Związek

Po co kochasz tego pajaca, co to docenić ciebie nie potrafi. A niech idzie sobie w pi*du! Wyluzuj babo

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
19 października 2017
Fot. iStock/gpointstudio
 

Zadzwoniła przyjaciółka: „Wiesz, on mnie chyba już nie kocha”. Dobrze, że rozmawiałyśmy przez telefon, bo nie zobaczyła, jak przewracam oczami. „No, a jak nie kocha, to co?” – pytam grzecznie, a po drugiej stronie zapada cisza. „No jak to co? Świat mi się skończy” – słyszę, choć niezbyt pewnie. Po tych słowach następuje długa dyskusja przy butelce wina z jednej strony i z drugiej. Nie będę tu przytaczać szczegółów, bo nie o to chodzi, ale na miłość boską, serio? Jak on przestaje kochać, to już nic nie ma znaczenia i życie jest do niczego?

Wiecie, bez wahania mogę wskazać profile moich dalszych i bliższych znajomych, które doznały właśnie zawodu miłosnego. Te cytaty, memy, te boleści i łzy wylewane nad pajacem, który – umówmy się, nie zasłużył zwyczajnie na twoją miłość.

W takich sytuacjach włącza mi się tryb: „Baby są jakieś dziwne”, bo czyż nie jest dziwne, że tylko w tym jednym jedynym upatrujemy szczęścia naszego życia? Obiadeczki gotujemy, majteczki prasujemy, ciumkamy, wzdychamy i opływamy w zachwytach, jak on nam żaróweczkę wymieni, nożyk naostrzy, czy łaskawie talerz do zmywarki wstawi. Ja pie*dole, że tak powiem. A później łzy, czarna rozpacz, rwanie włosów z głowy i utrata wszelakiego sensu życia następuje. Bo komu teraz te obiadki, sratki i gadki? Komu pokazać, jak wspaniałe jesteśmy, jak wrażliwe, czujne na jego wymagania i uważne na jego potrzeby. Bo o swoich oczywiście już dawno zapomniałyśmy, zresztą kto by pamiętał, jak tu takiego obrastającego w tłuszcz i wygodę typa mamy pod nosem. Przecież my całe życie na niego czekałyśmy, wszystkie nasze starania skierowane były właśnie tam, gdzie jego oko dojrzy naszą miłość i zaangażowanie.

O matko! I najgorsze, że ja tu nie piszę o jakiś wyjątkach, o kobietach zacofanych, co to ledwo czytać się nauczyły, a wychowane zostały jedynie do ogarniania domu, dzieci i tej głowy rodziny, co to od dobroci tejże we łbie się przewraca i wydaje mu się, że niezastąpiony jest. Ja piszę o kobietach wykształconych, mądrych, fajnych i pięknych, z poczuciem humoru, dystansem do świata, który ulatnia się wtedy, gdy na horyzoncie pojawia się on gotowy wykorzystać jej dobroć i chęć dogodzenia mu byleby tylko z nią został i innej nie uznał za lepszą.

„Ja mu się już chyba nie podobam” – słyszę drżenie w głosie. Strzał w łeb normalnie. No, a jeśli nawet, to świat się zawali? Cześć i czapka, nie doceniasz tego, co masz, to spadaj chłopie na drzewo, ja sobie dam świetnie radę bez ciebie, czego raczej nie można powiedzieć o tobie.

Kurczę, takie jesteśmy świetne. Znam masę cudownych kobiet, które mogłyby mieć świat u stóp, a tymczasem one same padają na kolana szorując podłogę po śladach butów jakiegoś typa, przez którego później płaczą w poduszkę, czują się nic nie warte i co najgorsze – głupie.

Szczerze – najchętniej to bym wzięła i nakopała do tyłka. Spójrz na siebie, na to jak wyglądasz. Zobacz w końcu w sobie fajną dziewuchę, która ma ekstra nogi, albo ekstra cycki albo uśmiech rodem z Hollywood. Serio? Potrzebujesz faceta, żeby czuć się dowartościowana i kochana. A może czas najwyższy ściągnąć różowe okulary przez które to zerkasz na wszystkich facetów i w końcu przyjrzeć się sobie?

Fajna z ciebie babka, zobacz, jak wiele osiągnęłaś, w jakim miejscu jesteś. Naprawdę jest ci dzisiaj na tu i teraz potrzebny facet, któremu obiadki pod nos podtykać będziesz, który nie będzie do ciebie oddzwaniał, nie będzie cię szanował, który wszystkie twoje próby rozmowy kwitować będzie: „Nie histeryzuj” albo jeszcze gorzej: „Masz okres?”.

Nie, żebym nawoływała do porzucania facetów, sama jestem w naprawdę już długoletnim związku, który przeszedł niejedną burzę, nie mówiąc o prawdziwych tornadach. Może dlatego przetrwał i na szczęście jest coraz lepszy, całkiem jak wino, które wypijamy wspólnie od czasu do czasu. Ale jest też taki dlatego, że ja w końcu przestałam się zastanawiać, czy on mnie zostawi, czy porzuci, czy wyrzuci jak zużytą ścierkę na śmietnik. No ja tu bardzo przepraszam, ale jak stary – chcesz odejść to idź w pizdu, ja sobie bez ciebie poradzę. Dlaczego? Bo jestem niezależna, bo nie uwikłałam się w tę relację kompletnie zatracając siebie. Mam swoją pracę, swoje pasje, przyjaciółki, znajomych. Mój mózg nie został zniewolony papką pod tytułem: „musisz mieć męża”. Nie muszę, właściwie nic nie muszę poza jedynym – docenić w końcu siebie i o siebie zadbać. I wcale nie mam tu na myśli dbania dla niego, czy dla kogokolwiek innego. Czas się obudzić i spojrzeć, że kurczę, ty jesteś dla siebie najważniejszą osobą, bez względu na to, czy twój związek trwa dwa czy dwadzieścia lat.

Babcia mojej przyjaciółki mówiła mi: „Wiesz, kiedy będziesz naprawdę szczęśliwa? Kiedy będziesz w stanie wyobrazić sobie życie bez niego, nie jako gorsze, słabsze, tylko inne, ale równie wartościowe”. Noszę te słowa głęboko w sobie, bo są zaprzeczeniem tego tego, kim my kobiety jesteśmy. Przestańmy wylewać łzy, myśleć źle o sobie, obwiniać się o to, że on odszedł, że znalazł młodszą, ładniejszą. Serio go potrzebujesz? Potrzebujesz takiego chama obok siebie, takiego fiuta, który miał cię za nic i za nic miał twoje uczucia? No właśnie. Więc może lepiej podnieść głowę do góry, kupić sobie fajny stanik, w którym poczujesz się kobieco, wyjechać gdzieś na weekend i pomyśleć: „Kurde, jestem zajebista, szczęście będzie miał ten kto mnie pokocha”, a nie odwrotnie!

Amen.


Związek

„Jestem szczęśliwa, ponieważ mój Przemek jest szczęśliwy”. Ożeż w mordę, to wyznanie zwaliło mnie dosłownie z nóg

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
3 listopada 2017
Fot. iStock/cipella
 

Dla odmóżdżeni przełączam kanały w telewizji. Trudno ostatnio znaleźć coś ciekawego, poza filmami na kilku filmowych kanałach. Ale nie poddaję się. Nie mam niestety programu telewizyjnego, więc na oślep walę kciukiem w pilota. A może Darek Stolarz się pojawi lub innych ciekawy i z poczuciem humoru facet.

Tja, jasne. No to mam: „Jestem szczęśliwa, ponieważ mój Przemek jest szczęśliwy” – wygłasza złotą myśl pewna młoda pani, na tle nowocześnie urządzonego domu. Myślę sobie „ja pie*dole, co takiego musiało się wydarzyć, że on taki szczęśliwy, że ona aż tak się cieszy”. Na co trafiłam? Na osławiony program o sprzątaniu, który zrobił kobietom więcej krzywdy niż pożytku. Takie jest moje zdanie. Ale nie chcę zagłębiać się w temat, kto ma większy burdel w domu. Bardziej uderzyły mnie smutne oczy pani, która mówiła o szczęściu po tym, jak wysprzątała mieszkanie, tak, że z podłogi można było w nim jeść, a za radą Perfekcyjnej nawet pasek do odkażania nakleiła w kiblu, to znaczy w środku kibla. No jak nic uszczęśliwiła swojego męża, a jak się okazało i przy okazji siebie, chociaż kompletnie nie rozumiem tego fenomenu odczuwania szczęścia szczęściem kogoś innego. Pełna symbioza… Pytanie tylko, gdzie szczęście owej pani, bo coś nie wydaje mi się, że w czystej łazience.

Inna sytuacja – dyskusja, a jakże – w telewizji – o tym, czy w małżeństwie śpimy osobno. Pamiętam wyznanie Kory sprzed dobrych kilku, jeśli nie kilkunastu lat, kiedy powiedziała, że z Sipowiczem mają osobne sypialnie i ona nie widzi w tym nic złego. To już wtedy wywołało rozmowy w tak zwanych kuluarach – czy to ma sens, po co i na co komu, wiadomo Kora wariatka, kto by z nią co noc w jednym łóżku wytrzymał i inne takie. Nie inaczej było w rzeczonym programie. Tak, jak obecne panie uważały za nic gorszącego spanie osobno, tak już wyświetlające się komentarze widzów były pełne oburzenia. Że po co to wychodzić za mąż, skoro spać chcemy osobno, że jak budować bliskość, jeśli ze sobą nie śpimy.

No nic, złapałam się za głowę zastanawiając się, kiedy my w końcu wyjdziemy z tego średniowiecznego myślenia, że a) kobieta tylko przy mężczyźnie, którego uszczęśliwi będzie szczęśliwa, b) jak już masz męża, to się go trzymaj pazurami nie oddalaj choćby na krok, bo jak nie to pójdzie do innej. Nożeż ja cię pierdykam, ale jak on ma kołdrę grzać innej, to i tak to zrobi, bez względu na to czy jako ta przykładna żona pierzesz mu skarpetki, gotujesz, a wieczorem rozkładasz nogi.

I być może jeszcze bym to przegryzła, olała, pomyślała: „Zrób sobie kobieto herbatkę z miodem i energię wpakuj w coś innego”, ale nie. Jak na złość trafił mi się gdzieś komentarz o tym, że już dość pieprzenia o tym samorozwoju kobiet, że jak odchodzą od facetów, to powinny żałować, a nie tylko myśleć o sobie. Kto był autorem? Facet, choć to wcale nie takie oczywiste, bo kobiety też często piszą w podobnym tonie wzorując się na poetyce swoich babć i matek zapewne: „Miejsce kobiety jest przy mężu”. A gdzie jego miejsce? Zawsze mnie zastanawiało, czemu nie ma drugiej części tej „życiowej” mądrości.

No i tak sobie myślę, że tego pieprzenia o tym, że kobieta jest ważna nigdy dość, bo jak widać, najlepiej, żebyśmy swojego zdania nie miały, facetów po jajkach głaskały i nie daj cię Boże odważyły się pomyśleć, że to czy tamto nam się jednak nie podoba.

No bo skoro ona jest szczęśliwa, bo jej Przemek jest szczęśliwy, to zastanawia mnie do jasnej Anielki, gdzie ona swoje prywatne szczęście znajduje? Czy ona w ogóle je posiada, czy dla niej to kompletne abstrakcja, bo wraz z założeniem obrączki na palec, odpadła jej od mózgu część zwana „JA”. Teraz to już tylko my, wszystko wspólnie, wszystko razem.

A ja na przykład uwielbiam spać od czasu do czasu sama. Rozłożyć sobie wcale nie nogi, a kanapę w salonie i uwalić się nie walcząc o kołdrę, nie wkurzając się, że mi za ciepło czy za zimno. I nijak nie mam poczucia, że mój związek się przez to rozsypie. Wręcz przeciwnie, z przyjemnością wracam później do wspólnego łóżka.

Czy my naprawdę wszędzie tego chłopa musimy ciągnąć ze sobą? Serio, nie potrafimy już nic same, cyrograf podpisany, dusza sprzedana małżeństwu i koniec, po prostu: mnie tu nie ma, a w sumie to nigdy nie było.

Mam swoją teorię na temat dobrych związków. Dobry związek to taki, w którym ty – kobieto możesz sobie wyobrazić, że zostajesz sama, że on odchodzi, a tobie świat się nie zawala, on nie pozbawia się połowy serca, mózgu i wątroby. Jest draniem, fiutem i najgorszym chamem, ale to jego strata. Niech on żałuje, a może lepiej niech nie żałuje tylko idzie swoją droga i tobie więcej głowy nie zawraca, skoro nie potrafił cię docenić.

Serio. Uważam, że tylko kobieta, która czuje się wolna i jest sobą może żyć w świetnym związku. Dlaczego? Bo nie zawiesza się na tym facecie, bo nie patrzy na niego maślanymi oczami odliczając dni od momentu, kiedy ostatni raz dostała od niego kwiaty, zastanawiając się, czy on jeszcze ją kocha, czy może ona za mało o tę miłość się stara.

Kiedy w końcu zrozumiemy, że nawet w związku mamy prawo do własnego szczęścia, do robienia czegoś dla siebie, bez współuczestnictwa w życiu tej drugiej strony. Okej, wspólne życie już jest, czemu aż tak bardzo je zespalać. Ja na przykład nienawidzę horrorów, to teraz co? Mam zacząć je oglądać, bo on lubi? I być szczęśliwa jego szczęściem? A może on nie lubi jeść makaronów, a ja uwielbiam – to teraz mam się tylko na mięso przerzucić? I jeśli on nie chce biegać, to ja mam z nim siedzieć w domu, zamiast iść na jakąś małą lub większą przebieżkę? No litości. Zobaczcie do jakich absurdów potrafi dojść, tfu – na jakie my sobie pozwalamy.

Dlatego dzisiaj z tego miejsca leżącego na kanapie apeluję do was wszystkich kochane i drogie: wrzućmy na luz. Kochajmy siebie, bądźmy szczęśliwe ze sobą, za nikogo nie przeżyjemy życia i nikt za nas go nie przeżyje! I tak, będę pieprzyć o samorozwoju i miłości do siebie tak  długo, jak długo będę słyszeć publicznie wygłaszane opinie, że jak już mąż, to zawsze pod jedną kołdrą, co noc, że inaczej się nie da szczęścia zbudować. No  ja tu bardzo przepraszam – słabe to, jeśli stałość i stabilność związku widzimy jedynie przez pryzmat wspólnej pościeli.


Związek

„Kochanie pomyłem CI gary”. Jakie „ci” i jakie „moje gary”, ja się do cholery pytam. A pan to obiadu nie jadł z tych garów?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
9 października 2017
Fot. iStock/vladans

Wiecie, faceci czasami zachowują się jak ograniczeni umysłowo. Oczywiście nie wszyscy i nie zawsze, ale kiedy słyszę, jak mąż znajomej mówi do niej: „Kochanie pomyłem CI gary”, to robię wielkie oczy ze zdumienia. Co znaczy: pomyłem CI?!? Jakie ci?

I wiecie, on jeszcze dumnie pręży pierś, jakby dokonał czynu na miarę przebiegnięcia morderczego maratonu w Dolinie Śmierci. Tyle, że tu się nie zasapał nawet, nie widać po nim śladów zmęczenia, jak choćby po przebiegnięciu jednego kilometra. Nie, on jest dumny z siebie, jakby osiągnął coś co najmniej niemożliwego.

Początkowo myślałam, że to żart z jego strony, ale gdzie tam. On pomył JEJ gary. Gary, w których ONA dla NIEGO i całej rodziny ugotowała obiad, który ON też ze smakiem zjadł. Ale to i tak są jej gary, no przecież, że nie jego. Może gdyby gotował, to by się do nich przyznał, ale w sumie, to nie warto. Lepiej być z siebie zadowolonym, bo to się nazywa, że zrobiło się coś dla kogoś.

Opowiadam o tym innej mojej znajomej, a ona patrzy na mnie coraz większymi oczami i mówi: „Ja pie*dole, mój zawsze mówi: posprzątałem CI kuchnię/łazienkę – co tam ma do wyboru akuratnie”. I dupa blada, okazuje się, że kredyt wspólny, w papierach oboje widnieją jako właściciele mieszkania, ale już bałagan i syf w nim jest tylko jej. No przecież, że nie jego, on nie sika, nie je, nie goli się i nie daje swoich gaci do prania. No skąd! Sprząta JEJ kuchnię, w której są JEJ okruszki, brudne naczynia i ekspres do kawy do wyszorowania. A niech ma kobiecina, a niech się cieszy, że on taki wyrywny i nie swoje sprząta, a przecież wcale by nie musiał. To jego dobra wola, że się wziął za zasikana deskę w kiblu. Ktoś w końcu na nią sika, co nie, proszę pana?

Ale takim facetom brak refleksji. Naprawdę. Oni są jak troglodyci. Wpadają do domu i od progu jedyne co są w stanie zakomunikować to: jeść, pić, odpocząć, spać i seks. Wszystko. Tyle im do życia wystarczy. A kto im tego dostarczy, kto się nimi zajmie, to już mają w dupie. Do swojej jaskini przyciągnęli za włosy niewiastę, która całe to jedzenie, picie i seksy ogarnia. Ale ten troglodyta jest facetem wykształconym, świadomym, w końcu nie bez powodu dożył XXI wieku i nie wyginął po drodze. Więc, jako ten światły i dojrzały mówi: „Umyłem CI gary”, co by ona nie myślała, że o nią nie dba i o niej nie myśli. A jakże, myśli i jeszcze wspaniałomyślnie wtrąca się w te kwestie, które przecież jego udziałem być nie powinny, wiecie on: jeść, pić, spać, seks i polowanie. Bo do pracy przecież chodzić musi. A że ona też musi, by na te jego jedzenie i picie też zarobić, to już przecież mało znaczące.

Przyjaciółki mąż raz się tylko rozpędził, a może ona raz i krótko postawiła granicę. Otóż widząc, że żona sprząta z dumą oznajmił: „Kochanie, przyniosłem CI odkurzacz”. Takiego morderczego wzroku nie przeżyłby nawet Bazyliszek. „Ale ja się o odkurzacz nie prosiłam” – wysyczała przez zęby dodając: „Przyniosłeś, to odkurz”. I tym sposobem podział obowiązków został rozdysponowany. Krótko i na temat.

Najbardziej mnie wkurza, jak jeszcze kobiety takim troglodytom, co to umyli im naczynia, dziękują niemal kłaniając się w pas. „Och, jakiś ty cudowny, dziękuję ci kochanie” będąc pewne, że ta zachęta sprawi, że częściej będą to robić. Może i będą, ale nadal z myślą, że to dla nas wykonuje wielką przysługę, w zamian za to oczekując licznych przywilejów. A przecież w myśl zasady co moje to i twoje, to jego są brudne gary, niedomyta podłoga i zasyfiony pastą do zębów zlew w łazience. Ja nie wiem, czy im brakuje jakiegoś styku, czy może my ich tego styku pozbawiamy, po kilku latach wyrzygując, że on nic dla nas nie robi, w niczym nie pomaga, a on ze zdumieniem patrzy na nas, kompletnie nie rozumiejąc, o co tak nagle nam chodzi, przecież przez lata było tak fajnie. Jasne, dla niego fajnie, dla ciebie pewnie ciut mniej. I kiedy mówisz, ogarnij dzieci do placówek, to on jest w popłochu. Bo nie wie, która kurtka jest czyjego dziecka i które właściwie do jakiej placówki chodzi i co ty do cholery masz na myśli. W końcu to są TWOJE dzieci. Twoje, jak tylko trzeba się nimi zająć w inny sposób niż zabawa.

Eh, mówię wam. Jasne, że są chlubne wyjątki od tej reguły i pewnie wcale nie jest ich tak mało, co to dom i życie naprawdę traktują jako wspólne i na równi są za nie odpowiedzialni. Gdzie w domach nie słychać jedynie: „Mamo, a zrobisz śniadanie, a pomożesz w lekcjach, a wyprałaś mi strój na wuef”. Tam wszystko się miesza i tak samo jak mama, tak i tata potrafi zrobić śniadanie (czasami nawet lepsze), i wyprasuje dziecku koszulkę do przedszkola, a córce zrobi warkocze.

Przyjaciółka ma faceta. Fajny gość, czarujący, inteligentny. Spotykają się jakiś czas, ale żadnemu z nich nie spieszy się, żeby wspólnie zamieszkać. Co prawda on czyni deklaracje, od czasu do czasu brzmią nawet poważnie, ale najchętniej spędza u niej długie weekendy będąc przez nią obsługiwany. W końcu miłość, ona go kocha. I tak sobie żyli do czasu, kiedy on podczas jej tygodniowej nieobecności u niej mieszkał, bo ktoś JEJ koty musiał karmić. Po powrocie została obdarowana długą listą rzeczy, które musi w swoim domu naprawić: okap, cieknąca zmywarka, żarówki, kontakty, spłuczka w toalecie na górze, zacinające się drzwi od tarasu, trawa do skoszenia w ogrodzie, to było preludium, koniec listy wieńczyło: „Papier toaletowy się skończył”. Nie muszę dodawać, że to był początek końca ich znajomości. W końcu to był JEJ dom, który on po prostu traktował jak dobry hotel, a przynajmniej gospodarstwo agroturystyczne (bo te koty).

Tak wiem, ktoś zaraz powie: chciałyście równouprawnienia, to macie. I okej, ja chcę bardzo RÓWNOuprawnienia, ale dla mnie równo, to znaczy po równo, więc jak ja CI piorę, gotuję i sprzątam, to ty MI żarówki wymieniasz, gniazdka naprawiasz. A jak nie umiesz, to chociaż dzwonisz po gościa, który to potrafi i mu płacisz. I świetnie, i po sprawie, wszyscy są zadowoleni, prawda? Pan zarobił, facet się wykazał, a ty nie musisz już sobie tym głowy zawracać.

Ciekawe, czy dożyjemy czasów, że on te gary wymyje i jeszcze masaż stóp zaproponuje z wdzięczności za pyszny obiad?