Lifestyle Związek

Po pierwsze, nie obwiniaj. 10 rzeczy, które powinieneś wypróbować, zanim zrezygnujesz ze swojego małżeństwa

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
9 marca 2017
Po pierwsze, nie obwiniaj. 10 rzeczy, które powinieneś wypróbować, zanim zrezygnujesz ze swojego małżeństwa
Fot. iStock/jacoblund
 

Chcesz, by twoje małżeństwo się zakończyło, czekaj biernie, aż ta druga osoba się zmieni  – mówią ci, którzy znają się na rzeczy. Ale jeśli ciągle zależy ci na uratowaniu tego związku, nie rezygnuj z niego, póki jeszcze trwa. Stale niezadowolony i krytykujący partner nie może być motywacją do zmian, a jego oceniające zachowanie powoduje jeszcze większą frustrację i niechęć do naprawiania czegokolwiek. Choć jest to naturalne, że chcesz zrezygnować gdy stale się od siebie oddalacie, terapeuci par, właśnie w tym trudnym momencie zalecają ocieplanie relacji i próby wzmocnienia tego, co zaczyna się rozpadać.

Jaki jest przepis? Na każde negatywne odziaływanie, zalecana jest reakcja 5:1, czyli pięć działań pozytywnych, opartych na chęci wysłuchania drugiej strony i empatii. Ale przede wszystkim, powinniśmy wypróbować przynajmniej te 10 strategii, zanim na dobre się poddamy i zrezygnujemy z naszego małżeństwa:

1. Skończ z obwinianiem

Często krytykujesz swojego partnera i wytykasz mu jego błędy? To zła taktyka. Dużo lepsze efekty osiągniesz mówiąc o konkretnych reakcjach i konsekwencjach jego zachowania niż atakując. Inaczej brzmi: „Martwiłem się, kiedy nie zadzwoniłaś, bałem się, że się spóźnimy” , a inaczej: „Nigdy ci nie po drodze, nigdy nie pomyślisz, żeby zadzwonić”.

2. Przestań koncentrować się na niszczących konfliktach, których nie można rozwiązać

Wiecie, że 69% konfliktów w małżeństwie nigdy nie zostanie rozwiązanych? Warto więc nauczyć się nimi pomyślnie zarządzać. „Odbić się” od nieporozumienia a unikać konfliktu to kluczowa różnica. Pary, które unikają konfliktów są narażone na ryzyko stagnacji, bo partnerzy oddalają się od siebie.

3. Staraj się zrozumieć: siebie i partnera; wyrzuć gniew

Zadaj sobie pytanie: Co właściwie próbuję osiągnąć? Unikaj wyzwisk, sarkazmu, złośliwości i osobistych ataków na partnera. Pamiętaj, gniew jest zwykle objawem wewnętrznego bólu, strachu i frustracji.

4. Dąż do większej, fizycznej bliskości

Trzymanie się za ręce, przytulanie i dotykanie uwalniają oksytocynę, która relaksuje i uspokaja.Pozytywne doznania fizyczne zmniejszają również poziom hormonów stresu, w tym kortyzolu.

5. Pielęgnuj uczucie sympatii i podziw dla drugiej strony

Przypomnij sobie pozytywne cechy swojego partnera – nawet wtedy, gdy musisz się mierzyć z jego wadami. Mów głośno o tym, co dobre. Szukaj wspólnego pola, a nie upieraj się by iść „swoją drogą”. Posłuchaj jego / jej punktu widzenia i nie zamykaj się na komunikację.

6. Zaplanuj trochę czasu „razem”

Wystarczy rozmowa, która pokazuje, że masz w sobie empatię dla partnera. Poczucie, że jesteście „po tej samej stronie” może wam pomóc utrzymać głęboką więź i postawę jedności wobec innych.

7. Postaw na szczerą komunikację, rozmawiaj o kluczowych sprawach w waszej relacji

Pamiętaj, aby się do siebie zbliżyć, trzeba mówić o swoich obawach i wyrażać swoje myśli, uczucia i pragnienia w odpowiedni sposób. Urazy powstają wtedy, kiedy „zamiatamy pod dywan”.

8. Nie rozdrapuj starych ran, nie jątrz

Skoro decydujesz się naprawić swój związek, ciągłe wracanie do tego, co bolało, co go niszczyło, jest działaniem przeciw sobie. Zgoda, że trzeba to, co się wydarzyło wyjaśnić i wyciągnąć wnioski, ale na tym koniec. Nieufność i żal nie pomogą odbudować tej relacji.

9. Stwórz strefę „wolną od ranienia się”

Krytyka jest niedozwolona. Priorytetem jest wyeliminowanie toksycznej, negatywnej komunikacji i zmniejszanie napięcia wynikającego ze złych emocji między wami.

10. Przebaczaj

Przebaczenie nie jest akceptacją krzywdzących działań, ale przyjęciem do świadomości, że one miały miejsce.

Możesz czuć ból, frustrację, urazę, możesz mieć poczucie odrzucenia. Ale jeśli zanim staniesz się krytyczny, spróbuj jeszcze raz z życzliwością i zrozumieniem spojrzeć na swojego partnera. Warto spróbować.


Na podstawie: goodmanproject.com


Lifestyle Związek

Czas zakasać rękawy. Biorę się za półki w łazience. Matko, po co mi ten zwietrzały olejek i cztery mydła?!

Redakcja
Redakcja
9 marca 2017
Fot. iStock / PeopleImages
 

Wiosna to czas, kiedy warto pożegnać się z tym, co stare i zrobić miejsce na nowe. Za zawartość szafy nie mam serca się wziąć, bo wszystkiego mi szkoda, dlatego zaczynam od kosmetyków trzymanych w łazience. Zawsze to jakiś krok naprzód, czystsze sumienie i czystsze mieszkanie. Włączam ulubioną, rytmiczną muzykę, bo zawsze lepiej sprząta się tańcząc. Wchodzę do łazienki.

I z przerażeniem spoglądam na swoje półki, pełne tylko i wyłącznie moich kosmetyków. Jest ich aż trzy… Dobra. Biorę głęboki wdech. I wydech. Ruszam do dzieła.

Już po chwili mój kosz się zapełnia. Jest pełen resztek kosmetyków, których szkoda było wyrzucić, bo „przydadzą się na czarną godzinę” – naprawdę wierzyłam! I tak w śmieciach wylądowały dwie butelki z szamponami do włosów normalnych i do farbowanych, odżywka bez spłukiwania, lakier do włosów super mocny i olejek arganowy, bez zakrętki. Oprócz tego znalazłam jeszcze:

– 4 mydła zapachowe – dwa od babci, bo miała na zbyciu. Dwa kupiłam, bo pięknie pachniały. I co z tego, że przerzuciłam się na mydło w płynie, bo kostki ślizgały się i wpadały ciągle do wanny? Podejmuję decyzję. Zostawiam, przydadzą się.

– końcówka płynu do soczewek – często latam samolotami, więc się przyda. Nie zabiorą mi jej podczas kontroli na lotnisku.

– końcówka zmywacza do paznokci – przemilczam to, że od pół roku robię hybrydy. Ostra decyzja bez sentymentów. Kosz!

– krem do depilacji bikini – szukam i szukam tego doskonałego, który pomoże pozbyć się wszystkich włosków. Kolejny się nie sprawdził. Jego miejsce znajduje się w śmieciach. A ja szukam dalej. Dziewczyny, polećcie jakiś!

– henna – był okres, kiedy nie miałam czasu na wizyty u kosmetyczki, więc sama zajęłam się przyciemnianiem brwi. Z lepszym i gorszym efektem. Trochę się wszystko uspokoiło i wróciłam do zaufanego salonu. Mimo to zostawiam hennę. Na czarną godzinę.

– farba do włosów – jak wyżej. Teraz rozjaśniam włosy i nie zamierzam wracać do ciemnego koloru. Kosz.

– peeling Grenadina&Pomarańcza – kosz, kosz, KOSZ. Nie znoszę tego zapachu. Przesłodki, duszący. Co on tu jeszcze robi? Kosz!

Kurze starte, potrzebne kosmetyki ułożone. A jak to wygląda u was? Też macie w swojej łazience rzeczy, które już dawno powinny wylądować w koszu? Pochwalcie się!


Lifestyle Związek

Jestem dumna z tego, kim jestem. Nie muszę być lepsza, mocniejsza… Niczego nie muszę udowadniać

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
8 marca 2017
Fot. istock/maroznc

Jestem kobietą. Żadne odkrycie. Mogłabym mieć żal do świata, że akurat nią. Mogłabym kląć, płakać i przeklinać, że dlaczego nie mężczyzną, dlaczego nie kimś, kto miewa w życiu łatwiej i prościej. Ale co to by dało? Zupełnie nic. Mogłabym się porównywać, wyliczać liczne minusy, ale co by to zmieniło? Usłyszałabym – źle ci, zmień płeć. To teraz takie proste.

Świat był i zawsze będzie podzielony ma męski i żeński. Ci, którzy widzą najpierw człowieka, a nie cycki, czy penisa – nadal pozostają nielicznymi.

Ale dziś nie chcę zastanawiać się, co by było gdyby, jak wyglądałby mój świat, gdybym nie była kobietą. Jestem nią. I w końcu nauczyłam się mówić o tym z dumą, a nie za zamkniętymi drzwiami przyznawać się do płci, która często jest tą pogardzaną, ale też uważaną za słabszą.

No więc jestem kobietą, zatem jestem:

– feministką

tak. Dziś pierwsze z czym kojarzy mi się bycie kobietą, to bycie feministką. I nie widzę w tym słowie żadnych pejoratywów. Bycie feministką, to zwracanie uwagi na problemy kobiet, piętnowanie ograniczania naszego prawa do wyboru takiego życia, jakie uczyni nas spełnionymi i szczęśliwymi – w każdym jego wymiarze. Bycie feministką to wskazywanie palcem na fakt, że kobiety są bite, nieszanowane, upokarzane. Ale bycie feministką, to też bycie dumną z tego, że jestem kobietą. To nie ukrywanie się za męskimi plecami, tylko stawianie czoła wszystkim przeciwnościom i niechęciom wobec każdej z nas.

– matką

to jedna z najważniejszych dla mnie ról. Ale nie jedyna. Bycie matką to całą gama emocji, lęków, strachu i ogromu bezwarunkowej miłości, jaką możemy dawać, ale też otrzymywać. To nasze dzieci kochają nas takimi, jakimi jesteśmy, nie za coś, nie po coś. To one dają nam radość, ale uczą pokory, pokazują, że miłość nie ma ram, w które powinna się zmieścić, dopasować.

– żoną

czy też byłą żoną, partnerką. To bycie z kimś, a nie dla kogoś. To związek, który uczy nas, że nikt nie jest idealny, nikt nie jest ani lepszy, ani gorszy. To ten związek jest dla mnie synonimem równości, jeśli nie zachowamy jej w relacji z najbliższą dla nas osobą, to nigdy nie osiągniemy równości w relacjach z innymi ludźmi. To szacunek dla siebie nawzajem. Bycie kobietą w związku to zrozumienie, że każdy z nas powinien być w pełni akceptowany, że nikt nie jest gorszy, nikt nie ma większych praw, mniejszych obowiązków.

– kochanką

która ma prawo cieszyć się seksem i nie może być za to piętnowana. Kochanką, która ma prawo powiedzieć: „nie mam ochoty”, dla której seks jest i zabawą i cudowną intymnością, jest synonimem miłości, ale też zwyczajnej ludzkiej namiętności. Potrzebą bliskości i rozładowaniem złych emocji.

– kobiecością

czyli wszystkim tym, co każdej z nas z kobiecością się kojarzy. Dla niektórych to będzie ciało, dla innych intelekt, dla kogoś wrażliwość, a jeszcze komuś skojarzy się z delikatnością. Każda z nas nosi w sobie tę cząstkę kobiecości wspólną dla nas wszystkich, tylko w różnym stopniu i na różne sposoby pokazywaną, wydobywaną.

– siłą

nie wierzysz, że siłą? To pomyśl, ile jesteś w stanie zrobić dla kogoś kogo kochasz, a komu działaby się krzywda. Więc nie mów, że nie jesteś siłą. Bycie kobietą to moc przenoszenia gór, działania na przekór wszystkim i wszystkiemu, to siła, która popycha nas do działania bardziej i bardziej. Jeśli jesteś w stanie wiele zrobić dla innych, to pomyśl, ile możesz zrobić dla siebie. Jestem kobietą – jestem siłą.

– błędem

na które sobie pozwalam, ale też które sobie wybaczam i do których daję sobie prawo. Bo już rozumiem, że nie muszę być idealna, że nie wszystkim muszę pasować do ich wizji świata. Mam prawo do własnych wyborów, do decydowania o sobie, ale też świadomość ponoszenia odpowiedzialności i konsekwencji za decyzje, które podejmuję.

– mądrością

bo pielęgnuję własne doświadczenia. I te dobre i złe. Uczę się, wyciągam wnioski. Obserwuję. Staram się być uważna na siebie, na innych. Wierzę w trzy fazy życia kobiety: kiedy jest dziewczynką, później matką, a na końcu staruszką, którą symbolizuje mądrość. Do niej dążę.

– wrażliwością

bo składam się z emocji. Czasami próbuję je zakopać głęboko, ale i tak zawsze biorą górę, rozbrajają cały pancerz, wzruszają, rozśmieszają, pochylają nad drugim człowiekiem, nad krzywdą, nad cierpieniem albo nad problemem, z którym ktoś nie może sobie poradzić. Jesteśmy utkane z wrażliwości, choć nie wiem, dlaczego lubimy udawać, że wcale tak nie jest.

– zmęczeniem

które sama sobie fundujemy – ot cała prawda. Jesteśmy zmęczone, choć tak rzadko mamy odwagę powiedzieć o tym głośno. Ale warto się tego nauczyć, warto powiedzieć: „mam dość”. Przyznając się do zmęczenia, wbrew pozorom nic nie tracimy, wręcz przeciwnie – pokazujemy swoją ludzką twarz, nie próbując udowadniać całemu światu, że jesteśmy nadludźmi.

– rozdarciem

między tym, co słuszne, a tym, co powinnam. Nieustannie toczy się we mnie walka o siebie postrzeganą przez pryzmat potrzeb najbliższych mi osób. To nie jest łatwe, nie jest nawet czarno-białe. To umiejętność kompromisów, asertywności, szeregowania rzeczy ważnymi i ważniejszymi. Bo tak bardzo chcemy realizować własne pragnienia, zarazem bojąc się, że ci, których kochamy, tego nie zrozumieją. I choć może to wydawać się innym głupie, choć przejdziemy dziesiątki warsztatów, nadal to rozdarcie w nas będzie. Jest naszą częścią.

– wściekłością

kiedy próbuje mi się wmówić, co dla mnie będzie dobre. Kiedy nikt mnie nie słucha, kiedy lekceważy się mój głos, kiedy próbuje się umniejszyć moją wartość! Tak, wtedy nadchodzi wściekłość, furia, która każe krzyczeć, wyciągać parasolki, tłuc talerze – to ostateczny krok, żeby zostać zauważoną, wysłuchaną.

– ciałem

które należy tylko do mnie, o które ja dbam, o zdrowie którego zabiegam. To ja decyduję, kto będzie je dotykał, kto pieścił, kto nie ma prawa przekroczyć mojej granicy bliskości. Moje ciało to moja własność, żadne dobro męskie, żadna publiczna własność. Nikt oprócz mnie samej nie ma władzy nad nim, nikomu nie przysługuje prawo dysponowania moim ciałem, rozporządzania nim. Nikt nie ma prawa nim pogardzać.

Jestem kobietą, jestem składową wszystkich tych elementów. Jestem dumna z tego, kim jestem. Nie muszę być lepsza, mocniejsza. Przestańmy się ścigać, udowadniać, że jesteśmy tak samo dobre, tak samo równe jak mężczyźni. Bądźmy sobą. Kochajmy się i szanujemy nawzajem.


Zobacz także

Zaraz wyjdę i nie wrócę, czyli dlaczego każda z nas potrzebuje czasu tylko dla siebie

Tajniki profesjonalnego makijażu – krok po kroku

Przeżyj jeden dzień, tak jakbyś nie miał wolnej woli. Czyli dlaczego wiewiórki nie zasługują na więzienie?