Seks

Życie jest za krótkie na kiepski seks… Bo seks jest ważny

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
9 maja 2016
 

Życie jest za krótkie na kiepski seks. Potrzebowałam mniej więcej 10 lat, żeby do tego dojść.

Na swoją obronę mam fakt, że nikt mnie nie uczył, że seks może być fajny i ważny. Zawsze był wstydliwy. Moi rodzice byli z gatunku tych, co to z łazienki przekradali się do łóżka, opatuleni szczelnie szlafrokami. Do dziś pamiętam w gruncie rzeczy niewinną rozmowę z moją mamą, gdy byłam nastolatką, na temat wkładek higienicznych – zakończoną histerią po obu stronach.

Seks, jeśli w ogóle pojawiał się w tematach rozmów, najczęściej był omawiany w kontekście małżeńskiego obowiązku. Owszem, jak w prawie każdym inteligenckim domu, i u nas na najwyższej półce w biblioteczce stało dzieło Lwa-Starowicza. Być może był to jakiś prezent, nie wiem, natomiast nigdy nie widziałam, żeby książka była przeglądana czy czytana, raczej gromadziła kurz. Generalnie do studiów raczej obracałam się w bardzo pruderyjnym środowisku, gdzie zachowanie czystości seksualnej „dla tego jedynego” było uważane za wielką zaletę i cechę osób wyjątkowych.

Dziś wiem, że mojej córce będę mówić wprost: „Skarbie, zabezpieczaj się, pilnuj się, ale puszczaj się. Nie czekaj na nikogo. Wymagaj, próbuj, doświadczaj”.

Czytałam ostatnio artykuł, który traktował o tym, że 73 procent kobiet w stałym związku jest niezadowolonych ze swojego życia seksualnego. Czyli mnie więcej tylko co czwarta z nas jest spełniona! Jeśli to prawda, to jest co zmieniać! Dlaczego jest tak źle? Dlaczego się na to zgadzamy?

Bo seks JEST ważny!

Też mówiłam, że seks nie jest taki ważny, jeśli ludzie się kochają. Nader często powtarzał mi to mój mąż, jak rozpaczałam nad stanem naszego pożycia – jednocześnie, jak się później okazało, zabawiając się rozkosznie poza związkiem. Bo seks JEST ważny! Każdemu facetowi, który w kobiecie zabija erotyzm i seksualność, powinno się obcinać członka, żeby zrozumiał, że to zbrodnia. Fascynuje mnie, dlaczego my, polskie kobiety, tak łatwo dajemy sobie wmówić, że nie powinnyśmy mieć w łóżku pragnień, że seksualne pożycie i wyżycie nie jest ok? I dlaczego zgadzamy się na kiepskich kochanków? Kwestią głębokiego zastanowienia i indywidualnej decyzji niech będzie to, czy powinno się mówić wprost takiemu panu, co to nas nijak zaspokoić nie potrafi, że jest kiepski – z dużą dozą prawdopodobieństwa bowiem taki delikwent poczuje się urażony i nieskory do dalszego pożycia. Kto wie, może się bardziej postara, ale jest szansa, że już nie z nami. Mężczyźni są wyjątkowo wrażliwi na punkcie swojego organu i w ich mniemaniu wszyscy są ognistymi kochankami (nota bene, oni nie mają zahamowań, jeśli chodzi o walenie swoje kobiecie tekstów, że fellatio robi niewprawnie i w ogóle to jest mało seksowna). Ale – z drugiej strony – jeśli tego nie zrobimy, na własne życzenie fundujemy sobie całe lata rozczarowania i niespełnienia. Czy warto?

Karmione jesteśmy od wczesnych lat romantycznymi filmami i opowieściami, jak to przyjedzie książę na białym koniu, porwie nas do krainy uniesień i wiecznie będzie nosił na rękach i całował po stopach z zachwytu. Tymczasem nasi panowie karmią się obrazami pań na koturnach, które w 10 minut zaliczają z kochankiem 14 pozycji, są idealnie wydepilowane w kroczu, wiecznie chętne i poza stosunkiem analnym innych pytań nie mają w zasadzie. Potem taka kobieta ma pretensje, że jej mąż nie widzi w niej delikatnej księżniczki, a pan się dziwi, że jego małżonka nie rozgrzewa się z szybkością zupy w mikrofalówce, tylko jakieś wymagania ma.

Drodzy panowie,

Spieszę donieść, że poza dwoma – no, niech będzie, że trzema – otworami, kobieta ma cały ogrom innych stref, dużo mocniej dla niej erogennych: plecy, szyję, usta, uszy, ręce, nogi, brzuch, włosy, nos, kilka pomniejszych jeszcze, ale przede wszystkim wielki, zawsze włączony, narząd seksualny – mózg. Na potrzeby filmu porno takich rzeczy się nie mówi. Więc wyłącz te silikonowe laski i zastanów się, czego potrzebuje ta, którą masz w domu, bo to z nią masz się bzykać przez następne lata!

Drogie panie, wyzbądźcie się przekonania, że mężczyzna was będzie obsypywał kwiatami i stale nosił na rękach. Czego potrzebujesz? Nie daj się wbić w ramy jakiegoś kiepskiego filmu erotycznego, jeśli taka seksualność, jaką potajemnie ogląda twój ukochany, nie odpowiada ci. Nie daj się zredukować do poziomu otworów. Wymagaj!

Ja przez długi czas chodziłam po lekarzach, próbując dojść do tego, dlaczego seks z moim partnerem jest dla mnie bolesny i mało pasjonujący. Walczyłam z tym sama, bo każda wzmianka o jakichś zmianach w kwestii seksu wywoływała u mojego partnera napady oburzenia (że z nim wszystko ok przecież). Denerwował się i wyśmiewał gadżety, propozycje, moją własną, nie wzorowaną na pornosach, seksualność. I to powinien być sygnał, żeby się ewakuować szybciej. Mądra kobieta po szkodzie.

Życie jest za krótkie na kiepski seks. Rób to po swojemu, szukaj, dowiedz się, co lubisz. Niech cię nie zatrzyma żaden kiepski kochanek. Bo na nich też życie jest za krótkie. Powiem szczerze – lepszy żaden seks niż kiepski seks.

Ja chcę być w tych 27 % zadowolonych kobiet.


Seks

Od troskliwości zachowaj mnie Panie

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
15 maja 2016
Fot. Unsplash/Sergey Zolkin / CCO
 

Troskliwy Miś obruszył się na wzmiankę, że nie odebrał telefonu, gdy byłam w szpitalu i potrzebowałam pomocy. Bo za mało dzwoniłam i nie wyczerpałam wszelkich dostępnych mi środków komunikacji. Być może chodziło o gołębia pocztowego, bo o ile pamiętam, to dzwoniłam jakichś 10 razy. Ale na swoją obronę mam to, że gołąb wydał mi się zbyt wolnym przekaźnikiem akurat w tej konkretnej sytuacji.

W kontaktach z moim byłym partnerem charakterystyczne jest to, że zwykle to moja wina – no tak jakoś wychodzi. Wpada znienacka, średnio raz na 6 tygodni, zwykle jak czegoś potrzebuje (bo niestety nie wszystkie nitki powiązań da się od razu poodcinać, przykro mi, Misiu), bez znaczenia, czy się ze mną umawiał, czy nie. Przychodzi, obmiata całość wzrokiem i dziwnym trafem zwykle tak się dzieje, że stawia mnie pod metaforyczną ścianą.

Tłumaczyć się muszę. Ja, nigdy on. On mi nie ma nic do powiedzenia. Przecież to On jest Biedny Miś. Ja jestem ta wredna, co Misia – Pysia z domu wyrzuciła i ogólnie życie zniszczyła. Miś może więc się na przykład umówić ze mną (vide: informacja o łączących nas nitkach) po czym stwierdzić, że mu się dni pomyliły. Albo że się z kolegą umówił. Albo nie wiem, pogoda nie taka. Zawsze znajdzie się dobre wytłumaczenie. Znam to od lat, przerabiałam już we wszelkich możliwych zestawach, hitem na wieki wieków pozostanie stwierdzenie, że nie może iść na terapię małżeńską, bo się do fryzjera umówił.

Ale Miś się o mnie troszczy bardzo. Tyle, że na odległość. Tak milcząco się troszczy. Filozoficznie wręcz.

Troska o mnie chyba w ogóle jest trendy, bo jakiś wysyp osobników odnotowałam, dających mi dobre rady, współczująco poklepujących po ramionach oraz, w przypadkach ekstremalnych, usiłujących mnie jak najszybciej wyswatać. I tylko ja znowu taka niewdzięczna jestem i nie przyjmuję porad z cyklu „Co zrobić po rozstaniu z facetem – 15 sposobów na wieczne szczęście i spełnienie seksualne”. Alergicznie reaguję na wszelkie „A nie mówiłem…?” i „Ja widziałam, że tak będzie, ale nie chciałam nic mówić”. Nie chcę też jakoś słuchać o tych wszystkich ludziach, którzy się rozwiedli (wychodzi, że KAŻDY mój znajomy zna cały tabun rozwodników i są to znajomości ewidentnie z gatunku tych wybitnych, którymi należy się chwalić) i jak to im teraz dobrze jest, jak im lepiej jest, jak mi cudownie będzie. I coś tam jeszcze o „wsiadaniu na siodło” zwykle pada. Nie powiem, tylu słów o mojej wyjątkowości i wspaniałości nie słyszałam już dawno, wychodzi z nich zwykle, że mój Miś ran moich całować niegodzien. I natrafiam na zdziwienie, że nie chcę takich rzeczy słuchać.

To mi nie jest do niczego potrzebne. Nikomu nie pozwoliłam o moim związku decydować podczas jego trwania, nie pozwolę także go oceniać po jego zakończeniu. To moje śmieci do wyrzucenia. Takie teksty, to o jednego Misia za daleko.

Nie obchodzi mnie zdanie innych o moim małżeństwie, tak samo jak nie obchodzi mnie już zdanie mojego Misiaczka na mój temat. Nie interesują mnie wszystkie wymówki świata. Myślę, że jest specjalny kocioł w piekle dla tych, którzy swoje błędy zrzucają na innych – zaraz obok kotła z tymi, co to zawsze wiedzą najlepiej, jakie błędy bliźni popełnili.

Ja tam wolę zająć się moją ciszą.


Seks

I tak, podlewając moją ciszę we mnie, uczę się kochać siebie. Przed wszystkim

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
7 maja 2016
Fot. Unsplash/Jeremy Cai / CCO

Lekarze chwilowo odradzili eskapady i zalecili dużo odpoczynku, więc ciepły dzień zastał mnie nie w Krakowie, jak planowałam, ale w domu. Wykorzystałam okazję i oddałam się pielęgnacji ogrodów – tego na balkonie, tego za domem, ale przede wszystkim: tego we mnie. Rośnie we mnie spokój. Budzę się rano i czuję, jak wypełnia mnie błogość. Nic we mnie nie krzyczy już.
Przez jakiś czas nie zauważałam tego, pochłonięta moim losem kobiety „tuż po”. Po rozstaniu, znaczy się. Brzydkim. Takim, które pozbawiło mnie złudzeń, że partner, który był ze mną 10 lat, jest człowiekiem odpowiedzialnym, dorosłym, dobrym. Koniec złudzeń zawsze boli, nawet jeśli poprzedzony jest okresem rozczarowań i buntem. Ten ból początkowo zamaskował największy prezent kilku lat: ciszę. Pewnego dnia, przy porannej kawie, ze zdziwieniem stwierdziłam, że w mojej głowie nie ma już wojny.

Wielka-cisza-470x260

Drogie Panie, drodzy Panowie

– spieszę donieść, że nie warto. Bić się samemu ze sobą, zaprzeczać, poświęcać się ponad wszelką logikę i rozsądek – dla kogoś, kto tego nie docenia. Mój prawie były mąż wydobył ze mnie to, co najgorsze, spychając w otchłań każdą dobrą myśl, jaką o sobie kiedykolwiek miałam. Nic nie było wystarczająco dobre, więc się spalałam, powtarzając sobie, że będzie dobrze, jeśli się bardziej postaram.

Jeśli tylko będę wystarczająco dobrze dbała o dom.
Jeśli tylko poświęcę mu więcej uwagi.
Jeśli tylko zafarbuję włosy na rudo.
Jeśli schudnę. I odpowiednio wydepiluję. Ugotuję obiad inaczej. Zrobię te zakupy, po 16 godzinach na nogach.
Albo wstanę rano na zakupy, bo on nie ma ochoty jechać wieczorem, a wiadomo, że ważniejsze, kiedy on ma ochotę.
Jeśli tylko kupię tę kanapę, na którą nas nie stać.
Zadłużę się jeszcze bardziej, żeby było nas stać, nieważne.
Jeśli kupię książkę, o której powiedział, że chciałby przeczytać, no może to mu pokaże, że słucham, myślę, kocham.
Chcesz dziecko? Dwoje? Troje? Dobrze, będziemy mieli dzieci! Hmm, już nie chcesz? A jeśli ja chcę, to… Nie no, masz rację, co z tego, że ja chcę.
I tak dalej.

Cały ogrom „jeśli”. Ciągła potrzeba zmiany (mnie, no przecież wiadomo, że problem to JA) i poczucie porażki. Nie zasłużyłam.
Wybaczałam chamstwo za chamstwem w imię jakiejś wyższej racji stanu, a na koniec i tak dostałam metaforyczny cios w brzuch.

Być może rację mają ci psychologowie, którzy twierdzą, że kobiety poczucie winy i niższości wobec mężczyzn wysysają z mlekiem matek. Od małego się nas uczy, że mężczyzna jest ważniejszy niż kobieta, zwłaszcza w związku. Jeśli pan Kowalski i pani Kowalska oboje leżą w łóżku z wysoką temperaturą i w końcu zgłodnieją, to kto wstanie i zrobi obiad? No raczej nie pan Kowalski.

Gdy było między nami źle, zaczęłam chodzić namiętnie do terapeutów, psychologów, psychiatrów, seksuologów, etc. – chciałam siebie naprawić, bo przecież TO ZE MNĄ BYŁ PROBLEM. Czytałam tony poradników o naprawianiu związków. O naprawianiu siebie, znaczy się. Mój luby nie widział potrzeby zmiany siebie. Aż kiedyś jeden terapeuta dał mi diagnozę, zapisaną na bloczku recept: „Zaleca się zostawienie jełopa. Nie ma oziębłych kobiet, są tylko leniwi mężczyźni. Nic Panią złego się nie dzieje. Proszę kochać najpierw siebie”.

I tak, podlewając moją ciszę we mnie, uczę się kochać siebie. Przed wszystkim.