Związek

W miłości nie ma pomyłek. Czego nauczy cię „nieudany” związek, tego nie dowiesz się już nigdy potem

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
4 lipca 2017
Fot. iStock/CoffeeAndMilk
 

Cierpisz z powodu utraconej miłości? Niepotrzebnie. Każdy pocałunek, każdy wspólny dzień, każda kłótnia, każdy związek jest w naszym życiu z jakiegoś powodu. Pomyśl o tym w ten sposób, a zrozumiesz i zobaczysz więcej, niż do tej pory.

Może trafiłeś na niewłaściwą osobę, może to był „tylko” nieodpowiedni dla was czas i miejsce.  Może daliście oboje z siebie wszystko, co można było dać, żeby ta relacja się rozwijała, a mimo to, uczucie wygasło. Może nawet mieliście już wspólnie wynajęte mieszkanie i bardzo poważne obietnice dalszej, wspólnej przyszłości, ale i tak – nie powiodło się. Może gdzieś w połowie drogi zdałeś sobie sprawę z tego, że nie jesteś gotowy na nowy związek albo osoba, którą pokochałeś wybrała kogoś innego. Może złamano ci serce albo to ty je komuś złamałeś. Cokolwiek się wydarzyło, zawsze pamiętaj – w miłości nie ma błędów.

Bo nawet jeśli:

♥ pokochałeś kłamcę, oszusta, kogoś z gruntu złego, to doświadczając bólu rozczarowania, stałeś się silniejszy,

♥ wasza miłość wypaliła się i skończyła z czasem, to gdyby nie zdarzyło się inaczej, nie byłbyś w stanie dostrzec różnicy między przelotnym zakochaniem, a głębokim zaangażowaniem,

♥ ukochana osoba złamała daną ci obietnice, to nauczyłeś się, że oddając komuś swoje serce, należy jednak być ostrożnym i nie zatracać się w tym uczuciu do końca,

♥ straciłeś miłość, bo nie byłeś gotowy na poważną relację, to dziś już widzisz, że ty również możesz zranić innych, że powinieneś postępować delikatnie, gdy wiesz, że dla kogoś stajesz się całym światem.

Wyleczyć złamane serce, to zrozumieć miłość. Nie ma tu błędów, ani pomyłek, są tylko momenty, w których możesz się uczyć o sobie, rozwijać się i odbudowywać to, co zostało zburzone. Nie myśl o nieudanym związku jak o stracie czasu, przecież były chwile, kiedy naprawdę czułeś się szczęśliwy. Nie żałuj tego jak bardzo kochałeś – byłeś autentyczny.


Na podstawie: huffingtonpost.com

 


Związek

„Po co pani to zrobiła? On dopiero teraz da mi popalić”. O tym, jak daleko możemy się posunąć niosąc pomoc ofierze przemocy

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
4 lipca 2017
Fot. iStock/filadendron
 

W życiu bywało mi różnie: dziś mogę powiedzieć, że poznałam je od podszewki. Doszłam jednak do takiego etapu, że kiedy trzeba – działam. Choć przyznaję, to, co przydarzyło mi się kilka dni temu podkopało na chwilę moją wiarę w słuszność takiego postępowania. Kto jest w stanie określić jednoznacznie, gdzie sięgają granice pomocy? Jak daleko możemy się posunąć, jeśli sumienie nakazuje nam reagować, ale osoba, którą chcemy wybawić z kłopotów, sama tego nie chce?

Pracuję w szpitalu, ale z taką sytuacją spotkałam się właściwie pierwszy raz. Do  gabinetu na pewne badanie zgłosiła się młoda kobieta, pani po trzydziestce. Koleżankę, która je przeprowadziła, zaniepokoiło jednak co innego niż silny ból głowy pacjentki: liczne i rozległe siniaki na jej ramionach. Spontanicznie, „prosto z mostu”, zapytała, co właściwie się stało. W końcu przecież jesteśmy w placówce medycznej, takie pytanie nie powinno nikogo dziwić. Ale kobieta w panice, nerwowo narzuciła na siebie sweter i odwróciła wzrok. Interesowało ją jedynie to, by mogła najszybciej odebrać wynik swojego badania. Na korytarzu czekał na nią mąż.

W głowie zapaliło się mi czerwone światełko. Wszystkie obrazki, jakie miałam przed oczami ułożyły się w całość: ten wstyd, lęk, spuszczona głowa… Tak wygląda ofiara przemocy. Trzeba coś z tym zrobić, ratować ją, dowiedzieć się jak pomóc.

Po szybkiej naradzie z koleżankami, wykorzystując chwilową nieobecność jej męża w poczekalni, zaprosiłyśmy ją do siebie, do gabinetu. Tam, posadziłam ją na krześle i zapytałam po prostu, czy ktoś zrobił jej krzywdę. Szybki, zaprzeczający ruch głową jeszcze bardziej utwierdził mnie w przekonaniu, że coś tu jest „nie tak”. Powiedziałam więc kilka słów o sobie, o moim życiu, które mnie nie oszczędzało. Zadziałało.

Historię, którą usłyszałam, można by nazwać „klasyczną”. Ale przecież, każda historia ofiary przemocy, mimo powtarzających się schematów i mechanizmów jest historią indywidualnego nieszczęścia.

Przemoc, której doświadczała nasza pacjentka, była wymierzoną przez męża karą za zdradę, której się dopuściła. Miesiąc bicia, poniżania, grożenia odebraniem dzieci i wyrzuceniem z domu za rok pozamałżeńskiej relacji z innym mężczyzną – tak, do tej pory, przedstawiał się wyrok.

Trudno mi ocenić, czy większym błędem tej kobiety był romans, w który się wdała, czy związek z obecnym mężem, jeśli był on zdolny do takiego okrucieństwa. Nie usprawiedliwiam jej postępowania. W każdym razie, za chwilę niedozwolonego szczęścia płaciła teraz ogromną cenę. Jeśli dodamy do tego, że akcja tego dramatu rozegrała się w małej miejscowości, gdzie cała społeczność opowiedziała się po „jego stronie”, trudno nie zrozumieć jej wycofanej postawy i lęku o przyszłość. W tym związku była jedynie „dodatkiem do mężczyzny”, bez własnych pieniędzy, a obecnie – bez poczucia godności.

Miałam przed sobą emocjonalny wrak człowieka, kobietę z tak silnym poczuciem winy i braku wartości, że miałam wrażenie, że nie rozumie już nawet, że jak bardzo by nie zawiniła, nie wolno jej traktować w tak okrutny sposób.

Uderzyło mnie to, jak bardzo chciała, by wynik badania okazał się negatywny. Mąż powiedział jej, że w razie kłopotów zdrowotnych jej pomoże. Jeśli natomiast byłaby zdrowa, może się pakować. Ponieważ badanie nie wykazało niepokojących zmian, kobieta wyraźnie się załamała.

Naszą rozmowę przerwał dźwięk jej telefonu: zdenerwowany mąż zaczął coś podejrzewać. Odruchowo wyciągnęłam z torebki kilka wizytówek: psychologa i adwokata. Na kartce zapisałam swój numer telefonu i patrzyłam jak wychodzą razem: ofiara i kat. Żona i mąż.

Sprawa nie dawała mi spokoju. Odnalazłam numer telefonu lekarza rodzinnego tej pary i podzieliłam się z nim swoimi wątpliwościami, sugerując, że w tym domu problem jest głębszy. Obiecano mi, że się tym zajmą.

Następnego dnia zadzwonił mój telefon. Okazało się, że dzwoniła właśnie owa pobita przez męża pacjentka. Nie usłyszałam jednak słów wdzięczności, ale pełne wyrzutów i jeszcze większego strachu „dlaczego pani to zrobiła”. Kobieta gorączkowa tłumaczyła, że przecież wszystko, co się działo, działo się z jej winy, a mąż z całą pewnością nie jest „taki najgorszy”. Usłyszałam, że niszczę jej życie, a przecież właściwie nic takiego się nie stało. Zdumiona obiecałam, że nic więcej w jej sprawie nie zrobię i rozłączyłam się.

Wróciłam do domu z całą masą dziwnych uczuć. Żal, poczucie przegranej mieszają się we mnie do dziś z przekonaniem, że mimo wszystko postąpiłam słusznie. Jednak ciągle zastanawiam się, jak daleko mogłam wkroczyć w życie tej rodziny, chcąc ratować obcą mi osobę, która pozwoliła mi tylko poznać swoją historię?

Od tamtego popołudnia biję się z myślami. Czy mogłam postąpić inaczej? Czy miałam prawo zareagować? Tyle się mówi o tym, że ofiar przemocy się nie zauważa, że milczymy, gdy innym dzieje się krzywda. Nie spodziewałam się takiej reakcji, ale działam pod wpływem impulsu, szczerej chęci pomocy. Głęboko wierzę, że choć chwilowo, udało mi się powstrzymać przemoc w tamtym domu. I, że następnym razem, postąpię tak samo.


Wysłuchała: Anna Frydrychewicz


Związek

Droga mamo, zabawianie dziecka 24/7 nie jest twoim zadaniem! I nie powinnaś mieć wyrzutów sumienia, że masz inne obowiązki

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
4 lipca 2017
fot. iStock/ Geber86

Wakacje to trudny czas dla rodziców – gdy przedszkola i szkoły są zamknięte, stają oni przed koniecznością zapewnienia opieki swoim pociechom. Często dwoją się i troją, by letni czas był atrakcyjny, wymyślają przeróżne rozrywki, planują zabawy, rozmaite zajęcia i… mają wyrzuty sumienia, że są nie dość kreatywni i nie poświęcają się wystarczająco. Tymczasem zabawianie dzieci to nie jest zadanie rodziców – przekonuje popularna blogerka. Uff, można odetchnąć, w końcu jakiś głos rozsądku!

Meredith Masony, matka trójki dzieciaków i autorka popularnego bloga That’s Inappropriate , podzieliła się na Facebooku filmem, w którym przekonuje, że zabawianie dzieci nie jest zadaniem matek i nie muszą one dbać o to, by w wakacje (czy kiedykolwiek indziej) miały one zapewnione atrakcje przez cały czas.

„Nie jest moim obowiązkiem zabawianie moich dzieci. To ich zadanie. Nie twierdzę, że nie bawię się z nimi czasami […]ale jeśli pracuję, gotuję, czy robię pranie – albo jestem zajęta wykonywaniem jednej dziewięciu milionów zajęć, które mam jako rodzic i pracownik – to nie jest moje zadanie, aby je zabawiać”

Masony przekonuje, że nie ma nic złego w zostawieniu dzieciaków samym sobie, przeciwnie – to pozwala im na rozwijanie kreatywności i twórcze podejście, poznanie samych siebie.  Mówi też, że wyrzuty sumienia są niepotrzebne, a rodzice nie powinni czuć się winni, jeśli każą najmłodszym pobawić się samemu lub samodzielnie zorganizować czas wolny – nic im nie będzie, nie dzieje się im krzywda i z pewnością świetnie sobie poradzą.

„Nie musisz być z nimi 24 godziny na dobę, aby je zabawić. Masz inne rzeczy do zrobienia i nie musisz się czuć się z tego powodu winna. Nie musisz pilnować swoich dzieci w każdym momencie dnia. Pozwól im odkryć, kim są.”

Psychologowie i pedagodzy od dawna podkreślają, że nuda jest dzieciakom potrzebna i wbrew pozorom nie szkodzi maluchom, ale pozwala im na nowe odkrycia i rozwój osobisty. Mimo tego wciąż wielu rodziców czuje się w obowiązku, by zaplanować każdą wolną chwilę swojej pociechy – być może apel blogerki, który obejrzało już prawie 700 tysięcy osób, pozwoli niektórym odetchnąć z ulgą i zmieni ich nastawienie.

Na podstawie: www.scarymommy.com


Zobacz także

6 sposobów na to, by być bardziej spontanicznym w związku. Dzięki nim znowu poczujecie się, jak na początku znajomości

Teściowa po polsku

Podobno mądra i dojrzała matka powinna pozwolić odejść swojemu synowi, bla bla bla…Teściowa po polsku

Dlaczego jedni mężczyźni są lepsi od innych? To proste – przy nich kobiety są szczęśliwe