Zrobiłeś zakupy, jak obiecałeś? pytam. Po drugiej stronie cisza. W końcu słyszę: „ Zapomniałem. Mogłabyś zrobić ty? Zresztą jutro na pewno będzie coś otwarte”. „Nie mogłabym, bo to było twoje zadanie, a do jutra nie będę czekać” ucinam. Wyłączam telefon i idę na długą kawę. Liczę, ile mniej więcej Kubie zajmie zrobienie zakupów, a potem ich układanie w szafkach i lodówce. Gdybym wróciła do domu od razu, Kuba przyszedłby ze sklepu, siatki rzucił w przedpokoju i z rozbrajającą minął spytał: „Ogarniesz to już? Tyle się w kolejce do kasy nastałem”. Nie mam zamiaru już go wyręczać.

Albo inna sytuacja. Wracam do domu. Autobus się spóźnia, przystępuję z nogi na nogi. Jestem wściekła, bo zostawiłam Kubie samochód. Kolejny raz. Bo on nie jest przyzwyczajony do życia bez auta, a dziś miał kilka spotkań w sprawie nowej pracy. Już na klatce schodowej słyszę hałasy dobiegające z naszego mieszkania. Śmiech,
muzyka i krzyk, przekleństwa i dopingowanie do walki, krew napływa mi do mózgu. Kumple i głupie gry. Rok temu weszłabym do domu z okrzykiem radości i uśmiechem na twarzy. „Super, że znów wpadliście” czarowałabym, a potem spytała, jak idiotka, czy nie  wyjść im jeszcze po piwo. Dziś mówię wprost: „Słychać was na dole, chcecie, aby sąsiedzi znów wezwali policję?” Daję Kubie znak, że ma przejść ze mną do kuchni. Tam już podnoszę głos: „Koledzy mają 10 minut do wyjścia, inaczej nie śpię dziś w domu”. Jestem potworem? Nie. Nauczyłam się tak go traktować, jak on traktuje mnie. To jest trudne, ale nie możemy matkować wiecznym chłopcom, bo tylko jeszcze bardziej ich psujemy.

Mężatki opisują życie z wiecznym chłopcem

Rachunki nieopłacone, a on wpada do domu z nowymi gadżetami: deską, grą. Oczywiście dla siebie. Bo egoizm to też cecha wiecznych chłopców. Wszystkie historie do siebie podobne, jakby to był ten sam mężczyzna. Różnią się tylko szczegóły. Bo jeden wyda wszystko na wyjazd, a drugi kupi sobie drogi sprzęt muzyczny. Ale każda z nas opowiada, jaki on był wspaniały w pierwszych miesiącach związku.

Bo początki z Piotrusiem Panem  są bajką. Kubę poznałam u znajomych. Najgłośniej się śmiał, opowiadał najlepsze
dowcipy. Krążyła koło niego grupka adoratorek i fanów. Dzień później podjechał pod mój dom. „Masz jakieś plany” rzucił. Nie miałam planów. Zabrał mnie wtedy w góry. Zarezerwował pokój, w bagażniku miał namiot i śpiwory. „Spotkałam ideał” opowiadałam potem przyjaciółkom. Kuba pomagał ojcu prowadzić firmę, nie wiem, kiedy to robił, bo większość czasu spędzał na zabawie. Miał lekką rękę do pieniędzy. Spodobały mu się buty? Kupował. Na wystawie zobaczył fajne koszule- kupował. Spełniał każdą swoją zachciankę. Pamiętam nasz pierwszy dłuższy wyjazd: nad morze, gdzie co roku spędzał lipiec i sierpień jako instruktor kite’a. W dzień pływał, wieczorem pił piwo i palił jointy z kumplami. Zwróciłam uwagę na jedyne małżeństwo w grupie. Facet cały czas na desce, jego żona na kempingu z półtoraroczną córką. Mąż dołączał do rodziny na chwilę, popołudniu. „Moja córunia” robił dziewczynce karuzelę albo nosił ją na rękach. Cierpliwości mu starczało najwyżej na piętnaście minut. Potem zostawiał dziecko żonie i szedł bawić się z kolegami.

Pomyślałam wtedy: „Koszmar, nie chcę tak żyć”. Ale do głowy by mi nie przyszło, że Kuba to podobny typ. Uwielbiał dzieci, z mojej przyjaciółki synem bawił się pół wieczoru, ze starszym oglądał gangsterskie filmy. Koleżanki mi zazdrościły. Trzeba rozkręcić idealną imprezę? Tomek pogrzebał w płytach i znajdował perełkę. Kochał tańczyć. Spontaniczny wyjazd z grupą znajomych? Tomek potrzebował pół godziny, żeby zabukować piękne miejsce. Na wyjeździe lało i cała ekipa snuła się z minorowymi minami, wyciągał karty i zarządzał grę w makao i wyścigi. „Będę miała z nim wspaniałe życie” myślałam.

Kryzys numer jeden

„Zobacz jaki kupiłem rower, to klasyk klasyków, a na allegro jedyne trzy tysiące”. Kuba wpadł do mieszkania rozpromieniony z nowym rowerem. Oniemiałam. Trzy tysiące to nam brakowało do wakacji. I na odświeżenie łazienki, nie wspominając już o talerzach i łyżkach, bo mieliśmy każde inne, wstydziłam się przed znajomymi. „A co z naszą umową, że inwestujemy w mieszkanie?” spytałam. „Na to też się znajdą pieniądze! Nie nudź?”.

Albo organizowaliśmy imprezę w domu. Podzieliliśmy zadania. Ja miałam zrobić zakupy, Kuba sprzątać. Po kilku godzinach wróciłam obładowana do domu. W przedpokoju potknęłam się o rozwalony odkurzacz i części do małego, latającego samolotu. Kuba siedział w dużym pokoju i próbował zamontować silnik samolotu, wokół porozrzucane narzędzia, a ze stołu nawet nie sprzątnięte po śniadanie. „Co ty wyrabiasz? Miałeś sprzątać!” zdenerwowałam się. „Zacząłem i nie mogę przestać. Coś tu źle działa, chyba wadliwy egzemplarz. A sprzątanie nie zając, nie ucieknie” uspokajał. Skończyło się tak, że ja szorowałam mieszkanie i gotowałam, a on robił swoje. Potem coraz częściej myślałam, że żyje z chłopcem, a nie mężczyzną. Całe weekendy spędzane z kumplami na grach, piwka, rowery. I nie byłoby nic w tym złego gdyby koledzy nie byli najważniejsi. Zachowywał się jak piętnastolatek, który do życia nie potrzebuje partnerki, ale kumpli.

Kryzys numer dwa– dziecko z Piotrusiem Panem

„Rodzę, weź torbę dla dziecka i przyjedź jak najszybciej” napisałam. „Dobra, wychodzę z pracy i jadę” odpowiedział Kuba. Minęła godzina, dwie, trzy, wciąż nie przyjeżdżał. Kiedy dzwoniłam, włączała się poczta. Ryczałam ze złości. Syna urodziłam sama. Kuba wpadł do szpitala po 20.00. „Błagam, wybacz, nie wiedziałem, że tym razem naprawdę rodzisz, położyłem się na kanapie na chwilę i zasnąłem”. Co mogłam zrobić? Co można powiedzieć człowiekowi, który zaspał?

Ale zrozumiałam, że nie mogę na nim polegać. Później takie historie zdarzały się coraz częściej. „Kochanie, Wojtuś płacze” budził mnie w środku nocy. „Nie mogłeś wstać i zrobić mu mleka” denerwowałam się. „Boję się, że zrobię coś nie tak” tłumaczył. Ciągle się bał. Dopiero z czasem zrozumiałam, że jemu wygodniej się bać. Zwala mnie pracę, którą mógłby sam wykonać. Przecież oboje mieliśmy dziecko pierwszy raz, też się tego uczyłam. Tylko, że ja musiałam się tego nauczyć, on nie chciał. To jest chyba często najtrudniejsza konfrontacja- mieć dziecko z Piotrusiem Panem. Wiem, że wielu z nich szybko pakuje manatki i znajduje kolejną dziewczynę bez zobowiązań. Bałam się tego, więc nigdy nie robiłam awantur.

Mijały lata, syn dorastał. Kuba był super tatą do zabaw. Układał skomplikowane budowle z klocków lego, biegał na spacery, uczył jeździć na rowerze, kopać w piłkę. Na wyjazdach był najlepszym wujkiem. Trzeba z chłopakami na
pograć w piłkę? Zgłaszał się od razu. Zorganizować podchody? Był pierwszy. Tyle że ja nieustannie przeżywałam podobne emocje. Wracałam do domu zmęczona, w domu bałagan, syn z tatą gra na komputerze. „Dałeś mu kolację?”. „Nie, jedliśmy paluszki. „Pamiętałeś, żeby dać mu leki?” „Boże, zapomniałem”. Jego „zapomniałem” tolerowałam jeśli dotyczyło mnie, nie mogłam tolerować, gdy zaczęło dotyczyć naszego syna.

Przełomem był moment, gdy zaszłam w drugą ciążę. Kuba się nie ucieszył tylko przeraził. „Nie jestem na to gotowy. Brakuje mi wyjazdów, życia” rozpaczał. Patrzyłam na jego histerię i czułam narastającą nienawiść. Zawsze tylko on, jego sprawy, pragnienia, dziecięce marzenia. On, on. Miałam tego dość. Nie chciałam żyć z chłopcem tylko z mężczyzną. Odwiedziłam jedną koleżankę. Jej mąż gotował i ogarniał dziecko. Druga, w ciąży: leżała na kanapie, a mąż donosił kolejne frykasy, spełniał jej zachcianki. Nagle zrozumiałam, że są kobiety, które nie muszą obsługiwać swojego faceta, bo same są obsługiwane.

Granice, które trzeba postawić

Nieustanne kłopoty w pracy, zapominanie, zwalanie wszystkiego na mnie. Lekkie podejście do zobowiązań. To mogło byś jeszcze zabawne na studiach, ale nie u prawie czterdziestolatka z dwójką dzieci. Zapisałam się na terapię. Pobiegłam do notariusza zrobić rozdzielność majątkową. „Sam się zajmuj swoimi finansami, nie chcę długów”
wyrzucałam. Kłóciliśmy się codziennie, zawsze wracał z kwiatami, przepraszał, obiecywał zmianę. Tyle że ja w nią nie wierzyłam.

Terapeutka nie doradzała mi rozstania, jak wiele samodzielnych, często samotnych koleżanek. Próbowała zrozumieć dlaczego tyle lat godziłam się na takie życie, dlaczego nie stawiałam granic. Zrozumiałam, że do Kuby miałam te same emocje co do taty – bałam się. Bałam się go stracić, a uważałam, że jeśli się zbuntuję, on odejdzie do młodszej, zabawnej dziewczyny, która pozwoli mu się wciąż bawić.

Zastanawiałam się też dlaczego Kuba taki jest. Żadnych traum. Kochany syn rodziców, fajna siostra. Szczęśliwa rodzina. „Może tęskni za swoją Nibylandią? Miejscem, gdzie nic nie musiał?” zaśmiała się. Uzmysłowiłam sobie, że jestem jedyną osobą, która coś Kuby wymaga. Całej reszcie świata, w tym jego rodzinie wystarczy to, że zabawia nas na święta, nieustannie mówi komplementy i miłe rzeczy. Zaczęłam uczyć się od niego lekkiego podejścia do życia. Wyjeżdżałam z koleżankami, przestałam tak oszczędzać. Nauczyłam się nie panikować z powodu niezapłaconego
rachunku. Kuba był w szoku. „Ale jak to jedziesz?”, „Ale jak to nie zapłaciłaś?”. „A tak to” odpowiadałam. Tracił grunt pod nogami. Od terapeutki usłyszałam, że to jest dużo lepsze od awantur. Trzeba odpuścić kontrolę, żeby musiał on musiał ją przejąć.

Nie mam złudzeń, że on się zmieni. Nieustannie widzę w nim nawyki chłopca: wieczorem jedzie do supermarketu, robi zakupy dla siebie. Myślał, że ja kupię sobie sama. Rozmawiamy kto bierze dziś samochód, on zawsze potrzebuje go bardziej. Ograniczył jednak kolegów, przestał kupować sobie miliony rzeczy. Wciąż jesteśmy dobrą parą, choć czasem marzę, żeby to właśnie mną się ktoś kiedyś zaopiekował.


Zobacz także

Już prawie miesiąc kolekcje jesień/zima 2016 są w salonach

Podaj datę urodzenia i sprawdź, jakim jesteś zwierzęciem. Żółw, lew, a może małpa?

13 rzeczy, które łączą silne kobiety

Masz w sobie moc. Siła odwagi. Przejmij ster swojego życia. Zapraszamy na konferencję!