Związek

Kiedy on odchodzi, a ona już nic nie może zrobić… Może tylko wierzyć, że wróci

Z życia kobiety
Z życia kobiety
20 czerwca 2016
Fot. iStock / Lizél Lindsay Basson
 

Patrzy na niego, jak krząta się po kuchni. Robił w pośpiechu kawę nerwowo zerkając na zegarek. Zaspał. Odkąd śpi na kanapie ona nie ma okazji powiedzieć mu, że późno się robi, żeby już wstawał. Ona zawsze spała uważniej niż on.

Sama mu powiedziała o tej kanapie. Od tej ostatniej ich rozmowy nie wyobrażała sobie inaczej. Żeby on obok niej kładł się co wieczór. Udając, że wszystko jest w porządku, a przecież nic w porządku nie jest. Nie chce litości w postaci jego zapachu na poduszce.

Patrzy jak odchodzi i nic nie może z tym zrobić. Wie, że on już podjął decyzję, chociaż się miota, bo dzieci, bo ona, bo wie, że rani. Nie jest w końcu bez serca. Widzi jej cierpienie, chociaż odwraca wzrok, gdy ona się mu przenikliwie przygląda. Jak teraz, z tą kawą. Oblewa się, klnie siarczyście. Koszula do zmiany. Nie wyprasuje mu. Może tamta to kiedyś zrobi.

Bo ona od dawna wie, że jest jakaś tamta

Ile to czasu? Miesiąc, pół roku? Kiedy teraz o tym myśli wie, że wiedziała od pierwszego wyjazdu służbowego. Pierwszego: „Zadzwonię później, nie mogę rozmawiać”, kiedy spytała, kto dzwonił nerwowo odpowiedział, że pomyłka. Nie chciała drążyć tematu. Bo co to za pomyłka, do której chce się oddzwaniać. Tylko niepokój się pojawił… Zamieszkał w jej głowie.

A później on postanowił rozwijać się zawodowo, skorzystać z okazji otwarcia firmy, w której pracował  w innym mieście. Cieszył się, że mu zaufali, że może się wykazać. Tylko ona się nie cieszyła, bo cztery do pięciu dni w tygodniu spędzał poza domem. Gdy spytała: „A co jak będziesz tam pracował na stałe? Przeprowadzimy się?”. Zaskoczony nie odpowiedział. Spojrzał tylko na nią, jakby nagle przypomniał sobie o jej istnieniu.

Bo jego nie było od dawna

Widziała przez okno jak uśmiechnięty wysiada z auta, kiedy wchodził do domu – jego twarz wyrażała już tylko zmęczenie. Śmiał się jedynie bawiąc się z dziećmi, dużo mówił planując z nimi weekendową wycieczkę. Bez niej. Jakby wiedział, że ona kolejny raz odmówi, powie, że chce odpocząć po całym tygodniu z trójką dzieci. Dzisiaj patrząc na niego zastanawia się, że może, gdyby nie była tak zmęczona, że może gdyby chętniej przystawała na jego propozycje wyjazdów, miała w sobie więcej chęci do życia, byłoby inaczej? Może by się nią nie znudził.

Jak często o tym myśli. Że może gdyby była inna. Gdyby nie zrzędziła, nie marudziła, że go nie ma, że ona sama wszystko musi ogarniać, i że jemu wydaje się, że zabranie dzieci do knajpy raz na dwa tygodnie wystarczy. Nie mogła na nim polegać, zawsze się spóźniał, nie dotrzymywał słowa. Praca była najważniejsza. Wiedziała, że się oddalają, ale nie miała siły walczyć. Tyle razy ją zranił, ona swoją obojętnością chciała zranić jego…

Wcześniej wspólna terapia, przegadane wieczory, ale on był już daleko, za daleko. On już układał sobie z boku swoje własne życie bez niej. Jakby ona zabierała mu część powietrza, ograniczała jego przestrzeń. To wtedy, na terapii usłyszała…

Odchodzi, a ona nic nie może zrobić

Ta bezradność jest najgorsza. Bo już jest za późno, żeby coś jeszcze zmienić. Wie o tym, przecież płakała, łapała go za rękę, gdy wychodził. Mówiła: „Nie idź do niej dzisiaj, zostań ze mną”. Tak. Błagała, żeby został. Że przecież mają dzieci, że ona się jeszcze zmieni. Że zasługuje na szansę. Że oni na tę szansę zasługują. A on wychodził… Nie na całą noc. Na dwie, może trzy godziny.

Pytała, w czym ona jest lepsza. Chciała to wiedzieć, chciała wiedzieć czemu ją zostawia. Po kilkunastu latach. Trójce urodzonych dzieci. Przecież byli szczęśliwi. Przypominała mu te chwile, chciała by o nich nie zapominał. Pierwszym teście ciążowym, o wakacjach, o walce o ich drugie dziecko i strachu, gdy okazało się, że po raz trzeci jest w ciąży. O ich pierwszym wspólnym wyjeździe, kiedy już były dzieci, a do którego długo ją przekonywał, ale przecież w końcu pojechała. Dzieci zostały u teściów. Byli jak para narzeczonych…

Ona była przy nim, gdy zmieniał pracę, gdy jego tata umierał. Była wsparciem.

Wie, że on będzie nadal dobrym ojcem, bo dzieci nadal są dla niego ważne. Tylko ona przestała być ważna, potrzebna, kochana.

Patrzy na niego i zastanawia się, czy kiedykolwiek ją kochał? Czy ona prawdziwie kochała jego? Czy może tej miłości nie było, tylko się im wydawało… Bo przecież byliby dalej razem. On zawalczyłby o nich. A nie po prostu odszedł do innej.

Jest zmęczona. Stęskniona. Chciałaby, by ją przytulił, by wrócił. Nie chce widzieć, jak ukradkiem wynosi swoje rzeczy, po trochu, żeby ją mniej bolało?

Zmienił się. Jest taki silny, pewny siebie. Wyprostowany. A ją opuściły siły, jakby karmił się jej energią. Im on mocniejszy, tym ona słabsza… Są chwile, kiedy chce mu powiedzieć: odjedź, nie przedłużaj, nie zniosę tego dłużej. Ale ma nadzieję, że wróci. Tak, patrzy na niego i wierzy, że przyjdzie taki poranek, kiedy znowu będzie tu tylko dla niej. Kiedy spojrzy na nią ciesząc się, że wstała, kiedy powie: „Zrobię ci kawę, chcesz?”, a ona wyprasuje mu koszulę, bo tę co ma na sobie, poplami. I będą się kochać szybko w sypialni, przed jego wyjściem, nim dzieci wstaną… Kiedyś. Ona wierzy. Wierzy, że mu wybaczy.


Związek

Mam 40 lat, jestem po rozwodzie i czasami boję się, że do końca życia będę już sama

Z życia kobiety
Z życia kobiety
24 czerwca 2016
Fot. iStock / Kontrec
 

Mówili: „Daj spokój, młoda jesteś, mądra, znajdziesz jeszcze kogoś, na pewno”, „Zasługujesz na miłość”, „Wszystko jeszcze przed tobą, na nim świat się nie kończy”.

„Odszedł. Ułożył sobie życie”

Rozwiodłam się osiem lat temu. Zostałam z dzieckiem. Niebrzydka, niegłupia, zraniona cholernie mocno. Tak mocno, że przez kilka lat w ogóle nie myślałam o stałym związku. Wychodziłam z depresji, z jego długów, jego zobowiązań i własnej traumy. Tłumaczyłam synowi, że tata go kocha, ale nie może się teraz z nim widzieć. Bo co miałam powiedzieć? Że poszedł do młodszej, że czeka na kolejne dziecko?

Mojego syna to nie interesowało. To, że jego ojciec znalazł młodszą atrakcyjniejszą, przecież nie było w ogóle dla niego istotne. Ot, wyprowadził się, zostawił go, mnie po kilku próbach naprawiania związku, po jego obietnicach, że już z tamtą skończył, że to się nigdy nie powtórzy. Wierzyłam mu, bo wtedy chciałam, by była to prawda. Tyle lat razem, tyle starań o dziecko, moje poronienia, jego wsparcie. Szczęście, gdy w naszym życiu pojawił się Patryk. Ono jednak długo nie trwało.

Odszedł. Ułożył sobie życie. Odzywa się czasami, kiedy chce Patryka zabrać na wakacje, a on już nie chce do niego jeździć. Rozmawiamy, tłumaczę. Ale mój syn ma już 13 lat, swój rozum, swoje emocje, musimy oboje je szanować, tak, jak jego decyzje.

Skończyłam 40 lat. Urodziny opijałam w gronie przyjaciół i znajomych, ale jednak sama. Teraz rzadko kto życzy mi: „żebyś kogoś znalazła”. Mówią o szczęściu, o radości, o zdrowiu, o tym, że zobaczę, że życie zaczyna się po 40-tce. I miłości, kilka osób życzyło, ale już bez spotkania tego jedynego. Po prostu, miłości.

Czasami zastanawiam się, co jest ze mną nie tak. Z zazdrością patrzę na inne kobiety i myślę sobie: „Kurde jej się udało, czemu mi nie wychodzi?”. Nie, nie życzę im źle. Jestem zazdrosna o to, że one kogoś mają, że im się ułożyło, że też po przejściach, ale jednak szczęśliwe. Tak po ludzku zazdrosna.

Jasne, ja też jestem szczęśliwa. Mam pracę, cudownego syna, fajnych przyjaciół, którzy nie eliminują mnie z towarzystwa, bo jestem sama. Choć kilka tak zwanych przyjaźni życie zweryfikowało… A raczej zweryfikowała moja samotność.

Więc tak, jestem szczęśliwa. Uczę cię szczęścia w pojedynkę. Uczę się, że szczęście, to nie tylko obecność drugiej, bliskiej osoby obok.

Że szczęście to nie tylko ramię, do którego można się przytulić lub w które można płakać do woli.

Że szczęście, to nie tylko wspólne śniadania, to nie tylko kawa zrobiona i podana do łóżka ot tak, z zaskoczenia, żeby komuś zrobić przyjemność.

Że szczęście to też nie tylko obiad, który czeka na ciebie w domu, zrobiony przez kogoś, kogo kochasz i kto wie, co lubisz najbardziej zjeść.

Że szczęście to nie tylko wyjście w dwójkę do kina, pójście na spacer, czy spontaniczny wypad na miasto i wariackie tańce.

Że szczęście to nie tylko wyrzucone śmieci, naczynia wyciągnięte ze zmywarki i wstawione pranie tym razem nie przez ciebie samą.

Że szczęście to nie tylko śpiąca obok na kanapie osoba, która udaje, że też lubi oglądać film, który akurat chciałaś zobaczyć.

Że szczęście to nie tylko „pięknie wyglądasz, kochanie”, kiedy wiesz, że wyglądasz dobrze, i kiedy wiesz, że to kompletnie nieprawda.

Że szczęście to nie tylko zrobiona herbata z cytryną i miodem, i podana chusteczka przy twoim przeziębieniu.

Że szczęście to nie tylko świadomość, że ktoś na ciebie czeka. Że nie wsiądzie zaraz na rower, nie powie: „Hej mama, jadę do kolegów pograć w piłkę”, tylko ucieszy się, że już jesteś w domu.

Ktoś powie: „głupia”, jakby nie mogła cieszyć się życiem. Przecież o jej wartości nie świadczy facet obok. Tak, jasne. Rozumiem. I żeby było jasne, nie jest mi smutno. Uczę się być szczęśliwa w swojej samotności. Nie jestem kobietą, która ze zwieszoną głową, miesza kawę w ulubionej kawiarni wlepiając wzrok w każdego samotnego faceta, który wchodzi do środka. Myśląc: „o, może ten się nada?”.

„Uczę się nie czekać, nie rozglądać”

Wręcz przeciwnie. Nauczyłam się być sama ze sobą. Wychodzę regularnie na basen, umawiam się z koleżankami na kijki – maszerujemy dwa razy w tygodniu po lesie. Pracuję i lubię swoją pracę. Wyskoczę do kina sama nie martwiąc się, że ktoś zechce mi wyjeść ulubiony popcorn z karmelem. Mam dużo czasu dla syna. Chodzę wieczorem w starym rozciągniętym dresie po mieszkaniu. Czytam, dużo czytam, bo mam na to czas. Planuję wakacje. Jedne sama, drugie z synem. Uśmiecham się. Do innych, do siebie.

Jednak przestałam umawiać się na randki. Przestałam szukać. Uczę się nie czekać, nie rozglądać. Szkoda mi energii na facetów, którzy zapominają, że mają żony. Na facetów, którym zależy tylko na seksie – jasne, seks jest fajny, ale mi o sam seks jednak nie chodzi. To też musiałam zrozumieć. Łapałam się na tym, że myślałam: „to tylko seks” w efekcie czekając na jego SMS-a, angażując się w coś, co kompletnie nie miało racji bytu. Może on takich jak ja miewał wiele.

Nie chcę spotykać facetów pogubionych, którym matka mamrocze nad głową, żeby się ustatkowali. Nie chcę tych, którzy mówią o byłych żonach – tych co mówią bardzo źle, ale też tych, którzy mówią dobrze. Chciałabym spotkać faceta, który tak jak ja pozwolił sobie otworzyć czystą kartę. Chce zacząć od nowa, z pustą głową, z poukładanymi emocjami. Takiego, któremu brakuje drugiej osoby obok i nie stawia ani sobie, ani jej wielkich oczekiwań. Bo już wie, że miłość to nie wymagania, to nie warunki. To obecność kogoś, kto kocha i stara się zrozumieć, kto akceptuje.

Ktoś powie: „co ma być, to będzie”. I tak, zgadzam się z tym, bez żalu, bez smutku, bez sarkazmu, że u mnie to pewnie już nic nie będzie. Bo przecież tego nie wiem. I to jest fajne. To daje nadzieję.

Ale czasami, leżąc wieczorem w łóżku, przy zgaszonym świetle, myślę sobie, że to już koniec. Że to wszystko. Że już nigdy nikogo nie pokocham, że nie będę kochaną przez faceta. Ta myśl mnie przeraża, sprawia, że czuję niemal fizyczny ból. Na szczęście coraz rzadziej mi się zdarza. Mam nadzieję, że w końcu to uczucie, ta myśl, zniknie. Że pewnego dnia obejrzę się na to moje samotne życie i powiem sobie – kurde, szczęśliwa z ciebie babka. Że nie zostanę pełną pretensji do świata rozwódką, która przestanie wierzyć w miłość. Bo dziś nadal w nią wierzę, patrzę, jak mój syn się zakochuje. I czasami, po kryjomu, w tajemnicy przed wszystkimi marzę, że ja też się jeszcze kiedyś zakocham, że przestanę się bać, że już nigdy nikogo nie spotkam.

A z drugiej strony nie chcę zobojętnieć na miłość, nie chcę przestać jej potrzebować. To trudne: żyć samotnie, być szczęśliwą i nadal pragnąć miłości. Pomyśl o tym, kiedy zechcesz samotnej 40-latce powiedzieć: „Daj spokój, przecież facet do szczęścia nie jest ci potrzebny”. Uwierz – ona to wie, ale nadal chce, by ktoś ją pokochał.


Związek

Wiesz, Kochany, czasami myślę o tej naszej miłości…

Z życia kobiety
Z życia kobiety
14 czerwca 2016
Fot. iStock / AleksandarNakic

Kochany mój,

Wiesz, czasami tak sobie siedzę i myślę o nas. Jesteśmy już tyle lat razem… To nie była łatwa miłość. To była miłość trudnych wyborów i decyzji. Nie zawsze idąca z nami w zgodzie i trzymająca nas za ręce.

Pamiętasz? Stałeś nago pod prysznicem, a ja tak krzyczałam. Krzyczałam i płakałam, że już cię nie chcę, że nie chcę nas, że mam dość. Że nie na taką miłość liczyłam, nie takiej oczekiwałam. Bo ta z młodzieńczej i beztroskiej musiała sprostać dorosłości, a sprostać nie potrafiła.

A ty stałeś ociekając wodą i patrzyłeś na mnie, na moją furię. Na niezgodę na to, co się z nami działo. Że jak mogliśmy pozwolić sprowadzić naszą miłość do codzienności. Do leżenia na kanapie i kapci zostawionych przed drzwiami sypialni? Jak ja wtedy krzyczałam. Przytuliłeś mnie, taki mokry. Pamiętasz? Powiedziałeś mi wtedy: „Kocham cię”. Jakby to miało wystarczyć, jakby miało rozwiać moje wątpliwości i strach, że nie udźwigniemy tej miłości, że ją pogrzebiemy, zapomnimy o niej.

Ta miłość była rozczarowaniem

Bo nagle z wariackiej fascynacji, z minimalną odpowiedzialnością, kiedy wydaje nam się, że świat leży u naszych stóp, kiedy snujemy pełne nadziei i górnolotnych pragnień wizje wspólnego życia, zostajemy wepchnięci w wynajmowane mieszkanie. W życie podporządkowane godzinom pracy za najniższą krajową zaraz po studiach. Ale wiesz, co z wtedy pamiętam, oprócz buntu, który we mnie narastał? To jedno piwo wypite wspólnie, późnym wieczorem, przy otwartym oknie, kiedy nam się nawet rozmawiać nie chciało. Pomyślałam wtedy: „Tak ma wyglądać nasza miłość?”. A dziś? To jedno z najbardziej wzruszających mnie wspomnień.

Ta miłość była zmęczeniem

Ja z jednym dzieckiem przy cycku, drugie próbując utulić do snu, bo bolało ją ucho. I ty – nieobecny zawsze wtedy, gdy ciebie potrzebowałam. Wtedy cię nienawidziłam. Chciałam, żebyś nie istniał. Chciałam ci pokazać, że nie jesteś dla mnie ważny, że sama dam sobie radę. I dawałam, często lepiej niż wtedy, gdy byłeś – to było tak bolesne. Uświadomienie sobie, że jesteś dodatkiem do codzienności, do wyniesienia śmieci, odkurzenia, pomycia naczyń i zrobienia zakupów. Wszystkiego tego, co sama mogłam zrobić, bez twojej pomocy. To wtedy myślałam o nas, jak o dwojgu nielubiących się ludzi, którzy zmuszeni są żyć pod jednym dachem. Bo w końcu miłość. Bo ona jest najważniejsza, bo zawsze jest nadzieja, że jeszcze gdzieś się tli.

Widziałam, jak się zmieniamy. Jak ty stajesz się twardszy, nie ulegasz moim humorom, fochom. Myślałam: „Jak możesz mnie nie zauważać”, ale nie krzyczałam. Miałam dość, zobojętniałam. Nie mówiłam nic. Skoro tak ma teraz wyglądać nasze wspólne życie – proszę, to twój wybór, twoje ograniczenie, twój brak zaangażowania.

Jak ja wtedy cierpiałam, jak się miotałam. Jak bardzo chciałam odejść, zostawić cię, zranić tak, żebyś w końcu poczuł, jak to jest, gdy mnie nie ma obok. Tak, jak ciebie wtedy nie było. Ale ty tego nie widziałeś. Dla ciebie wszystko było w porządku. Czułam się pokonana. Leżałam i nie miałam siły walczyć, udowadniać.

Ten czas, wiesz, nigdy ci tego nie mówiłam, nauczył mnie pokory. Tego, że nie zawsze dostaje się to, czego się chce. Że nasze szczęście nie powinno zależeć od innych, że kochać najpierw trzeba siebie. A wtedy może zatrzymasz miłość innych przy sobie. Może…

Ta miłość była odchodzeniem

Odchodziliśmy i wracaliśmy. Nigdy tego sobie nie powiedzieliśmy. Byliśmy jak dwie milczące skały naprzeciwko siebie. Moje serce było skałą. Nie chciałam, żebyś mnie ranił, nie chciałam pozwolić, żebyś mnie niszczył, swoimi żalami, pretensjami, twoim brakiem zainteresowania. Potrafiłeś wtedy wyjechać i nie odezwać się przez trzy dni. W ogóle. Tobie było lepiej beze mnie, a mi bez ciebie. Wiesz, wtedy, czasami wyobrażałam sobie życie bez ciebie. Pełne spokoju, pewności tego, co mnie czeka, bez oczekiwań i ograniczeń. Bez rozczarowań i nadziei, która ślepo kazała w nas wierzyć. Nie wiem, skąd ta nadzieja? Może miłość nią była? Dobijała się do nas, ale udawaliśmy, że jej już między nami nie ma. Bo tak było łatwiej przejść obok siebie obojętnie. Tylko noce nas zbliżały do siebie. Te momenty, kiedy pozwalałam czuć się kochana, kiedy nabierałam pewności, że jesteś tylko mój. A ja tylko dla ciebie, dla nikogo innego.

Ale nie wytrzymaliśmy. „Wyprowadź się” – poprosiłam, kiedy przestałam w nas wierzyć. Nie, tym razem nie krzyczałam. Czekałam, aż usiądziesz. Nie byłam pewna, czy powiedziałam to na głos. Ale to wtedy w końcu na mnie spojrzałeś. Tak naprawdę spojrzałeś, zobaczyłeś mnie. Przestałam być przezroczysta.

Nie rozumiałeś. To była długa noc. To taka noc, kiedy skały zaczynają kruszeć i mówić, kiedy okazuje się, że mają serca i uczucia. Bolało, co mówiłeś. Pewnie dlatego, że miałeś rację. Że ciebie nie widzę, że jedynie używam do określonych zadań i obowiązków. Że nie przytulam, że zimna i obca. To samo mówiłam o tobie… Płakaliśmy oboje. Jakieś 15 lat od tego wieczoru wtedy, w łazience… Dwoje zmęczonych ludzi, którzy tęsknią za miłością, za czułością, za zrozumieniem. Tak bardzo tęsknią i tak bardzo nie umieli sobie tego powiedzieć, tylko zaszywali się we własnych pretensjach i żalach. Pielęgnowali frustrację i złość. Bo to on zabiera mi prawo do szczęścia, bo to ona potrafi tylko wymagać.

Ta miłość jest akceptacją

Zostałeś. To była szansa, na zrozumienie, na zmianę. Kolejną. Tyle razy się zmienialiśmy, dla siebie samych, dla siebie nawzajem. Dorastaliśmy, dojrzewaliśmy. Próbowaliśmy zrozumieć, o co nam chodzi. Nauczyliśmy się dbać o to, co dla nas ważne. Zrozumieliśmy, że nie jesteśmy od siebie zależni. Że nikt do nikogo nie należy. Że nie jesteśmy niczyją własnością i ponosimy odpowiedzialność za własne wybory i decyzje. I możemy się wspierać, być obok siebie, być gwarantem akceptacji.

To nie było łatwe. Przeżyliśmy wiele burz, czasami wydawało nam się, że już leżymy na dnie, że już nas nie ma. Ale wstawaliśmy, walczyliśmy o siebie. Dzisiaj? Kiedy dzieci są samodzielne, kiedy możemy skupiać się na własnych pasjach i pragnieniach paradoksalnie jesteś mi najbliższy. Nie wtedy, gdy tej bliskości wymagałam, gdy jej chciałam. Dzisiaj, kiedy wiem, że mogę pójść swoją drogą, że mogę wybierać, zadbać o swoje szczęście, to ty jesteś tak bardzo blisko, jak chyba nigdy wcześniej. Tak dojrzale, podążając swoją drogą, która ma wiele punktów stycznych z moją, jesteśmy prawdziwie razem. Szanując się nawzajem. Nie ograniczając i nie wymyślając sobie ograniczeń.

Wiesz Kochany, dzisiaj, kiedy mnie przytulasz i mówisz: „kocham cię” ja nadal czuję się, jak wtedy w tej łazience. Mokra od twojej skóry i swoich własnych łez, ale pewna naszej miłości. I nas.