Psychologia Związek

„Coś z nią musi być nie tak, z żadnym facetem nie wyszło. Czarownica jakaś…”

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
28 listopada 2015
Fot. iStock / Peter Zelei
 

Mam znajomą. Matylda to naprawdę bardzo fajna dziewczyna. Inteligenta, otwarta, przebojowa. Z nietuzinkową pasją: skleja i maluje miniaturki szybowców. I ładna jest, ma taką oryginalną, trochę południową urodę: włosy ciemne, lekko kręcone i takie figlarne, piwne oczy. Wiecie co wam jeszcze powiem? Właściwie to ona jest beznadziejna. Prawdziwa czarownica.

– Ty to jesteś taka trochę Baba Jaga – jak zwykle trafionym komplementem podbił serce Matyldy jej pierwszy chłopak, a mój (wstyd się przyznać ) kuzyn – Taka zdecydowana i ten… Nie mam pojęcia jak to się stało, ale te dwa magiczne zdania zadziałały na moją znajomą jak najpiękniejsze wyznanie miłości, usłyszane w jakiejś romantycznej scenerii (na przykład o zachodzie słońca i przy dźwięku kumkającym żab). Parą byli równo rok i nawet zdążyli ze sobą zamieszkać, w jej maleńkiej i urządzonej w ameliowym stylu kawalerce po dziadku Antonim.

– Co się stało?! – spytałam kuzyna, jak już ten tak pięknie rozpoczęty związek rypnął o ziemię i rozpadł się na drobne kawałeczki, co spowodowało lawinę dziwnych plotek wśród bliższych i dalszych znajomych. A przecież nic nie zapowiadało takiej tragedii. – Wiesz jaka to wiedźma jest?! – podsumował bardzo nieelegancko obiekt swych nietrwałych uczuć ON – Coś mi się obiło o uszy – skłamałam bezczelnie, ale kuzyn nie wyczuł ironii. – Ona po prostu tak mnie o… opętała. Nie miałem przestrzeni własnej, rozumiesz? Ani chwili dla siebie. Albo trzeba było się chodzić na te wystawy ciągle, albo jakieś irańskie kino. Zgłupiałem kompletnie, zacząłem do teatru chodzić. Dusiłem się. Co ona ze mnie zrobiła, nawet z chłopakami się nie spotykałem jak z nią byłem.

Pokiwałam współczująco głową. Nie kopie się leżącego. Nie będę mu przypominać jak niecały miesiąc temu bardzo przekonująco rozprawiał nad wyższością jakiegoś irańskiego reżysera nad innym, pakistańskim. Ani jak sam wystawał pod kasą teatru po jakieś wejściówki na modne offowe przedstawienie. Ściemę wyczuwam na kilometr.

– Daj spokój, nie ma o czym rozmawiać – czarownica Matylda wykazała się diabelskim taktem – Ja naprawdę myślałam, że on chce ze mną chodzić na te wystawy i do teatru. Nigdy nic nie mówił. A w zeszły poniedziałek stanął przede mną i zaczął płakać. Że on tak nie wytrzyma, że on chce wrócić do swojego życia i żebym mu oddała jego wolność. I że do widzenia kochanie. No to powiedziałam cześć. Przecież jak kochasz, to dajesz wolność.

– Dobrze, już dobrze Tyldziu kochanie. Idź na ten wasz babski zlot. Miotłę weź, ha ha. No taki żarcik, przecież. Tylko melduj się! I na 22-gą w domu! – mówił drugi chłopak, a właściwie partner Matyldy i planował ślub. Kościelny. Z Matyldą, która Pana Boga widzi w każdym człowieku, zwierzaku i kwiatku, ale niekoniecznie w kościele. Nieważne, że ukochana mówiła mu wprost, że jeżeli już, to ona bardzo chętnie, ale w urzędzie, z lampką szampana wśród przyjaciół. Ale że przecież nie może wbrew sobie, przed ołtarzem. I dlaczego musi być koniecznie ta biała suknia? Ona tak kocha kolory, a biały jest smutny. Ślub to przecież radosny dzień… Dzieci? Oczywiście Kochany, ale proszę, zaczekajmy chwilę, tak krótko się znamy…

No więc skończyło się awanturą. Bo ON woli jednak tradycyjną rodzinę i to już i teraz. A kiedy na uczelni Matyldzie zaproponowano doktorat, a on ledwo obronił tytuł magistra, kazał jej na tej miotle odfrunąć jak najszybciej. Z jego mieszkania i z życia też.

Ostatniego absztyfikanta wiedźma Matylda bezlitośnie i bez serca porzuciła. To nic, że był odrobinę niezrównoważony i lubił zbyt mocno trzymać ją za rękę. To nic, że kilka razy mama Matyldy zaniepokojona pytała o te jej posiniaczone ramiona. Że manipulował, oskarżał o każde niepowodzenie? Och, proszę! W miłości wszystko jest dozwolone. Matylda chyba naprawdę jakiś urok na niego rzuciła, bo czego się nie dotknął, to zepsuł. I w pracy nawet przestali go doceniać odkąd zaczął spotykać się z Matyldą. A przecież sam mówił, że przedtem to on tam był najlepszy. W każdej dziedzinie. Matylda sprowadziła na niego wszystkie możliwe nieszczęścia i odeszła razem ze swoim czarnym kotem. Dlaczego? Nie wiadomo. Takie już te wiedźmy są.

Teraz czarownica Matylda robi sobie przerwę od związków. Ostatnie przeżycia zbyt mocno wyczerpały jej magiczne moce. Więc uczy się nowego języka, skleja swoje szybowce (wcale nie miotłę!) i zmienia pracę na taką, która da jej jeszcze więcej satysfakcji. A znajomi komentują: Coś z nią musi być nie tak, z żadnym facetem nie wyszło…

Bo współczesne czarownice –  mądre, ambitne, wolne jak wiatr nadal niewielu zrozumie.  Taki zwykły śmiertelnik, to może zatrzyma na chwilę, na moment i spróbuje zamienić  w zwykłą dziewczynę. Miotłę zabierze, schowa albo połamie i z lataniem – wysoko, pod chmurami by dogonić marzenia – koniec…

Matyldo, niech twój czarodziej zjawi się jak najszybciej. Dwóm „cudakom” przez życie iść łatwiej…


*Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie moja znajoma i wywiad z Wojciechem Eichelbergerem w WO.

 


Psychologia Związek

Świeże bułki i kwiaty bez okazji, to jednak za mało kochanie

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
2 grudnia 2015
Fot. iStock / epicurean
 

W małżeństwie państwa A. jest po prostu wzorowo. Chciałoby się nawet powiedzieć: podręcznikowo. A właściwie było, bo równo miesiąc temu pani A. spakowała manatki i zawinęła się z domu razem z kotem perskim, kolekcją porcelanowych kubków i jedną, pokaźnych rozmiarów walizką. Dlaczego? Nikt nie wie. Nawet pan A., który codziennie dzwoni do żony. – Ale dlaczego, kochanie? – pyta błagalnym głosem – No proszę cię? No jak to teraz wygląda? Skończ już te fanaberie! Wybaczam ci. Tylko wróć, bo w sobotę przyjeżdża mama. I co ja jej powiem?

A pani A. odpowiada tylko w kółko to samo – Zrób pranie, to porozmawiamy, zrób pranie, kochany!

– Takiego faceta zostawiła, małpa – komentują zbulwersowane sąsiadki, gdy pan A. samotnie wsiada rankiem do swojego wypucowanego na błyska auta. Pani A. wyprowadzała się z pompą i fajerwerkami. Nie było wątpliwości, że nie udaje się na zagraniczną wycieczkę, tylko postanowiła rozstać się z mężem. Tak więc całe, pilnie strzeżone osiedle od miesiąca żyje tą nieprawdopodobną wręcz historią. Przecież ten A. to na rękach ją nosił. I zawsze w sobotę takie generalne porządki robił, śmieci wynosił. I zakupy codziennie, świeże bułeczki co rano. To niepojęte jak można być tak niewdzięczną.

No więc dlaczego, kochanie?

Po kolejnej bezowocnej rozmowie z żoną pan A., wchodzi w końcu do pralni. Do tej pory rozpacz całkowicie odebrała mu ochotę na zajęcie się domowymi obowiązkami. Pranie od trzech tygodni nosił do miejscowego zakładu J.Gałązka i syn, „Wypierzemy Twoje brudy”. Ale tego dnia, zrezygnowany usiadł koło kosza na brudną bieliznę. Prawie podskoczył, kiedy tuż za płynem zmiękczającym zobaczył bladoróżową kopertę, a w niej, napisany odręcznie list. Pan A. oparł się o pralkę i przeczytał:

Kochany P.,
Wiem, że swoim odejściem zadałam Ci ból, przepraszam. Pomyślałam jednak, że to jedyny sposób, żebyś zaczął słuchać, a nie tylko słyszeć. Wcześniej wiele razy próbowałam z Tobą porozmawiać, nie wyszło. Mijaliśmy się, starając nie zauważać jak bardzo różnimy się od siebie i jak ten „nasz” problem osiąga coraz większy rozmiar. Bo nie sądzę, żebyś ty go nie zauważał, kochanie. Nie mylę się prawda?

Bardzo Cię kocham. Nie tak jak na początku. Kocham Cię mocniej, szczerzej i mądrzej niż wtedy, kiedy się dopiero co poznawaliśmy, pięć lat temu. Kocham Cię tak, by móc powiedzieć Ci, że nadeszła pora na zmiany. 

Dużo jest miłości w moim (naszym?) życiu, wiesz? Ale nienawiści jest równie wiele.

Kocham Twoją pyszną kawę, podaną o poranku w eleganckiej filiżance, razem z herbatnikiem. Nienawidzę, gdy zdenerwowany, że znów postawiłam tę filiżankę uszkiem do przodu a nie w bok, zrzucasz razem z innymi naczyniami na podłogę w naszej stylowej kuchni.

Kocham patrzeć jak rozmawiasz ze swoimi pracownikami, takim mądrym i zdecydowanym tonem. Nienawidzę, gdy tym samym tonem mówisz do mnie: „Jak znajdziesz prawdziwą pracę i będziesz naprawdę zarabiać to porozmawiamy”.

Kocham czuć się wyjątkowa, gdy na spotkaniu ze znajomymi czy rodziną otaczasz mnie opieką i dajesz mi tyle czułości. Nienawidzę, gdy w domu stajesz się zimny i kapryśny, a czasem nawet wychodzisz trzaskając drzwiami, bo „za długo” rozmawiam z przyjaciółką przez telefon.

Kocham Twoje czułe gesty, kwiaty bez okazji i to jak gładzisz moją głowę szepcząc „księżniczko”. Nienawidzę, gdy podczas niewinnej sprzeczki popychasz mnie tak, że tracę równowagę, a słowo „idiotka” jest wówczas najdelikatniejszym jakim w stosunku do mnie używasz.

Kocham to jak starasz się zabezpieczyć nam przyszłość. Nienawidzę tego, jak wydzielasz mi pieniądze i żądasz uzasadnienia każdego, najdrobniejszego wydatku.

Kocham Twoją spontaniczność. Nienawidzę Twojej nieprzewidywalności. Tego strachu, że za chwileczkę zdenerwujesz się i wybuchniesz.
Kocham moje plany na przyszłość. Ciagle jest tam miejsce dla Ciebie.

K.
P.S. Na odwrocie zapisałam Ci numer do świetnego terapeuty. Jeśli umówisz się na wizytę, powiem Ci gdzie szukać następnego listu.

Chcecie wiedzieć, jaki jest dalszy ciąg tej opowieści? Ja go nie znam. Wiem tylko, że czasem świeże bułki co rano i powrót z kwiatami do domu, to tylko część pewnej historii, część prawdy o związku, rodzinie. O miłości.


Psychologia Związek

Stajecie pod drzewem i staje się TO, jesteś jak sparaliżowana. Gdyby to wydarzyło się dziś…

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
20 listopada 2015
Fot. Flickr/Sigfrid Lundberg / CC BY-SA

To było dawno. – Świat jest mój! – krzyczałaś wtedy głośno, a w Twoich długich włosach hulał wiatr. Miłość? Piękna, kolorowa i radosna, żadne tam smutki i smuteczki. Kiedyś na pewno przyjdzie, otuli cię sobą i uniesie, gdzieś wysoko. Tam, gdzie wszystko się zaczyna. Kiedyś… Będzie jak w filmie. Albo całkiem zwyczajnie jak to w życiu. Zaczekasz przecież, przekonasz się w końcu.
On? Przeciętny facet, niski, łysiejący. Przyjacielski, z imponującym dorobkiem naukowym. Na koncie mnóstwo ciekawych publikacji. W bezpośrednim kontakcie – typ opiekuna. Idealny szef dla kogoś, kto dopiero zaczyna pracę. Dla kogoś takiego jak ty.

– Właśnie ciebie szukałem – mówi przez telefon, kiedy dzwonisz w odpowiedzi na ogłoszenie („młodych, nowe przedsięwzięcie, języki, od zaraz”). Te słowa dodają ci skrzydeł. Oto twój pierwszy, maleńki zawodowy sukces! Opowiadasz o nim przyjaciółce, rodzicom. Tę pracę masz już w kieszeni. Osobiste spotkanie z przyszłym szefem to naprawdę tylko formalność. Umawiacie się w biurze, które dopiero co wynajął. Wita cię z uśmiechem, mocnym uściskiem dłoni. To wzbudza twoje zaufanie. Zawsze zwracałaś uwagę na to, w jaki sposób witają się z tobą nowi znajomi. Dłoń można podać na tyle różnych sposobów!

Popijając kawę z mlekiem słuchasz, jak on roztacza przed tobą wizję rozwoju swojej firmy. Czujesz, że chcesz budować to razem z nim i wiesz, że twój entuzjazm robi dobre wrażenie. Szef wspomina, że ma żonę i maleńką córeczkę. Cieszy cię to, to kolejny plusik do kolumny „zaufanie”. Mija czterdzieści minut rozmowy i wydaje ci się, że jesteście dobrymi znajomymi. Oficjalnie zostajesz pierwszym pracownikiem nowej firmy. Po kilku dniach dołącza do was jeszcze sympatyczny chłopak w twoim wieku, programista.

Masz służbowy email i gruby, czerwony kalendarz w którym rozplanowujesz każdy, kolejny dzień. Tak bardzo się cieszysz, że się udało! Mija pierwszy tydzień pracy. Szef zmniejsza dystans. – Wpadnij dziś w to miejsce – rzuca pewnego dnia na odchodnym zapisując na kartce adres modnej knajpki – Wykąpię Zosię i przyjadę. Będzie kilka nowych osób, poznamy się lepiej.
No czemu się dziwisz? Przecież tak się robi, prawda? Pracujecie razem, żeby to wszystko grało zespół powinien się lepiej poznać. Ktoś przecież ma do nas dołączyć. – Tylko pamiętaj, załóż spódnicę – dodaje jeszcze on. Te cztery słowa na chwilę przykuwają twoją uwagę. Pewnie chodzi o to, że ma być elegancko. Ale jest zimno, zakładasz dżinsy i ulubioną marynarkę, tę z miłego sztruksu.
Jesteś punktualna, on też. Inni chyba nie: rozglądasz się, ale na miejscu jesteście tylko wy dwoje. Szef uspokaja: za późno dałem im znać. Pijecie więc kawę, a on opowiada o swoich podróżach i o maleńkiej córeczce. Potem on proponuje krótki spacer po parku. Patrzysz na zegarek i wahasz się. Jest 21. Spacer? Po parku? No, ale przecież ufasz. Idziesz i w zamyśleniu odpowiadasz na jego pytania.

Potem wszystko dzieje się jak w jakimś filmie. Stajecie pod drzewem i staje się TO. Pocałunek i jego ręce na twoich piersiach i coraz niżej, na spodniach. Jesteś jak sparaliżowana. Nie mówisz nic, nie jesteś w stanie się poruszyć. Zabierasz jego ręce. – Przecież masz żonę, dziecko – mówisz naiwnie, kiedy udaje ci się wydobyć z siebie jakiś dźwięk. – No ale nie robimy nic złego, prawda? Moja żona o niczym nie wie. Jedźmy do mnie, Kasia z małą wyjechała. Możemy pobyć sami.

Nie jesteś w stanie mówić, więc tylko kiwasz przecząco głową. Widzisz jak w jednej chwili jego wyraz twarzy zmienia się z przymilnego na rozczarowany i wściekły. Odwraca się i odchodzi, zostawiając cię tam, pod drzewem.

W domu biegniesz do łazienki i zmywasz makijaż. Pod prysznicem spędzasz bezlitosne pół godziny. Twoje łzy mieszają się z wodą.
Co czujesz? Wszystko i nic. Pustkę i samotność. Wstyd, strach i niepewność przełamane złością. Ale to jest złość na siebie samą. Na swoją naiwność. I jeszcze coś przeciwko czemu się buntujesz: poczucie winy. I na to, że w tamtej chwili nie zrobiłaś nic, że stałaś. Powoli, bardzo powoli dociera do ciebie co się stało. Bezsenną noc przecinają dźwięki smsów: „Nikomu ani słowa”, „Myślałem, że jesteś dużą dziewczynką”, „Przecież, to nie jest złe”…

Następnego dnia działasz jak automat. Kiedy wchodzisz do biura on już jest, twój kolega z pracy również. Ale od tej chwili wszystko wygląda już inaczej. Każdy twój ruch jest surowo krytykowany. Pod twoim adresem zaczynają padać inwektywy, nagle okazuje się, że z niczym sobie nie radzisz, że jesteś „beznadziejna”. Do obowiązków, szef dorzuca ci kilkanaście nowych, w tym czyszczenie wspólnej toalety. Stajesz się ofiarą regularnego mobbingu.

W biurze odbierasz telefony od żony szefa, w czasie, kiedy on wyskakuje „na miasto” ze starą znajomą. Wiesz, że to jedna z jego kochanek, szef tego przed tobą nawet nie kryje. Bijesz się z myślami: powiedzieć jego żonie czy nie? Przestajesz sobie radzić. Po dwóch tygodniach, przychodzi ten moment. Bez słowa wstajesz od swojego biurka i podchodzisz do NIEGO. – Już tu nie wrócę – mówisz i wybiegasz za nim zdąży zareagować. Czujesz, że znowu możesz oddychać.

Mija kilkanaście lat, a ty nie możesz zapomnieć. Masz poukładane życie, dzieci, dom. Kochasz. Ale czasem, myśl o NIM i o TYM, zakrada się i tak  bezczelnie włamuje do twojej głowy. Wyobrażasz sobie spotkanie z nim, po latach. Kolejny raz wracasz do sceny z parku i nie możesz zrozumieć. Dlaczego nie krzyknęłaś, nie uciekłaś, nie biegłaś? Dlaczego nie uderzyłaś?  Dlaczego nie powiedziałaś jego żonie?

Jeśli macie córki, sprawcie by nigdy nie pozwoliły, by sparaliżował je strach.