Związek

Pożegnanie z miłością

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
28 listopada 2016
Fot. iStock / 400tmax
 

Dzisiaj nagle wymyśliłem Ciebie
Twoje imię zadźwięczało we mnie.

Andrzej Zaucha „Wymyśliłem ciebie”

 

Ludzie z miłości robią różne dziwne rzeczy. Na przykład wierzą w ludzi, w których nie wierzyliby w normalnych warunkach. Albo sobie wmawiają, że ktoś jest taki, a nie inny. Taki, jakim chcą go widzieć.

Wymyśliłam sobie mężczyznę, który będzie chciał być ze mną w każdych okolicznościach. Miałam tymczasem takiego, który był wsparciem wyłącznie w dobrych czasach, w złych się chował.

Wymyśliłam sobie kogoś, kto będzie trzymał mnie za rękę w młodości i na starość, w zdrowiu i w chorobie. Byłam z takim, który przez wiele miesięcy mojej choroby nie wysłał jednego SMS-a z zapytaniem o samopoczucie, a na koniec wyrzucił z siebie serię ciosów typu „Powinnaś zdychać w samotności, nie wychodząc z domu”.

Miałam nadzieję, że oto jest ze mną ktoś, kto docenia, że wszystkie niejasności i wątpliwości zawsze rozwiewam na jego korzyść i odpłacać mi będzie tym samym. Niestety ten, który mi się przytrafił, potrafił krzyczeć do mnie „To jest zawoalowana groźba!” na moje słowa „Miłego wieczoru”.

Wymyśliłam sobie partnera, który związał się ze mną, bo chciał mieć ze mną stabilną, mocną i wspierającą się rodzinę. Ten, który mi się przytrafił, potrafił powiedzieć, że to nawet dobrze, że poroniłam, bo on jednak nigdy nie chciał mieć dzieci.

Mój wymyślony mężczyzna mówił „Kiedyś mnie zdradzano, więc nigdy Ci tego nie zrobię, bo wiem, jak to boli”. Ten, z którym się rozstałam, twierdził „Kiedyś mnie zdradzano, dlatego ja zrobiłem Ci to samo, to nie moja wina”.

Ten z moich myśli przepraszał, że mnie tak ranił (czas przeszły). Ten stojący naprzeciwko mnie patrzył mi w oczy i mówił to, a robił dokładnie to samo (czas teraźniejszy).

Wymyśliłam sobie męża z człowieka dojrzałego, odpowiedzialnego, honorowego. Okazał się wiecznym chłopcem, który ucieka od rzeczywistości i problemów, a honor i prawdę ma jedynie wytatuowane na ramieniu.

Wyobraziłam sobie mężczyznę, który mnie kocha, a miałam takiego, który nie wiedział, co to znaczy i mówił, że już jest dorosły i dlatego w miłość już nie wierzy.

W głowie miałam też obraz kogoś, kto mówi do mnie „Ale najważniejsze przecież, że się kochamy!”. Postać rzeczywista uznała, że miłość to slogan, seks jest ponad wszystko.

Ten z moich wyobrażeń mówił „Chcę z Tobą rozmawiać o wszystkim”, by potem zmienić zdanie, a finalnie mieć pretensje, że do rozmowy namawiam.

Marzyłam, że w jego oczach będę mogła się przeglądać ze spokojem i akceptacją. Widziałam tylko pogardę i niezadowolenie.

Wymyśliłam sobie człowieka inteligentnego i szukającego odpowiedzi. Na koniec spotkałam się tylko z takim, który ucieka od wszystkiego, co wymaga zmiany i pracy nad sobą.

Najbardziej wierzyłam, że to na wieki wieków, więc walczyłam, ile mogłam. Nie znalazłam wzajemności.

Chciałam zachować w pamięci pozytywne obrazy, dlatego zależało mi, aby utrzymać poprawne, jeśli nie przyjazne, relacje. Wierzyłam w „życie po”. Wierzyłam w porządnego, mądrego i czułego człowieka, któremu dałam 1/3 swojego życia. Aż zdałam sobie sprawę, że wierzyłam w moje wyobrażenie. Tego solidnego, porządnego i czułego mężczyzny z moich wspomnień nie ma, to projekcja. Żegnam się, wznosząc toast kieliszkiem Chianti.

I to jest chyba pierwszy pogrzeb w ogóle w moim życiu, w którym uczestniczę.


Związek

Gdzie diabeł nie może

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
2 grudnia 2016
 

– Chemiooporność ma Pani dużą. Nie wiem, będziemy podawać wlewki dalej, ale… hmm… jak by to powiedzieć… Może się Pani będzie musiała u nas położyć na onkologii… Już tak… Na stałe, tak jakby…
– To znaczy kiedy ma Pan Doktor na myśli?
– No… Zobaczymy jak zadziała ta seria chemii, ale… Jak będzie dobrze, to… Na wiosnę…
– Odpada. Termin mi nie odpowiada.
[Tu zwykle następuje pełna zdziwienia cisza. Przedstawiciel służb medycznych patrzy wtedy na mnie, zszokowany, próbując zrozumieć, co mam na myśli]
– Ale… jak to?
– System of a Down się reaktywowali i latem są koncerty. Planuję przeżyć drugą młodość i zostać ich gruppie. Więc wcześniej niż za rok nie dam rady się położyć i biernie umierać, sorry.

Odkryłam nowe hobby – denerwowanie lekarzy. Najsympatyczniej dziwią się rezydenci. Pojąć nie mogą jeszcze, że rządzi mną pierwotna siła – pragnienie przetrwania. Człowiek, który chce umrzeć, powinien poważnie zachorować. Powinien mu się świat zawalić, to nagle to zrozumie – że życie jest cenne i trzeba o nie walczyć. Z reszty trzeba się śmiać.
Jak mówi Agata – w obliczu katastrofy jedyną zdrową reakcją jest popłakać sobie; a potem, jak już popłaczemy, ścieżki są tylko dwie: poddać się i ze sobą skończyć LUB roześmiać się w głos, pokazać środkowy palec i krzyknąć „A właśnie że nie, jeszcze Wam pokażę!”.
No więc się okazało, że to drugie jest bliższe mojej naturze. Surprise!!!!

A więc – kim jest Agata?
Agatę poznałam kilka wlewek temu. Skazali nas obie za recydywę na jedną celę, przeczepili do łóżek rurkami i igłami i oświadczyli, że nie wyjdziemy, nawet za kaucją, póki kary do końca nie odbędziemy. Na szczęście prycze chociaż dali dwie. Aby nie oskarżono ich o łamanie praw skazańców, dorzucili po jednej poduszce i kocyku, żeby nam kończyny nie zmarzły podczas leżakowania, jak również zapewnili po posiłku, dożylnym. Prawie Bahamy, panie!
Weszłam Ci ja tego dnia i usłyszałam od progu „Oho, rozwódka!”
Jako że nikt inny za mną do pomieszczenia tortur nie wchodził i jasne było, że moja współwięźniarka mnie miała na myśli, zadumałam się nad jej zdolnościami profetycznymi.
„Tylko rozwódki się tak radośnie uśmiechają, idąc na chemię” – wyjaśniła usłużnie, parskając śmiechem.
„Może i racja. Wszak najgorsze już i tak za nami” – podjęłam wyzwanie i w kilka minut odkryłam, że Agata to moja siostra z innej matki, ewidentnie.
Jak tak leżysz na tej kozetce, czasami nawet godzinami, a przez rurki wpływają ci do żył kolorowe płyny i ruszać ci się nie wolno, to osobę do rozmów traktujesz jako błogosławieństwo. Zadziwiające, jak ludzie szybko nawiązują bliskie kontakty, gdy tylko się ich przywiąże do sąsiadujących łóżek. A wraz z potem, krwią i bólem wychodzą z ciebie najszczersze zwierzenia. I wtedy odkrywasz, że twoja „wyjątkowa” historia, wcale nie jest taka „wyjątkowa” – być może ludzkość wymyśliła i wcieliła w życie już wszelkie możliwe chamstwa, więc po prostu zaczęła się powtarzać, nieznacznie tylko modyfikując szczegóły?
Otóż Agata, jak ja, też ma męża. Jej mąż też ją kochał, dopóki było dobrze. Jak było ciut gorzej, to chodzili na terapię, na amerykańską modłę nieco, żeby nie było, że się „nie starają”. A jak było bardzo źle, to małżonek wystawił jej walizki za drzwi i kazał iść sobie do mamy albo koleżanki. „Nie umiem udźwignąć Twojej choroby! Szukałem siły, ale jej nie znalazłem. Niech ktoś inny Ci pomoże! Będzie Ci lepiej. A ja ze sobą żyć nie mogę, ze swoim brakiem odwagi i siły”. Miesiąc po wyprowadzce Agaty okazało się, że jej mąż tak bardzo pogrążył się w wyrzutach sumienia za to, co jej zrobił i w rozpaczy nad swoją słabością, że aż musiała z nim zamieszkać inna kobieta, która pomaga mu się pozbierać. Dzielny mężczyzna, nie poddaje się!
Po usłyszeniu historii zastanowiłam się przez moment, czy przypadkiem Agata, poza byciem moją oddzieloną w dzieciństwie siostrą, nie jest również drugą żoną mego pierwszego męża. Jako że żadna z nas fotografii małżonków już nie posiada, nie mogłyśmy się wymienić zdjęciami i rozwiać wątpliwości, ale wkrótce ta teza i tak sama upadła – otóż mąż Agaty jest politycznie niepoprawny, to znaczy jest Żydem. No mój nie jest – wiem co mówię, bez spodenek widziałam, poza tym ksenofobia i skrajna prawicowość mego eks nie pozwoliłaby mu na takie faux pas.
Poza tym partner mojej koleżanki z celi był geniuszem: ogłosił wszem i wobec, że w obliczu załamania nerwowego zaciekle studiował Świętą Księgę i szukał Boga, ten więc zesłał mu wersety świadczące o tym, że ma żonę zostawić, bo jest przeklęta. No na to mój nie wpadł…
Co prawda ja swego czasu studiowałam wszelkie dostępne święte księgi i odbyłam liczne szkolenia teologiczne, przyznaję jednak, że za słabo się przykładałam, albowiem w żadnym kanonie wiary, etyki, moralności czy filozofii nie odnalazłam fragmentów mówiących coś w stylu „A gdy połowica Twoja śmiertelnie zachoruje, oddalisz ją od siebie, albowiem przeklętą będzie, i kolejną kobietę sobie w obroty weźmiesz”.
Ale cóż, jak widać zawsze znajdzie się odpowiednia filozofia do tchórzostwa.

Kiedy wiesz, że jesteś już totalnie wolna od kogoś toksycznego, kto cię niszczył?
Kiedy leżysz w centrum onkologicznym pod chemioterapią, opowiadasz współwięźniom historie ze swojego życia i śmiejesz się z tego tak, że pielęgniarka pyta, czy może pomóc spodnie zmienić.
Bo śmiech to zdrowie – ja tam spróbuję wszystkiego, wszelkich dostępnych mi leków.

Poza tym możemy w sobie zdusić gorycz, łzy, samotność, żal, ból, nawet miłość – ale nie damy rady zdusić dzikiego śmiechu. Po co z tym walczyć?

P.S.
Dokładnie tak!


Związek

Zemsto, na imię Ci Kobieta

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
21 listopada 2016
Fot. iStock /

– A więc szukasz zemsty?
– Nie, szukam sprawiedliwości! Ale wezmę i zemstę…

„Siedmiu wspaniałych” 2016

 

Elegancka blondynka siedzi naprzeciwko mnie, popija swoje latte i między łykami ciska we mnie gromy.
– Z Tobą naprawdę jest coś nie tak, on cię tak traktuje, olewa Cię, poniża, a Ty to tak płazem puszczasz?

Grzecznie patrzę na moją rozmówczynię i uśmiecham się zdawkowo. Nie mogę już nawet policzyć rozmów, w których udowadniano mi na wszelkie dostępne sposoby, jaka jestem głupia i nieżyciowa, ponieważ nie zarywam nocy i nie zagryzam palców, obmyślając wyrafinowaną zemstę. W zależności od nastroju, na takie wywody reaguję albo słowną umiarkowaną agresją wobec interlokutora (coby się odczepił) lub obracam w żart (rzeczy obśmiane tracą na mocy).
Przyssana do mojego cappucino, tego dnia akurat myślę o tym, że jak znowu zacznę chemię, to kawy przez jakiś czas nie będę pewnie przyswajać, więc postanawiam sobie nie niszczyć miłego doświadczenia. Wybieram opcję numer dwa.
– Ależ co Ty! Pewnie, że robię: co wieczór rzucam klątwę numer dwa z Księgi Zaklęć i Uroków mojej znajomej: „Kuśki nie stojenia, pryszczy i koszmarów bdsm”.

– No daj spokój! Przez kochanki teraz każe Ci się ze sobą kontaktować? No co za [członek]! Zemsta sroga się za takie działania należy!

Moja urocza znajoma uroczo nawiązała do uroczego doświadczenia z dni niedawnych, kiedy to po kilku tygodniach zrodziła się konieczność, bym się z moim eks skontaktowała w sprawie istotnej, a tu okazało się, że Miś Pyś telefonów ode mnie nie odbiera osobiście. Zaangażować musiałam aktualną wybrankę serca, żeby prośbę o kontakt przekazała, grzebiąc tym samym resztki mojej dumy osobistej.
Uśmiecham się znad mojej filiżanki. Kiedy ta właśnie koleżanka mówi o zemście, to wie, co mówi. Kiedy jej mąż, działacz społeczny w ich małej miejscowości, postanowił wejść w romans z sekretarką, jego żona zorganizowała imprezę z udziałem lokalnych oficjeli, na którym to zaprezentowała projekcję filmu zrobionego ze zdjęć zdobytych przez detektywa. Niewierny małżonek z każdym kadrem przedstawiającym jego ekscesy seksualne coraz bardziej przekreślał swoje szanse na polityczne poparcie zaproszonych gości. Od tamtej pory ksiądz nie odpowiada nawet na jego „Szczęść Boże”, co, jak wiadomo, w mikroskopijnych miasteczkach oznacza społeczny ostracyzm i socjalną izolację.

– No, jest pewien problem. Znaczący. – Siorbię to moje cappucino i myślę, że muszę kolejny raz oddać spodnie do zwężenia, bo znowu są za szerokie. Chemioterapia jako środek wyszczuplający, no cóż. – A mianowicie, mój mąż nie ma politycznych zapędów, a księdza na ulicy nawet by pewnie nie zauważył.

– Oj, daj spokój, zrób jak Anka chociaż! Każdy ma czuły punkt!

Hmmm, Anka… Inna znajoma, która zemstę na byłym partnerze podniosła do rangi sztuki. Dosyć psychotycznej, nawet jak na mnie:
za pierwszym razem wykupiła 3 billboardy – obok pracy eks, obok pracy jego wybranki i tuż przy ich wspólnym mieszkaniu; umieściła na nich niewybredne opisy co do wierności i uczciwości nieszczęsnych kochanków oraz nie pominęła faktu, iż oboje porzucili rodziny z małymi dziećmi…
za drugim razem różowym sprayem wypisała na samochodzie partnera „Byłeś dla mnie wszystkim obok syna. Zdrajco, zostaniesz z niczym”

Oczami wyobraźni zobaczyłam hasła na billboardach, jakie mogłabym zafundować mojemu eks i aż parsknęłam śmiechem.
Idźmy dalej: na drzwiach mieszkania wypiszmy mu markerem „Tu mieszka Markiz de Sade, zapytaj o usługi” …
No a samochód ma służbowy, więc odpada, co będę osobom trzecim życie utrudniać…

Blondynka fuknęła na mnie po raz kolejny. Niepoważnie podchodzę do sprawy, ech…

– Nie rozumiem Cię, nie chciałabyś chociaż jego kobiecie na złość zrobić? Wiedziała przecież, że z żonatym idzie, wiedziała o Twoim stanie, tak się nie robi nikomu!

No cóż, to rzekomo pierwotne – w miłości i zemście podobno kobiety są bezlitosnymi barbarzyńcami (to Nietzsche). Jako że nasze (tj. moje i jej, nie moje i Nietzschego) kręgi są tak zbliżone, a świat tak żałośnie się skurczył i nas przybliżył na odległość jednego tylko stopnia oddalenia poprzez znajomych, zszarganie opinii o drugiej osobie może być banalnie proste. I totalnie niepotrzebne.

Ale ja się już na niej zemściłam.
– Taaaaak? – zdziwienie.
– Tak. Oddałam jej mojego męża.

Serio, serio – jeśli wiążesz się świadomie z kimś, kto nie jest znany z wierności i nie wie kompletnie, czego w życiu chce, proponuje ci wspólne życie i mieszkanie natychmiast po wyjściu z długiego związku, którego nie zakończył jeszcze, do tego jest w stanie totalnie zostawić wieloletnią partnerkę z chorobą terminalną i przez pół roku nawet nie zadzwonić z zapytaniem o pomoc – to ech, czy jest czego zazdrościć i za co się mścić?

Regularnie słyszę, że jestem nieżyciowa i głupia, bo nie pałam rządzą zemsty. Tak, czasem złość mnie roznosi. Ludzie lubią podsycać te negatywne emocje. Znam kobiety, które są wiele lat po rozstaniach i nadal mówią „Ach, jak ja bym chciała, żeby mu się coś złego stało! Żeby ktoś go pobił! Żeby w końcu cierpiał!”. I tak latami się tym karmią.

My, kobiety zranione, pragniemy sprawiedliwości, a jak jej nie dostajemy (bo – szczerze – czy jest cokolwiek, co mogłoby się przytrafić mojemu eks, co byłoby porównywalne z tym, co on mi zrobił?), to próbujemy zadowolić się zemstą. Nawet jak się we mnie gotuję, umiem już rozróżnić te pragnienia – i wiem, że nie ma możliwości, żeby zemsta mi dała zadośćuczynienie. W tej wściekłości można się zapędzić daleko.
– Uprzedzam też, że nie będę jak ta kobieta z Rawy Mazowieckiej, co to mężowi za zdradę jądro obcięła!

– Dowcipkuj sobie, dowcipkuj. Rzeczywiście, z Tobą jest beznadziejna sprawa: mają rację ci, co mówią, że jakby Tobie pozwolili bronić Breivika, to by za kaucją wyszedł! – obraziła się chyba.

Spokojnie dopijam moje cappucino i szykuję się do wyjścia.

– Nie. Mojego eks też nie bronię. Tego się nie da wybronić, nijak. Ale ja już wiem, że dla takich jak on jest tylko jedna zemsta.

– Tak? Jaka niby?

– Żyć z całych sił i żyć dobrze. Jedyną godną uwagi i energii zemstą jest dobre życie w zgodzie ze sobą i własnymi wartościami. Jego małość nie umniejsza mojej wielkości.