Psychologia Seks Związek

„Co się dzieje, gdy mężatka spotyka tego drugiego?”. Z dziennika niewiernej

Dziennik Niewiernej
Dziennik Niewiernej
31 stycznia 2016
Fot. iStock/skynesher
 

Napisałam mu: „Przepraszam, wszytko mi się pomyliło. Nie mogę mieć romansu,  bo nie daję rady żyć w kłamstwie. Nie mogę zostać twoją dziewczyną, bo… ale chciałabym”. Kartkę zostawiłam przy łóżku. Chyba jeszcze spał. Albo może udawał, bo pięć minut przysłał wiadomość „Myślałem, że będzie inaczej. Przykro mi”.

Siedząc pod jego domem w samochodzie myślałam, że nie ma większego banału niż słowa. Jakiż trzeba mieć talent, żeby złożyć z nich coś sensownego o miłości czy seksie. Taka kartka, taki SMS. Przewidywalność mojego listu  i jego odpowiedzi. Rany. I inne wersje byłyby też teatralne. Napisałby: złamałaś mi serce (auć) albo idź do diabła (hmm). Mógł jeszcze wybiec za mną do samochodu (chciałabym). Czy wszyscy musimy cierpieć tak samo?

Jak to się stało, że w dwa miesiące z przeciętnej Matki Polki, której celem dnia było zrobienie rosołu, odebranie dziecka o odpowiedniej porze z przedszkola, zabawa w Star Wars i dopilnowanie mycia zębów wieczorem, stałam się bohaterką filmu „Niewierna”. Kobietą, która siedzi w samochodzie i patrzy w telefon. Napisał, nie napisał, co napisał. Analizującą, rozchwianą i gnaną instynktem.

Chcę siebie! Siebie dawnej. Wiedzieć, że mam umysł prosty i jasny jak moje przyjaciółki, albo mam umysł poprany jak inne koleżanki, ale chociaż jestem prawdziwa. Jakaś. A nie taka żadna, na tej obcej ulicy, wśród bloków i po nocy, która nie ma ze mną nic wspólnego. Podzielona.

Nie jestem. Od tego pierwszego momentu, gdy pozwoliłam Mu się dotknąć, gdy zapomniałam, że coś innego komuś obiecywałam, ale to przecież było tak dawno, że żadnego szczegółu z tych obietnic nie mam już w sobie.

Może jest taki moment, gdy już nie masz w sobie starego życia, choć wciąż w nim jesteś…

…bo tak wypada, bo boisz się zrobić krok. Lub po prostu trwasz, bo nowe nie nadchodzi. To wcale nie musi boleć, nie jest żadną frustracją. Jest po prostu dobijaniem do wieczora po absorbującym dniu.

Może właśnie to był mój czas przed N.? Ten męczący czas, gdy już wrzeszczysz wszystkim, że na pewno się nie rozwiedziesz, że u ciebie wszystko dobrze. Tak musisz przekonać siebie. „Mam takie dobre małżeństwo”.

– Nie jestem głucha– zauważyła K., moja przyjaciółka, gdy znów jej mówiłam, że u nas idealnie.

To okropne przyjaźnić się z mądrymi kobietami. Doprawdy.:)

Czy jest coś złego w oszukiwaniu siebie? Na miłość boską, nie. Inaczej musielibyśmy być nieustannie w depresji, w smutku, w poczuciu winy. Gdyby tak każdy z nas miał nazywać rzeczy po imieniu. Hahahaha, dobre. Taki dzień prawdy. Wow, moje małżeństwo nie jest wcale idealne, może w ogóle nie jest, wk**wia mnie bycie matką, wk**wia mnie moja matka, nie daję czasem rady, jestem zmęczona, za stara, za gruba, za młoda, nie zrealizowałam się w pracy, jestem samotna, słaba, zieje jadem wobec innych, bo mam w sobie tyle frustry, że gdybym wysłała ją całą w kosmos to i tak by jeszcze zostało. A jestem zbyt mądra, niestety, by innych obwiniać o tę złość.

Nie mam ochoty gotować, piec, wstać też mi się dziś nie chce. Ktoś może załatwić to za mnie? Już widzę tę prawdę, z którą mierzymy się co rano. Kto ma ochotę strzelać sobie w łeb? Więc owijamy nasze życie w bawełnę, zapełniamy je motywacją, sracją, upychamy mnóstwo zadań w ten biedny dzień, by go przetrwać  Przekonujemy się, że jesteśmy wobec innych w porządku, bo uświadomienie sobie tego nie w porządku rozwaliłoby nas na atomy, a kto chce być atomem. Sorry, nie.

Serio czasem lepiej nie wiedzieć prawdy o sobie.

No potem zawsze (prawie) pojawi się taki J.  (nowy facet, nowa kobieta), który tylko pyknie palcem i lecą nasze złudzenia, iluzje i wyobrażenia, które nazywaliśmy stabilizacją i pewnością.

Czy w naprawdę dobrym związku, w dobrym momencie życia jest miejsce na zdradę? No, bywają też związki dobre, a momenty złe.

Dwa dni później siedzę w gabinecie doktor A. Widzę siebie w lustrze i nie dowierzam. To ja? Matka? Żona? Jestem chuda, blada, drżą mi ręce.  Nikt mi nie umarł, nie choruje, jestem zdrowa, a jednak mogłabym kawałki siebie zbierać z ulicy. Moja pewność wylądowała w szafie, stabilizacja mieszka już tylko w pracy, lęki za to moszczą sobie miejsce w głowie. Nazywajmy rzeczy po imieniu:

– Jestem wariatką, mam męża i syna, zakochałam się w kimś innym i tęsknię. Aaaaaaa.

– Jest pani wariatką? – powtarza doktor A.

Nie wierzę, k….I ja jej za to płacę?

– Skończyłam z nim – mówię (twardo)

– Z mężem czy z tym drugim? – znów uśmiecha się doktor A.

Naprawdę ją zabiję.

– Pani żartuje?!

– Nie, ja tylko pytam.

Patrzę na nią, wiem, że wrogo, ale jej twarz nie wyraża niczego złego. Nie ma na niej złości, pogardy, drwiny.

– Była pani kiedyś z kimś i nie czuła się kobietą?– pytam

– To dla pani ważne, żeby znalazła pani inną kobietą, która czuje to samo co pani?

Wiedźma.

– Ważne chyba – dodaję spokojnie.

Nie chcę być w tym wariackim świecie emocji sama. RATUNKU.

Nie wiem, kiedy to się dzieje, ale mówię. Rzadko mówię. Ludzie w ogóle rzadko mówią o czymś sensownym. Gadamy o innych, polityce, gotowaniu, kredytach, pensjach, pracy, zadaniach. Zadania – to takie modne słowo. Nigdy o samotności. Rzadko. I najczęściej wtedy, gdy jesteśmy pijani. Alkohol to taka nasza przepustka do szczerości. Nie gadam prawdy o sobie po alkoholu. No może, z J. podczas pierwszego seksu. Bez żadnych kłamstw i teatrów, bo szkoda mi czasu na granie. Powiedziałam mu, że nie pamiętam, żeby ktoś mnie tak uważnie dotykał. I dawno nie miałam orgazmu. Smutne wyznanie mężatki.

Powiedziałam mu znacznie więcej

– że nie pamiętam, kiedy się ostatnio tyle śmiałam

– że nie pamiętam, kiedy tak bardzo chciałam kogoś dotykać

– że nie pamiętam co to znaczy czuć się piękną

– i nie pamiętam co to znaczy porzucić ironię

Przywaliłam mu, wiem.

– Dużo mówisz, co? – spytał. I dużo myślisz?

– Dużo.

Zaśmiał się. Z  czułością do której nie byłam przyzwyczajona. Jeśli miałam kiedyś seks, który mnie rozebrał to był właśnie ten. W tym milczeniu, i nie do końca w myślach własnych, w tym wpuszczaniu obcej zupełnie osoby wszędzie. Z poczuciem, że ona zaraz obca być przestanie i że nie chodzi o żadne ruchy kopulacyjne czy tanią namiętność. Tylko, niestety, o samotność. On i ja, na zupełnie innych etapach życia, ale i tak w tym samym punkcie. SAMOTNOŚĆ.

– Jak pani go poznała– pyta doktor A.

– Kogo?

– A o którym chciałaby pani ze mną rozmawiać? Co jest dziś ważniejsze?

– Poznałam go, gdy byłam smutna.

– Kogo?

– Każdego – uśmiecham się. – Mężczyzn swojego życia zawsze poznawałam, gdy byłam smutna.  Często jestem smutna – dodaję usprawiedliwiająco. Choć bardzo dużo się śmieję. Tylko, że pierwszy (mąż) uratował mnie rozmową, a potem pojawił się seks. Drugi ratuje mnie seksem, w którym jest rozmowa.

– Czego się pani najbardziej boi?

– Tego co pomyśli o mnie kiedyś mój syn. Jeśli odejdę, oczywiście.

Wyrzuty sumienia z powodu dziecka rozbijają mnie na atomy. Nikt mi nie powiedział, że macierzyństwo to jest nieustanne poczucie winy, że robisz coś nie tak. Za mało, za dużo, nie w tę stronę.  No i teraz to, że być może nie mogę być już żoną jego taty.

Ale wiem, nigdy nie zaakceptowałam, że stałam się już tylko rosołem i praniem. Nie zaakceptowałam tego co moja mama nazywa normalnością – przebywanie ze sobą, ale nie widzeniem siebie. Nie zaakceptowałam tego, że jestem dla kogoś tylko: „Zrób herbatę, kiedy obiad, gdzie jedziemy na wakacje, nie muszę cię przytulać, miłość to przecież jak umyjesz komuś samochód”.

– Sama sobie umyję samochód, ale nie przytulę się sama– wyrzucam doktor A. – Potrzebuję bliskości, chcę, żeby ktoś dotykał mnie rano i napisał czasem w ciągu dnia SMS: Hej, co słychać? Czy to tak dużo?

– Nie – mówi ona. Patrzy na mnie tak uważnie, że łzy mi lecą i nawet nie mogę wściec się na nią, bo jest tak delikatna, jak nikt kogo znam.

I Boże, jaką ulgę czuję. Takie kobiety jak ja nazywa się dziwkami. Nazywają nas tak mężczyźni, którzy boją się, że ich też zdradzą kobiety, i kobiety, które zostały skrzywdzone, albo boją się, że to się kiedyś stanie. Reszta milczy. Milczą szczęśliwe mężatki, ludzie szczęśliwie zakochani. Mogą tylko pomyśleć: „Kurczę, pat, smutne. Nie chcę, żeby ze mną tak było”. Nikt w dobrym momencie życia nie zagląda innym do łóżka, a już tym bardziej do serca. Serio, nic go to nie obchodzi.

Boli mnie, że wrzuca się moją historię do przypadkowego seksu czy bezmyślności. Że się mówi, że on (kochanek) w końcu ją kopnie w dupę, bo przecież wcale nie kręci go kobieta tylko to, że ona jest czyjaś.

A mąż zrozumie (czyt. jak kiepsko wybrał). No i ona zostanie sama.

Tylko, że to niekoniecznie prawda. Bo choć wszyscy używamy tych samych słów, końce bywają różne.

W mojej historii dzisiaj jest listopad. Napisałam Mu, że to koniec. I on nie dzwoni (na razie). Byłam u doktor A. I gdy wracałam do samochodu, tak żenująco rozwalona, nagle zaświeciło słońce. Dość wyjątkowe to słońce w listopadzie. Nie mam prawa czuć, wszystko da się ogarnąć rozumem, zdradzają ludzie słabi, jestem żoną, matką, mam dużo pracy.  Zrobię obiad, kolację, posprzątam w szafie, napiję się wina. Spróbuję kochać się z W. (Mąż, czyli Właściwy – jak go nazywam). Wrócę do siebie dawnej.

Przeczytałam dziś: „Terapeuci uważają, że ciało zaczyna cierpieć, gdy nie otrzymuje wystarczającej dawki dotyku”. Tak jest. Wiem o tym za dużo. Nie powinna tyle o tym wiedzieć trzydziestolatka. Mężatka.

Kochani,

jestem żoną

umiałam wspierać męża, gdy tracił pracę, przytulałam go, gdy umierała mu mama. Nie krzyczałam, nie wymagałam. Czasem prosiłam.

– Mógłbyś napisać SMS, no wiesz, że wszystko u ciebie dobrze?

– Spróbowałbyś być bardziej uważny?

– Przytulisz mnie?

– Czy coś z nami nie tak? Powiedz?

Prosiłam za długo. Tak, są ludzie, którzy całe życie proszą. Godzą się na środek, udają, że nie chcą więcej. I ok. Jeśli się na to godzą.

Więc był listopad. I przeżyłam najgorszy seks w życiu. Z W. (Właściwym). Upijałam się winem i próbowałam znów się z nim (go) kochać. Ludzie nie powinni się tak gwałcić. Nie powinni mówić słów, gdy ich nie czują, czy dla spokoju robić rzeczy, które są zarezerwowane dla namiętności.

On po takim seksie ma po prostu wytrysk i może jest mu dobrze – ale nic poza tym. Ona kończy sama w wannie. Albo płacze. Ten dramat jest tylko tu i teraz. Bo w tym właśnie momencie oni mogą też zrozumieć, ze da się żyć inaczej.  I to jest właśnie szczęście. Że można popchnąć to w którąś stronę. Do rozwodu albo do nowej bliskości. Pod warunkiem, że nie zasną dla świętego spokoju. Bo przecież jutro trzeba pracować. Zrobić kawę, kanapki dla dzieci.

Jeśli jesteś mężczyzną w stałym związku, odpowiedz sobie na pytanie, czy nie masz czasem grymasu na twarzy. Tak powiedzmy po trzech, pięciu latach. No przecież wiem, że nie na początku.

Że dojdę z J. do tego samego punktu? A może on jest mądrzejszy? Lepszy? Dlaczego kochanek ma być tym, który zrani?

Życie nie zawsze jednak pisze te same scenariusze…

CDN.


Psychologia Seks Związek

„Zostań, zmienię się”. Kiedy mąż walczy o miłość. Z dziennika niewiernej

Dziennik Niewiernej
Dziennik Niewiernej
17 lutego 2016
Fot. Unsplash / Patrick Pilz / CC0 Public Domain
 

Powiedz, co mogę zrobić – pyta on.

Dochodzi druga, chcę się tylko położyć, zawinąć kołdrą, przespać.  „Nic nie możesz” – myślę.

– Nie wiem– mówię.

Siedzimy na stołkach w kuchni już czwartą godzinę. Boli mnie tyłek i serce, pęka głowa. „Szkoda, że powiedziałam mu dzisiaj, nie dam rady jutro na prezentacji po tej zarwanej nocy”.

Tak dużo książek i tekstów o cierpieniu zostawionego, a tak mało o kimś kto zostawia. Jakby rozstanie było winą tylko jednej strony, a nie wynikiem kryzysu, naturalną konsekwencją oddalenia.

– Pamiętasz, mówiłam, że jest źle, że powinniśmy iść na terapię, prosiłam…. W połowie zdania gryzę się w język. Po co tak gadać. Nie chce zalać go żalami, nie chce być tak jak wszyscy. Wytłumaczyć. Wybielić się. To twoja, nie moja wina. Czy to zresztą ważne dzisiaj, ja już jedną nogą tam, tu tylko dzieckiem i pamięcią.

Mój wzrok wędruje po jego twarzy, szyi, ramionach, tak pamiętam, gdy został pierwszy raz na noc, a ja rano jechałam na pogrzeb. Nie wiedziałam do wtedy, że pogrzeby mogą być szczęśliwe. Tak bliskie mi ciało, a tak obce dzisiaj.

– Nie kochasz mnie? – pyta on.

– Jakoś kocham. Chcę, żebyś był szczęśliwy.

Niemal czuję jego drżenie, robi mi się zimno. 10 lat wcześniej, gdy odchodził ode mnie P. też to czułam. Drżenie zostawianego, te chwile, gdy jeszcze coś jest fizycznie, bo jest rozmowa, ale już tego nie ma. Zamknięcie. I to: „chcę, żebyś była szczęśliwa”. Frazes to jednak cholerny. Nie wiem czy można bardziej skrzywdzić kochającą osobę niż tym: bądź szczęśliwa/ szczęśliwy. W podtekście: uwolnij mnie od tego cholernego poczucia winy.

– Muszę spać – tłumaczę – Jutro dokończymy. Idę na kanapę, pies wtula się w nogi, zawsze wolała mnie, co teraz z nią będzie. Czy zgodzi się, żebym ją wzięła?

Dzień później siedzę z Anką w kawiarni. Jestem zmulona, rozkojarzona, smutna.

– Powinien cię wyje*ać z domu – rzuca Anka.

Znów jest zła. Strażniczka moralności.

– Pewnie tak.

– Mięczak

Najeżam się.

– Siłą jest kopnięcie kogoś w dupę czy walczenie jeśli się nawaliło? – pytam.

Zawsze zadziwiała mnie ta zdolność człowieka do ocen cudzego życia. Powinno się to, tamto. To jest godność, a tamto to klasa. To jest kobiecość, a to męskość. Nie mam siły na kłótnie, jestem pusta.

Przypominam sobie seks dwa dni temu z Nim. Seks ukradziony, zdobyty dzięki kłamstwu, że wyjeżdżam. Seks już kolejny, ale przełomowy, bo zrozumiałam po nim dwie rzeczy: jestem zakochana/ jestem zakłamana. To jest smutne w romansie. Że radości zawsze towarzyszy poczucie winy, ekstazie smutek, każdy początek jest zapowiedzią końca i takie tam.

– Kocham cię – mruczał on. – Jesteś nieznośnie piękna. Każdy kawałek twojego ciała i każdy duszy jest tak, ku*wa, idealny, że nie wiem co mam ze sobą zrobić. I weź się, ku*wa, nie śmiej.

No śmieję się. Tak nienawidzę przymiotników, z wyznaniami mi nie po drodze. A może nie jestem do nich przyzwyczajona, bo nikt mnie nie wielbił i nie podziwiał, a dla niego oczywiste jest, że podziwia mnie każdy. I jak, ku*wa, nie pławić się w tym zachwycie? Jestem jak wygłodzony szczeniak, pęka mi skorupa, którą zbudowałam zaraz po tym jak pierwszy raz odrzucił mnie ojciec, a potem odrzucał mnie milion razy. Więc może dlatego wybrałam Męża, żeby nigdy z nim do końca nie być. Bo tylko z dystansowanym mężczyzną, skrytym taka kobieta jak ja jest w stanie wytrzymać na dłużej. Z tym jego: „ale o co ci znowu chodzi”, „co się czepiasz”, „odczep się”.

Więc jednak dużo mam w sobie złości do niego, bólu niespełnionej miłości, choć ona niby taka spełniona, bo kot jest, pies jest, dziecko, kawa rano i wspólna łazienka. Mam do niego złość o niezauważanie jakbym już nagle miała na imię tylko matka, a na drugie szczotka i obiad. Mam żal o brak pracy nad sobą, bo po ch*j mi jego praca teraz, gdy całą sobą jestem gdzie indziej. Gdy na inny telefon czekam, inny SMS mnie cieszy i z innym sobie kawę i łazienkę wyobrażam.

Wk**wiające w facetach jest nieziemsko to, że nagle zawsze znajdują w sobie słowa, których miesiącami wydobyć nie mogą. Że kochają i że tęsknią. Że żałują.  Nagle ten tani sentymentalizm wypływa z nich tak naturalnie, wydaje się oczywisty i jasny. I to nie jest obciach, czułostkowość. Gdy walczą stać ich na tę pasję, którą mieli tylko na początku. Esemes jeden, drugi, trzeci. Kiedy on pisał do mnie co chwila w ciągu dnia coś innego niż tylko: „spóźnię się”, „odbierz pranie”. „Kocham. Daj nam szansę”. „ Żałuję, przepraszam. Możesz zawsze na mnie liczyć. Chodźmy na terapię. A rodzina?”. „Nie mogę się skupić”. Ja też się nie mogę skupić, bo do cholery wciąż piszesz. Od kiedy nie przeszkadzam ci w pracy?

Odpisuję.

Oczywiście. Rodzina jest przecież tym o czym marzy większość kobiet. Ale możesz sobie potem w pewnych sytuacjach zadać pytanie: ważniejszy jest obrazek, stabilizacja czy próba bycia niesamotną? Bycie żoną i matką czy walka o siebie? Nie chce żyć smutno, nie chce żyć w oczekiwaniu. Mówiłam o tym nieraz. Jestem kobietą dobrą, kochającą, ale nie taką, która pójdzie na każdy kompromis.  A dlaczego ty właściwie pytasz o to dziś? Dlaczego dopiero dziś, a nie wcześniej, gdy chciałam o tym rozmawiać?

W. mój przyjaciel, zapala papierosa, krąży jak wokół stołu gdzie stoi nasz obiad jak wariat.

– Słuchaj, boję się, że Beata mnie zdradza.

Patrzę tępo w ten stół, wokół którego on tak krąży.  Hmm. Od kiedy to stałam się specjalistką od kobiecej zdrady?

– A dlaczego tak myślisz? – pytam.

Ale mam ochotę się zaśmiać. Przecież to on ją zdradza. Od lat. Różnica polega na tym, że Beata o niczym nie wie, a on każdej mówi, że to tylko przelotne. Czego on się nagle boi?

– Bo ona jest jakaś dziwna, nieobecna.

A dziwna jest. No doprawdy.

– Najważniejsze, żeby nie była samotna. Ona jest z tobą samotna – pytam?

– Nie wiem.

Nie wiem? To o czym my, do diabła, mówimy. Związki XXI wiek. Czysta miłość, czułość i troska. Dajcie więcej.

CDN.


Psychologia Seks Związek

„Chodź, opowiem ci jak żyje żona tuż przed zdradą”. Z dziennika niewiernej

Dziennik Niewiernej
Dziennik Niewiernej
24 stycznia 2016
Fot. Pixabay / Bykst / CC0 Public Domain

Na początku każdej zdrady jest samotność.

– Nie ma gorszej samotności niż samotność w związku – powiedziałam doktor M.

– Proszę mi o tym opowiedzieć – poprosiła.

Pierwszy raz ktoś zapytał co ze mną. Jak ja się z tym czuję. Dlaczego. Ludzie mają najczęściej do zdrady podejścia dwa. Pierwsze jest instrumentalne. Zdradzam, bo tak wygodniej, bo szukam emocji, bo takie życie. Drugie jest demonizujące. Zdradzają potwory, ludzie bez zasad. Szukałam jakiegoś środka. Doktor M. była dla mnie złotym środkiem. Pytała.

– Pewnie wszystko zależy od punktu siedzenia – odpowiedziałam. – Gdybym była ofiarą zdrady uważałabym to za podłość. Chyba.

Zanim Go spotkałam byłam najbardziej samotną żoną pod słońcem. A może wcale nie? Może jest nas takich setki. To rodzaj samotności, o której nikomu nie mówisz, bo ona nie mieści w żadnych kategoriach. Jakbyś nagle coś duszącego przyczepiło się do ciebie, łapało za gardło. Wstyd przyznać się do takiej samotności. Bo nie ma w niej dramatu. Ani żadnego skandalu. Jest tylko wciąż to nic. Że on idzie nieustannie spać oddzielnie? Że cię nie dotyka? Że już częściej ma na twarzy grymas nie zachwyt?

– Dlaczego taaaak układasz te rzeczy w lodówce? (czy to jest, kur*a, ważne jak je układam?)

– Dlaczego nie pamiętałaś? (bo zapomniałam?)

– Dlaczego nie zrobiłaś? (bo nie zdążyłam?)

– No….  (na jakieś pytanie)

– Aha… (na bardziej skomplikowane pytanie).

Przestajesz żyć z facetem, zaczynasz z bratem, ojcem, nauczycielem, współlokatorem, rozdrażnionym znajomym. On czasem przysuwa się do ciebie, przez chwilę jest w nim dawne pragnienie, są też słowa, które mają cię (was) uspokoić: wciąż cię kocham, jesteś jedyna, jesteś piękna. Ale już czujesz gdzieś sztuczność tych słów. I nawet nie że on ciebie nie kocha, bo może kocha, ale to już jest po swojemu. I już wiesz, że na niecierpliwość, rozdrażnienie i zmęczenie pozwalają sobie ludzie, dla których już nie jesteś aż tak ważna.

A przecież mieliście być wyjątkowi. Wam miało się udać. Ominąć znudzenie, zmęczenie, a co najważniejsze rezygnacje ominąć. Na początku tej samotności się starasz. Bo może on ma kryzys? Może jest zmęczony. A potem temu ulegasz. Obieracie wspólnie ziemniaki, robicie sałatę i zakupy. Częściej jednak czujesz rozdrażnienie, on też, choć oczywiście gdy go pytasz, mówi: „Ale o co ci chodzi?”.

To „ale o co chodzi” staje się najbardziej wyrafinowaną formą przemocy. Kto jest w końcu głupi i ślepy: ty czy on? Tak wyglądać ma związek? Dwie orbity krążące wokół siebie? Ludzie, którzy kłócą się w markecie o to, który jogurt jest lepszy. I to jego: wszystko jest ok, które odbiera ci wolę walki. Nie chce ci się nawet pytać: „Czy ty się mnie kiedyś czepiałeś o jogurt?!Gdzieś mieliśmy wszystkie jogurty świata, bo najważniejszy był kompromis, pamiętasz?!”.

Najlepsza jesteś jednak w wypieraniu. Tak jakby to, że macie wspólne dziecko, psa i dom sprawiało, że automatycznie jesteście sobie bliscy.

Wypierasz więc, że rzadko się śmiejesz. Że ze wzruszeniem oglądasz wasze zdjęcia z przeszłości, ale już nie pamiętasz tych emocji. Żadnych emocji nie pamiętasz. Emocją jest to, że jesteś matka, że przytulasz dziecko, czujesz jego ciepło, jesteś spokojna, że dziecko nie choruje. Bliskość syna jest najwyższą formą bliskości.

I nie chodzi o ten pośpieszny seks, czy po winie znów trochę namiętny. Chodzi o to, że płaczesz po orgazmie. I w środku, gdzieś w środku jesteś pewna, że już nigdy nie poczujesz się szczęśliwa.

Nikomu o tym nie mówisz. Ludzie myślą, że jesteście fajną rodziną. I to jest właśnie najgorsze. Jak inne są twoje emocje od tego, co dzieje się na tym schludnym obrazku.

I wtedy pojawia się On. Nie jest zbyt inwazyjny, głośny, bo przecież od razu byś uciekła. Nie lubisz już hałasu w życiu. Emocjonalnego hałasu, oczywiście. Nie możesz sobie na niego pozwolić. Jesteś żoną, matką, jesteś….

Chryste, jakże doskonała jesteś w samooszukiwaniu siebie.

Czy ty jeszcze w ogóle wiesz jaka jesteś naprawdę?

W jego mieszkaniu odkrywasz siebie na nowo. Zobacz, tu masz stopy, o rany jakie są ładne. Masz łydki, brzuch i dłonie, które są powodem zachwytu. Nagle rozumiesz, że byłaś już kompletnie nieżywa, przeniosłaś się cała na planetę obowiązki, a planetę ciało najbardziej pamiętasz z porodu. On to zmienia. Nie przejmuj się, nie planujesz romansu. Mówisz sobie. To naprawdę tylko jedna kawa. No dobra, dwie. Może kolacja? Kiedy ostatnio byłam z kimś na kolacji? Potem wiesz, że nie powinnaś wchodzić do niego do domu, a jednak wchodzisz, bo który człowiek mając do wyboru śmierć i życie wybierze śmierć? No halo.

Nic nie zapowiada cierpienia, szeregu dramatów. Na tym można by po prostu skończyć tę opowieść, wrócić  tam gdzie jest miejsce żony, wrócić do dawnego życia.

Tylko, że są sytuację od których odwrotu nie ma. I nie chodzi o jakiś seks z jakimś facetem. Ty już to wiesz. Na razie tylko ty.   

No, chociaż tyle, że jednak nie jesteś martwa i nie wszystko się skończyło. I tyle z dobrych wiadomości.

Wiele tygodni później twój mąż spyta:

– Dlaczego mnie zdradziłaś?

Będziesz patrzyła na niego oniemiała, o co mu chodzi do diabła, czy nie prosiłaś o niego, nie walczyłaś, nie starałaś się? I kto tu pierwszy zdradził właściwie.

Będziesz miała jednak na tyle uczciwości w sobie, żeby powiedzieć wprost.

– Bo się zakochałam.

On dostanie histerii, będzie cię prosił, żebyś została. Albo powie: „spier….”. Albo będzie mówił i jedno i drugie. A tobie będzie wszystko jedno. Resztkami rozsądku pomyślisz o dziecku. Jeśli będziesz coś ratować, to tylko dla niego.

Jak kogoś przeprosić, że miłość minęła? Jak mu wtedy powiedzieć, że to też jest jego wina?

CDN.