Związek

Jak wyleczyłam się z męża, w pięciu krokach

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
10 lipca 2016
Rozstanie? Konkrety, proszę Pani, konkrety - jak się wyleczyć ze złej miłości?
Fot. iStock / Magda-Pinheiro
 

„Konkrety, proszę Pani, konkrety – jak się wyleczyć ze złej miłości?”
Nie mam niestety recepty na wszystko, ale mam receptę na siebie. Ja zrobiłam to tak:

? KROK PIERWSZY

Bardzo mało ode mnie zależny. W jakichś 80% jest to zasługa mojego małżonka, który zrobił, co było tylko w Jego męskiej mocy, żeby mi pokazać nowe, nieznane mi do tej pory, rejony egoizmu, niedojrzałości i zwykłego chamstwa. Przez kilka lat upewniał się, że wystarczająco okazywał mi brak miłości, empatii i chęci współpracy. Zdrady (nie z jego winy!) to był pryszcz w porównaniu z festiwalem niespełnionych obietnic – takich od „Zerwałem z nią kontakt!”, przez „Pójdę na terapię„, aż po zwyczajne „Zrobię to! Naprawię! Pomogę!”. Namiętnie rzucał we mnie truizmami typu „Ja już taki jestem, taki zły, ja już się nie zmienię”, czyli tekstami typowych narcyzów lub wyjątkowo niedojrzałych psychicznie osobników, przekonanych, że po prostu nie muszą nad sobą pracować i mają święte prawo krzywdzić innych, skoro im w duszy gra. Miś Pyś wyprowadził się i przezimował kilka miesięcy w oddaleniu ode mnie dokładnie w takim samym stylu, w jakim żył ze mną pod jednym dachem, czyli w milczeniu, dezaprobacie i zostawiając mnie ze wszystkim samą. I chwała Mu za to! Ciężej jest wybić sobie z serca i głowy kogoś, kto się stara!

? KROK DRUGI

Totalnie niezależny ode mnie: choroba. Nagle priorytety stają się jeszcze bardziej wyraźne, problemy jakoś tracą na mocy. Zadajesz sobie pytanie: czy warto? No nie warto! Szkoda energii. Czy chcesz, żeby ktoś, kto tyle lat, nawet po rozstaniu, funduje Ci ostrą jazdę bez trzymanki, był przy Tobie w szpitalu, by trzymał za rękę, gdy będziesz umierać (czy będzie to za miesiąc, czy za 50 lat)? No ja nie.

? KROK TRZECI

Najbardziej czasochłonny i bolesny – praca nad sobą. Zainwestowanie W SIEBIE. Uznanie, że JA jestem dla siebie najważniejsza – zdrowa dawka egoizmu. Zastanawianie się, dlaczego dałam się złapać na ten perfidny lep niedojrzałej, wręcz gówniarskiej, miłości. I dlaczego, do jasnej ciasnej, pozwoliłam aż tak daleko przekroczyć własne granice??
Nie będę oszukiwać – mi to zajęło lata (rozpoczęłam jeszcze będąc w związku) i zaangażowany w to był terapeuta. Czytałam tony literatury, chodziłam na szkolenia, kursy, warsztaty. Wzmacniałam się, szukałam siły, żeby sobie poradzić. Ale ja mało pojętna w tej dziedzinie mogę być, nie wykluczam, że innej poszłoby szybciej (nawet znam takie, co to po moim lubym szybko się otrząsnęły i nieporównywalnie łatwiej znalazły prawdziwych, mądrych mężczyzn – wychodzi, że ja miałam taki feler…)

? KROK CZWARTY

Zastanowienie się, ile z tego, co się w widziało w obiekcie westchnień, rzeczywiście było prawdą, a ile to projekcja i chciejstwo, czyli klasyczne wishful thinking.
W moim wypadku pomogło mi to, że mam nałóg pisania – przelewanie na papier lub klawiaturę zdarzeń i myśli zawsze mi wiele w głowie układało i wyjaśniało. Z 10 lat związku mam 8 pamiętników, odtworzyłam więc sobie te lata, krok po kroku. Przeszłam jeszcze raz przez to, co było dobre i przez to, co było złe. Tego drugiego było nieporównywalnie więcej, no sorry Gregory, tak było. Mam przewagę nad moim partnerem właśnie w tym, że wszystko, co istotne, mam jakoś dam udokumentowane, spisane i moje problemy z pamięcią można zweryfikować. Przerobiłam więc jeszcze raz samotność, zdrady, kłamstwa, poczucie winy, choroby, poronienia, depresje, leki, więcej zdrad, więcej kłamstw, obwinianie mnie o wszelkie niepowodzenia. I tak dalej. Dobre chwile też przerobiłam, ale, patrząc z perspektywy czasu, nie dają już rady zrównoważyć ogromu zwykłej podłości i perfidii, które pojawiły się później.
Więc w którejś chwili musiałam sobie polać tequilę i przyznać, że wspaniały, opiekuńczy i dojrzały mężczyzna, którego ja widziałam, to nie ten sam, którego opisałam i którego widzę obecnie. Ergo, jest szansa, że sobie wmówiłam. Tezę ową, oprócz oparów mocnego trunku, wzmacniał jeszcze fakt, że mój partner związków już kilka za sobą ma (niektóre nawet odbyły się w trakcie związku ze mną) i o ile mi wiadomo, wszystkie skończyły się raczej niesympatycznie. Czyli ze mną to raczej nie przypadek. Czyli moja wiara uczyniła cuda na kilka lat, a jak wiemy, cudów nie ma.

? KROK PIĄTY

Bilans zysków i strat. To podpowiedział mi mój przyjaciel, z zawodu i powołania terapeuta i coach. I to był przysłowiowy gwóźdź do trumny mojego zapatrzenia w obiekt mężczyzny, dotychczas nazywanego mężczyzną życia.

Bo wraz z pożegnaniem się z nim, zmieniło się w moim życiu bardzo, bardzo niewiele. Już przed wyprowadzką i tak prowadziliśmy osobne życia, które jednoczyły się jedynie sporadycznie przy stole lub na kanapie, przy oglądaniu wspólnie ulubionych seriali i filmów. Czasem wychodziliśmy do kina, ale coraz rzadziej, a jak już, to było jak na spotkaniu z kolegą, często nawet bez rozmawiania ze sobą. Częściej wychodziłam ze znajomymi lub sama, bo preferowany przeze mnie rodzaj rozrywki i chęć refleksji były coraz mniej chętnie widziane. Małżonek z oddaniem woził mnie wszędzie, nawet jak się upierałam, że mogłabym sama pojechać – dzisiaj, w obliczu choroby trochę utrudniającej mi poruszanie się i decyzyjność, czasami mi tego brakuje, jednak rola taksówkarza to nie do końca to, czego się pragnie od życiowego partnera. Poza tym było milczenie i coraz więcej milczenia. Robienie na złość, jak dziecko. Notoryczne nie dotrzymywanie danego słowa. I tak dalej. Jednym słowem: niepewność. Nie, nie brakuje mi tego. Z rzeczy materialnych, mam teraz jeden pokój w domu więcej, od kiedy małżonek się wyprowadził. Z rzeczy niematerialnych mam… większy spokój ducha. Nie kurczę się na samą myśl o powrocie do domu, gdzie trzeba będzie uważać na każdy wyraz twarzy (bo co miałaś na myśli, jak tak się uśmiechnęłaś?), na każde słowo (a co miał oznaczać ten ton?), na totalną osobność pod jednym dachem.

Powróciło do mnie kilku znajomych, z którymi zerwałam kontakt, bo nie mieli o moim małżonku najlepszej opinii, a przecież nie wolno było w mojej obecności znieważać i umniejszać mojego własnego, prywatnego bóstwa!

Paradoksalnie, mam więcej uwagi, czułości, przytuleń, rozmów, nawet dobrego seksu, niż podczas ostatnich lat małżeństwa.
Załamanie miałam w chwili, gdy nagle okazało się, że poważnie choruję, czułam się jak żeglarz na nieznanym morzu, osamotniona i miotana falami w czasie burzy. Ale nawet tutaj Miś Pyś pokazał, na co go stać – czyli odsyłam do Kroku Pierwszego.

Podsumowując? Są dwa wyjścia:

1. Uznać, że życie się skończyło. Załamać się. Zapuścić się. Połknąć garści tabletek, mając pewność, że nasze Kochanie i tak niczego z tego nie zrozumie.
2. Wstać, otrzepać się i uznać, że przeżyję. Może jakąś lekcję z tego wyciągnąć, np. taką, żeby lepiej inwestować uczucia, energię, wiarę.

Nie wiem, który sposób Wy wybierzecie. Jeśli chodzi o mnie, to niedawno zrzuciłam sobie na nogę baniak wody 18 litrów i nawet mi kość nie pękła – niezniszczalna, znaczy się, jestem.

Czego i Państwu życzę.


Związek

Przemyślenia z poziomu łóżka. Kiedy boli tak bardzo, dopada cię poczucie nieuchronności zdarzeń

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
15 lipca 2016
 

„To życie jest jak szpital, gdzie każdy opętany jest pragnieniem zmiany łóżka. Ten wolałby cierpieć przy piecu, a tamten wierzy, że wyzdrowieje przy oknie. Zawsze wydaje mi się, że będzie mi lepiej tam, gdzie mnie nie ma, i problem tej przeprowadzki jest jedyną sprawą, o której rozmawiam z moją duszą”
Charles Pierre Baudelaire

Na dłoni, która głaszcze mnie po twarzy, jest gruba, stwardniała blizna, między małym palcem a palcem środkowym. Poza tym dłonie wypielęgnowane i gładkie, mogę się mylić, ale chyba pod stałą opieką profesjonalnego manikiurzysty. Ręka ociera mi z czoła pot, trzyma głowę, gdy wymiotuję, pozwala wbijać w siebie pomalowane na bordowo paznokcie, kiedy ból staje się nie do wytrzymania. Dawka chemii, którą we mnie wrzucili, rozsadza mnie.

– Ciii, to minie, przyzwyczaisz się…
Głos jest spokojny i cichy. Raczej bardziej profesjonalny niż czuły, ale mogę się mylić, bo słuch działa, ale zmęczony, naszpikowany lekami mózg odmawia normalnego przetwarzania informacji.
– Opowiedz mi, jak mi to zabiją – proszę.
– Jeszcze raz?
– Tak, do znudzenia, aż to oswoję. Tylko tą część o śrubach w czaszce pomiń, już tego nie chcę słuchać.
– Dobrze. A więc: dadzą ci znieczulenie, miejscowe, ale będziesz przytomna, będziesz kontaktować, wszystko będziesz widzieć. Włożą cię do kapsuły, jak do statku kosmicznego. Unieruchomią. Laser wejdzie w mózg, głęboko, precyzyjnie, rozbijając chore komórki. Nic nie poczujesz. Potrwa to kilkadziesiąt minut. I będzie po guzie, promieniowanie go zniszczy na wieki wieków.
– Będę miała uprząż na głowie, tak?
– Tak, taka nowoczesna wersja „Mechanicznej pomarańczy”. Przy… hmmm… przymocowana na nieruchomo. Mocowania nie powinnaś czuć pod znieczuleniem.
– Blizny będą?
– Nawet nie. Takie dziurki w czole, potem znikną. Możesz mówić, że to po rogach.
Nawet się uśmiecham. Słyszę to po raz dziesiąty, te rogi nadal wydają mi się zabawne.

Myślę, że bylibyśmy dobrym małżeństwem z rozsądku. Zachciało mi się wiązać z miłości…
Miałam jakiś czas obsesję – wręcz histerycznie zastanawiałam się, w którym miejscu skręciłam w złym kierunku, że moje życie jest teraz w miejscu, w którym jest. W obolałej głowie w kółko odtwarzałam sobie własną wersję „Przypadku” Kieślowskiego – czy gdybym tam nie pojechała, nie poszła, nie zgodziła się, etc., to wszystko potoczyłoby się inaczej? Gdzie jest ten „punkt zwrotny” w moim życiu, który to był? Gdybym mogła cofnąć czas i zmienić jedną rzecz w mojej historii, to co by to było? Takie rozważania szaleńca na moment przed zamknięciem w zakładzie dla obłąkanych… Może miałabym u boku mężczyznę, którego czułość byłaby teraz lepiej adresowana, niż uwaga właściciela głosu i dłoni. Może moje dzieci by nie pomarły, bo nie żyłabym w ciągłym stresie. Może nie miałabym poczucia, że jestem na jakiejś drodze bez odwrotu. Może…

A może byłoby dokładnie tak samo, jak w filmie „Sliding doors” – bo może swojego przeznaczenia nikt nie uniknie.

Kiedy boli tak bardzo, fizycznie i psychicznie, dopada cię poczucie nieuchronności zdarzeń. Ale twoja data przydatności do użytku może się zmienić, myślisz. Wymieniasz sobie w myśli rzeczy, które jeszcze możesz zrobić, jak tylko nie będzie boleć. A potem z kwaśną miną zauważasz coraz większe sterty coraz to silniejszych leków przeciwbólowych i innych, mających ułatwić funkcjonowanie, i czujesz, jak przez żyły przepływa ci jedna wielka tablica Mendelejewa. Bunt niby jest na miejscu, ale zastanawiasz się, czy może lepiej przyjmować to z pokorą? Przecież wiesz, że mogło być gorzej! Że rokowania są dobre! Że to się skończy dobrze! Ale jak tak mdli, huczy i powala na łóżko, to o spokój bywa trudno. Jastrun napisał w swojej książce, że jak ból jest nie do wytrzymania, to samobójstwo nie jest żadnym heroizmem, tutaj odbywa się wielka walka naszego instynktu samozachowawczego z naturalnym odruchem unikania cierpienia. Myślę o rozwiązaniach ostatecznych, a tu dostaję wiadomość tekstową: „Pamiętaj, że jeśli istnieje chociaż jedna osoba, której na Tobie zależy, to masz psi obowiązek walczyć”
Zgodnie z sugestią mojego przyjaciela, postanawiam odłożyć głupie myśli na półkę.
Dlatego proszę mojego towarzysza o opowiadanie mi w kółko tej samej historii – że jest przewidziany koniec tortur, każdych.

– A nie mogą mnie tak zupełnie uśpić i załatwić sprawy?
– Nie. Nie zwycięża się zresztą, śpiąc.

Nie zamierzam przespać mojego zwycięstwa.


Związek

Sukienka, czyli dlaczego jestem piękna

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
6 lipca 2016
Fot. iStock / CoffeeAndMilk

Wyciągam swoje nogi do słońca, korzystając z nielicznych momentów przejaśnienia na niebie. Od niedawna mnie już to nie obchodzi – czy nogi za grube, czy za dużo na nich tatuaży (a może za mało?), czy każdy włosek na nich dobrze wydepilowałam, czy ukryłam cellulit… Znowu noszę sukienki przed kolana, nie myślę już obsesyjnie, czy wszystkie wałeczki ukryte, czy dekolt nie jest za duży i czy aby nie jestem w ogóle za stara i za gruba, żeby ubierać się w żywe kolory. To dla mnie nowe zjawisko. Niedawno w moich własnych oczach byłam najbrzydszą i najgrubszą kobietą na świecie. Nic we mnie ciekawego ani ładnego nie było.

Sytuacja sprzed lat:

Przygotowuję się do imprezy. Zakładam niebieską sukienkę z dekoltem, do tego pończochy, robię makijaż, wybieram ulubioną biżuterię. Czuję się trochę seksi. W lustrze patrzy na mnie kobieta, która w oczach ma nadzieję: może dzisiaj zauważy, może mu się spodoba, może nawet jakiś cień pożądania zobaczę.
Wchodzi mój znajomy, od drzwi zaczyna cmokać z zachwytu, rzuca komplement za komplementem. Nadzieja we mnie umacniała się z każdym słowem męskiego uznania.
Wchodzi mój mąż. Od drzwi stwierdza, że wyglądam fatalnie: dekolt za duży, sukienka za mocno opina biodra i pokazuje tłuszcz na brzuchu, źle się układa, te pończochy to już przesada w ogóle. „A poza tym oczy za mocno umalowane”. Z sekundy na sekundę maleję w sobie. Zmywam makijaż, zakładam czarne workowate spodnie i czarny top, zmieniając moją cudną sukienkę w przeciętną tunikę.

Gdy wychodzę, mój znajomy patrzy z niedowierzaniem, próbuje się dowiedzieć, co się stało. Nie mówię, tylko szybko się upijam, żeby stamtąd zniknąć.

Paradoks – wtedy jeszcze nie zdałam sobie sprawy, że coś jest nie tak, że właśnie zrobiono mi krzywdę. Że sama sobie ją pozwoliłam zrobić.

Kiedy dotarło do mnie, że może jednak coś „nie halo”? Jakiś rok temu. Poznany na szkoleniu mężczyzna powiedział mi komplement, z gatunku mało wymyślnych, bez żadnych podtekstów, nawet chyba nie traktował tego jak komplement, ale stwierdzenie faktu. A ja uciekłam z płaczem z sali. Poczułam się, jakby ktoś mnie zbił, a już na pewno oszukał.

Bo przez dziesięć lat mojego związku słyszałam rzeczy raniące mnie lub nie słyszałam nic. Komplementem dla mojego męża było „No, dzisiaj twój obiad nawet dało się zjeść!” lub „Masz fajny, duży nos”. Nie było we mnie nic godnego zauważenia. Wszystko było zbyt grube, zbyt dziwne, zbyt zaniedbane, za mało atrakcyjne, zbyt przeciętne. Źle ubrana, źle umalowana. Brzydka. W okresie życiowej formy mojego partnera – nawet wypowiedział się o mnie per „świnia”. Nigdy nie byłam wzorem samozadowolenia i pewności siebie, ale przy nim skurczyłam się i zmalałam. Uwierzyłam, że kogoś takiego jak ja nie da się kochać. W kimś takim jak ja nie da się znaleźć nic dobrego, ładnego, godnego uznania.
Mój przyjaciel powiedział mi na dosyć wczesnym etapie mojego małżeństwa: „On zabija w tobie wszystko, co piękne, mądre, zabawne, dobre…” A ja przestałam się do przyjaciela odzywać na lata całe…

Terapeuta par poradził nam kiedyś, żebyśmy każdego dnia mówili sobie jedną dobrą rzecz, żebyśmy szukali dobrych stron partnera i chwalili go za coś, zachwycali się.
Trzeciego dnia eksperymentu terapeutycznego małżonek się oburzył, żeby go nie zmuszać, bo on kłamać nie będzie…
A ja nie wiedziałam, gdzie się schować…

Sytuacja z dzisiaj:

Wchodzę do sklepu w mojej zielonej, opinającej biodra sukience przed kolana. Bez makijażu, ale z ukochanymi kolczykami. Nieznajomy mężczyzna zaczyna ze mną flirtować, chwali mój wygląd, zachwyca się tatuażami i fryzurą. Wychodzę ze sklepu wyższa o 15 cm i lżejsza o 15 kg, przynajmniej w mojej głowie.
Potem odwiedza mnie mój mąż, niespodziewanie. Śmieje się z fryzury, furczy na mój wygląd, zachowanie, na całą mnie. Znowu przez moment czuję się grubsza i głupsza niż jestem. Ale tylko przez moment. Nagle widzę to już wyraźnie – już mnie to nie wzrusza. Już wiem: miłość durna, miłość zła, nie ma władzy nade mną! Już nie szukam uznania w jego oczach, bo wiem, że go tam nigdy nie było i nie będzie.
Wolę się przeglądać w oczach mężczyzny ze sklepu, z ulicy, z kawiarni, ze stacji benzynowej. Nie jestem najpiękniejsza na świecie, ale wiem, że jestem wystarczająco ładna. Brakuje mi mądrości, ale nie inteligencji. Mam wystarczająco dobre poczucie humoru, moja złośliwość też jest w porządku. Dobrze mi ze sobą, a innym ludziom jest dobrze ze mną. Znowu.

Dziękuję Ci Mężu, że już Cię nie ma w moim życiu. Myślę, że tych 10 minionych lat, to była dla mnie wystarczająca kara za zabicie samej siebie. Usiłowałam dopasować się do Twoich oczekiwań, aż w końcu prawdziwa JA ukryła się bardzo głęboko. Dziękuję, że byłam dla Ciebie tak nieatrakcyjna, że mną pogardzałeś i przez dwa lata nawet spałeś osobno – bo dzięki temu nauczyłam się, że przede wszystkim sama dla siebie muszę być znowu piękna, mądra i ważna, a reszta jest mało istotna. Przeglądam się w oczach mężczyzn, którzy pójdą ze mną do łóżka, gdy tylko wyrażę ochotę – i żaden nie zrobi tego z litości czy z obowiązku, żaden nie zamknie oczu, uprawiając ze mną seks, nawet słowem nie powie nic o moim tłuszczu, brzydkich cyckach czy niedostatecznie wydepilowanym kroczu. Dziś już wiem, że w oczach złego mężczyzny się przeglądałam.