Związek

Kochane kobiety, dlaczego tak rzadko chwalimy swoich mężczyzn? Uderzmy się w piersi!

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
8 września 2022
nie chwalimy mężczyzn
Fot. iStock / lisegagne
 

Niektóre z nas naprawdę potrafią czule i szczerze komplementować swoich partnerów, ale jest też całkiem spora grupa pań, które chwaląc, świadomie manipulują. Najwięcej z nas prędzej pochwali swoje dziecko niż męża. Raczej skomplementuje przyjaciółkę niż partnera. Z dużym prawdopodobieństwem doceni teścia, czy szefa, niż swojego faceta. Dlaczego tak trudno nam to przychodzi?

Niedawno rozmawiałam z koleżanką, która opowiedziała mi taką historię… Była na wyjeździe z grupą przyjaciół. W pewnym momencie kobiety postanowiły bez partnerów pojechać do Sopotu, by pospacerować po molo. Kłopot w tym, że odjechały zaledwie kilometr i złapały gumę. Trzeba było zmienić koło. Singielki natychmiast zakasały rękawy, a te dziewczyny, które były w związkach, powiedziały: „Dajcie spokój, trzeba zadzwonić do facetów”. Na co singielki oburzyły się: „A co, my jakimiś łamagami jesteśmy?”.

Więc trzy mężatki najpierw uległy, ale ponieważ dwóm singielkom koła zmienić się nie udało, partnerzy i mężowie jednak przyjechali i prężąc muskuły zrobili to szybciutko. Jedna z żon zaczęła więc piać z zachwytu, mówiąc do męża, że jest wspaniały. Druga zaś powiedziała jej, by się uspokoiła, bo to jakaś manipulacja i traktowanie dorosłego faceta jak naiwnego dziecka. Na co ta pierwsza żona, obruszona zakomunikowała: „Przecież to żadna ujma na honorze prosić w takich sytuacjach o pomoc. Oni naprawdę lubią być przydatni. Kochają walczyć, pomagać i dbać o swoje kobiety. Tylko trzeba im na to pozwolić i chwalić, chwalić”. Jedna z singielek miała całkiem inną  perspektywę: „Nie lubię tego udawania, że faceci są do życia niezbędni. Tego robienia przed nimi wielkich naiwnych oczu, że niby jestem taka nieogarnięta i potrzebuję samca, bo życie mnie przerasta”. I które z pań miały rację?

Pewnie po trochu wszystkie.

1. Bo bierzmy za pewnik

Czasem zachowujemy się tak jakbyśmy kompletnie nie dostrzegały, ile czasu i wysiłku zajmuje ich facetom np. jeżdżenie z samochodem do warsztatu, szukanie tańszych części zamiennych, płacenie rachunków, wożenie dzieci na zajęcia pozalekcyjne. Po prostu traktujemy męskie obowiązki jak oczywistość. Jedna z moich przyjaciółek, Natasza, po rozwodzie była po prostu zdruzgotana, kiedy dowiedziała się, ile wynosił ich czynsz za mieszanie. Miała też okrągłe ze zdziwienia oczy, gdy obliczyła, o ile droższe są zakupy, które musi sama zamawiać teraz przez Internet. Wcześniej nie zwracała uwagi, że jej Marek jeździł do supermarketu co tydzień i wnosił gabarytowe produkty na trzecie piętro (mieszkanie bez windy) i jeszcze wszystko układał w szafkach. Dopiero po rozwodzie zauważyła, że nigdy nie doceniała swojego męża za te działania. „Traktowałam go jak swoją własność. Wydawało mi się, że pracowanie na rzecz rodziny to oczywistość, która nie wymaga mojej wdzięczności. Po prostu myślałam, że to mi się należy”, mówi dziś gorzko.

2. Bo on też tego nie robi

Tyle że Marek też raczej był powściągliwy. Nigdy nie chwalił Nataszy, choć moim zdaniem miał za co. Mógł choćby powiedzieć: „A moja żona to tak pięknie nakrywa do stołu, jak goście przychodzą”. W ogóle pokolenie ludzi urodzonych w latach 70 i 80- tych kompletnie nie potrafi komplementować swoich partnerów. Tak zostaliśmy wychowani przez rodziców, którzy nie okazywali sobie zbyt wiele czułości. Byli chłodni wobec siebie. Nie znali tej zasady, że jak ty zaczniesz mówić partnerowi miłe rzeczy, jest spora szansa, że on się tego nauczy. Procedura jest prosta: gdy kogoś chwalisz, jemu jest przyjemnie, więc najprawdopodobniej będzie chciał się odwdzięczyć.

3. Bo boimy się, że nam się zepsuje

Natasza twierdzi, że dziś żałuje, że nie komplementowała męża. Po zastanowieniu twierdzi, że być może dlatego, że Marek jest bardzo przystojny. „To głupie, ale wydawało mi się, że jak będę mu mówić, jaki jest piękny, szybko odbije mu palma i pójdzie na podryw. Dlatego chyba przez lata milczałam. Wolałam cichą aprobatę, niż przyznać, że fajnie się ubiera i zawsze ma genialną fryzurę. A potem mi to jakoś automatycznie przeniosło się na inne dziedziny naszego życia. Nie chwaliłam Marka za wiele rzeczy, które robił dla domu. Nawet nie mówiłam mu, że mieliśmy fajny seks. Jakbym podświadomie bała się, że dobre słowo wszystko zepsuje”, opowiada.

4. Bo walczymy jak na froncie

Po kilku latach między Markiem i Nataszą naprawdę się popsuło. Oczywiście z różnych przyczyn. Kiedy zaczęli walczyć, już nie było najmniejszej szansy, by w oczach partnera widzieć podziw lub wdzięczność za cokolwiek. A aprobata przecież działa jak „dobry nawóz dla miłości”. „Pamiętam, jak kiedyś chciało mi się zakładać tylko dla niego tę piękną czerwoną sukienkę, bo wiedziałam, że się mu w niej podobam. Wtedy nawet nie wstydziłam się, że robię to dla niego. Ale kiedy w naszym związku doszło do zdrady, to miesiącami, a potem latami czułam w sobie taki zapieczony ból, że byłam w stanie tylko mu dokuczać. Bombardowałam w niego oskarżeniami: że jak zawsze przychodzi spóźniony, że zapomniał z supermarketu przynieść tych jogurtów, które uwielbia córka, że chrapie, że nie myje się wieczorem, tylko rano”, opowiada Natasza. Pretensje, pretensje, pretensje. Te dla odmiany są jak stonka dla ziemniaków.

5. Bo nie chcemy ich traktować jak dzieci

Kiedy sobie tak rozmawiałyśmy o tym wszystkim z Nataszą, ona nagle wyparowała: „Wkurza mnie, że w tych wszystkich kobiecych poradnikach radzi się kobietom, by chwaliły chłopów. Jakby to był jakiś tajny patent, który pomaga nam manipulować męskim rodem. Pochwal go, a dostaniesz kasę na szminkę. Wmawiaj mu, że jest taki męski, a jutro zrobi zakupy. Nie uważasz, że to jest chore?”. Chwilę obie zawiesiłyśmy się nad tematem. A potem doszłyśmy do wniosku, że manipulowanie, żerujące na niskim poczuciu wartości faceta oraz na jego naiwności, niewątpliwie jest nadużyciem w związku. Z drugiej strony potrzeba bycia docenionym, podziwianym, szanowanym wydaje się taka naturalna i organiczna dla każdego człowieka. Wtedy rośniemy w siłę, wtedy nam się bardziej chce, wtedy mnoży się dobro.

Warto! Chociażby dlatego, że chwalenie wraca. A mężczyźni bardzo tego potrzebują, może nawet bardziej niż kobiety. Wtedy dostają wiatru w żagle, by dbać o swoją kobietę. Spróbujcie. Najwyżej, jak to się wam nie sprawdzi, wrócicie do starej flauty i chłodu w temacie.


Związek

Pamiętasz piosenkę: Kto jest beksą i mazgajem. Ten się do nas nie nadaje. Niechaj w domu siedzi sam. Ram tam tam

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
8 września 2022
Fot. iStock/EvgeniiAnd
 

Pamiętacie taką piosenkę z przedszkola? „Jestem sobie przedszkolaczek. Nie grymaszę i nie płaczę” i dalej: „Kto jest beksą i mazgajem. Ten się do nas nie nadaje. Niechaj w domu siedzi sam. Ram tam tam ram tam tam. Niechaj w domu siedzi sam. Ram tam tam ram tam tam…” Jestem ciekawa, czy tę piosenkę nadal gdzieś śpiewają trzylatki? Mam nadzieję, że jej strofy dawno już popadły w niepamięć.

Ja jednak, urodzona w latach 70-tych, do tej pory mam wryty ten wierszyk gdzieś w zwojach swojej pamięci. Śpiewałam to jako maluch kompletnie bezrefleksyjnie. Dziś mam świadomość, że takie słowa odcięły mnie i miliony dzieci w Polsce od naturalnej wrażliwości i akceptacji wobec przeżywania całego wachlarza emocji. W tym smutku i lęku.

Bo niby dlaczego dziecko, które płacze w pierwszych dniach w przedszkolu, ma nie nadawać się do spędzania czasu z grupą rówieśniczą? Jak można nas było nazywać mazgajami, kiedy ze wszystkich sił próbowaliśmy sobie radzić z emocjami? Jak można nas było wysyłać do domu, byśmy w nim siedzieli SAMI? Jak za karę. Na wygnaniu. Ram tam tam.

ZAPRASZAMY DO UDZIAŁU W AKCJI „Rodzic wraca do szkoły” – wygraj wspaniałe nagrody!

Wszystko w środku mnie wyło

Pamiętam, że byłam wrażliwym dzieckiem. Pójście do przedszkola to nie była dla mnie bułka z masłem. Chyba jednak zostałam uznana za jedno z bardziej rezolutnych dzieci, bo panie przedszkolanki wybrały mnie do pierwszego występu przed rodzicami. Włożyły mi w rękę wielką lalkę i kazały stanąć w środku kółka i śpiewać solo: „Koci koci łapci” i coś tam dalej. Miałam trzy lata i pamiętam każdą okrutną sekundę tego wydarzenia. Stałam na baczność i udawałam, że śpiewam, ponieważ nie znałam słów tej piosenki. W dodatku byłam przebrana za białą myszkę, co oznaczało, że rano mama ubrała mnie w jakieś straszne białe rajstopki i obcisłą bluzeczkę. Nie posiadałam na sobie ani spodenek ani spódnicy, czego szczerze nie znosiłam, bo czułam się wtedy jakimś maleńkim  bobasem. Ale kto w PRL-u zwracał uwagę na takie „grymasy” dziecka. Pewnie rano nie śmiałam nawet powiedzieć o tym mamie, bo wiedziałam, że ona pędzi do pracy i czuje się zmęczona. Wzięłam więc – ja trzyletnia wtedy –  to wszystko na klatę. Ram tam tam.

Byłam jednak wzorowym przedszkolaczkiem, bo nie uroniłam wtedy ani jednej łezki. Przecież, jak mówi piosenka, nie mogłam okazać się „mazgajem”. Wytrzymałam. Zamknęłam w sobie wszystkie emocje, choć pamiętam, że stojąc w tym kółku, otoczona (a może osaczona) przez inne dzieci, które trzymały się za rączki, miałam ochotę tylko krzyczeć: „Puśćcie mnie!” Kurczę, tak żałuję, że tego nie zrobiłam, że byłam za mała, by umieć się przeciwstawić i walczyć o siebie.

Patrzyłam tylko na tę plastikową wielką lalę i wszystko w środku we mnie wyło. Kazano mi ja bujać w ramionach z kretyńskim teksem: „Koci koci łapci”! Do cholery, ja sama potrzebowałam wtedy przytulenia i uspokojenia. Co za „szalona przedszkolanka” wymyśliła, że mam publicznie tulić lalę w przebraniu myszki na oczach dziesiątków podekscytowanych „dzielnością swoich przedszkolaków” rodziców?

Płacz jest ok!

Moja sytuacja oczywiście nie była odosobniona. Zakładam się, że każda osoba pokolenia, urodzonych w latach 70 i 80., ma podobną historyjkę do opowiedzenia ze swojego przedszkola. Dziś wiemy dużo więcej o psychologii małych dzieci. Jesteśmy świadomi, że start w przedszkolu wiąże się dla wielu trzyletnich wrażliwców z dużym stresem. Mamy więc nadzieję, że już nikt nie porównuje dzieci do innych, które łagodniej przeżywają rozstanie z rodzicami i są w stanie w przedszkolu spędzać czas rozluźnione i szczęśliwe. Mamy też nadzieję, że już nikt nie mówi trzylatkom, by się „nie mazały” i nie straszy ich tym, że wrócą za karę siedzieć samotnie w domu. Ram tam tam.

Jeśli więc dziś twój maluch płacze przed drzwiami przedszkola, daj mu się wypłakać. Mów mu, że to normalna reakcja i że nie ma nic złego w tym, że roni łzy. Niedawno przeprowadzałam wywiad z psycholożką Pauliną Mierzejewską, która twierdzi, że płacz jest naturalny podczas rozstania z rodzicem. Jeśli jednak dziecko po zamknięciu drzwi, szybko wchodzi w zabawę z innymi dzieci i zaczyna się uśmiechać, to wszystko jest dobrze. To oznacza tylko tyle, że jego łzy był prawidłowym, choć dla niego trudnym, przeżyciem.

Dziś wiemy też, że nie ma złych i dobrych emocji. Złość, wściekłość, rozczarowanie, strach, lęk, wstyd, zażenowanie – są naprawdę OK! Każdy z nas ma prawo czuć te emocje. Nie tylko dzieci. Ty też, dorosła osobo, czytająca ten tekst, masz prawo je czuć. A nawet nie prawo. Po prostu dobrze, byś je czuła, bo odcinanie się od  tych „nielubianych emocji”, to zwykła dywersja wobec samego siebie.

Co poczuje przedszkolak, któremu powiemy: „nie płacz, przecież nic się takiego nie stało”, gdy jest zły, zdenerwowany lub przestraszony?  Pewnie pomyśli: „Coś ze mną jest nie tak, że przeżywam bzdury”.

Na koniec mamy więc apel i do rodziców i przedszkolanek. Jeśli nadal śpiewacie z dziećmi takie piosenki, zmieńcie im słowa, wymyślcie wersy, które powalą dziecku rozpoznawać i nazywać swoje emocje i powiedzą im, że do wszystkich mają prawo. Nie tylko do radości, ale też do smutku, lęku, rozpaczy. Do płakania oczywiście też!


Związek

Froteryzm – uważaj kto się o ciebie ociera! To zaburzenie seksualne

Klaudia Kierzkowska
Klaudia Kierzkowska
8 września 2022
fot. Pyrosky/iStock

Froteryzm to rodzaj dewiacji seksualnej, która polega na ocieraniu się o obce osoby w zatłoczonych miejscach publicznych, w celu osiągnięcia satysfakcji seksualnej. Kogo najczęściej dotyczy froteryzm i jak wygląda leczenie?

Czym jest froteryzm?

Termin froteryzm pochodzi z języka francuskiego frottage i oznacza pocieranie. Należy do zaburzeń preferencji seksualnych. W Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-10 został zakwalifikowany jako parafilia, która objawia się tym, że jedynym lub najbardziej pożądanym sposobem na osiągnięcie satysfakcji seksualnej jest ocieranie się o obcą osobę. Osoba zmagająca się z froteryzmem najchętniej ociera się o piersi, brzuch, uda, pośladki lub biodra drugiego człowieka, który niedobrowolnie w tym uczestniczy. O froteryzmie mówimy wówczas, gdy ocieranie się o niechętną lub do końca nieświadomą tego osobę trwa minimum pół roku.

Froteryzm – czym się wyróżnia?

Froterysta, bo tak nazywa się osoba zmagająca się z froteryzmem, poszukuje tłumu, gdzie bez problemu znajdzie „ofiarę”, o którą będzie mogła się otrzeć. W tłumie np. autobusie, tramwaju, trudniej być przyłapanym, przecież wszyscy się pchają i ocierają o siebie. Froteryzm powoduje dyskomfort i sprzeciw. Narusza przestrzeń osobistą, prywatność i nietykalność cielesną. Ocieranie nie zawsze jest zauważane przez „ofiarę”, często wydaje się, że ma charakter naprawę przypadkowy.

Zobacz również: Petting – kiedy pieszczoty sprawiają ogromną przyjemność

Froteryzm w Polsce

Wspomniane zboczenie seksualne omawiane było już w przedwojennej Polsce – zyskało wówczas miano kategorii fetyszyzmu. Albert Dryjski, warszawski psychiatra, nadał mu wywodzącą się z języka francuskiego nazwę – froteryzm. Specjaliści od dziesiątek lat wnikliwie zajmują się ocieractwem, jednak geneza tego rodzaju zaburzeń preferencji seksualnych nie została jeszcze poznana. Zdaniem niektórych froteryzm jest skutkiem zaburzeń rozwoju seksualnego. Inni  twierdzą, że to ucieczka przed nawiązaniem prawdziwej, bliskiej relacji. Froteryzm powiązany jest z niedojrzałością emocjonalną i psychoseksualną, zaburzeniem osobowości, lękiem przed kobietami czy nerwicą lękową. Do potencjalnych czynników mających wpływ na pojawienie się tej parafilii zaliczamy również zaburzenia pedofilne, choroby psychiczne, hiperseksualność, czy regresję do form seksualności z dzieciństwa.

Kogo dotyczy?

Froteryzm to wciąż nieczęste zjawisko. Najczęściej dotyczy mężczyzn między 15. a 25. rokiem życia. Sporadycznie zmagają się z nim kobiety. Obserwowany jest szczególnie w dużych miastach, gdzie łatwo być anonimowym, a transport publiczny ułatwia ocieranie się o drugiego w tłumie. W kontekście froteryzmu wyróżnia się szczególnie Japonia, która należy do jednego z gęściej zaludnionych krajów na świecie. Zaburzenie tam jest na tyle powszechne, że powstały dwa różne pojęcia – chijo (kobieta foroterystka), chikan (mężczyzna fortersyta). Z racji tego, że ofiarami są głównie kobiety, to w japońskim metrze znajdują się wagony przeznaczone tylko dla pań.

Jak wygląda leczenie?

Froteryzm to zaburzenie preferencji seksualnych, którego leczenie uzależnione jest od przyczyn problemu. Często osoby zmagające się z ocieractwem nie odczuwają potrzeby zmiany, nie uważają swojego zachowania za patologiczne. Do seksuologa, psychoterapeuty czy psychiatry zgłaszają się dopiero wówczas, gdy sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli np. dochodzi do konfliktu z prawem.

Zobacz również: Anorgazmia – kiedy nie możesz osiągnąć orgazmu. Przyczyny, leczenie

Froteryzm a prawo

Choć ocieranie o drugą osobę nie wydaje się przestępstwem to można zaklasyfikować je jako pewien rodzaj molestowania seksualnego, które wykracza poza prawo. Froteryzm to naruszenie strefy prywatnej i przekroczanie pewnej granicy. Zgodnie z prawem, sąd za przestępstwo związane z zaburzeniem preferencji seksualnych, może skierować na pobyt w zakładzie psychiatrycznym.


Zobacz także

„Lubię, że byłeś w każdym miejscu mojego ciała, że znasz mnie grubą i chudą, z małymi piersiami i wielkimi”. Pochwała miłości małżeńskiej

Kluczowa różnica między związkami, które się rozpadną, a tymi, które się rozwiną w trwałą relację

Jeśli zauważysz te 5 sygnałów, nie wychodź za niego za mąż