Psychologia Związek

„To może zamieszkamy razem?”. Jak ocenić, czy to dobry pomysł?

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
24 stycznia 2018
Fot. iStock/Milan_Jovic
 

W każdej poważniejszej relacji dochodzi w końcu do momentu, w którym zaczynamy rozważać wspólne mieszkanie. Nie jest to łatwa decyzja, ponieważ bardzo często wymaga wywrócenia życia do góry nogami. Inaczej do sprawy podchodzą dwudziestolatkowie, którzy dopiero co rozpoczynają dorosłe życie, a inaczej osoby po przejściach, z dziećmi z poprzednich związków, kredytami w bankach i pracą, która uniemożliwia zmianę miejsca zamieszkania. O ile wszystkie te logistyczne sprawy można jakoś ogarnąć, z zapanowaniem nad naszymi emocjami bywa trudniej. To poważny krok, dlatego warto dobrze się zastanowić, zanim spakujesz wszystkie swoje manatki i zaczniesz wić nowe gniazdko ze swoim ukochanym. 

Wszystkie to znamy – tę euforię, poczucie, że to właśnie ten jedyny. Chcemy spędzać ze sobą każdą wolną chwilę i spędzamy. Po chwili dostrzegamy, jak męczące są te ciągłe dojazdy, pakowanie najpotrzebniejszych rzeczy do torebki. I tak powoli dociera do nas, że najlepiej byłoby zamieszkać razem. Nie ma znaczenia, które z was pierwsze powie o tym głośno – zamiast skakać z radości, lepiej na chłodno zastanowić się, czy to już TEN moment.

Zdaniem terapeutów istnieje kilka sygnałów ostrzegawczych, świadczących o tym, że nie jesteście jeszcze gotowi na ten krok. Jak to ocenić?

„Gdy zamieszkamy razem, nasze relacje się poprawią”

– Tym się właśnie kierowałam, gdy postanowiłam zamieszkać z Wojtkiem – mówi 32-letnia Karolina. – I to był dopiero gwóźdź do trumny. Często kłóciliśmy się o drobiazgi i wydawało mi się, że wspólne mieszkanie rozwiąże nasze problemy. Przestaniemy się o wszystko czepiać, bo siłą rzeczy będziemy spędzać ze sobą więcej czasu. Niestety tak nie było. Na jaw wyszły jego kolejne cechy charakteru, które mi nie pasowały. W końcu przebywanie z nim pod jednym dachem stało się dla mnie prawdziwą udręką.

Niektórym z nas wydaje się, że wspólne mieszkanie pomoże naprawić relacje w związku. Tok rozumowania przypomina inną, równie bzdurną zasadę: „Zbliżymy się do siebie, gdy pojawi się dziecko”. Niestety, ani dziecko, ani wspólne mieszkanie nie rozwiążą waszym problemów.

„Po prostu przejęłam inicjatywę”

Iza wprowadzała się do Krzyśka „stopniowo”. Najpierw przyniosła szczoteczkę, później kilka par majtek i skarpetek. Systematycznie zaczęła znosić kosmetyki i inne drobiazgi. W końcu spędzała w jego mieszkaniu coraz więcej czasu, a w swoim, wynajmowanym pokoju studenckim pojawiała się sporadycznie. Nigdy tak właściwie nie czuła się jednak dobrze u niego. – Z perspektywy czasu wiem, że o takich sprawach trzeba porozmawiać. Obie strony muszą się zadeklarować. Ja właściwie wprowadziłam się bez jego zgody i w pewnym momencie dał mi do zrozumienia, że to mu nie odpowiada – mówi.

Decyzję o wspólnym mieszkaniu można rozważać dopiero wtedy, gdy obie strony jasno wyrażą taką chęć. Robienie czegoś na siłę często wynika z desperacji. Zdarza się, że druga strona czuje się osaczona, bo nie jest jeszcze gotowa na taki krok.

„Liczyłam, że mu się odmieni”

Adam od początku mówił, że nie jest gotowy na założenie rodziny. Na tym etapie życia zależało mu najbardziej na karierze zawodowej. Mówił o tym Ance, ale ona wciąż wierzyła, że to tylko kwestia czasu. Wspólnie życie miało go do tego przekonać. Rozstali się po dwóch latach od momentu, w którym wynajęli razem mieszkanie.

Kobietom często wydaje się, że postawienie mężczyzny przed faktem dokonanym (mieszkanie, ciąża) w magiczny sposób zmieni jego nastawienie. Rzadko do tego dochodzi, choć oczywiście zdarza się. Jeżeli partner jasno komunikuje swoje potrzeby lub plany na przyszłość, nie należy oczekiwać, że pod wpływem naszych zaborczych działań mu się odmieni.

„Działałam pod wpływem impulsu”

– Nigdy nie planowałam przeprowadzki do innego kraju. Dopiero gdy poznałam Tomka, zaczęła to rozważać. I tak znalazłam się w Holandii. Ryzykowałam dużo, bo po pierwsze nie znałam języka, a po drugie – miałam małe dziecko z poprzedniego związku. Tam na miejscu nikogo nie znałam i nie małam żadnej pomocy. Szybko pożałowałam mojej decyzji – opowiada Ala.

Jeżeli stały kontakt z rodziną jest dla ciebie ważny lub potrzebujesz ich pomocy na co dzień, dobrze się zastanów, zanim wywrócisz swoje życie do góry nogami. To samo dotyczy wyjazdu do innego kraju. Ten pomysł może wypalić, pod warunkiem, że przeanalizujesz wszystko na chłodno i nie będziesz działać pod wpływem chwili.

„Poświęciłam wszystko”

Kaśka również wiele zaryzykowała dla nowego związku. Z powodu przeprowadzki do dużego miasta musiała rzucić swoją dobrze płatną pracę w stolicy. Ciężko pracowała na awans, więc odchodziła z bólem serca. – Drugi raz nie podjęłabym takiej samej decyzji. Wtedy byłam szaleństwo zakochana i nie docierało do mnie, jak wiele ryzykuję i ile poświęcam dla tej miłości. Bardzo szybko zaczęło mnie to frustrować. Ostatecznie nasz związek nie wypalił. Myślę, że to był jeden z powodów – mówi.

Przemyśl wszystkie plusy i minusy, zanim zdecydujesz się na tak poważny krok. To może wypalić, jeśli naprawdę długo ze sobą jesteście, planujecie ślub i dobrze siebie znacie. Nie decyduj się na tak radykalne zmiany, jeśli znasz faceta krótko.


 

Na podstawie: Huffington Post


Psychologia Związek

Do czego kobiecie potrzebny jest romans? Czasami tylko tak może uratować swoje małżeństwo

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
24 stycznia 2018
Fot. iStock/mixetto
 

O kobietach, które mają romans, mówi się, że się puszczają i dodaje kilka niewybrednych epitetów, których cytować nie mam ochoty, bo zdradzający facet, to znowu ogier i ten, który ma powodzenie wśród kobiet. On okazuje się być bogiem, a ona dziwką, która się ku*wi.

Poza tym, co to znaczy, że kobieta może mieć ochotę na seks, i to ochotę większą niż mężczyzna? O kobiecej seksualności się nie mówi, udaje się, że jej nie ma, sprowadza się ją jedynie do zaspokojenia potrzeb mężczyzny, a nie dla własnej przyjemności. Cóż, na szczęście seksualność kobiet zaczyna wychodzić w końcu z szafy, kobiety coraz częściej podkreślają, że seks jest dla nich ważny, także w związku. Są sfrustrowane nieudanym seksem, brakiem orgazmu w małżeństwie, co bardzo często jest powodem romansowania z innymi mężczyznami. Chcemy czuć się seksowne, pożądane, chcemy czerpać radość z seksu i kiedy brakuje nam tego w związku, szukamy zaspokojenia tych potrzeb na zewnątrz, wcale nie myśląc o tym, że odejdziemy od męża.

Znam kobiety, które żyją w wieloletnim szczęśliwym związku tylko dlatego, że mają kochanków. Czasami jednego przez lata, czasami kilku na przestrzeni czasu. Te kobiety nie rzucają się impulsywnie w ramiona obcego mężczyzny. Nie przeszukują bezmyślnie portali randkowych. Każda z nich włożyła wiele wysiłku i pracy, by poprawić życie seksualne ze swoim mężem czy stałym partnerem. Niestety czasami bywa to niemożliwe. Tak po prostu jest. Ludzie dobierają się z różnych przyczyn, bywa, że seks nie jest tym, co w ich łączy. On ma mniejsze potrzeby, mniej chęci, ma problemy, z którymi nie chce iść do lekarza, bo jemu nie przeszkadzają. Ona stara się do momentu zajścia w ciążę – pierwszą, drugą, później odpuszcza, a jej mąż woli poświęcić się pracy, dzieciom, swoim pasjom niż zareagować na potrzeby swojej żony. Dopiero wtedy kobieta zaczyna się rozglądać za kimś innym.

Bardzo często myślimy, że kobiety uprawiają seks, aby poczuć bliskość partnera, podczas gdy mężczyźni uprawiają seks dla przyjemności. A przecież doskonale wiemy, że nie zawsze jest to prawdą. Są kobiety, które chcą seksu dla czystej przyjemności, bez tych wszystkich uczuciowych kontekstów. To właśnie te kobiety, najczęściej niezaspokojone w małżeństwie, szukają okazji do romansu, nie angażują się uczuciowo w relacje z kochankiem, dla nich ważny jest seks, w którym odkrywają się na nowo, robią rzeczy, które wcześniej nawet nie przyszłyby im do głowy.

Czy naprawdę większość z nas myśli, że kobiety romansują tylko po to, by zniszczyć swoje małżeństwo, by mając kogoś odważyć się odejść od męża? Niekoniecznie. Wiele kobiet przyznaje, że to właśnie romans uratował ich związek. Dlaczego?

Alina, żona od 14-tu lat: „Kocham swojego męża, ale po drugiej ciąży właściwie seks w naszym związku przestał istnieć. Ile razy ja mogę wychodzić z inicjatywą, skoro on nie ma ochoty. Myślałam, że mnie zdradza, że kogoś ma, ale nie. To po prostu facet, dla którego seks nie jest ważny. Wyłam do księżyca, bo nie wiedziałam, ile wytrwam w takim małżeństwie, jak długo można żyć bez seksu. A przecież nie chciałam od niego odejść, bo jest nam razem naprawdę dobrze. Nie chciałam z kimś innym się wiązać tylko dla seksu. Kiedy poznałam Marka wszystko się zmieniło, odczułam niesamowitą ulgę. Mam seks, choć nie z mężem. Mogę zaspokoić swoje seksualne potrzeby z jednej strony, a z drugiej być z facetem, którego kocham”. Ktoś może spytać o uczciwość takiej relacji, ale czy to my powinniśmy ją osądzać?

Kiedy rozmawiam z kobietami, które prowadzą podwójne życie – choć one same nie lubią tego określenia – okazuje się, że żadna z nich nie stawia romansu na pierwszym miejscu. „Rodzina jest dla mnie najważniejsza, spotykam się z nim od czasu do czasu, kiedy wiem, że nie dzieje się to z krzywdą dla moich dzieci czy męża. Tak, wiem, jak to brzmi, ale co mam zrobić. Powiedzieć: odchodzę, bo brakuje mi seksu? Nie chcę. Od trzech lat mam kochanka, wyjaśniliśmy sobie od razu, w jakim układzie funkcjonujemy. Powiem ci, jaka to ulga…” – tłumaczy Anka dodając, że decyzja o romansie była jedną z lepszych, jakie podjęła. „W końcu zeszło ze mnie napięcie, przestałam się czepiać męża i dzieci o byle bzdurę. Wcześniej, przez lata, wszystko mnie irytowało. Nawet to, że mój mąż odstawia w innym miejscu niż ja cukierniczkę. O to potrafiłam zrobić aferę. Teraz jest w końcu normalnie, spokojnie. Kocham męża i rodzinę, ale lubię seks – musiałam to wszystko jakoś pogodzić. Wcześniej miałam wyrzuty sumienia, poczucie winy, ale dzisiaj widzę, że to było najlepsze rozwiązanie tej patowej sytuacji”.

Ola z uśmiechem na twarzy opowiada o swoim mężu: „Dobraliśmy się jak w korcu maku, mamy te same zainteresowania, to samo poczucie humoru, lubimy razem spędzać wolny czas, on jest dla mnie nieustanną motywacją do rozwoju, tylko ten seks. Od początku byle jaki, kiepski. Myślałam, że to takie początki, że wszystko się zmieni. Gdy urodziła się córka, odpuściłam”. Ola od wielu lat spotyka się z mężczyznami dla seksu. To daje wentyl dla jej seksualnych potrzeb. „Możesz myśleć, co chcesz, ale romanse uratowały moje małżeństwo, w którym jestem szczęśliwa. Nie wyobrażam sobie ułożyć życia z kimś innym”.

Seks rozładowuje stres, negatywne emocje, dzięki temu możemy być lepsi dla innych, stajemy się mniej czepliwi, roszczeniowi i oczekujący. Dużo prawdy jest w powiedzeniu, że seks łagodzi obyczaje. Nie jest tak, że po dobrym seksie w waszym domu atmosfera się rozluźnia, wy stajecie się dla siebie milsi, lepsi? A co mają powiedzieć kobiety, które latami nie mogą uwolnić tego stresu, nie mają jak go rozładować, nie mają orgazmu?

Kobiety, które decydują się na romans tylko dla seksu, a nie z chęci stworzenie nowego związku, podkreślają, że starają się wyciągnąć z tego romansu jak najwięcej dobrego dla ich małżeństwa. „Kiedyś usłyszałam, że kobiety nie potrafią zdradzać, bo od razu angażują się emocjonalnie” – opowiada Anka. „Cóż, panowie – bo to oni wygłosili tę teorię – nawet nie wiecie, jak się mylicie. To kolejny stereotyp, którym kierują się faceci – bo przecież kobieta nie zdradzi tylko dla seksu czy tylko dlatego, że jej brakuje przyjemności orgazmów w małżeństwie. Nieprawda. Mówili to faceci, którzy siedzieli ze mną przy stole, na wspólnej imprezie. Myślałam tylko: „gdybyście wy wiedzieli…”.

Każda z kobiet podkreśla, że dzięki romansowi bardziej skupiają się na rodzinie, na mężu, są w stanie dać im więcej, niż wcześniej. „Wyobraź sobie, że po latach możesz w końcu pozbyć się tej frustracji, irytacji, stresu, to jest wyzwalające. Wiem, że to brzmi dla nierozumiejących głupio, ale dzięki romansowi jestem w końcu lepszą żoną. Żoną wyrozumiałą, akceptującą, uśmiechniętą”.

Czy kobiety powinny romansować? Jasne, że nie – powinny być szczęśliwe w swoich związkach, także w seksie. Wiemy jednak, że to nie zawsze jest możliwe. Czasami rozmowy nie pomagają, czasami mąż nie chce nawet rozmawiać. Udaje, że problem nie istnieje, choć urasta między nimi do gigantycznych rozmiarów. Każda kobieta, którą znam, a która miała choćby krótki romans mówi, że to ją otworzyło na związek, dało przestrzeń do rozmowy, do podniesienia jej poczucia wartości, zbudowania pewności siebie i zawalczenia o małżeństwo.


Psychologia Związek

„Tata? Wystarczy, że jest, nie musi praktycznie nic… Naturalna niesprawiedliwość”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
24 stycznia 2018
Fot. istock / SolStock

Tydzień ferii za nami. W tym roku nie udało mi się nigdzie wyjechać dalej, ani wziąć urlopu, ale na tyle, w taki sposób lawirować czasem własnym i dziecięcym, by dać moim synom jak najwięcej fajnych doświadczeń, przygód, doznań, wrażeń.

Pierwszy weekend ferii wyjazd – wprawdzie rodzinny w okolicach W-wy, ale… był. Był i basen, i boisko i klub full serwis, czyli bawilandia, zajęcia ruchowe dla rodziców z dziećmi i grota solna i jacuzzi i wystrzały owsiakowe i… kino i igloo i górki i …wreszcie łyżwy, na które nie udało mi się z chłopcami dostać któregoś wieczoru, za to trafiliśmy na niesamowity mecz siatkówki – – grała drużyna Legii i Anwil Włocławek. Sala pełna, wszystkie bilety wyprzedane, złapaliśmy jedne z ostatnich.

To zdarzenie na końcu to nowe zupełnie doświadczenie i dla moich (9-letniego i 11-letniego) chłopaków oraz dla mnie. I fajnie jest odkryć i wiedzieć, że nie tak znów daleko od miejsca zamieszkania jest ładny Klub sportowy, gdzie dzieją się różne wydarzenia, które mogą żywo interesować moje dzieci i mnie samą przy nich;), uczyć ich kibicowania na żywo i pokazywać, że sport może być pracą, grą, fajną zabawą, nawet życiem, a i świetnym widowiskiem. Tu mam jednak duże ALE co do kibiców Legii. Znaleźliśmy się na widowni po środku dwóch sfer kibicowych – po lewej stronie Ci kibicujący Włocławkowi, po prawej mnóstwo warszawskich „Legionistów”.

I wiecie co… Ja tego nie kumam. Bo w pewnym momencie nie wiedziałam, na co przyszłam, czy na wrzask, często niepotrzebny, kibicujących Legii, łącznie z wyzwiskami, tzw. łaciną, etc., czy na mecz z fajnym pozytywnym kibicowaniem (takie też było obecne).

Luuudzie…, ja nie cierpię, gdy poza granicami W-wy, a i w niej mówi się źle o warszawiakach, szczególnie, że Warszawa jest zlepkiem mnóstwa przyjezdnych tu za tzw. chlebem poza rodowitymi osadnikami. Nie raz słyszałam i widziałam w TV wybryki kibiców drużyn piłkarskich, ale tu…zobaczyłam też tych koszykarskich. Po co to? Po co aż tak? I raptem ta magia przebywania chłopców oglądających pierwszy raz w życiu ważny ogólnopolski mecz na żywo zostaje zabłocona i coś się psuje i świechta i trzeba tłumaczyć dzieciom, co to, po co i dlaczego.

Sorry za ten wywód przydługi. W końcu nie o tym miało być. Jednak tak na marginesie sądzę, że może dlatego legioniści przegrali (http://legia.com/aktualnosci/koszykowka-legia-warszawa-anwil-wloclawek-60-95-57533). Mnie też ciężko by było sie skupić przy aż takiej grupie niby pozytywnych, robiących sztuczny hałas kibiców.

Tak, czy inaczej chłopcy nie mają co narzekać na pierwszą połowę ferii. Między moją zajętością, a ich wolnością dałam radę. Udało się. W międzyczasie spadł śnieg, sprawiając m.in., iż zamiast łyżew ślizgaliśmy się na czterech kółkach, jako, że myśląc, iż zima nas ominie, a i chcąc ciut zaoszczędzić, nie przygotowałam opon na taki „kataklizm”;)
Za to dla dzieci frajda! Przed wyjazdem do swojego ojca korzystali ze śniegowych uciech do ostatniej minutki, wraz z kolegami, którzy wrócili z rodzinnych wypadów. Aż tak, że… nawet do mokrych majtek. 🙂

I… wreszcie przyszedł czas zmiany – zmiany feriowej warty. To tata dzieci miał ich wziąć na tydzień. Wreszcie upragniony przez dzieci czas, a przede mną wizja „odpoczynku”.

Chłopcom bardzo brakuje ojca na co dzień, co jest zjawiskiem zupełnie normalnym. Wyjechali tylko/aż do jego mieszkania (do jego nowej rodziny) w drugiej części W-wy, ale dla nich to zawsze radość.

Pakowanie ich było jak zwykle pewnym zamieszaniem, w którym pomagałam. Zamieszanie, bajzelek, sprawdzanie co wzięte, co nie i pytam np. ich ojca i ich samych:…
Spodenki sportowe, bluzki? Otrzymuję odpowiedź od ojca dzieci: Nie. Po co? nie będziemy nigdzie jeździć (ze mną nie było takiej opcji, bo ja z chłopcami jeździłam i do klubu sportowego i tam, gdzie strój sportowy przydać się mógł i się przydawał). Tata dzieci mówi „nie”, to i moi chłopcy przytakują, bo jak tu tacie się sprzeciwić? Pytam dalej: buty sportowe? Gdyby chcieli gdzieś pograć w piłkę? Odpowiedź uzyskuję znów: Nie, nie będą chyba potrzebne. Damy radę. Chłopcy dalej nie marudzą, bo…no tak – jadą z tatą. Pytam: stroje kąpielowe? Odp.: Nie, nie będą potrzebne 😀
Czyli na basen też nie pojadą, choć mają go blisko od miejsca zamieszkania taty.  I w tym przypadku w obecności taty chłopcy nie piszczą, że może by chcieli.
Choć zabierają komórki, no tak: te na pewno będą potrzebne – gry, internet, tablet, te rzeczy teraz będą pewnie na porządku dziennym.

Ludzie!… I tak… ja dwoję się i troję, by dzieciom zapewnić atrakcje, urozmaicić im czas, tata… wystarczy, że jest, nie musi praktycznie nic, poza tym, że zabrać ich do siebie i gdzieś tam być obok choć.

Naturalna niesprawiedliwość: dzieci tęsknią za tym rodzicem, którego nie ma na co dzień, którego im brak, to jego postać wynoszą pod niebiosa. Dodatkowo chłopcy tęsknią i potrzebują faceta. Dobrze by było, gdyby ten stanowił dla nich fajny wzór (z tym b. różnie).

Ja staram się być dla nich i facetem, czyli i tą częścią, którą powinien im zapewnić tata i mamą. Dwa w jednym. Ten układ jednak czasem wydaje się wymykać spod kontroli i czasem sił na niego brak. I są na to dowody, np. wtedy, kiedy sąsiad przynosi mi torebkę zostawioną za drzwiami w korytarzu lub kiedy ochroniarz w centurm handlowym zabiera moją kurtkę zostwioną w jednej z jadłodajni;) a w kieszeniach…uuu.

Może warto bym się tym tak nie martwiła i po prostu czasem była dla nich -dzieci, z nimi, nie bojąc się, że czegoś nie dostaną. I warto chyba, żebyśmy my wszystkie, my mamy samotne, samodzielnie wychowujące dzieci i zajmujące się wszystkim same, przypomniały sobie, że warto być, być  dla dzieci lecz też dla siebie, bo bycie dla nich jest piękne, ale jeśli tylko dla nich, to i tak nie zostanie do końca docenione. – Niestety tak jest. – I wtedy jeszcze bardziej będzie nas boleć, kiedy wariują na widok taty pojawiającego się tylko w drzwiach.

Tak jest po prostu i zaakceptujmy to i może trochę pobądźmy dla siebie w momencie, kiedy dzieci są tam…
Życzę nam tego niejednokrotnie, byśmy potrafiły czerpać z tego czasu bez dzieci dla siebie, byśmy to potrafiły, bo mnie na razie to wychodzi średnio bardzo.

 


Zobacz także

6 sytuacji, które zrozumie tylko osoba o typie urody „baby face”. Kiedy wyglądasz na mniej lat, niż masz naprawdę

#pokochajmysie

Czy miłość może trwać całe życie? #Pokochajmysie

Kilka rzeczy, które robią kobiety, a o których nie masz pojęcia. Nie zawsze jesteśmy świadome piekła, w którym żyjemy