Związek

Miłość to zgoda i pomoc w pakowaniu walizek. Żebym ja mogła iść swoją drogą, a ty byś otworzył drzwi właściwej kobiecie

Seksualnie
Seksualnie
24 lutego 2017
Fot. iStock/Massonstock
 

Mój drogi mężczyzno!

Dostaliśmy od losu kilka naprawdę pięknych lat. Tych nocy pełnych uniesień i poranków, gdy karmiłeś mnie mandarynkami. I dni, kiedy nieustannie trzymaliśmy się za ręce. I kłótni, gdy ty trzaskałeś drzwiami, a ja gryzłam poduszkę i wylewałam łzy. I wyglądałam przez okno, czy już wracasz, żebyśmy mogli zapomnieć każde wypowiedziane w złości słowo. I każdy nasz urloc pamiętam, i spontaniczne wypady w środku tygodnia, gdy kochaliśmy się w aucie na poboczu drogi. Byłeś przy mnie nawet wtedy, gdy naprawdę nie mogłeś, bo wiedziałeś, że tylko ciebie potrzebuję. I tak mijały nam tygodnie i miesiące, gdzie rzadko bywało źle, bo rozumieliśmy się bez słów. Ale życie tworzy własne scenariusze, nie pyta nas o zgodę, zmienia plany i pisze nowe historie. I chyba spłatało nam figla, bo zamiast scalać na wieki, zaczęło dzielić na zawsze. 

Nawet nie zauważyłeś, gdy kupiłam nową kanapę do swojego gabinetu i coraz częściej w nim zostawałam. Ja też po czasie zorientowałam się, że nie wracasz częściej niż zwykle. I stół w jadalni w kilka chwil zrobił się za duży i zbyt pusty. I więcej było między nami zgrzytów, niż dawnych napięć, które rzucały  na łóżko i splatały nasze ciała. I cisza, której jeszcze nie dawno tak nam brakowało. Przyglądałam ci się czasem ukradkiem i zastanawiałam, czy nadal kocham. A zaraz potem ganiłam w myślach i wierzyłam, że to kryzys, po którym znowu będzie dobrze. Może nawet piękniej niż dotychczas. I w końcu jakby przycichło, nawet nad morzem byliśmy i wziąłeś mnie na nagrzanej słońcem plaży. I wtedy już czułam, że to nasz ostatni raz, że już się nie przydarzy, że już cię nie poczuję. I wróciliśmy razem, ale już  osobno. I  mijaliśmy rankiem, i nie czekaliśmy na siebie wieczorem. Tylko tkwiliśmy w bryle nazywanej wspólnym domem, gdzie każde chowało się pod własną kołdrą.

A przecież wciąż mało wiosen za nami i krew jeszcze szumi, a dusza pragnie. Tylko nie siebie już nawzajem, a życia tego za drzwiami. Bo jeśli coś się wypala i kończy, to tylko jakiś rozdział, a kolejny dzień, jak kartka papieru, przyniesie nowe. Po co się stawać obcymi ludźmi, ziać nienawiścią i karmić niechęcią. Gdy w obojgu nas drzemią jeszcze, tak dawno ukryte uczucia i tęsknoty. Bo nam nie wyszło, bo nie po drodze. A  życie musi iść dalej, żebyśmy mogli spotkać tych właściwych. Bo może oni też już nas szukają?  Byliśmy dla siebie potrzebnym przystankiem, oddechem, przed końcem podróży. Spotkaliśmy się po to, żeby umieć później iść dalej i w końcu trafić na właściwe tory. Więc nie rozstawajmy się w złości, bo zbyt wiele sobie zawdzięczamy i za mocno pragniemy pokochać jeszcze raz. Tak jak kiedyś zakochaliśmy się w sobie, na próbę i mniej dojrzale. I dziś przyznaję ci się otwarcie, choć z drżeniem głosu, bo tyle wspomnień i dobrych uczuć, że już nie kocham. Że cię szanuję, że jestem wdzięczna i że dziękuję za każdą chwilę.

Widzisz mój drogi, los choć rozsądny, bywa przewrotny. Bo dał nam siebie, byśmy odkryli, że są inne ścieżki i obce serca, które czekają być może na nas. A nawet jeśli bardzo zabłądzę i pewnej nocy obudzę się sama, to się uśmiechnę. Bo będę wiedziała, że trzymasz za rękę kogoś innego i innej kobiecie zapinasz sandały. I znowu się uśmiechasz i pogwizdujesz w łazience. Miłość to ciągłe szukanie, oczekiwanie i zrozumienie, gdy coś przestaje mieć równy rytm. Miłość to zgoda i pomoc w pakowaniu walizek. Żebym ja mogła iść swoją drogą, a ty byś otworzył drzwi właściwej kobiecie.


Związek

Nie chcę już żadnego z was, bo zrozumiałam, że czas na siebie, że w końcu ja

Seksualnie
Seksualnie
1 marca 2017
Fot. iStock/mikkelwilliam
 

Drogi mężu, cudowny kochanku!

Może zacznę od ciebie małżonku, gdyż te wspólne naście lat, mnie do czegoś zobowiązuję. Pamiętasz jak mi obiecywałeś, że czas nie zmieni twoich uczuć i pragnień, że zawsze będę tą najważniejszą i jedyną? Ja pamiętałam, ty po kilku latach już niekoniecznie. Dostrzegałeś mnie, gdy zabrakło ci czystych skarpet i koszul, uśmiechałeś się do mnie zazwyczaj tylko wtedy, gdy trzeba było na szybko przygotować coś dla twoich znajomych. Zaproszonych oczywiście, bez mojej wiedzy i pytania, czy w ogóle mam na to ochotę, czas i siły, po całym dniu pracy. Mówiłeś, że przecież ty też pracujesz a żona jest po to, żeby dbać o dom, który stanowią również, bywający w nim goście.

Na rocznicę ślubu, przynosiłeś co roku te same, lekko przywiędłe tulipany, bo kupowane w pośpiechu, przed zamknięciem kwiaciarni, żebym nie marudziła. A ja gdy widziałam cię z nimi, jak wchodzisz do pokoju z wymuszonym uśmiechem, udając, że pamiętałeś, zastanawiałam się, gdzie jest człowiek, który prosił mnie o rękę, pewnego majowego popołudnia. Ten, który potrafił mnie docenić, zadbać i sprawić, że z radością, witałam każdy nowy dzień. I noc, przepełnioną wspólnym oddechem, szybszym biciem serc i słowami, które pieściły moje zmysły i ciało. Gdzie się podział mężczyzna za którego wyszłam, myślałam, i uwierzyć nie mogłam, że tak jak larwa zamienia się w motyla, tak ty, przeszedłeś odwrotną przemianę. Trułeś swoim niezadowoleniem i ciągłymi pretensjami, nie zauważałeś moich starań, potrafiłeś tylko krytykować i oczekiwać. Sam nie dając nic prócz spełniania obowiązków, które podkreślałeś na każdym kroku, jakbym była jednym z punktów kontraktu, a nie przysięgi, składanej z miłości.

W naszym łóżku zbudowałeś niewidzialny mur, przez który nie mogłam się przebić, choć bardzo próbowałam, bo nadal w nas wierzyłam. Prosiłam, płakałam, przypominałam ci nasze wcześniejsze chwile, gdy nawet nie musieliśmy o tym zapewniać, bo nasze uczucia widać było w każdym geście. Patrzyłeś na mnie jak na kretynkę, która żąda niemożliwego, jakbym prosiła o gwiazdkę z nieba, a ja chciałam tylko, żebyś wrócił taki jak kiedyś. Aż zwątpiłam i przestałam czekać, bo ciężko wierzyć w cuda, kiedy co rusz, zimna rzeczywistość okłada po głowie i mrozi ostatki nadziei. Dlatego poszłam inną ścieżką i spotkałam kogoś, kto widział we mnie kobietą. Spragnioną i wyposzczoną, chłonącą każde miłe słowo i czuły odruch, tę już dawno zapomnianą i zepchniętą za margines,przykrego obowiązku. Ty i tak tego nie zauważyłeś, cieszyłeś się, że przestałam żebrać o uwagę i twoje dłonie, że przestałam marudzić o wspólny urlop i ciepło w sypialni.

Bo spotkałam ciebie cudowny kochanku, który już na pierwszym spotkaniu szeptałeś mi do ucha, żebym przypomniała sobie, że jestem kobietą. I pomagałeś mi w tym, przez długie miesiące, odbywając ze mną podróże po już dawno zapomnianej krainie. Tej,  gdzie na nowo zauważałam, że mam jeszcze piękne ciało, że moje zmysły żyją i chcą, że moja dusza, budzi się z głębokiego uśpienia i pamięta. Pamięta tę dziewczynę, która śpi nago i chodzi w sukienkach w kwiaty, tę która śmieje się do swojego odbicia, bo zna swoją, wartość i moc. I rozkwitałam na nowo i chciałam więcej, bo w końcu czułam, że jeszcze potrafię, że mogę. I, że nadzieja jak wiosna, nie umiera nigdy i zawsze wraca, bo wie, że jest oczekiwana. I było jak w bajce, gdzie wszystko jest piękniejsze, gdzie kolory intensywniejsze, gdzie słońce świeci jaśniej a noc, nigdy nie jest ponura. I choć od początku wiedziałeś, że jesteś tylko na chwilę, godziłeś się i powtarzałeś, że to nieważne, że niczego nie chcesz w zamian, bo wystarczam ci ja. I ten czas, gdy nasze spragnione ciała stanowią jedno, gdy nad ranem, po moim wyjściu, otulasz się kołdrą z resztkami mojego zapachu. Ale nie wszystkie bajki kończą się happy endem, bo gdy sprzeciwiłam się na pytanie o rozwód, oburzony oświadczyłeś, że albo ty albo on.

A problem w tym, że ja nie chcę już żadnego z was, bo zrozumiałam, bo do mnie dotarło, bo mnie olśniło, że czas na siebie, że w końcu ja. Dziś wam dziękuję i żegnam czule, bo spakowana, z biletem w dłoniach i  pewniejsza niż kiedykolwiek, zaczynam od nowa. Zostawiam wam wspomnienia o mnie, zabieram tylko kilka westchnień od ciebie kochanku i parę rad od ciebie małżonku, żeby już nigdy się nie pomylić. Wyjeżdżam szukać nowej miłości, prawdziwej i opornej na wiek i rutynę, nie stawiającej wymogów, nie zmuszającej do niczego. Tej, o której zawsze warto pamiętać, że gdzieś tam jest i czeka, aż się znajdziemy. I będę żoną, kochanką, przyjaciółką i dziewczyną, do której wraca się jak na skrzydłach, za którą tęskni się, od razu po wyjściu z domu, o której myśli się aż do utraty tchu. Tą samą, której ty mężu już od dawna we mnie nie widziałeś a ty kochanku, chciałeś na nowo usidlić i wsadzić w ramy z napisem ” małżeństwo”. Pamiętajcie mnie z uśmiechem, zwłaszcza w samotne noce, gdzie będę już tylko miłym wspomnieniem. I nie czekajcie, bo nie wraca się do kogoś, kto o miłości słyszał tak dawno, że już zapomniał, czym naprawdę jest.

Już nie wasza żona i kochanka.

 


Związek

„Namówię cię dziś do grzechu tak słodkiego, że opiera mu się mało kto. I nigdy tego nie żałuje…”

Seksualnie
Seksualnie
17 lutego 2017
Fot. iStock / KatarzynaBialasiewicz

Ukochana moja!

Namówię cię dziś do grzechu tak słodkiego, że opiera mu się mało kto. I nigdy tego nie żałuje. Do eliksiru młodości, który możesz wypić tylko z jednych ust. Dlaczego dajesz sobie wmówić, że w pewnym wieku twoja kobiecość umiera? Mimo tego, że twoje serce bije nadal, a dusza pragnie. Mocniej, niż  kiedykolwiek, bo dojrzale i świadomie. Otwarcie, bez zahamowań. Dlaczego zabierasz dłoń i chowacz oczy w podłodze, gdy on cię ukradkiem dotyka? Albo gdy mówi, że wyglądasz jak zawstydzona dziewczynka, że to urocze. Tak bardzo, aż pociągające. Dlaczego zamykasz przed nim drzwi, dlaczego się nie przyznasz, że całą sobą i każdym zmysłem o niczym innym nie potrafisz myśleć, bo wiesz, że to grzech, który na zawsze już warto popełnić. Bo rozbudza, uświadamia, że ciągle jeszcze jesteś, czujesz i chcesz. Bo wiesz, że dzięki temu wrócisz i już zostaniesz. Narodzona na nowo, piękniejsza, niż kiedykolwiek. Bo gdy całuje cię młodszy facet, to nagle znika 20 lat.  Znowu masz aksamitną skórę, znowu jest ci ciągle mało, znowu widzisz siebie inaczej.

Przed twoim lustrem stoi inna kobieta. Dziewczyna, której oczy iskrzą, a na twarzy nie ma ani jednej zmarszczki. Bo gdy czujesz jego dotyk, delikatny jak nocny szept, zaczynasz rozkwitać. Krew płynie szybciej i szumi intensywniej. Oddech przyspiesza, serce zaczyna mocniej bić. Chłoniesz jak wyschnięta ziemia w doniczce, każdą kroplę wody. I wiesz, że on nie kłamie, że widzi w tobie to, o czym mówi. Każdym westchnieniem, gdy sadza cię na kuchennym blacie. I łapczywie chwyta za uda. I czujesz, jak bardzo cię chce, jak widzi w tobie kobietę. Tę , o której zapomniałaś, którą w sobie zostawiłaś. Tę samą, w którą przestałaś wierzyć. Bo ktoś powiedział, że nie wypada, że już wszystko, co powinnaś, przeżyłaś. Że teraz to ciepłe kapcie i raczej skromna garsonka, niż błyszczące szpilki. A przecież wiosna w środku zimy jest możliwa, jeśli uwierzysz. Nie pochowasz siebie za życia, pozwolisz sobie zaszaleć. Zapomnieć się i obudzić obok niego. I zgodzić, zanieść pod prysznic, i rozprowadzić balsam na ciele. I chcieć, żeby dzieliły was krople gorącej wody. Bo najlepszy jest ten moment, ten ułamek sekundy, kiedy wiesz, że za chwilę cię obejmie. I wszystko inne przestanie istnieć. Taka daleka i niezwykła podróż bez wychodzenia z domu. Ta, z której nie chce się wracać.

Przecież nie zaprzeczysz, gdy przypomnę ci, jak się wtedy czujesz. Gdy już rankiem się cieszysz, bo  wiesz, że zapuka razem z nadchodzącym wieczorem. Albo niezapowiedzianym, ciepłym popołudniem. I nie zapyta, czy masz czas, bo wie, że go chcesz. Że te kilka chwil na nowo rozpalą w tobie ogień. I gdy już później wybiegniesz spóźniona, będziesz czuła ich spojrzenia. Facetów, których przyciągasz każdym ruchem. Kierowców, zatrzymujących się z piskiem opon, bylebyś tylko koło nich przeszła. Ekspedientów, którzy tracą głowę przy wydawaniu ci reszty. I urzędników, którzy załatwią dla ciebie, każdą sprawę.  Bo prawdziwie piękna jesteś tylko wtedy, gdy sama to widzisz. Gdy on pomoże ci to odkryć. I to  najprzyjemniejszym na ziemi, sposobem. Głębokim spojrzeniem, pieszczącym twoje ciało.  Głosem, który kocha twój zapach. Językiem i ustami spragnionymi każdego zakątka. Rękoma i ramionami, które dają poczucie bezpieczeństwa i pożądania. Bo gdy przygarnia cię do siebie, czujesz go wszędzie, jak błądzi po pospiesznie rozebranym ciele. I słyszysz, że ciągle chce więcej, że tylko ty.

Moja kochana, bardzo cię proszę, przestań to robić. Okłamywać i udawać w imię przyzwoitości. Bo nikt ci nie każe z niej rezygnować. Tylko pozwól sobie na siebie, żebyś to ty była ważna. Zwariuj, upij się i z nim zatańcz. I pozwól odwieźć do domu i zaproś na górę.  Pokaż, że nie odeszłaś, że tylko zasnęłaś na chwilę. Ale budzisz się jak kwiat po mroźnym marcu. Bo zatęskniłaś za sobą sprzed lat i zrozumiałaś, że możesz, że powinnaś. Bo nadal nią jesteś. I gdy kolejny raz on zapuka do drzwi nie siedź po nimi. Nie gryź palców, tylko otwórz. Pozwól mu wejść i zostać,na dłużej. A  czasem na zawsze. Nigdy nie zadając  pytania z piosenki, która wdarła się kiedyś świtem :

Will you still love me when
I’m no longer young and beautiful? *


Lana Del Rey – Young and Beautiful